Piłka nożna
Dlaczego Rogalski strzela bramki?
Jak to powiedział Dawid Szwarga w niedawnym wywiadzie na naszej stronie – cały świat szuka napastników strzelających gole. Wydaje się, że GKS ma właśnie kogoś takiego w osobie Dawida Rogalskiego.
Wynik 8 bramek (w tym jedna z rzutu karnego) może nie rzuca na kolana, ale biorąc pod uwagę jego czas na boisku – średnia około 0.61 gola z gry na mecz wygląda co najmniej solidnie. Jeśli grałby w każdym meczu po 90 minut – powinien zakręcić się w okolicach 20 bramek w sezonie. W zeszłym sezonie tylko Adrian Błąd dobił do ,,dwucyfrówki”, ale z gry strzelał tylko 8 razy, a na boisku spędził 2747 minuty. O napastnikach z sezonu 18/19 nawet nie ma co wspominać, a rok wcześniej 10-krotnie do bramki rywala trafiał Wojciech Kędziora, ale 3 razy z karnego. Nawet Grzegorz Goncerz w sezonie 14/15 z gry strzelał rzadziej. W każdym przypadku mówimy oczywiście o lidze wyżej, nie zmienia to jednak faktu, że bramkostrzelność Rogalskiego jest warta docenienia.
Pytanie zatem brzmi: co wyróżnia Dawida Rogalskiego, czemu tak często strzela? Czy dzięki swojej szybkości urywa się obrońcom rywali? Czy dzięki swojej posturze wygrywa walkę o pozycję i dominuje w powietrzu? Czy jego strzały są tak precyzyjne i silne, że bramkarze nie mają nic do powiedzenia? Ciężko na którekolwiek z tych pytań odpowiedzieć twierdząco. Gdzie więc szukać przyczyny jego skuteczności?
Myślę, że nie będzie wielką przesadą jeśli powiem, że nikt w GKS-ie nie porusza się po boisku tak inteligentnie, jak Rogalski, a biorąc pod uwagę całą ligę, byłby pewnie w czołówce. Mamy zawodników, którzy potrafią minąć przeciwnika dryblingiem, dobrze uderzyć czy podać, ale gra w piłkę to przede wszystkim… gra bez piłki. Czasami odnoszę wrażenie, że Rogalski wykonuje tak drobne manewry, że… rywale zapominają o jego istnieniu. Postanowiłem przedstawić na przykładzie kilkunastu akcji, czym według mnie nasz napastnik zyskuje przewagę na boisku.
Zacznijmy od pierwszego meczu, w którym wyszedł w pierwszym składzie i zdobył pierwsze dwa gole dla GieKSy, ale to nie na akcje bramkowe chciałem zwrócić uwagę. Widać tu zachowanie, które jeszcze kilkukrotnie przedstawię później, by pokazać, że to nie przypadek. Podczas akcji skrzydłem Rogalski ustawia się tuż za plecami prawego środkowego obrońcy. Jest to bardzo trudna sytuacja dla defensora – musi jednocześnie kontrolować, co się dzieje przed nim, bo to tam aktualnie jest akcja, jak i czającego się za nim przeciwnika. Rogalski idealnie wyczuwa tempo i w momencie dogrania ze skrzydła wbiega w przestrzeń pomiędzy środkowymi obrońcami. Wygrywa pozycję, ale piłka zostaje zagrana za jego plecy, przez co próba oddania strzału nie miałaby większego sensu, więc po skupieniu na sobie uwagi wszystkich zawodników Skry w polu karnym odgrywa do niepilnowanego Kiebzaka. Warto także zwrócić uwagę na czwarte zdjęcie – zaledwie kilkoma krokami w bok znów uwolnił się od obrońców i gdyby Kiebzak go zauważył i wykonał podanie zwrotne – Rogalski mógłby oddać znacznie groźniejszy strzał niż ten, na który zdecydował się będący pod presją rywali skrzydłowy.
Od 2.1 sytuacja z tego samego meczu – ponownie akcja lewym skrzydłem, tym razem prostopadłe podanie Woźniaka doprowadza do sytuacji 4vs4. Rogalski znów chowa się za plecami środkowego obrońcy, który przed sobą widzi i kontroluje Mateusza Kompanickiego. Rogalski ucieka prawemu obrońcy (często korzysta z braków w grze obronnej u bocznych defensorów) i stwarza przewagę 2vs1 wraz z Kompanickim przeciwko jednemu ŚO. Na ostatnim zdjęciu widać, że gestem ręki prosi o piłkę za linię obrony, ale podanie nie dotarło do adresata.
(Zdjęcia powiększą się po kliknięciu)
Przenieśmy się teraz do meczu z Garbarnią Kraków i do pierwszej bramki dla GieKSy. Woźniak biegnie z szybkim atakiem prawym skrzydle, natomiast Rogalski przez sporą odległość biegnie dosyć blisko. Wydawałoby się, że ułatwia tym samym zadanie defensywie, ale sytuacja szybko się zmienia. Gdy Woźniak jest już na tyle blisko bramki, że może oddać strzał, wówczas cała obrona skupia się tylko na nim i Rogalski to wykorzystuje, dopiero wtedy uciekając na długi słupek. Warto zauważyć, jak ustawił się do tego strzału z najbliższej odległości do pustej bramki – będąc całym ciałem tuż przy słupku, zminimalizował szanse na to, że piłka przejdzie obok niego.
Teraz czas na mecz z rezerwami Lecha. W pierwszej akcji nawet nie zaliczył kontaktu z piłką, a szkoda. Na pierwszym zdjęciu piłkę zaraz przyjmie Kiebzak, a nasz napastnik, naciskając na środkowych obrońców, uniemożliwił im podejście wyżej, tym samym Kiebzak ma przed sobą sporo przestrzeni. Gdy zbliżył się do bramki na tyle, by móc pokusić się o strzał, Rogalski znów sprawił, że obrońcy o nim zapomnieli i był idealnie ustawiony do przyjęcia podania. Kiebzak niestety kolejny raz zdecydował się na strzał z dystansu – gdyby wybrał podanie, szansa na strzelenie gola wzrosłaby mniej-więcej trzykrotnie.
W meczu z Widzewem ponownie to nie na akcji bramkowej chciałem się skupić. Piłka jest na tyle daleko od bramki gospodarzy, że trzymanie się blisko środkowych obrońców nie miało tu większego sensu, więc Rogalski schodzi pomiędzy linie rywala i znów możemy zaobserwować gest prośby o piłkę. Ta jednak najpierw trafia do Błąda, a następnie na skrzydło i Rogalski szybko dostosowuje się do nowej sytuacji. Tradycyjnie ustawia się za plecami środkowego obrońcy, a przed bocznym defensorem i za przy odpowiednim dograniu za linię obrony znalazłby się w idealnej sytuacji.
Druga sytuacja z Łodzi – kolejny raz przy piłce Rogala, a Rogalski ustawiony na tyle głęboko, by między parą środkowych obrońców powstała przestrzeń do wykorzystania. Znów dosyć dobrze ,,trafia” z wybiegnięciem do piłki i zabrakło mu paru centymetrów, by oddać czyste uderzenie.
Wracamy na Bukową – mecz z Pogonią Siedlce. Kiebzak biegnie z kontrą, ale jest jeszcze na tyle daleko od bramki rywala, że ci nie muszą koniecznie zatrzymywać ataku w tym momencie. Na jakąkolwiek zmianę kierunku biegu czy podanie zdążyliby zareagować, a przecież nie o to chodzi. Rogalski czeka więc, aż Kiebzak przebiegnie jeszcze kilkanaście metrów i to na nim skupi się uwaga obrońców. Napastnik znów wykorzystał moment nieuwagi przeciwników i wtedy uciekł w wolną przestrzeń. Tym razem otrzymał podanie, lecz nie zamienił go na bramkę, choć chyba powinien.
Do wyjaśnienia tego, jak zdobył bramkę, wystarczy właściwie jedno ujęcie – środkowi obrońcy rywala są ustawieni dosyć wąsko, więc żeby zmaksymalizować przestrzeń, którą mógłby wykorzystać, ustawia się tuż przy jednym z nich. Znów możemy zaobserwować gest prośby o dogranie piłki.
Jeszcze jedna akcja z tego meczu – ponownie Kiebzak przy piłce, Rogalski ładnych parę metrów za obrońcami. Kiezbak spowalnia akcję, zwalnia więc także pilnujący go obrońca… więc to był idealny moment dla Rogalskiego, żeby przyspieszyć i tak też właśnie zrobił, ponownie wykorzystując przestrzeń za plecami zdezorientowanego obrońcy.
Spotkanie ligowe ze Stalą Stalowa Wola. Tak jak mecz wcześniej – Kiezbak biegnie z piłką skrzydłem. Rogalski swoim ustawieniem rozciąga środek obrony rywala, jednak tym razem to nie on wykorzystuje stworzoną przestrzeń, a kolejni nadbiegający zawodnicy GieKSy. Nie trzeba mieć kontaktu z piłką, by pomóc w stworzeniu dobrej sytuacji. Kiebzak wypuścił Michalskiego, a Rogalski znów dobrze się zorientował w sytuacji i kolejny raz w polu karnym znalazł się bez krycia. Gdyby Michalski dopadł do piłki nieco wcześniej i zerknął w pole karne – dostrzegłby tam naszego napastnika, któremu po dobrym podaniu pozostałoby skierować piłkę do pustej bramki.
O drugiej sytuacji nie ma co się rozpisywać – choć Rogalski nie dysponuje wybitną szybkością, to wykorzystując chwilę, w której rywal go nie kontroluje wzrokiem, z łatwością mu się urywa.
Na koniec bramka z tego spotkania. Rogalski znów był lepiej zorientowany w sytuacji od przeciwników, dzięki czemu biegł samemu na wprost bramki. Wślizg rywala nieco spowolnił akcję, więc i Rogalski musiał nieco zwolnić i przeciwnicy go dogonili, więc… zwolnił jeszcze bardziej i pozwolił się wyprzedzić. Sekunda bycia za ich plecami pozwoliła mu zniknąć z ich radarów i chwilę później strzelić do pustej bramki.
Starcie z Resovią i dwie sytuacje, gdzie był bardzo blisko drugiej i trzeciej bramki w tym meczu. W pierwszej sytuacji subtelnie zaczął chować się za plecami obrońców, jednak do dośrodkowania minęło jeszcze tyle czasu, że jeden z rywali zdążył do niego dojść. Rogalski zamarkował ruch na długi słupek, po czym się zatrzymał… a rywal pobiegł dalej. Jedno krótkie przyśpieszenie i hamowanie wystarczyło, by strzał głową oddać bez krycia.
Druga sytuacja pokazuje, jak czujny jest na boisku. Choć był osamotniony, a rywali było dwóch, to właśnie on najszybciej zareagował i dopadł do piłki wyplutej przez bramkarza. Cóż, tu też powinien być gol.
Kończymy jego ostatnią, póki co bramką w tym sezonie. To chyba właśnie tu widać najlepiej to, co było tu opisywane. Rogalski ustawił się za wszystkimi zawodnikami w polu karnym, dzięki czemu on widział wszystko, a jego nie widział nikt. Idealnie wyczucie tempa przy wyprzedzeniu obrońcy i to wystarczyło, by mieć pełną swobodę przy oddaniu strzału z samego pola bramkowego. Po samym uderzeniu ręce może nie składały się same do oklasków, ale składają się, widząc to, jak znalazł się w takiej sytuacji.
Idealnym podsumowaniem tego, z czego żyje Rogalski, jest jego mapa strzałów ze strony Wyscout. Tylko dwa strzały zza pola karnego, za to cztery bramki z pola bramkowego. Często można usłyszeć narzekania na próby ,,wejścia do bramki”. Przykład naszego napastnika pokazuje, że te próby są jak najbardziej uzasadnione, tylko trzeba się odpowiednio zachować, a on to potrafi. Mówi się, że jak będzie się strzelać, to w końcu wpadnie, a ja powiem – jak będzie się dobrze ustawiać i poruszać, to w końcu wpadnie.

Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Najnowsze komentarze