Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Kopciuszek balował do końca!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich siedmiu dni, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarze GieKSy rozegrali wyjazdowe spotkanie z rezerwami Pogoni Szczecin w ramach rozgrywek Pucharu Polski. Nasza drużyna wygrała 2:0 (1:0). W 1/16 finału GieKSa zmierzy się z ekstraklasowym zespołem Górnika Zabrze. W poniedziałek piłkarze rozegrali kolejne spotkanie ligowe w którym wygrali z Odrą w Opolu 1:0 (1:0). Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. Piłkarki po przerwie reprezentacyjnej wrócą na boisko 11 września. Panie zagrają na wyjeździe z Górnikiem Łęczna.
W ubiegłym tygodniu siatkarze w ramach przygotowań do nowego sezonu PlusLigi zmierzyli się, w rozgrywkach turnieju Góral Cup Beskidy, z drużynami LUK Lublin oraz BBTS Bielsko-Biała. W obu meczach GieKSa przegrała, odpowiednio 0:3 oraz 2:3 i zajęła ostatnie miejsce w turnieju. W najbliższych dniach drużyna rozegra dwa sparingi z Aluron CMC Wartą Zawiercie. Mecze zostaną rozegrane w najbliższy piątek i sobotę, odpowiednio o godzinie 17:30 i 14:00. Media spekulują odnośnie transferu reprezentanta Bułgarii Gjorgi Seganowa do GieKSy.
Hokeiści w ubiegłym tygodniu rozpoczęli zmagania w Hokejowej Lidze Mistrzów, w której, rozegrali dwa domowe spotkania. Nasza drużyna zaprezentowała się bardzo dobrze: w pierwszym z nich nieznacznie uległa obrońcy trofeum Rögle Ängelholm 4:5, w drugim po dogrywce pokonała ZSC Lions Zurich 2:1. Kolejne spotkania zespół rozegra na wyjeździe, pierwsze z nich już jutro (w czwartek o 19:45) z Lions Zurich, następne w sobotę (o 14:35) z Rögle Ängelholm. Bezpośrednią transmisję zostanie przeprowadzona na kanałach Polsatu Sport. Do kadry drużyny dołączyli obrońca Kacper Maciaś oraz napastnik Piotr Ciepielewski i bramkarz Jakub Ciućka. Poszerzono również skład szkoleniowy drużyny.
PIŁKA NOŻNA
24kurier.pl – GKS Katowice wyeliminował rezerwy Pogoni
Piłkarze Pogoni II Szczecin, trenowani przez Pawła Ozgę, zakończyli przygodę z Pucharem Polski, w I rundzie rozgrywek szczebla centralnego ulegając GKS-owi Katowice, wspieranemu przez 300-osobową grupę śląskich szalikowców, którzy głośno dopingowali przez cały mecz, a szczecińskim kibicom tylko kilka razy i to na krótko udało się ich przekrzyczeć.
[…] Do pucharowego pojedynku portowcy przystąpili w najsilniejszym możliwym zestawieniu, wzmocnieni zawodnikami z pierwszej drużyny: Kacprem Smolińskim, Stanisławem Wawrzynowiczem, Bartłomiejem Mrukiem i Maciejem Kowalem (nikt z nich nie będzie już mógł zagrać w obecnym sezonie w Pucharze Polski w ekstraklasowej Pogoni) oraz doświadczonym w ekstraklasowych bojach Wojciechem Lisowskim, a drugi rutyniarz Bartosz Ława, wszedł na boisko na ostatni kwadrans.
Od pierwszej minuty na boisku zarysowała się wyraźna przewaga gości, którzy dłużej utrzymywali się przy piłce i częściej tworzyli sytuacje podbramkowe, co zakończyło się bramką w 25. minucie po rzucie rożnym, gdy Jaroszek uderzeniem pod poprzeczkę wpisał się na listę strzelców. Najlepszą okazję do wyrównania miał Smoliński, lecz strzelił tuż obok słupka. Po przerwie obraz gry nieco uległ zmianie. Z minuty na minutę coraz więcej do powiedzenia mieli szczecinianie, którzy ambitnie próbowali doprowadzić do wyrównania. Bliscy szczęścia byli Smoliński i Rostami, ale ich strzały były minimalnie niecelne, a wyrównać mógł chciał również Lisowski, lecz jego główka została zblokowana. Niewykorzystane okazje zemściły się w doliczonym czasie, gdy po dośrodkowaniu z prawego skrzydła Kościelniak strzałem głową przypieczętował awans GKS-u, w którym dobrze zagrał wychowanek Błękitnych Stargard Grzegorz Rogala, a na ławce rezerwowych siedział były bramkarz portowców Dawid Kudła.
– Odkąd jestem trenerem Pogoni jeszcze nigdy nie graliśmy z tak dobrze zorganizowanym przeciwnikiem, zarówno w atakowaniu, jak i bronieniu – powiedział trener P. Ozga. – Nasze problemy nie były związane z niepewnością czy nerwowością. Po prostu akcje pressingowe rywala trwały kilka sekund krócej, niż w III lidze. Każdy nasz błąd techniczny był przez zespół z Katowic wykorzystywany. Wiadomo, że w takim meczu to przeciwnik ma większe posiadanie piłki. Jeśli nie potrafiliśmy po odbiorze wymienić kilku podań, żeby odpocząć z piłką i za chwilę poszukać momentu przyspieszenia, to za chwilę musieliśmy znowu intensywnie biegać w defensywie. W przerwie przeprowadziliśmy korektę ustawienia, która trochę odmieniła ten mecz. Przeszliśmy na system 1-4-5-1, przez co mieliśmy więcej odbiorów piłki, a w konsekwencji szans do kontrataków. Szkoda, że żadnego z nich nie wykorzystaliśmy.
sport.interia.pl – Pogoń II Szczecin – GKS Katowice 0-2 (0-1). 1. kolejka Pucharu Polski
[…] Kto by pomyślał, że już od pierwszego gwizdka sędziego piłkarze będą grać aż tak agresywnie. Sędzia miał dużo pracy, piłkarze skupiali się na polowaniu na nogi przeciwników i pewnie dlatego kibice nie obejrzeli w tym czasie żadnej bramki. Szczęście uśmiechnęło się do piłkarzy GKS-u Katowice w 25. minucie spotkania, gdy Bartosz Jaroszek strzelił pierwszego gola.
Między 35. a 38. minutą, arbiter starał się uspokoić grę pokazując dwie żółte kartki piłkarzom GKS-u Katowice i jedną drużynie przeciwnej. Pierwsza połowa zakończyła się skromnym prowadzeniem drużyny GKS-u Katowice.
W 58. minucie Matuesz Bąk został zastąpiony przez Yadegara Rostamiego. Między 60. a 89. minutą, sędzia starał się uspokoić grę pokazując dwie żółte kartki zawodnikom Pogoń II Szczecin i jedną drużynie przeciwnej. Między 65. a 84. minutą, boisko opuścili piłkarze GKS-u Katowice: Marcin Stromecki, Zbigniew Wojciechowski, Patryk Szwedzik, Grzegorz Rogala, Adrian Błąd, na ich miejsce weszli: Daniel Dudziński, Marcin Wasielewski, Dominik Kościelniak, Marcin Urynowicz, Dawid Brzozowski.
[…] W ostatnich minutach spotkania na murawie stadionu atmosfera była rozgrzana. W doliczonej drugiej minucie meczu na listę strzelców wpisał się Dominik Kościelniak. Do końca spotkania rezultat nie uległ zmianie. Pojedynek zakończył się wynikiem 0-2.
Zespół GKS-u Katowice zdominował rywali na boisku. Przeprowadził o wiele więcej groźnych ataków na bramkę przeciwników, oddał dziewięć celnych strzałów. Jedenastka Pogoń II Szczecin zagrała bardzo agresywnie, co niestety przełożyło się na dużą liczbę fauli. Arbiter starał się panować nad sytuacją i chętnie wyciągał kolorowe kartoniki, niestety nawet to nie ochłodziło rozgrzanych głów zawodników. Sędzia w pierwszej połowie pokazał jedną żółtą kartkę zawodnikom Pogoń II Szczecin, a w drugiej dwie. Piłkarze GKS-u Katowice dostali w pierwszej połowie dwie żółte kartki, natomiast w drugiej jedną mniej.
sportdziennik.com – Piłkarze GKS-u zrobili swoje
Z dalekiej podróży do Szczecina katowiczanie wrócili z poczuciem spełnionego obowiązku. Czyste konto debiutanta.
W ostatniej dekadzie GieKSa przyzwyczaiła do tego, że potrafi sprawić w pucharowych przedbiegach przykrą niespodziankę, odpaść z niżej notowanym rywalem, jak miało to miejsce na boiskach w Luboniu, Niepołomicach, Radomiu czy Tarnobrzegu. Dzisiaj zrobiła swoje. Pokonała rezerwy ekstraklasowicza ze Szczecina, które w centralnej drabince PP znalazły się dzięki zwycięstwie w pucharowej rywalizacji okręgu zachodniopomorskiego.
Trener Rafał Górak nie kombinował i wystawił na tyle optymalny skład, na ile był w stanie. Brakowało kontuzjowanych Daniela Tanżyny, Daniela Krasuckiego i Oskara Repki, za czerwoną kartkę obejrzaną jeszcze w barwach Rakowa pauzował Jakub Arak, ale za to w pierwszym składzie znów zameldował się duet Adrian Błąd – Rafał Figiel, a na szpicy – powracający do sił po chorobie Marko Roginić. Jedyny debiut, co sugerował szkoleniowiec kilka dni temu dopytywany przez „Sport”, miał miejsce w bramce. Dawida Kudłę zastąpił między słupkami Patryk Szczuka, pozyskany latem z LKS-u Goczałkowice. 20-letni wychowanek akademii sąsiedniego Rozwoju mógł mówić o debiucie udanym, skoro zachował czyste konto.
W I połowie katowiczanie mieli wyraźną przewagę, budowali ataki pozycyjne, podczas gdy gospodarze ograniczali się do sporadycznych kontr. Tę wyższość udokumentowali w 25 minucie za sprawą Bartosza Jaroszka, który trafił pod poprzeczkę po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Jaroszek osłodził sobie zapewne nieco gorycz ostatnich dni – w niedzielnym spotkaniu z Arką ujrzał czerwoną kartkę, już swoją drugą w sezonie. W poniedziałek w Opolu nie zagra, w Szczecinie mógł jak najbardziej i nie zawiódł.
Po przerwie rezerwy Pogoni – wicelider II grupy III ligi – miały już nieco więcej do powiedzenia, kilkukrotnie bardzo poważnie postraszyły GieKSę, ale drogi do siatki nie znalazły, a w końcówce same się nadziały. Głową piłkę do siatki skierował Dominik Kościelniak, dla którego był to pierwszy gol od ponad roku i powrocie do gry po poważnej kontuzji.
Mecz odbył się na stadionie młodzieżowym w Szczecinie (ok. 4 km od obiektu Pogoni) przy komplecie ponad 700 widzów, z których 200 stanowiła grupa fanatyków GieKSy. W szeregach gospodarzy wystąpił były gracz GKS-u Wojciech Lisowski, zaś z ławki na murawie zameldował się 43-letni weteran ligowych boisk Bartosz Ława.
SIATKÓWKA
siatka.org – Kariagin zawodnikiem ZAKSy, a Seganow GKS-u?
Reprezentacja Bułgarii zajęła ostatnie miejsce w grupie C mistrzostw świata i pożegnała się z turniejem. Tymczasem bułgarskie media donoszą, że dwóch reprezentantów tego kraju znalazło właśnie zatrudnienie w polskiej PlusLidze. Denis Kariagin ma w sezonie 2022/2023 nosić koszulkę ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, a Gjorgi Seganow GKS-u Katowice.
Z doniesień mediów bułgarskich wynika, że Gjorgi Seganow nie wróci nawet z reprezentacją do swojego kraju po mistrzostwach świata. Na początku przyszłego tygodnia reprezentant Bułgarii ma przejść badania lekarskie, po których parafuje swoją umowę.
Rozgrywający rozpoczął karierę w CSKA Sofia. W 2016 roku przeniósł się do Włoch, do zespołu Biosì Indexa Sora. Dwa lata później podpisał kontrakt z tureckim Maliye Piyango Ankara, a następnie Halkbankiem Ankara. W sezonie 2020/2021 grał dla włoskiego Top Volley Cisterna, ale po roku wrócił do Turcji i reprezentował Allpower Akü Cizre Belediyespor.
Góral Cup Beskidy: Luk Lublin i zawiercianie zagrają w finale
W Bielsku-Białej rozpoczął się turniej Góral Cup Beskidy. W pierwszym meczu półfinałowym LUK Lublin bez straty seta pokonał GKS Katowice. Trzysetowe okazało się także półfinałowe starcie, w nim brązowi medaliści poprzedniego sezonu PlusLigi odprawili z kwitkiem gospodarzy turnieju – BBTS Bielsko-Biała.
Dwa bloki pozwoliły LUK Lublin objąć prowadzenie na początku spotkania, a pola zagrywki nie schodził Mateusz Malinowski (6:3). Przewaga ekipy z Lublina rosła, dobrze funkcjonował system blok-obrona, skuteczny był Nicolas Szerszeń i po pojedynczym bloku Damiana Hudzika było 16:10. GKS miał problem, żeby zmniejszyć swoje straty (16:22). Szybko LUK miał piłkę setową, kończąc premierową odsłonę atakiem Szymona Romacia.
Tym razem to katowiczanie świetnie rozpoczęli seta, prowadzili 4:0. W ataku nie zawodził Jakub Szymański, dobrze funkcjonował także środek siatki. LUK Lublin nie zamierzał się jednak poddawać i zmniejszył swoje straty. Kiedy w polu serwisowym pojawił się Malinowski, jego zespół złapał kontakt punktowy, a przy zagrywkach Szerszenia to oni zaczęli przejmować inicjatywę. Na tym nie poprzestali, swoje zrobił Wojciech Włodarczyk (22:19) i po kontrze Malinowskiego było już 2:0.
Podopieczni Dariusza Daszkiewicza dobrze zaczęli seta numer trzy, choć skład trochę się zmienił. Po kiwce Cristiano Torelliego jego ekipa prowadziła trzema oczkami, do tego Jakub Wachnik dołożył potężny serwis (9:5). Na tablicy wyników utrzymywał się rezultat korzystny dla lublinian, utrzymywali oni swoją zaliczkę, powiększył ją trudny serwis Konrada Stajera (17:10). Ekipa Grzegorza Słabego miała pojedyncze udane zagrania, mocno uderzył między innymi Tomas Rousseaux (14:21). LUK nie przedłużał już losów tego meczu i zakończył go mocną kontrą Romacia.
GKS Katowice – LUK Lublin 0:3 (18:25, 19:25, 17:25)
Góral Cup Beskidy: brąz dla BBTS-u, Luk Lublin najlepszy
W Bielsku-Białej zakończył się Góral Cup Beskidy. W walce o trzecie miejsce gospodarze rywalizacji – BBTS Bielsko-Biała, pokonali po zaciętym tie-breaku GKS Katowice. Emocji nie zabrakło także w finałowym starciu, do jego rozstrzygnięcia także potrzebny był tie-break, w nim LUK Lublin pokonał Aluron CMC Wartę Zawiercie.
Początek spotkania był wyrównany (3:3), dopiero przy serwisach Marcina Kani katowiczanie zbudowali sobie zaliczkę (6:3). GKS nie miał większych problemów z utrzymaniem swojego dystansu (13:10). Co prawda BBTS-owi udało się w końcówce zatrzymać Damiana Domagałę, ale cały czas gospodarze nie potrafili zbliżyć się na więcej niż dwa oczka (18:21). Akcja Jakuba Urbanowicza pozwoliła jego ekipie złapać kontakt punktowy (22:23), jednak zagranie Domagały doprowadziło do piłki setowej (24:22) i po udanym bloku zakończyli tę odsłonę.
Tym razem na początku seta odskoczyli gospodarze, po kontrze Rolanda Gergye było 8:5. GKS złapał kontakt (10:11) i dzięki pojedynczemu blokowi Tomasa Rousseux był remis po 12. Potem znów jednak zaliczkę zbudowali sobie bielszczanie (15:12), ręki w polu zagrywki nie wstrzymywał Gergye, jego zespół wygrywał już bardzo wyraźnie (20:13).Szybko doprowadził do piłki setowej I choć rywale obronili kilka z nich, to błąd dotknięcia siatki zakończył tę część spotkania.
BBTS mocno otworzył także kolejnego seta (7:4), ale przy serwisach Piotra Haina katowiczanie złapali wiatr w żagle (11:10). Nie na długo, bowiem tym razem dobrze za linią 9. metra radził sobie Urbanowicz (14:11) i jego zespół przejął inicjatywę. Przyjmujący długo nie opuszczał pola zagrywki (19:11), po akcji ze środka Wojciecha Sieka BBTS miał piłkę setową. Partię mocnym atakiem po skosie zakończył Konrad Formela.
Od początku kolejnej odsłony to BBTS miał dwupunktową zaliczkę, ale potem gra się wyrównała (8:8). Co prawda cały czas minimalne prowadzenie leżało po stronie gospodarzy turnieju, ale nie potrafili oni odskoczyć tak wyraźnie jak w poprzednich odsłonach (18:17). Końcówka należała do ekipy Grzegorza Słabego, która po wykorzystaniu piłki przechodzącej przez Jakuba Nowosielskiego miała piłkę setową (24:22), a do tie-breaka doprowadził atak Gonzalo Quirogi.
Niesiony zwycięstwem w poprzedniej partii GKS lepiej zaczął tą decydującą (5:2). BBTS doprowadził do remisu (5:5), ale prowadzenie przywróciły katowiczanom trudne serwisy Jakuba Lewandowskiego (8:5). Bielszczanie rzucili się do odrabiania strat (9:9) i o wyniku spotkania decydować miała długa walka na przewagi (17:17). Dopiero blok Dawida Wocha na środku siatki zakończył całe spotkanie.
BBTS Bielsko-Biała – GKS Katowice 3:2 (22:25, 25:19, 25:15, 23:25, 22:20)
HOKEJ
hokej.net – Kadra GieKSy skompletowana. Udane testy Maciasia
Szefostwo GKS-u Katowice poszerzyło swoją kadrę. Do rozgrywek Polskiej Hokej Ligi i Hokejowej Ligi Mistrzów zgłosiło trzech nowych zawodników.
Na początku sierpnia informowaliśmy, że na testach w GieKSie przebywa Kacper Maciaś. Wychowanek Podhala Nowy Targwystępował w ostatnim czasie w młodzieżowych drużynach HC RT Toraxu Poruba. W minionym sezonie rozegrał 43 spotkania, zdobywając w nich 21 punktów za 7 bramek i 14 asyst. Na ławce kar spędził 53 minuty, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na +1.
19-letni defensor przekonał do siebie trenera Jacka Płachtę i zostaje w Katowicach. Dziś złożył podpis pod profesjonalnym kontraktem.
Do rozgrywek zostali też zgłoszeni bramkarz Jakub Ciućka oraz napastnik Piotr Ciepielewski. To efekt współpracy z Naprzodem Janów.
– Do sztabu szkoleniowego GKS-u Katowice dołączyli lekarze Paweł Herman i Marcin Bugała. Podczas meczów Ligi Mistrzów z Klubem współpracować będzie Klaudiusz Konieczny w charakterze kierownika technicznego drużyny – informuje oficjalny serwis internetowy mistrzów Polski.
sportdziennik.com – GKS Katowice – Rogle Angelholm. Kopciuszek był na balu…
Katowiczanie byli blisko sprawienia sensacji, ale zadecydowała ostatnia odsłona.
Mezc GKS-u Katowice z obrońcą tytułu, Rogle Angelholm, rozpoczął się od prawdziwego trzęsienia ziemi. W ciągu zaledwie 33 sek. zobaczyliśmy dwa gole po jednej i drugiej stronie. A potem było już spokojniej, ale szwedzka drużyna wywiozła z „Jantoru” nikłe zwycięstwo. Nasi goście ze Skandynawii przekonali się, że nie jesteśmy aż taką prowincją hokejową za jaką nas niektórzy uważają.
W poprzedniej edycji szwedzka drużyna okazała się najlepsza na Starym Kontynencie, ale nie powiodło jej się w… ligowych rozgrywkach. Owszem, sezon zasadniczy zakończyła na 1. miejscu z bogatym dorobkiem 100 pkt. Jednak przegrała w półfinale play offu z późniejszym mistrzem, Farjestadem BK Karlstad (w LM to rywal Cracovii). Klub z 42-tysięcznego Angelholm słynie z promocji młodych utalentowanych zawodników, którzy potem z powodzeniem występują za oceanem, a zespół niewiele się zmienił w porównaniu z poprzednim sezonem – w przeciwieństwie do GKS-u, w którym było sporo roszad. Obawialiśmy się, że ten inauguracyjny mecz może być niezwykle trudny, bo przecież wszyscy znaliśmy klasę rywala.
Nasze obawy jeszcze bardziej wzrosły już na początku, bo w 23 sek. Tony Sund pokonał Johna Murraya. Jednak odpowiedź gospodarzy było niemal natychmiastowa. 11 sek. później Brandon Magee wyrównał, a kibice byli w siódmym niebie. I trudno się dziwić skoro nikt nie oczekiwał takiego otwarcia. Skazywani na wysoką przegraną gospodarze grali jak równy z równym. Już w 6 min wyszli na prowadzenie po efektownym uderzeniu Grzegorza Pasiuta. Wszyscy przecieraliśmy oczy ze zdumienia i zaczęliśmy obawiać się czy hokeiści wytrzymają szybkie tempo jakie sobie zafundowali. Oczywiście, że goście z minuty na minutę zyskiwali przewagę i coraz trudniej gospodarzom było się wydostać z własnej tercji, jednak uważnie się bronili i korzystny rezultat utrzymali do końca pierwszej odsłony.
Przewaga była po stronie gości, ale pressing w wykonaniu katowiczan był skuteczny, a na dodatek John Murray interweniował spokojnie i z wyczuciem, czym mocno wspierał zespół w najtrudniejszych momentach, zwłaszcza w osłabieniu. Patryk Krężołek po sezonie tułaczki w innych formacjach powrócił do 1. ataku Grzegorza Pasiuta i Bartosza Fraszki, gdy zwolniło się miejsce po odejściu Patryka Wronki do Krakowa. To właśnie Krężołek zainicjował akcję, która przyniosła 3. bramkę GKS-owi. Podał do Pasiuta, a ten odważnie wjechał do tercji rywali i mocno uderzył na bramkę. Calle Clang odbił krążek, a nadjeżdżający Fraszko wpakował go do bramki. Szok! A potem znów goście szukali swoich szans, ale, jak się później okazało, nie znaleźli. W 29 min mógł być 4:1, ale Magee z bliskiej odległości nie zdołał umieścić krążka w siatce. Kolejna odsłona była po stronie plusów dla gospodarzy.
Przed ostatnią tercją kibice byli w iście szampańskim nastroju, ale dość szybko zostali sprowadzeni na ziemię. W krótkim odstępie goście doprowadzili do 3:3, a potem Riley Shee po raz 2. pokonał Murraya i Rogle wyszło na prowadzenie. Jednak Hampus Olsson, rosły Szwed, swego czasu występujący w… Rogle, przypomniał się kolegom i wyrównał Mac 4:4. Jednk ostatnie słowo należało do gości, a zwycięskiego gola zdobył obrońca Samuel Jonsson. Na niespełna 2 min przed końcem Murray po raz pierwszy zjechał z bramki, ale ten manewr nie przyniósł efektu. Na 42 sek. przed ostatnią syreną po raz kolejny opuścił taflę i jego koledzy szukali szansy na wyrównanie, jednak jej nie znaleźli.
Słowa uznania należą się hokeistom GKS-u, którzy walczyli twardo, ale – niestety – bez końcowego efektu. Szkoda, bo byli blisko sensacji, a tak pozostaje tylko satysfakcja z wielu fragmentów bardzo dobrej gry. Szwedzki zespół nie prezentował się olśniewająco, ale wystarczająco dobrze, by odnieść nikłą wygraną. GKS nie znalazł punktów i teraz przyjdzie mu szukać ich w kolejnym meczu, z Lions Zurych w najbliższą sobotę (18.00). Rywal ze Szwajcarii jest podobnej klasy co Rogle i zobaczymy jak GKS będzie sobie radził.
Kopciuszek balował do końca!
Jasiek Murarz, Jasiek – skandowała publiczność na „Jantorze” podczas meczu GKS Katowice z Lions Zurych.
Trudno się dziwić, John Murray wraz z kolegami solidnie zapracowali na sensacyjne zwycięstwo nad Lions Zurych 2:1. Na 20 sek. przed końcem dogrywki Grzegorz Pasiut precyzyjnym uderzeniem sensacja stała się faktem. Kopciuszek już wcześniej balował w meczu z Rogle, ale ostatecznie przegrał 4:5, ale teraz przetańczył bal do końca.
To było szczególne spotkanie dla Henryka Grutha, eksperta Polsatu Sport, wszak w klubie w Zurychu spędził ponad 20 lat, zdobywając 7 tytułów mistrza juniorów Szwajcarii. Przez wiele sezonów piastował funkcję szefa szkolenia młodzieży. W obecnym zespole Lions jest jego 11. wychowanków i to świadczy jak się rolę przykłada się do pracy z najmłodszymi. Trudno się dziwić, że przywitanie w szatni było niezwykle sympatyczne. – Tak długo rozmawialiśmy, że chłopaki spóźniliby się na rozgrzewkę – stwierdził w swoim stylu nasz 4-krotny olimpijczyk.
Hokeiści Lions udanie rozpoczęli rozgrywki udanie, bowiem wygrali na wyjeździe z węgierskimi debiutantami Fehervar AV19 7:1 (1:3, 0:1, 0:3). Rikard Gronborg, trener zespołu, był niezwykle zadowolony z meczu i cieszył się z wysokiej wygranej. I, jak stwierdził, nie ma nic przeciwko temu, by ten wynik powtórzyć. Alexandre Texier, jeden z czołowych napastników na Węgrzech, zaliczył gola i 2. asysty. On i jego koledzy są niezwykle groźni i rozpoczęli w niezwykle szybkim tempie. Już w 1:07 min Jakub Wanacki za przeszkadzanie powędrował do boksu kar i goście przez pełno 2 min przebywali tercji GKS-u. John Murray, jak się później okazało, zachował „czyste” konto, bo bronił z dużym wyczuciem i spokojem. W 4:56 min Bartosz Fraszko oddał pierwszy strzał na bramkę Ludovica Waebera. „Lwy” miały sporą przewagę, ale klarowniejsze sytuację mieli hokeiści GKS-u. Fraszko z bliskiej odległości uderzył i wydawało się, że krążek już minął linię bramkową. Jednak arbiter stojący tuż przy bramce tylko rozłożył ręce. A potem Grzegorz Pasiut oddał 2 celne strzały i raz Teemu Pulkkkinen, ale 1. tercja zakończyła się bezbramkowym wynikiem.
Hokeiści GKS-u mieli prawo czuć się jak karuzeli, bo goście cały czas atakowali i próbowali pokonać Murraya. Jednak wynik był ciągle bezbramkowy. Jednak w 37 min starania gości ostatecznie zakończyły się powodzenie. Dominik Diem otworzył listę strzelców. Gospodarze mocno poirytowani stratą gola ruszyli do ataku i kilka razy poważnie zagrozili bramce „Lwów”. Brandon Magee miał najdogodniejszą sytuację, ale nie zdołał umieścić krążka w siatce. Sporo wysiłku kosztowały obie tercje, ale gospodarzy trzeba pochwalić za ambicję oraz waleczność.
W 47 min po ataku Enzo Guebey’a na Fraszkę gospodarze grali 4 min w przewadze. Owszem, atakowali bez powodzenia. A potem mieli podwójną przewagę i na 6 sek. przed zakończeniem podwójne kary Fraszko doprowadził do remisu. A potem trwała uporczywa walka, by zdobyć zwycięskiego gola. „GieKSa” miała trudne momenty, bo Joona Monto poszedł do boksu kar. W 57 min Murray popisał się nadzwyczajną interwencją i goście kiwali głowa z podziwu dla naszego golkipera. W regulaminowym czasie był remis i GKS zdobył pierwszy, historyczny punkt w Lidze Mistrzów. Jednak ciągle była w grze o kolejny. W dogrywce (3 na 3) jedni i drudzy mieli swoje szansę, ale bramkarze znów wystąpili w głównych rolach.
Są piękne chwile…
Nikt nie oczekiwał, że GKS Katowice oraz Comarch Cracovia po 2. meczach Champion Hockey League (CHL) mają już na koncie już po jednym zwycięstwie. To niewątpliwie historyczna chwila dla rodzimego hokeja, który nie ma zbyt wysokich notowań wśród europejskich ekspertów. A tymczasem debiutanci z Katowic zaskoczyli wszystkich swoją postawą w obu spotkaniach: przegranej z obrońcą trofeum Rogle Angelholm 4:5 można było uniknąć, ale zabrakło doświadczenia.
Natomiast wygrana z Lions Zurych 2:1 po dogrywce musiała się odbić szerokim echem, bo to przecież sensacyjne rozstrzygnięcie. Z kolei „Pasy” niewiele zdziałały w meczu ze Straubing Tigers, przegrywając 0:4. W drugim meczu potrafiły wykorzystać swoją szansę i wygrały z Villach 4:2. Oba nasze zespoły czeka teraz sesja wyjazdowa i o jakąkolwiek zdobycz będzie niezwykle trudno.
– Już oczami wyobraźni sobie wyobrażam co będzie się działo w rewanżu w Zurychu – uśmiechał się w sobotni wieczór mocno zmęczony, Marcin Kolusz. – Ambicja hokeistów Lions została podrażniona i mogę tylko przypuszczać co teraz się dzieje w szatni. A my? Cóż mieliśmy wspaniałego Johna między słupkami, a reszta starała się na tyle ile było nas stać. Okazuje się, że ambicją oraz walecznością można wiele dokonać. Rewanż będzie zupełnie inną historią i trzeba będzie się wystrzegać błędów.
Hokeiści GKS-u wszystkich obserwatorów zaskoczyli dojrzałością taktyczną oraz przygotowaniem fizycznym. Trenerski duet Jacek Płachta – Ireneusz Jarosz potrafi dobrze przeanalizować grę rywali i opracować taką strategię gry, by można podjąć walkę z wyżej notowanym rywalem. By ją zrealizować potrzeba wykonawców. A oni nie zawiedli. John Murray rozegrał chyba swój najlepszy mecz w karierze i gdyby nie bariera wiekowa (35 lat) już teraz pewnie otrzymałby lukratywne propozycje z poważnych zagranicznych klubów. Początkowo jego koledzy byli mocno stremowani i sprawiali wrażenie zgubionych na lodzie. Jednak z każdą chwilą nabierali pewności siebie i kilka razy poważnie zagrozili bramce Ludovica Waebera. Zadziwili dobrym przygotowaniem fizycznym, choć tempo obu meczów było zdecydowanie wyższe niż to z ligowej rzeczywistości.
Murray w rozmowie z media klubowymi ubolewał, że nie udało się utrzymać korzystnego wyniku z Rogle. GKS prowadził 3:1, ale dał się zaskoczyć na początku 3. tercji i w rezultacie nikła porażka. „Jasiek Murarz” przekonuje, że GKS powinien mieć na koncie 5 „oczek”, bo takich sytuacji sobie nie może wybaczyć. Jednak trudno go obwiniać za porażkę ze szwedzką ekipą, bo ciężar odpowiedzialności spada na cały zespół. Teraz jesteśmy ciekawi jak zaprezentuje się podczas meczów wyjazdowych w Szwajcarii oraz w Szwecji.
polskieradio24.pl – Hokejowa LM: GKS Katowice górą w CHL! Mistrz Polski pokonał ZSC Lions Zurych
Hokeiści GKS-u Katowice po bardzo emocjonującym spotkaniu wygrali z mocnym ZSC Lions Zurych 2:1. Spotkanie zakończyło się po dogrywce. To był historyczny mecz dla katowiczan, którzy we wrześniu zadebiutowali w Champions Hockey League.
[…] W sobotę katowiczanie stoczyli kolejny dramatyczny mecz z następnym mocnym zespołem. Tym razem przeciwnikiem był ZSC Lions Zurych, klub, w którym pracował w przeszłości jako trener Henryk Gruth. Spotkanie symbolicznie rozpoczął Andrzej Tkacz, bramkarz, który w 1976 roku w Spodku znakomicie bronił w wygranym przez Biało-Czerwonych meczu ze Związkiem Radzieckim.
Mecz był toczony w bardzo szybkim tempie, świetnie spisywał się bramkarz John Murray, który bronił jak natchniony. Po dwóch tercjach Szwajcarzy prowadzili 1:0. W 37. minucie bramkę zdobył Dominik Diem a asystę zaliczył Mikko Lehtonen, który rywalizował na tafli ze swoim bratem, Matiasem. W trzeciej tercji katowiczanie doprowadzili do remisu, grając w podwójnej przewadze. W 51. minucie do siatki krążek z bliska wpakował Bartosz Fraszko. Kibice byli w euforii. W jeszcze większą wprowadził ich Grzegorz Pasiut, który na 20 sekund przed końcem dogrywki ładnym strzałem z dystansu ustalił wynik starcia.
– Wygrać z tak mocnym zespołem to coś fantastycznego. Na początku byliśmy stremowani, bo drużyna z Zurychu to europejska elita, ale później chłopcy pokazali charakter. Znakomicie prezentował się nasz bramkarz John Murray – ocenił trener Jacek Płachta po spotkaniu na antenie „Polsatu Sport Extra”.
hokej.net – „Blamaż”, „skompromitowali się”. Szwajcarskie media o porażce ZSC z „GieKSą”
Blamażem nazywają szwajcarskie media porażkę ZSC Lions Zurych z GKS-em Katowice w Hokejowej Lidze Mistrzów. „ZSC Lions przegrywają z mistrzem Polski – kto by pomyślał, że będziemy używać takiego zdania?” – pyta jedna z największych szwajcarskich gazet.
Katowiczanie pokonali we wczorajszym meczu w Janowie wicemistrzów Szwajcarii 2:1 po „złotym golu” strzelonym w dogrywce przez Grzegorza Pasiuta.
Mecz znalazł się w szwajcarskich mediach sportowych nieco w cieniu przegranego wczoraj przez Szwajcarki 1:8 półfinału Mistrzostw Świata kobiet z Kanadą, ale przegrana nie uszła uwadze tamtejszych dziennikarzy.
„Blamaż ZSC w Polsce” – zatytułował swoją relację w serwisie internetowym największy szwajcarskitabloid „Blick”, który zauważa, że mistrz naszego kraju okazał się zbyt silny dla wicemistrza Szwajcarii i dodaje, że drużyna ZSC Lions „skompromitowała się” w Katowicach.
Porażkę gazeta nazywa „w najwyższym stopniu nieoczekiwaną”.
– Nic nie zostało z planowych trzech punktów ZSC w polskich Katowicach. Ostatecznie tylko jeden trafił na konto „Lwów” – pisze „Blick” w swojej relacji, dodając, że podopieczni Rikarda Grönborga otrzymali lekcję na kilka dni przed pierwszą kolejką rozgrywek ligowych, które rozpoczną 14 września meczem z Rapperswil-Jona Lakers.
W podobnym tonie piszena swojej stronie internetowej jeden z największych szwajcarskich dzienników „Tages-Anzeiger”, który poświęcił meczowi najwięcej uwagi.
W relacji zatytułowanej „ZSC skompromitował się w Polsce” dziennikarz gazety nazywa występ szwajcarskiej drużyny całkowicie przeciętnym, a porażkę „zawstydzającą”.
– Na końcu zawodnicy Rikarda Grönborga wymykali się z lodu, podczas gdy w małej, prawie wyprzedanej hali w Katowicach z 1 309 widzów na trybunach odbywała się mała impreza. ZSC Lions przegrywają z mistrzem Polski – kto by pomyślał, że będziemy używać takiego zdania? – pisze serwis internetowy „TA”.
Gazeta chwali polską drużynę, która broniła się „z pasją i mądrze”, a do tego prezentowała dyscyplinę w defensywie, ale dodaje, że ekipa ZSC nie potrafiła wykorzystać swojej wyraźnej przewagi umiejętności technicznych i jazdy na łyżwach.
Mimo że „Lwy” miały w statystyce oczekiwanych goli (xG) przewagę 3,00 – 1,99 i wyprowadziły 72 próby strzałów przy 42 próbach „GieKSy”, to podopieczni Jacka Płachty ostatecznie okazali się lepsi.
– Oczywiście w drużynie z Katowic grają Polacy i naturalizowani Polacy, tacy jak dobry amerykański bramkarz John Murray. 35-latek wcześniej zarabiał pieniądze na trzecim albo nawet czwartym poziomie rozgrywek w Ameryce Północnej. Wielu zagranicznych graczy w Katowicach to – oprócz Japończyka – byli zawodnicy z drugich i trzecich najwyższych lig w Finlandii i Szwecji. Na przykład napastnik Matias Lehtonen jest hokejowo właściwie „nieznanym” bratem nowej gwiazdy obrony ZSC Mikko Lehtonena, uważanego za jednego z najlepszych obrońców poza NHL – pisze „TA”.
O „niespodziewanym” zwycięstwie GKS-u pisze portal sport.ch, który przyznał także swoje tytuły „wygranego” i „przegranego” meczu. Tym pierwszym został John Murray.
– Murray był oblężony i zarzucony strzałami przez wszystkie tercje i dogrywkę, a mimo to tylko raz musiał wyciągać krążek z bramki. Co za występ bramkarza, który wniósł znaczący wkład w zwycięstwo swojej drużyny – pisze portal.
Za „przegranego” sport.ch uznał obrońcę czwartej formacji gości Enzo Guebeya, ukaranego w trzeciej tercji dwiema karami w jednej sytuacji. Później dodatkowo wykluczony został Jérôme Bachofner, a Bartosz Fraszko zamienił podwójną przewagę na gola wyrównującego, który doprowadził do dogrywki.
Portal watson.ch pisze o „zawstydzających” porażkach nie tylko ZSC Lions, ale także innego reprezentanta Szwajcarii w Hokejowej Lidze Mistrzów HC Fribourg-Gottéron, który wczoraj uległ u siebie mistrzom Norwegii Stavanger Oilers 0:1.
[…] Na razie jednak szwajcarska liga po pierwszych meczach tego sezonu spadła na 4. miejsce w rankingu i gdyby tak zakończyła rozgrywki, to straciłaby jednego przedstawiciela HLM na kolejny sezon. Do tego jednak jeszcze długa droga, ponieważ rywalizacja dopiero się zaczęła.
Zespół ZSC Lions, z którym wczoraj wygrała „GieKSa”, przed rokiem wyszedł z grupy, ale w 1/8 finału przegrał z Rögle BK Ängelholm, który później sięgnął po tytuł, a z którym teraz jest w grupie.
Przed startem obecnych rozgrywek szwajcarski dziennik „Berner Zeitung” napisał, że wszystko inne niż awans z grupy z GKS-em, Rögle i węgierskim Fehérvár AV19 będzie dla wicemistrzów kraju gorzkim rozczarowaniem, ale dyrektor sportowy ZSC Sven Leuenberger jakby przeczuwał problemy, które sprawią jego drużynie katowiczanie i przestrzegał przed lekceważeniem dwóch teoretycznie niżej notowanych rywali z Polski i Węgier.
– Nie możemy nie doceniać tych przeciwników. Nie zakwalifikowali się tam bez powodu. Nie wiemy, czego się po nich spodziewać i musimy zakładać, że będą chcieli nam wsadzić kij w szprychy – mówił.
Murray: Możemy być z siebie dumni
W sobotnim spotkaniu 35-letni bramkarz dwoił się i troił. W ostatnich minutach meczu efektownie obronił kilka groźnych akcji hokeistów ze Szwajcarii. Nie dał się jednak pokonać, a Grzegorz Pasiut w dogrywce zapewnił pierwsze punkty i pierwsze zwycięstwo w historii katowickiego klubu w Hokejowej Lidze Mistrzów.
–W takim meczu wiadomo co się wydarzy. Wiadomo, jak przeciwnik będzie grał, jak wykona to, co sobie założył. Dzięki tej wiedzy mecz zamienił się, z mojej perspektywy, w poniekąd szachowy pojedynek. Byłem sobą bardzo rozczarowany po meczu z Rögle BK i wiedziałem, że dziś muszę się pokazać ze zdecydowanie lepszej strony, niż w trzeciej tercji spotkania ze Szwedami – mówił po meczu John Murray.
Już w czwartek katowiczanie byli blisko zdobycia punktów ze szwedzkim Rögle BK. Po czterdziestu minutach prowadzili 3:1, jednak początek trzeciej tercji nie był dla nich udany. Szwedzi w krótkim czasie zdobyli trzy gole i odwrócili losy spotkania, ostatecznie wygrywając 5:4.
–Po dzisiejszym meczu wszyscy możemy być z siebie dumni, zwłaszcza, że obydwa kluby dzieli trzydzieści czy czterdzieści lat historii. Mówiłem w szatni, już po spotkaniu, że gdybyśmy zagrali lepiej w trzeciej tercji meczu z Rögle, moglibyśmy mieć, przed meczami wyjazdowymi, już pięć punktów na koncie –zakończył bramkarz GieKSy.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Najnowsze komentarze