Piłka nożna Prasówka
GieKSa głośniejsza, Górale skuteczniejsi – media o meczu TSP-GieKSa
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice. GieKSa przegrała 0:1 (0:0).
sportowebeskidy.pl – Rykoszet decydujący
Notujący dobry start I-ligowego sezonu GKS Katowice zawitał do Bielska-Białej. Niewdzięczna aura, w jakiej przyszło dziś drużynom się zmierzyć, czyniła przebieg meczu trudnym do przewidzenia.
Już w 2. minucie goście po raz pierwszy czyhali na gola. Uderzenie, jakie wykonał Adrian Błąd bez trudu obronił Matvei Igonen. Inicjatywa „Górali” wzrosła na krótko po upływie kwadransa. W 21. minucie Michał Janota skierował swój strzał ponad poprzeczką, zaś w minucie 23. po dograniu przywołanego pomocnika Podbeskidzia minimalnie chybił wolejem Kamil Biliński. Katowiczanie do głębszej defensywy zepchnąć się jednak nie dali, a w końcówce wyrównanej odsłony znów usiłowali zdobyć zaliczkę. I byli tego bliscy. 45. minuta została zaakcentowana dośrodkowaniem Grzegorza Rogali z lewego skrzydła, futbolówkę otrzymał Błąd, myląc się w bardzo dogodnej sytuacji.
Po powrocie drużyn na boisko kibicom Podbeskidzia przypomniał o sobie Marko Roginić. Instynktowną próbę piętką autorstwa Chorwata tyleż doskonale, co i fartownie odbił golkiper miejscowych. Odpowiedź bielszczan nastąpiła w 60. minucie. Biliński otrzymał piłkę w „16”, lecz na przeszkodzie w zdobyciu bramki stanął Dawid Kudła. Znacznie mniej groźnie zapowiadał się tymczasem w 62. minucie strzał z dystansu Romana Goku, ale to właśnie on przysporzył gospodarzom ogrom radości. Zmylony Kudła po rykoszecie od Arkadiusza Jędrycha nie zdołał zapobiec utracie gola.
Od 72. minuty, w następstwie analizy VAR, na murawie przebywało już mniej piłkarzy. Ezequiel Bonifacio i Bartosz Jaroszek wobec zagrań mających ze sportem niewiele wspólnego zostali przez sędziego obdarowani „cegłami”. Układu sił znacząco to nie zmieniło, a obraz gry był taki, jakiego należało się spodziewać. GKS nadziewał się coraz częściej na kontry, vide ta z 86. minuty, gdy Titas Milasius przegrał starcie „oko w oko” z golkiperem przyjezdnych. Rozpaczliwe próby katowickiego zespołu, aby wywieźć spod Klimczoka przynajmniej remis, zdały się na nic. Ostatnią z nich było uderzenie Dominika Kościelniaka, na które receptę znalazł Igonen.
sportdziennik.com – Górale twardsi od GieKSy
Podbeskidzie wygrało pierwszy mecz ligowy w tym roku. Okazali się bielszczanie lepsi od GKS-u Katowice.
[…] Spotkanie rozpoczęło się w strugach deszczu. Padało obficie i płynność gry zdecydowanie na tym ucierpiała. Początkowo lepiej w trudnych warunkach atmosferycznych odnaleźli się katowiczanie, którzy w pierwszych fragmentach spotkania przejęli inicjatywę. Niewiele jednak z tego wynikło, a po kilkunastu minutach mecz się wyrównał.
Warto docenić, po stronie Podbeskidzia, postawę Titasa Milasziusa. Litwin był bardzo aktywny i kilkoma akcjami narobił w strukturach defensywnych GKS-u kilku szkód. Niemniej jednak brakowało z jego strony konkretów. Bo to nie on wypracował jedyną przed przerwą klarowną sytuację dla swojej drużyny. Kreatywniejszy okazał się Michał Janota, który zagrał w tempo do Goku Romana. Hiszpańskiemu pomocnikowi zabrakło jednak nieco precyzji.
Roman poprawił się w drugiej połowie, a to, czego dokonał, śmiało można nazwać golem kolejki w I lidze. To był przepiękny strzał, który wylądował w samym okienku bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę. Bramkarze zespołu z Katowic nie miał absolutnie nic do powiedzenia, a docenić należy to, w jaki sposób pomocnik Podbeskidzia uderzył piłkę. Roman zajrzał jedynie w miejsce, w które chciał trafić. Przygotował sobie uderzenie, a następnie kropnął znakomicie i zerwał pajęczynę. To była doprawdy świetna próba, która finalnie dała Podbeskidziu zwycięstwo.
Co wydarzyło się później? Otóż w 72. minucie spotkania doszło do zupełnie niepotrzebnej przepychanki pomiędzy Ezequielem Bonifacio, a Bartoszem Jaroszkiem. Najpierw obaj zawodnicy zobaczyli po żółtej kartce, ale sędzia główny spotkania, Sebastian Jarzębak, postanowił sprawdzić całą sytuację na wideo. Jak się okazało obaj zawodnicy przesadzili i arbiter, zupełnie słusznie, odesłał ich do szatni.
GKS pod koniec spotkania usiłował odrobić straty. Brakowało jednak piłkarzom zespołu z Katowic argumentów. Mało tego, o mało co „GieKSa” nie straciła drugiego gola. Niezwykle aktywny Milaszius przeprowadził kolejną akcję i ponownie był bliski wpisania się na listę strzelców. W 87. minucie spotkania stanął „oko w oko” z Kudłą, ale znów w przypadku Litwina nie zadziałał instynkt snajpera. Co należy podkreślić w końcówce spotkania Podbeskidzie nie dało się rywalowi zdominować. To zespół z Bielska-Białej był bliżej zdobycia drugiego gola, aniżeli GKS wyrównania.
Widowisko może nie należało do najwybitniejszych, ale gospodarze wygrali zupełnie zasłużenie. „Górale”, bez kwestii, mają się z czego cieszyć. Wygrali drugi mecz z rzędu, co za kadencji trenera Smyły jeszcze się nie zdarzyło.
beskidzka24.pl – Trzy oczka zostają pod Klimczokiem. Podbeskidzie lepsze od GKS-u!
[…] W pierwszej połowie sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo. Gra toczyła się głównie w środku pola. Pierwszą okazję gospodarze mieli dopiero w 12. minucie, gdy Titas Milasius wstrzelił piłkę w pole karne, ta przeszła wzdłuż linii bramkowej w odległości jednego metra, ale nikt jej nie przeciął. W 21. minucie groźny strzał z dystansu oddał Michał Janota, jednak futbolówka pofrunęła nad poprzeczkę. Dwie minuty później efektownym strzałem bramkarza rywali próbował zaskoczyć Kamil Biliński. Efektowna przewrotka nie przyniosła efektu w postaci gola, gdyż piłka minęła prawy słupek bramki katowiczan.
W końcówce pierwszej odsłony mecz nieco się ożywił i kibice obejrzeli kilka podbramkowych spięć. W 42. minucie golkipera Podbeskidzia Matvei Igonena próbował z ostrego kąta pokonać Adrian Błąd, ale z tego pojedynku zwycięsko wyszedł zawodnik “Górali”. Chwilę później bielszczanie przeprowadzili szybką kontrę, wychodząc trzy na dwa, ale podopiecznym trenera Mirosława Smyły zabrakło precyzji w jej rozegraniu. Z kolei tuż przed przerwą znakomitą szansę na otwarcie wyniku miał Adrian Błąd ale w dogodnej pozycji napastnik GKS-u przestrzelił.
Po zmianie stron na boisku działo się znacznie więcej ciekawego. Do ataku z animuszem ruszyli goście i już 49. minucie czujność Matvei Igonena sprawdził Marko Roginić, były zawodnik TSP. W 54. zrobił to z kolei Marcin Wasilewski, którego uderzenie pewnie chwycił bielski bramkarz. Odpowiedź gospodarzy na ataki katowiczan przyszła w 59. minucie. Po szybkiej akcji Podbeskidzia w znakomitej sytuacji znalazł się Kamil Biliński, ale trafił wprost w bramkarza GKS-u Dawida Kudłę.
Miejscowi kibice doczekali się w końcu trafienia swoich ulubieńców w 62. minucie gry. Wtedy to na strzał z dystansu zdecydował się Goku Roman, piłka po drodze otarła się o defensora GKS-u i po rykoszecie wpadła do siatki. Przyjezdni próbowali wyrównać, ale robili to dość nieporadnie. Do tego dali się wciągnąć w przepychankę z “Góralami”, czego efektem były… dwie czerwone kartki, jakie w 73. minucie po interwencji VAR ujrzeli Ezequiel Bonifacio i Bartosz Jarosz, którzy poszarpali się w polu karnym.
Do końca zawodów goście z Katowic starali się odwrócić niekorzystny rezultat, z czego wychodząc z kontrami próbowali skorzystać bielszczanie. Znakomitą okazję do podwyższenia prowadzenia miał w 86. minucie Titas Milasius, który znalazł się przed golkiperem GKS-u, jednak przegrał ten pojedynek. W doliczonym czasie gry przyjezdni byli bliscy wyrównującej bramki, ale po raz kolejny Matvei Igonen potwierdził swoje wysokie umiejętności i nie dopuścił do utraty gola.
sportslaski.pl – GieKSa głośniejsza, Górale skuteczniejsi. Przerwane serie pod Klimczokiem
Dobre, szybkie widowisko w deszczowe popołudnie w Bielsku-Białej. Z trzema punktami kończą je piłkarze Podbeskidzia, którzy za sprawą kapitalnej bramki Goku Romana pokonali GKS Katowice i wspięli się na czwartą pozycję w tabeli Fortuna I Ligi.
Podbeskidzie i GKS Katowice kończą serie budowane jeszcze od minionego roku. To, co cieszy miejscowych, smuci przyjezdnych. Dla „GieKSy” niedzielne spotkanie to pierwsza delegacja bez punktowej zdobyczy od 13 listopada 2021. Tylko tydzień krócej na wygraną na swoim obiekcie czekali „Górale”. Osiem razy z rzędu nie potrafili wykorzystać atutu boiska przy Rychlińskiego, które pod wodzą Mirosława Smyły odczarowali dopiero przy okazji wiktorii nad ekipą jego „krajana” z Bytomia, trenera Rafała Góraka.
[…] Najciekawszą próbą „GieKSy” przed przerwą była ta z końcówki pierwszej połowy. Marko Roginić świetnie przepuścił piłkę zagraną spod linii końcowej, a Adrian Błąd z dobrej pozycji uderzył mocno, jednak spudłował.
Goście mocno zaczęli drugą odsłonę. Najpierw po przejęciu piłki na połowie rywala piłkę z lewej strony dogrywał Marcin Wasielewski, a „piętkę” Roginicia z trudem wybronił Matvei Igonen. Po chwili z dośrodkowania korzystał wprowadzony po przerwie za Alana Bróda Daniel Dudziński, ale przeniósł piłkę tuż nad poprzeczką.
[…] Po objęciu prowadzenia przez gospodarzy i czerwonych kartkach dla Jaroszka i Bonifacio, na boisko zrobiło się więcej miejsca. Z przestrzeni lepiej korzystali goniący wynik katowiczanie, ale choć momentami doprowadzali do oblężenia pola karnego „Górali”, brakowało im konkretów. Obrońcy gospodarzy przecinali ostatnie podania, lub blokowali próby strzałów swoich rywali.
[…] Na boisku górą Górale, na trybunach GieKSa. Katowiczanie w końcu zagrali przy wsparciu swojego dwunastego zawodnika. Kibice z Katowic absolutnie zdominowali trybuny pod Klimczokiem. Do Bielska-Białej wybrało się 2 tysiące fanów, którzy ani na moment nie przerywali chóralnych śpiewów, niosących się daleko poza obiekt przy Rychlińskiego.
sport.tvp.pl – Konflikty interesów sędziów meczu Podbeskidzie – GKS Katowice
PZPN znowu naraża własnych sędziów na krytykę lub podejrzenia. Na mecz I ligi Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice zakończony wynikiem 1:0 wyznaczył sędziów, którzy z tego powodu mogli poczuć się bardzo niezręcznie. I nie ma większego znaczenia, czy sami to przyznają, bo konflikt interesów jest oczywisty.
Sędzią asystentem numer 2 był Wojciech Szczurek z Bielska-Białej, a sędzią technicznym, czyli zarazem sędzią rezerwowym, był Marcin Bielawski z Katowic. Samo miejsce zamieszkania jednego czy drugiego arbitra nie powinno być argumentem za ani przeciw obsadzaniu na mecze drużyny z tego samego miasta, ale osoby odpowiedzialne za obsadę sędziowską powinny uwzględniać dodatkowe aspekty związane z miejscem pracy czy funkcjonowania sędziego. PZPN niestety tego nie robi lub robi niedokładnie. Albo ewentualnie władze Kolegium Sędziów ignorują, czego ignorować nie powinny.
Wojciech Szczurek jest przewodniczącym Kolegium Sędziów Bielsko-Biała, czyli zajmuje najważniejsze stanowisko sędziowskie w regionie. Jako sędzia szczebla centralnego podlega władzom Kolegium Sędziów PZPN, jako sędzia w swoim okręgu podlega sam sobie, natomiast jako przewodniczący podlega Markowi Kubicy, prezesowi Podokręgu Bielsko-Biała Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Każdy w regionie i nie tylko wie, że najważniejszym klubem piłkarskim dla Bielska-Białej jest właśnie Podbeskidzie – choćby dlatego, że gra w I lidze i stara się o awans do PKO Ekstraklasy. Gra lokalnego klubu w Ekstraklasie poprawiłaby sytuację Podokręgu Bielsko-Biała, zapewne również jego sytuację finansową, i mogłaby poprawić sytuację wielu mniejszych klubów w regionie. Dlatego, co zupełnie naturalne, prezesowi Kubicy bardzo zależy na awansie Podbeskidzia. Wie o tym wiele osób, również sędziowie, w tym także z pewnością wie to Wojciech Szczurek.
I tutaj jest wyraźny konflikt interesów, jakiego PZPN zawsze powinien unikać. Z jednej bowiem strony sędzia powinien, chciałby i pewnie starał się sędziować najlepiej jak potrafi, natomiast z drugiej strony w czasie meczu musiał oceniać różne sytuacje, których oczywiście nie mógł przewidzieć, i musiał w nich podejmować decyzje, które mogły zmniejszyć albo zwiększyć szanse na awans Podbeskidzia i zadowolenie prezesa Kubicy. Konflikt interesów był więc oczywisty – to wynika z przedstawionych faktów, których nie zmieniłyby nawet zwierzenia sędziego-przewodniczącego Szczurka, czy i ewentualnie co o tej sytuacji myślał przed meczem, a co w trakcie.
W podobnej sytuacji w Bielsku-Białej był Marcin Bielawski z Katowic. Z jednej strony był sędzią technicznym i rezerwowym, który w przypadku kontuzji sędziego asystenta Szczurka czy sędziego głównego Sebastiana Jarzębaka musiałby jednego z nich zastąpić, a z drugiej strony jest koordynatorem ds. organizacyjno szkoleniowych w Kolegium Sędziów Podokręgu Katowice, w którym najważniejszym lub co najmniej najwyżej notowanym klubie jest właśnie GKS Katowice. To klub od lat marzący o powrocie do Ekstraklasy. To klub, któremu zależy na pomocy katowickich władz lokalnych. Wie to prezes Podokręgu Katowice Stefan Mleczko, wie to prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Kula, który jest również członkiem zarządu PZPN, a także wie to z pewnością także Marcin Bielawski.
Osobiście nic nie mam do Wojciecha Szczurka ani do Marcina Bielawskiego. Obu arbitrom życzę udanych meczów, awansów, ale o atrakcyjne mecze i awanse w hierarchii sędziowskiej będzie znacznie trudniej lub nawet staną się niemożliwe, jeśli któremuś z nich – odpukać – zdarzy się jakiś poważny błąd. Na przykład taki, który trudno będzie wytłumaczyć inaczej niż właśnie niepożądanym dla arbitra konfliktem interesów…
PZPN powinien to brać pod uwagę i troszczyć się o własnych sędziów. Tymczasem władze Kolegium Sędziów PZPN od lat popadają ze skrajności w skrajność. Kiedyś sędziowie nie mogli sędziować meczów o punkty, jeżeli mieszkali w tym samym mieście, w którym była siedziba lub stadion jednego z grających klubów. Potem, aby w sposób sztuczny zasugerować opinii publicznej, że sędziowie są uczciwi, obiektywni i super-hiper-profesjonalni, wajcha poszła w drugą stronę. Wiele razy dochodziło już do sytuacji paradoksalnych, że Legii Warszawa, Lechowi Poznań, Wiśle Kraków czy innym klubom sędziowali arbitrzy, którzy tym klubom kibicowali, lub też sędziowali arbitrzy, którzy niechęci do tego czy innego klubu zbytnio nie ukrywali. Nikt nigdy w PZPN tym się odpowiednio nie zajął i nikt nigdy nie zrobił z tym porządku.
Obsada sędziowska meczu Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice to przykład głębszy, bo pokazujący, że PZPN ignoruje nie tylko sędziowskie sympatie i antypatie, ale również ewidentne zależności służbowe sędziów.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Najnowsze komentarze