Piłka nożna Prasówka
Klasyk imienia „Poldiego”
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Górnik Zabrze. GieKSa przegrała 1:2 (1:0), spotkanie było rozgrywane w ramach rozgrywek Pucharu Polski.
dziennikzachodni.pl – Fortuna Puchar Polski: GKS Katowice – Górnik Zabrze 1:2
Od początku meczu na Bukowej GKS wyglądał na zespół bardziej zdeterminowany. Górnik prezentował się pasywnie, gra toczyła się głównie w środku pola, ale to gospodarze szukali słabego punktu w defensywie ekipy Bartoscha Gaula, mając świadomość, że jest to w obecnym sezonie formacja przyciągająca nieszczęścia.
Tradycji stało się zadość w 36 minucie. Katowiczanie przycisnęli i wywalczyli rzut rożny. Po dośrodkowaniu Rafała Figiela Dawid Brzozowski potężnym strzałem trafił dokładnie w łączenie słupka z poprzeczką, odbita piłka wpadła w pole karne, gdzie zapanował chaos i kolejną próbę uderzenia Emil Bergstroem podbił ręką. Analiza VAR trwała cztery minuty, ale wątpliwości nie było żadnych. Karę z jedenastu metrów pewnie wymierzył kapitan Arkadiusz Jędrych. Desperacki szturm ekstraklasowców w ostatnich sekundach zamknął fatalnym kopnięciem będący bez formy Paweł Olkowski.
Druga połowa przyniosła kontynuację energiczniejszej gry Górnika. W 51 minucie Łukasz Podolski kopnął potężnie piłkę w poprzeczkę, ale sześć minut później poprawił celownik i po rozegraniu z rzutu rożnego idealnie strzelił z okolic narożnika pola karnego i Dawid Kudła musiał skapitulować.
Drużynie Rafała Góraka mecz zaczął całkowicie wymykać się spod kontroli. W 67 minucie poziom komplikacji podniósł się maksymalnie, bo Patryk Szwedzik w środku boiska brutalnie sfaulował Blaża Vrhovca (zmiennika Jonatana Koetzkego, który w 17 minucie doznał kontuzji biegnąc samotnie z piłką), a Tomasz Wajda przy pomocy VAR-u żółtą kartkę zamienił na czerwoną.
GKS zaczął marzyć o dogrywce. Nadzieje prysły w 86 minucie, a w roli głównej raz jeszcze wystąpił Podolski. Znów rzut rożny, znów czający się na piłkę były mistrz świata i znów świetny strzał, tym razem sprzed pola karnego, tuż nad murawą i po dość spokojnym przetrwaniu ostatnich minut awans zabrzan stał się faktem.
Kibice GKS Katowice i Górnika Zabrze razem kibicowali zza płotu, a piłkarze im dziękowali
Kibice GKS Katowice bojkotują domowe mecze swojego zespołu, a tym razem dołączyli do nich zaprzyjaźnieni fani Górnika Zabrze. Mecz 1/16 Fortuna Pucharu Polski obie grupy oglądały zza ogrodzenia, gdzie zgromadziło się kilkaset osób w potężnej asyście policji. Po meczu piłkarze poszli im podziękować. Zobaczcie zdjęcia.
Kibice GKS Katowice bojkotują domowe mecze swojego zespołu, a do ich akcji przyłączyła się tym razem zaprzyjaźniona Torcida, W efekcie kilkuset fanów obu drużyn mecz 1/16 Fortuna Pucharu Polski oglądało zza ogrodzenia.
Doping słyszalny był jednak tylko przez kilka pierwszych kilkanaście minut, gdy kibice na przemian skandowali nazwy swoich klubów. Potem dominowała cisza. Obyło się także bez pirotechniki, za to kibiców pilnowały liczne oddziały służb porządkowych.
Po meczu piłkarze poszli podziękować fanom, a Łukasz Podolski… kazał ochroniarzom otworzyć furtkę.
sportdziennik.com – Klasyk imienia „Poldiego”
Lukas Podolski, mieszkający niemalże naprzeciwko stadionu przy Bukowej, właśnie tu zdobył swoje pierwsze bramki w sezonie, przesądzając, że to zabrzanie zamknęli w czwartek wieczorem grono uczestników 1/8 finału Pucharu Polski.
Bojkot prowadzony przez kibiców GieKSy w geście niezadowolenia z rządów prezesa Marka Szczerbowskiego chyba jeszcze nie bolał tak mocno, jak w czwartek wieczorem. Kierując się w stronę Bukowej na 45 minut przed „Śląskim Klasykiem” między GKS-em a Górnikiem, tylko przebijający się blask jupiterów sygnalizował, że ma tu miejsce mecz, jakiego dawno w Katowicach nie było. „Blaszok”, zamiast wypełnić się zaprzyjaźnionymi fanatykami obu klubów, pozostał pusty.
Trybuna główna świeciła co prawda pustkami nieco mniej niż podczas spotkań ligowych – oficjalna frekwencja wyniosła 1145 widzów, najwięcej w tym sezonie – ale i tak otoczka sprawiała przygnębiające wrażenie. Zamiast muzyki z głośników, publice przygrywała Orkiestra Dęta Katowice, a w czasie meczu dobrze słyszalne było boisko, choćby komenda sędziego Tomasza Wajdy: „Ani kroku dalej”!, adresowana do wyrzucającego aut Bartosza Jaroszka.
Górnik, będący po trzech z rzędu porażkach, przystąpił do tego meczu z czterema zmianami w składzie, w którym pojawili się Aleksander Paluszek, Mateusz Cholewiak, Paweł Olkowski i Jean Mvondo. Do jedenastki GieKSy natomiast, mającą serię 7 spotkań bez przegranej, wskoczyli Dawid Brzozowski, rodowity zabrzanin Marcin Urynowicz i Marko Roginić, zastępujący na szpicy Jakuba Araka, pauzującego za czerwoną kartkę obejrzaną jeszcze w barwach Rakowa Częstochowa. Nim rozbrzmiał pierwszy gwizdek, a grupka kibiców rozpoczęła doping spod płotu, trener Rafał Górak otrzymał z rąk dyrektora Roberta Góralczyka oprawioną w ramę pamiątkową koszulkę z okazji 200 meczów w GKS-ie (czwartkowy miał już nr 202).
Szkoleniowiec zapowiadał w „Sporcie”, że zdecydowanym faworytem tego meczu są zabrzanie, ale po pierwszej połowie prowadziła GieKSa. I to zasłużenie. Przesądził o tym okres między 35 a 41 minutą. Najpierw Dawid Brzozowski kropnął z dystansu w spojenie – to byłby gol jak marzenie – a chwilę później powalczył o piłkę w polu karnym, którą w stronę bramki uderzył Urynowicz. Ręką zablokował ją Emil Bergstroem. Sędzia Tomasz Wajda przez 4 minuty „varował” tę sytuację i ostatecznie uznał winę Szweda, a „jedenastkę” na gola bez trudu zamienił kapitan I-ligowca Arkadiusz Jędrych.
Górnik podkręcił tempo dopiero po stracie tej bramki; dopiero w końcówce I połowy było wyraźnie widać, kto tu gra w ekstraklasie, a kto na jej zapleczu. Wcześniej zabrzanie mieli tylko przebłyski – jak ładna akcja zainicjowana przez Lukasa Podolskiego, kontynuowana przez Kanjiego Okunkiego, a zakończona strzałem Mateusza Cholewiaka, obronionym przez Dawida Kudłę. Albo jak Okunki z łatwością mijający Jędrycha, którego zaasekurował jednak Michał Kołodziejski. Trenerowi Gaulowi delikatnie plany pokrzyżował uraz Jonatana Kotzkego, którego już w 18 minucie zastąpić musiał Blażem Vrhovcem.
II połowa była popisem Lukasa Podolskiego. Wcześniej w tym sezonie nie strzelił gola (w 9 występach), a w czwartek – aż dwa. Co ciekawe, „Poldi” mieszka w apartamentowcu zlokalizowanym niemal dosłownie naprzeciwko stadionu przy Bukowej, był tu już w tym sezonie w roli widza, wrzucał zdjęcia z balkonu, nawiązywał też do bojkotu. Tego wieczoru mógł uśmiechnąć się, że dobrze mieć sąsiada… Co prawda w 50 minucie jego bomba z lewej nogi zatrzymała się na poprzeczce, ale potem nie było już zmiłuj. 37-latek trafiał z godną mistrza świata maestrią – z dystansu, mocno, oczywiście lewą nogą. W obu przypadkach – po rzutach rożnych. Było na co popatrzeć.
Te bramki dokumentowały dominację zabrzan, z jaką mieliśmy do czynienia po przerwie. Oni grali, GieKSa głównie biegała za piłką, co spotęgowało jeszcze zdarzenie z 67 minuty. Tym razem VAR okazał się dla katowiczan niełaskawy. Żywiecki arbiter najpierw ukarał co prawda Patryka Szwedzika tylko żółtą kartką za wślizg w środku pola w Blaża Vrhovca, ale po seansie przed monitorem odesłał ofensora GieKSy pod prysznic. Szwedzik marnie zareklamował się zabrzanom, którzy latem myśleli o jego transferze.
Mając w perspektywie niedzielny mecz w Grodzisku z Wartą, goście chcieli uniknąć dogrywki – trener Gaul dokonał na ostatni kwadrans potrójnej zmiany – i na 3 minuty przed końcem za sprawą „Poldiego” dopięli swego, przerywając serię porażek. Katowiczanie zaś, którzy przerwali dobrą serię, ale swojej postawy wstydzić się nie musieli – nim za 9 dni spotkają się derbowo z Ruchem, w poniedziałkowy wieczór podejmą Stal Rzeszów, której trener Daniel Myśliwiec był wczoraj przy Bukowej.
roosevelta81.pl – Droga przez mękę. Podolski załatwił sprawę
[…] Górnik Zabrze pokonał po ciężkim meczu GKS Katowice i awansował do 1/8 finału Pucharu Polski. Dla „Trójkolorowych” przez większą część meczu była to prawdziwa droga przez mękę. Na szczęście Górnik miał tego dnia Lukasa Podolskiego, który dwoma pięknym golami załatwił awans.
[…] Pierwsza połowa w wykonaniu Górnika była katastrofalna. Zabrzanie oddali gospodarzom inicjatywę, którzy bez większego respektu wyszli na boisko. Dopiero w 12 min. goście postraszyli katowiczan. Świetnym podaniem do Okunukiego, popisał się Podolski. Japończyk odegrał jeszcze do Cholewiaka, ale ten uderzył zbyt lekko, by zaskoczyć Kudłę. Kilka chwil później sztab szkoleniowy Górnika zmuszony był dokonać pierwszej zmiany. Jonatan Kotzke z powodu urazu opuścił boisko, a pojawił się na nim Blaz Vrhovec. Obraz gry jednak nie ulegał zmianie, wciąż ton boiskowym wydarzeniom nadawali miejscowi. Górnik po raz kolejny przedostał się pod bramkę rywali po indywidualnej akcji Okunukiego, który w efektowny sposób poradził sobie z obrońcą, ale jego podanie w pole karne nie znalazło adresata. Nie zraziło to piłkarzy GKS-u, dążących do otwarcia wyniku. W 36 min, zabrzanom jeszcze dopisało szczęście, gdy Brzozowski uderzeniem zza szesnastki trafił w spojenie bramki Bielicy. Za moment Bergstrom zagrał ręką, a sędziowie zinterpretowali to jako przewinienie. Rzut karny na gola zamienił Jędrych. W doliczonym czasie tej części Górnik ruszył w końcu bardziej zdecydowanie do przodu, brakowało jednak dobrego wykończenia. Na przerwę zawodnicy obu drużyn udali się przy zasłużonym prowadzeniu GKS-u.
Druga odsłona przyniosła zgoła odmienne oblicze Górnika. „Trójkolorowi” od początku zaatakowali, by jak najszybciej odrobić straty. Podobały się szczególnie dwójkowe akcje duetu Podolski-Okunuki. W 51 min. Poldi zdecydował się na uderzenie z dystansu, niestety futbolówka ostemplowała tylko poprzeczkę. Potem Richard Jensen główkował minimalnie niecelnie po rzucie rożnym. W końcu zabrzanie dopięli swego. Ponownie Podolski spróbował z dystansu i tym razem piłka znalazła drogę do siatki. Kilka chwil później Poldi popisał się długim, precyzyjnym zagraniem do Cholewiaka. Mateusz jednak nie opanował piłki, będąc w szesnastce rywali. W 62 min. Bielica popełnił błąd przy wyjściu do dośrodkowania, sytuację ratował, wybijając futbolówką sprzed linii, Vrhovec. Od 67 min. Górnik miał ułatwione zadanie, ponieważ za ostre wejście w nogi jednego z zabrzan, Szwedzik otrzymał czerwoną kartkę. Przewaga zabrzan jeszcze wzrosła, katowiczanie ograniczyli się już tylko do obrony. Kolejne próby zabrzan, albo mijały bramkę Kudły, albo dobrze interweniował golkiper GieKSy. W 87 min. ponownie Podolski wział w sprawy w swoje ręce, a właściwie lewą nogę. Mocny strzał z ok. 18 metrów znów zakończył swój lot w katowickiej bramce.
sportowefakty.wp.pl – Trzy gole w Śląskim Klasyku. Podolski uratował Górnika Zabrze
Do przerwy w meczu 1/16 finału Fortuna Pucharu Polski pomiędzy GKS-em i Górnikiem pachniało niespodzianką. Katowiczanie prowadzili 1:0, ale po zmianie stron dwa gole dla zabrzan zdobył Lukas Podolski.
Po latach kibice ponownie mogli pasjonować się Śląskim Klasykiem. Niestety protest kibiców sprawił, że zamiast piłkarskiego święta na trybunach czuć było stypę. Stawką meczu był awans do kolejnej rundy rozgrywek Fortuna Pucharu Polski. W ostatnim czasie lepszy czas przeżywają katowiczanie, którzy walczą o awans do PKO Ekstraklasy. W niej serię porażek notują zabrzanie.
W 1. połowie będący faworytem do wygranej goście niewiele zrobili, aby napocząć rywala. Godną odnotowania była jedynie sytuacja z 12. minuty, kiedy Lukas Podolski zagrał w uliczkę do Mateusza Cholewiaka. Strzał z pola karnego nogami odbił Dawid Kudła.
W kolejnych minutach bardziej podobać mogły się śmiałe próby ataku katowiczan. W 36. minucie potężnie z dystansu uderzył Dawid Brzozowski. Piłka uderzyła w spojenie słupka z poprzeczką!
Pięć minut później GieKSa objęła prowadzenie. Po analizie VAR sędzia uznał, że Emil Bergstroem umyślnie zagrał ręką i podyktował rzut karny, który na gola zamienił Arkadiusz Jędrych.
Stracony gol obudził zabrzan, którzy zaatakowali. W 51. minucie potężnie z dystansu uderzył Lukas Podolski. Piłka trafiła w poprzeczkę. Poprawiał Kanji Okunuki, ale bramkarz pewnie interweniował.
Sześć minut później były reprezentant Niemiec przymierzył po raz kolejny. Tym razem z ok. 15 metrów w samo okienko. Kudła nie miał szans.
Po słabszym okresie w końcu pozbierali się katowiczanie. Kilka razy pod bramką Daniela Bielicy zrobiło się groźnie. Nadzieje GieKSy na awans zminimalizował w 67. minucie Patryk Szwedzik. Gracz gospodarzy ostro zaatakował rywala. Sędzia najpierw zawodnikowi miejscowych pokazał żółtą kartkę, ale po analizie VAR wyrzucił go z boiska.
Grając w przewadze zabrzanie ruszyli do ataku. Aktywny był Okunuki, ale gola nie zdobył. W końcu szkoleniowiec Górnika zdjął Japończyka z boiska.
Goście szukali zakończenia rywalizacji w regulaminowym czasie. Udało im się to na trzy minuty przed końcem. Po raz kolejny precyzyjnym uderzeniem popisał się Podolski. Po tym ciosie gości gospodarze nie byli w stanie się podnieść.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Najnowsze komentarze