Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: Grzegorz Słaby: Nie popadamy w huraoptymizm
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. W miniony weekend drużyny z poszczególnych sekcji GieKSy ze zmiennym szczęściem startowały w rozgrywkach ligowych.
Piłkarze wygrali z rezerwami Lecha Poznań 3:1 (1:1). Doniesienia mass mediów po tym meczu znajdziecie tutaj. Drużyna żeńska przegrała na wyjeździe z aktualnym mistrzem Polski, Górnikiem Łęczna 1:4 (1:2).
Siatkarze i hokeiści rozpoczęli rozgrywki ligowe. Siatkarze udanie zainaugurowali sezon: wygrali 3:0 w Suwałkach z Ślepskiem Malow. Hokeiści na rozpoczęcie rozgrywek rozegrali dwa spotkania, z różnym skutkiem. W piątek przegrali z KH Energ Toruń 2:3. W niedzielę z kolei wygrali w Sosnowcu, po dogrywce, z Zagłębiem 3:2.
PIŁKA NOŻNA
2×45.info – Chojniczanka z kompletem punktów, przełamanie GKS-u Katowice. Świetny come back Motoru
[…] Pierwsze zwycięstwo w sezonie zanotował GKS Katowice, który przed własną publicznością wygrał z rezerwami Lecha Poznań.
[…] Po dwóch porażkach (jednej pucharowej i jednej ligowej) przełamał się GKS Katowice. Śląska ekipa wygrała na własnym stadionie z rezerwami Lecha Poznań 3:1. Jako pierwsi prowadzenie objęli goście, gdy dobre dośrodkowanie wykorzystał Jakub Karbownik. Tuż przed przerwą do wyrównania doprowadził jednak Adrian Błąd. Kilka chwil po przerwie efektownym trafieniem popisał się były gracz „Kolejorza”, Krystian Sanocki, a w końcówce wynik ustalił Marcin Urynowicz.
tylkokobiecyfutbol.pl – Mistrz znów wygrywa. Już wszystko na właściwych torach
[…] Mistrzynie Polski pokonały w sobotę pewnie 4:1 katowicką GieKSę, odnosząc pierwsze domowe zwycięstwo w sezonie.
Przed kamerami TVP SPORT pokazać się znów chciały piłkarki gości i to one od pierwszych minut ruszyły do ataków. Szybko jednak dominację uzyskały Mistrzynie Polski. Już w pierwszych minutach do siatki Klimek trafiła Hmirova, lecz sędzia Sylwia Biernat dostrzegła spalonego. Gospodynie dalej atakowały i miały kolejne akcje bramkowe. Ewelina Kamczyk w dogodnej okazji przestrzeliła nad bramką Klimek. Chwilę potem idealną okazję do objęcia prowadzenia miały przyjezdne, lecz Nadia Stanović ostemplowała poprzeczkę Palińskiej.
W 27. minucie z powodu kontuzji boisko musiała opuścić Lefeld, zastąpiła ją Ratajczyk. Dziesięć minut później gospodynie otworzyły wynik spotkania. Świetnym strzałem z dystansu popisała się Hmirova. Chwilę potem asystowała przy golu Kamczyk na 2:0. Bardzo gorąco zrobiło się w Łęcznej, bo trzy minuty później GieKSa za sprawą Kozak zdobyła kontaktowego gola.
Górnik jednak już jest sobą. Tuż po zmianie stron znów asystowała Hmirova, a Karczewska trafiła na 3:1. Mistrz już dominował i kontrolował spotkanie do ostatnich minut. Swoje okazje miały jeszcze Zdunek, czy Hmirova. W samej końcówce wynik na 4:1 ustaliła ustrzelając dublet Nikola Karczewska.
sport.tvp.pl – Ekstraliga: Górnik Łęczna wrócił na dobre tory. Pokonał GKS Katowice
[…] W ubiegłym tygodniu piłkarki Górnika Łęczna wreszcie zdołały się przełamać. Wygrywając z AP Lotos Gdańsk zakończyły serię trzech spotkań bez zwycięstwa. Awansowały na piąte miejsce w tabeli. Przed meczem z GKS Katowice miały tyle samo punktów co rywalki. Te grały w kratkę. Udowodniły jednak, że potrafią sprawiać niespodzianki. Zdołały „urwać” punkty m.in. Medykowi Konin.
Jak padły bramki:
38′ (1:0) – przewaga Górnika nie była oczywista. Rywalki długo potrafiły utrzymywać wyrównaną grę. Aż do momentu, w którym Patricia Hmirova otworzyła wynik. Słowaczka zabrała się z piłką i kapitalnie przymierzyła z dystansu. Strzeliła jednego z najpiękniejszych goli w tym sezonie.
40′ (2:0) – zdobyta bramka dodała Górnikowi skrzydeł. Gospodynie natychmiast ponownie ruszyły do przodu. Okazję wykorzystała Ewelina Kamczyk. Tym razem to ona skierowała piłkę do bramki.
42′ (2:1) – piłkarki GKS Katowice zdołały szybko się podnieść i skutecznie odpowiedzieć. Po długim podaniu piłka trafiła do Kingi Kozak. Ta spojrzała tylko przed siebie i oddała strzał bez przyjęcia.
47′ (3:1) – akcję rozkręciła Emilia Zdunek. Mogła właściwie sama kończyć, ale w ostatniej chwili zdecydowała się na podanie do Nikoli Karczewskiej. Ta nie miała problemów, żeby strzelić celnie.
93′ (4:1) – ostatni cios piłkarki Górnika wyprowadziły już w doliczonym czasie gry. Z głębi pola piłka trafiła do Karczewskiej, a ta pokonała bramkarkę.
SIATKÓWKA
polsatsport.pl – PlusLiga: GKS Katowice wygrał z Ślepskiem Malow Suwałki
[…] Przyjezdni zainaugurowali sezon w bardzo dobrym stylu i po emocjonującej końcówce w trzeciej partii wygrali 3:0.
W pierwszej odsłonie spotkania obie ekipy miały problem wyprowadzeniem pierwszej akcji, za to świetnie spisywały się w defensywie i zagrywce. Zarówno Ślepsk, jak i GKS prezentowali podobny poziom, dzięki czemu inaugurujący set był bardzo zacięty i wyrównany. Po świetnym rozegraniu akcji przez Jana Firleja, a następnie serii odrzucających od siatki zagrywek Jakuba Jarosza przyjezdni zdobyli cztery punkty z rzędu (16:21). Podopieczni Grzegorza Słabego złapali wiatr w żagle i doprowadzili mocną przewagę do końca seta (18:25).
Niemoc, która pojawiła się w drugiej połowie pierwszej partii pozostała w Ślepsku do początku drugiej (2:6). Jednak uśpiona ekipa Andrzeja Kowala szybko się wybudziła i po dobrej grze w ofensywie doprowadziła do remisu (9:9). Po jednostronnym początku dalszy przebieg seta był niezwykle zacięty (15:16, 16:17, 17:18). Skuteczne ataki Kamila Kwasowskiego i Jarosza dały przyjezdnym przewagę (20:23). Przyjezdni na fali zakończyli partię 22:25.
Set numer trzy rozpoczął się od mocnego uderzenia Ślepska. Najpierw Bartłomiej Bołądź wbił się atakiem w trzeci metr po skosie, a następnie Łukasz Rudziewicz zablokował atak Kwasowskiego (2:0). W zespole gospodarzy brylował Tomas Rousseaux. Do tego Kacper Gonciarz uruchomił środek i tak zespół Kowala utrzymywał dwupunktową przewagę. Przyczajona GieKsa nie dała zbić się z tropu i doprowadziła do remisu. Dzięki temu obie ekipy sprawiły kibicom w hali i przed telewizorami emocjonującą końcówkę (19:19, 20:20, 21:21, 22:22, 23:23, 24:24, 25:25). Ostatecznie przy stanie 25:26 Jarosz zaatakował z prawego skrzydła i ustalił wynik 25:27.
MVP: Miłosz Zniszczoł.
Ślepsk Malow Suwałki – GKS Katowice 0:3 (18:25, 22:25, 25:27)
siatka.org – PL: Komplet punktów GKS-u w Suwałkach
Trapiony przez kontuzje Ślepsk Malow Suwałki nie zdołał skutecznie przeciwstawić się GKS-owi Katowice. Dłuższymi fragmentami toczyła się wyrównana walka, ale końcówki poszczególnych setów należały do podopiecznych trenera Słabego. Tym samym katowiczanie zainaugurowali sezon w PlusLidze triumfem 3:0, a nagrodę MVP odebrał środkowy Miłosz Zniszczoł.
Grzegorz Słaby: Nie popadamy w huraoptymizm
[…] W swoim pierwszym meczu podopieczni Grzegorza Słabego bez straty seta pokonali Ślepsk Malow Suwałki. Jak przyznał szkoleniowiec, który po ostatnim sezonie objął posadę pierwszego trenera, po tym spotkaniu można wskazać sporo plusów. Grzegorz Słaby przyznał jednak, że mimo pewnie wygranej do kolejnych meczów należy podejść spokojnie.
– Przed nami jeszcze duża liczba spotkań do rozegrania. Cieszę się bardzo z debiutu i tego, jak drużyna zaprezentowała się w tym meczu. Bardzo mi się podobało to, jak graliśmy w bloku i obronie, bo kreowaliśmy dużo kontrataków. Dodatkowo wywieraliśmy taktycznie dobrze presję zagrywką, co przełożyło się na zwycięstwo 3:0. Natomiast nie popadamy w huraoptymizm, bo wiemy, jak wygląda ta liga i przed nami kolejne spotkanie, a meczów do rozegrania mamy sporo – podkreślił szkoleniowiec.
Wbrew temu na co wskazywałby końcowy wynik, nie było to łatwe spotkanie również dla ekipy z Katowic, co potwierdza chociażby przebieg trzeciego seta, wygranego przez ekipę ze Śląska na przewagi 27:25. – Dla nas był to trudny mecz, ale jak pokazaliśmy od samego początku czujemy się razem dobrze. Mieliśmy trudne momenty, szczególnie w połowie drugiego seta czy końcówce trzeciego, ale graliśmy swoje i udało się – przyznał wybrany MVP spotkania Miłosz Zniszczoł.
HOKEJ NA LODZIE
sportdziennik.com – Poniewierka GieKSy
Kiedy katowicki zespół powróci do „Satelity” tego nie wie nikt.
Hokeiści GKS-u Katowice od wielu lat w okresie przygotowawczym prowadzą tułacze życie i trenują na „Jantorze”. To dyskomfortowa sytuacja, bo zajęcia w siłowni są prowadzone w centrum miasta, a potem samochodami przenoszą się na do Janowa. Z „Satelity” nie można korzystać, bo nie ma… lodu.
[…] Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości zawiadujące „Spodkiem”, lodowiskiem i MCK-iem w ostatnich dwóch latach wynajmowało sprężarki niezbędne do mrożenia tafli. W czasie pandemii poniosło jednak dotkliwe straty i teraz zwyczajnie go nie stać na wynajmowanie sprzętu.
Stare sprężarki były w gestii miasta i jedna z nich została wyremontowana. Jedna sprawna, ale niezbyt efektywna nie jest jednak w stanie stworzyć lodowej tafli i stąd toczą się rozmowy, jak ten problem rozwiązać. Najprościej byłoby kupić nowy sprzęt i kłopot byłby z głowy na lata. Sęk w tym, że w tych trudnych czasach mało kogo stać na taki wydatek. Trzeba więc reanimować stare sprężarki, przez co czas się wydłuża, a reanimacja nie gwarantuje odpowiedniej jakości.
[…] Trener Piotr Sarnik zachowuje stoicki spokój – tak przynajmniej prezentuje się na zewnątrz – aczkolwiek ma prawo się irytować. To i tak dobrze, że zespół może korzystać z „Jantoru”…
– Na temat „Satelity” nie zamierzam się rozwodzić, bo nie jestem kompetentny – mocno akcentuje szkoleniowiec. – Na pewno mamy pewien dyskomfort, bo przecież zawodnicy wynajęli mieszkania w pobliżu lodowiska, by swobodnie się na nie przemieszczać, a tymczasem muszą dojeżdżać do Janowa. Na „Jantorze” mamy do dyspozycji dwie małe szatnie, a w swoim zwyczaju – przed czy po treningu – przeprowadzaliśmy wideoanalizy. Teraz mamy kłopot zebrać się razem, ale trzeba sobie jakoś radzić…
hokej.net – Tercet Finów dał zwycięstwo Enerdze!
KH Energa Toruń wygrała z GKS-em Katowice 3:2 w inauguracyjnym meczu Polskiej Hokej Ligi. Wszystkie trzy bramki dla gospodarzy zdobyli fińscy napastnicy. Okrasą meczu było trafienie Villego Saloranty.
[…] Worek z bramkami w 8. minucie strzałem pod poprzeczkę rozwiązał Konsta Jaakola. Przyjezdni dążyli do wyrównania, ale ich strzały najczęściej mijały bramkę strzeżoną przez Antona Svenssona. Torunianie swoich okazji szukali w kontrach i po jednej z nich bliski podwyższenia wyniku był Jarosław Dołęga, ale w doskonałej okazji krążek odskoczył doświadczonemu napastnikowi z łopatki kija.
Drugą odsłonę od mocnego forecheckingu zaczęli podopieczni Piotra Sarnika. Na nic jednak zdały się ich wysiłki, bo kiedy na ławce kar przebywał Oskar Krawczyk to torunianie ponownie znaleźli sposób na pokonanie Miarki. Jarosław Dołęga podał zza bramki do Alexa Olkinuory, a ten uderzył „z pierwszego” i było 2:0. Trzy minuty później kontaktową bramkę dla „GieKSy” zdobył Patryk Krężołek, który wykorzystał znakomite podanie od Grzegorza Pasiuta. Jeszcze przed przerwą doskonałe okazje do zmiany rezultatu mieli Jegor Fieofanow i Jaakola. Ten pierwszy nie trafił do odsłoniętej bramki, a drugi w sytuacji sam na sam ostemplował słupek bramki strzeżonej przez Miarkę.
Trzecia tercja zapowiadała się pasjonująco. Już na jej początku do wyrównania doprowadzić powinien Mikołaj Łopuski, ale doświadczony skrzydłowy nie trafił do całkowicie odsłoniętej bramki. Napór gości rósł, ale niczym mur postawiony w bramce był Anton Svensson. Niewykorzystane sytuacje się zemściły i bramkę wieczoru zdobył Ville Saloranta. Fin uderzył „z pierwszego” i krążek powędrował w samo okienko, tuż nad barkiem Macieja Miarki.
Końcówka meczu była nieco nerwowa i z obu stron zawodnicy łapali niepotrzebne wykluczenia. Zarówno torunianie, jak i przyjezdni nie zdołali jednak wykorzystać okazji gry w liczebnej przewadze. Nadzieję w serca „GieKSy” wlał jeszcze w 54. minucie Filip Starzyński, ale to było wszystko na co było stać katowiczan i trzy punkty zostały w Toruniu.
KH Energa Toruń – GKS Katowice 3:2 (1:0, 1:1, 1:1)
Pierwsze punkty zainkasowane
Gracze katowickiej GieKSy natomiast za wszelką cenę chcieli zatrzeć plamę po falstarcie w Toruniu, gdzie ulegli miejscowym 2:3, wprawiając w zaskoczenie niejednego kibica.
Pierwsze minuty przyniosły spokojną, wręcz asekuracyjną grę ze strony obydwu zespołów, ale ten stan trwał tylko do momentu wręczenia pierwszej kary. W krótkim odstępie czasu na ławkę powędrowali Andrzej Stojek i Dominik Nahunko, a podwójną przewagę mocnym strzałem zwieńczył Miika Franssila. Niedługo potem rozgorzała bójka pomiędzy Mikołajem Łopuskim a Magnussem Jākobsonsem, lecz tylko napastnik Katowic musiał przymusowo udać się do szatni. Adam Domogała, a więc wychowanek GieKSy, skarcił swój macierzysty klub ładnym strzałem, doprowadzając do wyrównania. Nie oglądaliśmy już jednak więcej bramek w tej tercji.
W drugiej odsłonie meczu zapachniało sensacją, gdy Dominik Nahunko wyprowadził Zagłębie na prowadzenie po dobrym strzale z nadgarstka w liczebnej przewadze. Chwilę później mógł wpisać się na listę strzelców po raz drugi, lecz jego strzał zakończył swoją podróż ledwie na słupku. Z każdą kolejną minutą powiększała się dominacja katowickiej GieKSy, lecz ich próby doprowadzenia do remisu okazały się być próżne. Najbliżej tego był Jesse Rohtla, ale trafił zaledwie w poprzeczkę bramki strzeżonej przez Czernika.
Trzecia tercja upłynęła pod znakiem dalszej pogoni katowiczan, a także masy gwizdków i minut karnych. GieKSa w końcu dopięła swego, kiedy to do remisu po dwójkowej akcji doprowadzili Filip Stoklasa i Matej Cunik, a więc dwójka „ex-Zagłębiaków”. Po sześćdziesięciu minutach na tablicy świetlnej wciąż widniał jednak remis, a do wyłonienia zwycięzcy okazała się być dogrywka.
Zarówno gospodarze, jak i goście mieli w dodatkowym czasie gry swoje okazje w liczebnych przewagach, ale żadna ekipa nie potrafiła zamienić jej na gola. Na 23 sekundy przed końcową syreną do odbitego od bandy krążka dopadł Patryk Krężołek i dopisał na konto swej drużyny bonusowy punkt w tabeli.
Zagłębie Sosnowiec – GKS Katowice 2:3 pd. (1:1, 1:0, 0:1, 0:1 d.)
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion
Budżet Obywatelski – głosujemy!
Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”.
Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek.
Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.
W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów).
Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Piastem
Kolejne derby za nami – tym razem niestety przegrane. To był drugi z wyjazdowej serii trzech meczów. Za tydzień gramy kolejne spotkanie w Lubinie i tam będziemy walczyć o zwycięstwo, by jednak z delegacji wrócić z pokaźnym dorobkiem punktowym. Tymczasem wracamy po raz ostatni do piątkowego starcia w Gliwicach.
1. Dla mnie „wyjazd” rozpoczął się już w czwartek. Zadecydowała logistyka i chęć oddechu. Co do logistyki, to powód był prozaiczny. Wiedząc, że w piątek będę mógł dotrzeć na mecz dopiero na styk, chciałem sobie zapewnić miejsce parkingowe. Wziąłem więc po prostu nocleg, a nawet dwa, żeby zapewnić sobie pełen komfort. Ale ten parking to był tylko jeden z powodów.
2. No i zawsze pretekst do tego, żeby pospać w mieście rywala jest dobry. Przez to zaraz po przyjeździe na miejscówkę, którą miałem niecały kilometr od stadionu, udałem się właśnie pod stadion Piasta, żeby zrobić nagrywkę w przeddzień meczu.
3. Sam pokój taki w stylu loft był jednak bardzo schludny i czysty. Trzeba było jednak uważać na jeden stopień, co jest eufemizmem. To po prostu była zmiana kondygnacji. Kilkadziesiąt centymetrów wyżej.
4. A miejscówka była nieopodal Radiostacji Gliwice. Dzięki temu dowiedziałem się, że w piątek równolegle będą odbywać się dwie imprezy kulturalne – w odległości około dwóch kilometrów. Pierwszy to mecz Piast Gliwice – GKS Katowice, w drugim koncert z udziałem legendarnej Beaty Kozidrak.
5. Wracając do wspomnianej nagrywki. Zahaczyłem jeszcze o sklep Piasta, który był otwarty. Piast, nie sklep. Znaczy sklep, nie Piast. Niestety nie mieli proporczyków, pani powiedziała, że w tym sezonie jeszcze nie było. Ogólnie uważam to za słabość wielu klubów. Proporczyki, jak szale, powinny być jednym ze sztandarowych produktów i być dostępne przez cały czas.
6. Nagrywkę przed stadionem, nazywanym żartobliwie przez kibiców innych klubów Tesco Arena, zrobiłem. Mnie tam się ten stadion z zewnątrz podoba. Mimo, że „nowy” to ma swój vibe elewacji na przykład Stomilu Olsztyn czy… Bukowej. Taki socjalistyczny. Zakład pracy jakiś, fabryka.
7. Małe zakupy i zamówienie hambuksa w Wilku. Nie byłem teraz głodny, ale zamówiłem, żeby na wieczór przyjść i odebrać. Tak między meczami, bo przecież czwartek był napakowany kilkoma spotkaniami Pucharu Polski, no i zaległościami ligowymi.
8. No i tak też zrobiłem, najpierw Raków – Górnik przy herbatce. Górnik nie załamał się porażką GieKSą i pewnie wygrał to spotkanie. Z małymi problemami w końcówce. I gdy Raków cisnął do wyrównania, Diaby-Fadiga zachował się idiotycznie, dostał czerwień i tyle było z marzeń o remisie.
9. Raków po sześciu meczach ligi ma sześć porażek. Niepojęte. A chcą zabrać Fejaka, czyli kolejny strzał w kolano. Niebywałe, jak wiele błędów tam ostatnio popełniają.
10. Na obrazku zupełnie to nie wygląda, ale burger był znakomity. Z chorizo i jalapeno. Polecam tego Allegrowicza. Konsumowałem to jadło przy meczu Śląska z Pogonią w Pucharze Polski. Jak widać – na obrazku – znów gola strzelił Samiec-Talar. Znakomity sezon tego zawodnika, byłego zawodnika GKS, który wówczas jednak nie był czołową postacią drużyny.
11. Śląsk wygrał to spotkanie i odprawił Pogoń z kwitkiem. Tak więc po dobrych występach w ostatnich latach w pucharze, tym razem Szczecinianie mogą pomarzyć. I jeśli chcą jakieś tituli mieć, to muszą wygrać ligę.
12. Potem jeszcze kuknąłem Lecha z Jagą, ale pierwszą połowę, bo już spać mi się chciało. Drugą obejrzałem rano. Bramka Kobayashiego to coś niebywałego. Tak huknąć. Znakomity gol. A Lech się po Aarhus otrząsnął i wygrywa kolejne mecze jak leci.
13. Zazdro jeśli chodzi o Lecha i Jagę. Obie ekipy sobie zagrają z Crystal Palace czy Sunderlandem. No i inni przeciwnicy w Lidze Europy. Musimy jako klub dążyć do tego, żeby mieć szansę na takie świetne mecze. Wygrać Puchar Polski i fazę grupową pucharów będziemy mieli zapewnioną.
14. Nazajutrz udałem się na spacer do cukiernio-śniadaniowni Cacy. Mijałem traktory. Spacer był sympatyczny, a śniadanie piękne i smakowite. Pani co prawda była jakaś smutna, ale to pewnie dlatego, że musiała wybierać pomiędzy Beatą, a meczem Piasta. Ciekawe co wybrała.
15. A żyrafy mówią „no elo”. Co ciekawe w tym miejscu, w którym miałem nocleg jest… drukarnia. Normalnie działająca, pracująca w piątek. Dość specyficzne to było.
16. Wkrótce musiałem się udać do… Katowic. Wzywały obowiązki zawodowe. Dlatego też właśnie logistyka tego wszystkiego była specyficzna. Na 14.30 chciałem być w Katowicach, by o 19.00 z powrotem jechać do Gliwic i mieć jeszcze zapas.
17. Gdy szedłem już na mecz – bo zaparkowałem na miejscówce – rzeczywiście w tych małych uliczkach między domkami było pełno samochodów. Zastanawiałem się, jak to tolerują mieszkańcy, że im przed działkami ciśnie się masa aut, gdy tylko jest mecz. No ale cieszyłem się z dokonanego wyboru i braku stresu. Nawet nie chodzi o stres związany ze znalezieniem miejsca, co o to, że w takiej ciasnocie bałbym się, że jeden czy drugi ancymon poskrobie mi auto po marchewkach.
18. Pod stadionem było już dużo ludzi. Do meczu pozostawało około pół godziny. Wspomnę, że po drodze zahaczyłem znów o Wilka, żeby zamówić na „po meczu”. Ustaliłem godzinę 23.50, czyli 10 minut przed zamknięciem. Musiałem więc liczyć, że nie przedłuży się ani mecz, ani konferencja.
19. Znów autokar, który można sobie zwiedzić. Autokar Piasta. Tak samo było w maju. Nie lada gratka dla fanów.
20. Akredytację odebrałem bez problemu, no i skierowałem się na stadion. Przez to, że dopiero co graliśmy w Gliwicach miałem wrażenie, że zarówno pani na bramie, jak i pan na schodach to ci sami ludzie.
21. Wszedłem więc po tym rusztowaniu, zrobiłem herbatkę i udałem się na prasówkę. Niestety z racji krótkiego czasu do pierwszego gwizdka, dobre miejsca prasowe były już zajęte, więc musiałem zejść do najniższego rzędu. Z niecierpliwością czekałem na mecz.
22. Ciasnota, jak to na Piaście. Jednak w tym najniższym rzędzie trochę dalej był jakiś facet, a poza tym dużo luzu. No i na początku rzędu dwóch sympatycznych jegomości. Nikt więc nie przechodził, żeby musieć wstawać. Co prawda wołał ten jeden pan dwa razy takiego grubasa, ale on chyba był świadomy, więc nie decydował się przeciskać w tym miejscu.
23. Blaty pochyłe, ale powiedzmy w miarę. Jednak trochę vibe pierwszoligowych prasówek. No może pogranicza między zapleczem, a ekstraklasą. Najważniejsze, że prąd był i przede wszystkim – znakomicie działał internet, co jak wiemy nie jest oczywistością…
24. Kibice obu drużyn od razu zaczęli mocno dopingować. Na trybunach znów więc mieliśmy świetne widowisko.
25. Z wydarzeń boiskowych mogli być zadowoleni jedynie kibice Piasta. Bo już w piątej minucie objęli prowadzenie, a cały mecz wygrali 3:0. Tym samym Piast powtórzył wynik z sezonu 2011/12, kiedy to również w tych rozmiarach pokonał GKS. Wówczas Gliwiczanie awansowali do ekstraklasy.
26. To była jakaś totalnie dziwna historia, związana chyba z budową stadionu. Na wiosnę Piast zagrał tylko dwa mecze na wyjeździe, resztę u siebie. Ale by pykło nam coś takiego. Mistrz na wiosnę gwarantowany (oczywiście po wygrzebaniu się z ostatniego miejsca z powodu gry na wyjazdach na jesieni).
27. Ciekawostką jest to, że jak teraz nam strzeliło bramki dwóch Hiszpanów – Juande Rivas i Hugo Vallejo, to w tamtym meczu z 2012 trafił również obywatel Półwyspu Iberyjskiego – Ruben Jurado. Nie leżą nam ci gliwiccy Hiszpanie.
28. Nie leży nam ten stadion, oj nie leży. Dla mnie to była szósta wizyta w Gliwicach – bo byłem jeszcze na meczach na starym stadionie – i czwarta porażka. Poza tym zaledwie dwa remisy. Piast u siebie z GieKSą nie przegrywa.
29. Po awansie do ekstraklasy Gliwiczanie nadal pozostają jedną z trzech ekip, które ciągle za naszej bytności w niej są, a z którą nie wygraliśmy. Pozostałymi są Legia i Lech. Może przynajmniej z Warszawianami czy Poznaniakami uda się przełamać tę złą passę.
30. No i po meczu nagrywka i na konferencję prasową. Bartka Nowaka brali do Super Piątku, a my czekaliśmy na trenerów. Jakoś wyjątkowo długo, a na Górniku tydzień temu było krótko.
31. W końcu przyszli szkoleniowcy – Rafał Górak, potem Daniel Myśliwiec. Uwinęliśmy się jakoś z pytaniami i powoli zacząłem montować konfę, ale zbliżała się północ. Toteż około 23.40 wyszedłem, aby odebrać swoje zamówienie.
32. Wróciłem na kwaterę, dokończyłem konferencję, zobaczyłem, co tam Bartek miał do powiedzenia, no i z rozczarowaniem zakończyliśmy swój udział w tej kolejce.
33. Wracając widziałem ludzi, którzy już wracali z koncertu. Uraczyli się może bardziej Beatką z Bajmu, niż kibice gości meczem. Ale tak to bywa.
34. Tylko trzy punkty w Lubinie!































Najnowsze komentarze