Piłka nożna
Ocena formacji – pomocnicy
Przyszedł czas na najbardziej obszerny temat, czyli ocenę naszych pomocników. Niektórych zawodników ciężko było przypisać do konkretnej pozycji, ale postaram się podzielić to według tego, gdzie prawdopodobnie grali najwięcej.
Zaczniemy od tyłu, a tam najczęściej zabezpieczał nas Michał Gałecki. Zawodnik bardzo trudny do oceny, ze względu na swoją ,,niewidoczną rolę”. A jednak mimo tego, że czasem można odnieść wrażenie, że nie przekracza nawet połowy boiska, zdołał zdobyć dwa gole. Asystował także przy bramce Jędrycha w Stargardzie. Jest niewątpliwie ważnym elementem w układance trenera Góraka, a jak przyznał niedawno sam trener w jednym z wywiadów, został on sprowadzany raczej z myślą o ławce rezerwowych. Wyszło tak, że spędził na niej mecz tylko raz – w Polkowicach. Dodatkowo dwa razy zabrakło go w kadrze przez uraz, a zmieniony został również tylko dwa razy. Solidność to jego drugie imię, a jak się okazało w Bytowie – potrafi również błysnąć z przodu, choć w całej rundzie zaledwie cztery razy uderzał na bramkę rywala.
Jego zmiennikiem, a przez jakiś czas partnerem na boisku był Jakub Habusta. Czech jak zawodził z początku rundy wiosennej, aż w końcu został zastąpiony obok Rzoncy przez Poczobuta, tak i teraz początek miał bardzo słaby. Pamiętamy przede wszystkim fatalny mecz z Olimpią Elbląg, gdzie najpierw stracił piłkę na środku boiska, a potem spokojnie z poziomu murawy obserwował, jak rywal biegnie z nią na naszą bramkę. Z czasem niby było lepiej… ale zrobił dwa karne dla rywali i przy jednym dodatkowo otrzymał czerwoną kartkę. Oczywiście błędy przy tych sytuacjach popełniała cała drużyna, ale jednak mógł się zachować nieco lepiej. W pierwszym meczu ze Zniczem po niezłym strzale mógł zdobyć kontaktową bramkę, ale świetnie zachował się bramkarz. Oddał jeszcze dwa strzały we wspomnianym meczu z Olimpią, ale o ich jakości szkoda gadać. W lidze przebywał na boisku przez 514 minut.
Jako wciąż cofnięty, ale jednak bardziej ofensywnie nastawiony środkowy pomocnik występował Maciej Stefanowicz. Z Elany Toruń zabrał go ze sobą trener Górak, nazywając go najlepszym pomocnikiem ligi. Wydaje się, że wielu kibiców oczekiwało po nim więcej, ale to chyba dlatego, że spodziewali się po prostu czegoś innego. Widzieliśmy go jako głównego kreatora gry i choć kreatywności czy techniki odmówić mu nie można, to chciałoby się jednak więcej w tej kwestii. Zaskakująco dobrze radził sobie natomiast w destrukcji i czytaniu gry. Jeden z grona kontuzjowanych z początku sezonu, później trochę czekaliśmy na jego dojście do wysokiej formy piłkarskiej. Dwa gole, w tym jeden z karnego, łącznie nie licząc ,,jedenastki” oddał 10 strzałów, ale jakość nie powala – łącznie nazbierał 0,64xG.
W zeszłym sezonie tylko raz pojawił się na boisku w doliczonym czasie gry, w tym ma już łącznie 406 minut. Rola Patryka Grychtolika, bo o nim mowa, powoli rośnie. Wiemy, że mimo młodego wieku znajduje się w radzie drużyny, co przełożyło się na to, że raz otrzymał nawet opaskę kapitańską. Czasami jednak zdarzają się nieco ,,juniorskie” zagrania jak chociażby w Bytowie, ale ciężko, żeby po przejściu z juniorów do seniorów takie błędy się nie zdarzały. Umiał jednak także pomóc w ułożeniu gry w środku pola w trudnym momencie meczu z Pogonią Siedlce. Zawodnik dostaje szanse, stara się wykorzystać każdą z nich i to cieszy. Szkoda, że jego strzał na Garbarni był minimalnie niecelny, a w Stargardzie był na spalonym.
Przejdziemy teraz do skrzydeł. Zaczniemy od Szymona Kiebzaka. Chyba nikt nie spodziewał się tego, jak ważną postacią dla GieKSy będzie ten zawodnik. Pierwszym sygnałem była asysta przy golu Urynowicza z Bytovią. Skończyło się na trzech bramkach i sześciu asystach. Ciekawy przypadek, bo jego asysty są bardziej efektowne niż gole. Pisaliśmy już o Bytovii, a mamy jeszcze w pamięci rajd w meczu z rezerwami Lecha i kapitalne dogranie ,,zewniakiem” do Patryka Szwedzika w meczu z Gryfem. Pozostałe trzy asysty to dośrodkowania ze stałych fragmentów gry, co także trzeba docenić. Brakowało mu czasami chłodnej głowy jak na przykład w meczu ze Skrą po minięciu kilku zawodników.
Po drugiej stronie najczęściej biegał Arkadiusz Woźniak. Jak już wielokrotnie było pisane – zawodnik, który chyba najwięcej miał do udowodnienia. Jak mu wyszło? 5 bramek przez 1515 minut jest jak najbardziej zadowalające. Znów zaczął sezon jako napastnik, ale na szczęście bardzo szybko został przesunięty na bok pomocy. Cieszy również to, że zaczął strzelać w końcu nie tylko głową, ale również nogami. Lubi strzelać w ważnych momentach – z Olimpią dał nam remis, z Legionovią trzy punkty w samej końcówce, z Lechem nieco wcześniej, ale w osłabieniu, z Elaną otworzył wynik i z Bytovią ponownie gol dający zwycięstwo. Właśnie tego oczekuje się od doświadczonych zawodników. Jego pracę w defensywie chyba również każdy widzi. Ale żeby nie było tak słodko – nie może tak często oddawać bezsensownych strzałów. Oddał aż 28 uderzeń, a uzyskał tylko 3,68xG. Aż 13 strzałów dawało szansę na gola poniżej 10%.
Póki co miło pisało się o naszych skrzydłowych… ale trzeba przejść do Łukasza Wrońskiego. To nie jest oczywiście jeszcze czas, by go skreślać, ale wymagana jest znacząca poprawa. Zaczął sezon w wyjściowej jedenastce, od pierwszych minut ze Zniczem było widać, że chce grać i brać na siebie odpowiedzialność, były strzały, ale skuteczność zerowa. Przyszła kontuzja, a zarazem okres dobrej gry GieKSy i część zapomniała, że jest u nas taki zawodnik. Można powiedzieć, że wrócił w dokładnie takiej samej formie, ale ciężko to traktować jako komplement. Nie można powiedzieć, że mu się nie chce, ale wygląda to tak, jakby tak niechlujny był po prostu z natury. Łącznie 11 strzałów i 1,58xG. Gdyby w którymś meczu z Gryfem trafił do bramki zamiast w obramowanie, to już wyglądałoby to nieco lepiej. A tak – czekamy.
Z przedsezonowych zapowiedzi wynikało, że Kacper Tabiś przewidywany jest do rywalizacji na prawej obronie, ale ostatecznie występował tylko na skrzydle. Po jednym sezonie w 1. lidze wrócił na trzeci poziom rozgrywkowy, ale w jego grze nie zmieniło się absolutnie nic, co w jego wieku jest sporym minusem. Jako plusy można zapisać wywalczony karny w meczu ze Skrą, choć faul rywala był zwyczajnie głupi i asystę w Krakowie przy golu Urynowicza. Mógł mieć gola, ale świetnie interweniował bramkarz Gryfa Wejherowo. Niby coś tam się pojawiło w punktacji kanadyjskiej, bo w zeszłym sezonie były same zera, ale nie można mówić, że to była dobra runda, skoro na boisku spędził tylko 334 minuty, a w zeszłym sezonie ligę wyżej było ich ponad 1000 więcej.
Wydaje się, że dopiero piątym wyborem na skrzydło był Mateusz Kompanicki. Przyszedł jako czołowy zawodnik trzeciej ligi, ale w drugiej wydawał się zagubiony, choć ma na koncie bramkę. Nawet ciężko go skojarzyć z jakiejkolwiek akcji poza niewykorzystanymi sytuacjami z Pucharu Polski i z Pruszkowa. Gol w Stargardzie ładny, ale to w sumie tyle. Występował także jako napastnik i trzeba się zastanowić, gdzie ostatecznie powinno być jego miejsce na boisku.
Na dziś został nam Adrian Błąd. Dwie nowe role – jedna kapitana, druga jako ,,dziesiątka” na boisku. Za mało wiemy, by oceniać, jak spełnia się w tej pierwszej, ale do oceny tej drugiej wystarczy oglądać mecze. Sam nie wierzyłem, że ten pomysł się może udać, ale jak się okazało – na szczęście to nie ja jestem trenerem. Oczywiście było sporo niezbyt rozsądnych strat, a liczba 3 goli nie powala, ale spójrzmy, jaki jeszcze miał udział w ofensywie – asysta w Stargardzie, asysta drugiego stopia w Krakowie, asysta drugiego stopnia przeciwko Legionovii, asysta w Polkowicach, asysta przeciwko Pogoni Siedlce, asysta z rzutu rożnego przeciwko Resovii. Pokazał, że potrafi rozprowadzać piłkę. Do najmłodszych już nie należy, ale skoro tyle się przez te pół roku nauczył, to trzeba wierzyć, że może być jeszcze lepiej. Minus podobny jak u Woźniaka – liczba niepotrzebnych strzałów. Nie licząc rzutu karnego w Stargardzie to oddał ich 21, a wynik expected goals słabiutki – zaledwie 2,14. Ponad połowa strzałów została oddana z nieprzygotowanych pozycji.
Na boisku ani razu nie pojawili się Miłosz Poloczek i Dominik Bronisławski (kontuzja).
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Najnowsze komentarze