Felietony Piłka nożna
Jednym okiem na „Okiem rywala”
Zakończenie sezonu sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom. Analizowane są osiągnięcia zespołów, ruchy transferowe i inne decyzje personalne, rozwój (lub jego brak) poszczególnych zawodników, wydane pieniądze etc. Jest to też czas weryfikacji przedsezonowych predykcji, które – jak to predykcje – bywają mniej lub bardziej trafne. O ile w trakcie sezonu rozgrywki Ekstraklasy często określano mianem szalonych i nieprzewidywalnych, to końcowe rozstrzygnięcia mniej więcej pokrywają się z typami bukmacherów i modelami matematycznymi przygotowywanymi przez specjalistów od cyferek.
Obecny sezon był też pierwszym, w którym pełny cykl zaliczyła seria wywiadów „Okiem rywala”, której jestem autorem. Nie było łatwo, ale przed każdym ligowym i pucharowym meczem udało się przygotować dla Was rozmowy, które prezentowały punkt widzenia przedstawicieli obozu naszych przeciwników. Czasem byli to „zwykli” kibice, patrzący na swój klub przez pryzmat serca i emocji, innym razem kibice-dziennikarze, prowadzący okołoklubowe serwisy czy podkasty, często bardziej analityczni, ale równie zaangażowani. Kiedy nie udawało się takich znaleźć, z pomocą przychodzili dziennikarze lokalnych (lub centralnych) mediów, śledzący losy poszczególnych klubów, na chłodno potrafiący ocenić sytuację, w jakiej te się znajdują. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas, aby opowiedzieć mi o swoich klubach i przyczynili się do powstania tej serii.
Te rozmowy są pewnym barometrem emocji, jakie wywoływały poszczególne zespoły na danym etapie sezonu. W ramach podsumowania postanowiłem przyjrzeć się bliżej tym emocjom i przekonać się, kto swój klub docenił, kto martwił się za bardzo, a dla kogo forma jego ulubieńców okazała się niemiłym zaskoczeniem. Nie chodzi oczywiście o to, aby „rozliczać” rozmówców z ich opinii, a jedynie pokazać, jak zmienne potrafią być odczucia kibica, jak trudno pewne rzeczy przewidzieć, a czasem równie trudno niektóre sprawy w danym momencie docenić.
Jako pierwszy na naszej drodze stanął Raków Częstochowa, który w poprzednim sezonie na ostatniej prostej wypuścił z rąk mistrzostwo na rzecz Lecha. Nie dziwiły więc deklaracje Michała Świerczewskiego, właściciela „Medalików”, że celem na kolejny sezon ma być prymat w lidze. Architektem tego sukcesu miał być Marek Papszun, który rok wcześniej wrócił na częstochowską ławkę. W tamtym momencie rozstrzygała się obsada stanowiska selekcjonera reprezentacji, a w tym wyścigu Papszun był jednym z faworytów. Ostatecznie jednak ani do kadry nie trafił, ani nie dokończył sezonu jako trener Rakowa. Jak podkreślał Michał Cybulski, mój rozmówca i wieloletni kibic Rakowa, ostateczny sukces grającego na trzech frontach zespołu utrudniały kontuzje kluczowych graczy, dlatego ostrożnie podchodził zarówno do rozgrywek ligowych, jak i europejskich. Przewidział za to całkiem celnie, że sprowadzony przed sezonem do Częstochowy Oskar Repka będzie podstawowym zawodnikiem drugiej linii Rakowa. Polecam wrócić do tej rozmowy, w której Michał przytacza wiele ciekawostek historycznych związanych zarówno z Rakowem, jak i GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).
Zupełnie inne cele na nowy sezon miał nasz kolejny przeciwnik – Zagłębie. Podobnie jak my, Miedziowi rozpoczęli od porażki, co jeszcze pogłębiło nienajlepsze już humory w Lubinie. U Pawła Junorego z mkszaglebie.pl trudno było doszukać się wtedy jakichkolwiek oznak optymizmu. Ponure nastroje wywoływał bardziej sposób zarządzania klubem niż sama postawa piłkarzy, ale jedno z drugim ściśle się wiąże, czego dowodem była rozgrywana kilka miesięcy później saga z transferem Leonardo Rochy, najlepszego napastnika Zagłębia. Miedziowi w poprzednim sezonie do końca bili się o utrzymanie i podobny los wieszczył im Junory w tym roku. Rzeczywistość okazała się dla Lubinian znacznie bardziej łaskawa, a pierwszy sygnał dobrej formy dali przy Nowej Bukowej, do przerwy prowadząc 2-0 i prezentując się znacznie lepiej niż GieKSa. Błysk Bartosza Nowaka pozwolił nam jednak wyrównać i w ten sposób obie ekipy dopisały sobie pierwszy punkt w sezonie (wynik meczu: 2-2).
W trzeciej kolejce wybraliśmy się do Łodzi, gdzie czekał na nas potencjalny hegemon ligi, napompowany pieniędzmi i transferami Widzew. Trudno więc było dziwić się entuzjazmowi łódzkich kibiców, którzy z utęsknieniem czekają na nawiązanie do sukcesów z końcówki lat 90., a pieniądze Roberta Dobrzyckiego mają w tym pomóc. Widzew sezon rozpoczął średnio, bo zaledwie 1-0 wygrał z przeciętnym wtedy Zagłębiem, a następnie dał sobie wydrzeć zwycięstwo z Jagiellonią po dwóch golach w 90. minucie. Tą samą Jagiellonią, którą kilka tygodni wcześniej pokonał w sparingu 7-1. Jak się później okazało, zmiany kadrowe praktycznie w każdej formacji nie przełożyły się na dobre wyniki. Bartłomiej Stańdo podkreślał konieczność uzbrojenia się kibiców w cierpliwość, natomiast w tamtym momencie z pewnością nie zakładał, że jego zespół do ostatniej kolejki będzie się bił o utrzymanie. Pytany o apetyt na miejsce w TOP5 tonował nastroje, a ja zadając wtedy to pytanie w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że to my, a nie Widzew, będziemy się o nie bić (wynik meczu: 3-0 dla Widzewa).
Początek sierpnia to starcie z kolejnym ligowym potentatem. Zamieszana w kwalifikacje do europejskich pucharów Legia najchętniej przełożyłaby mecz z GieKSą, jednak terminarz był nieubłagany. Oczekiwania kibiców Wojskowych nie mogły być inne niż każdego roku: faza ligowa w Europie i dublet w kraju. – Sezon bez mistrzostwa to sezon przegrany – podkreślali zgodnie Kamil i Marek z podkastu „Kilka słów o Legii”. Tymczasem przygoda z Pucharem Polski zakończyła się już w 1/16, jako jedyny zespół z Polski Legia nie przebrnęła fazy ligowej LKE, a w Ekstraklasie bliżej im było do spadku niż do mistrzostwa. – Może ten, kto najszybciej odpadnie z europejskich pucharów, będzie faworytem do mistrzostwa – zastanawiali się moi rozmówcy. Jak się z czasem okazało, nie dało to Legii wystarczającej przewagi, a na finiszu sezonu celem Stołecznych było chłodno przyjęte w poprzednim sezonie piąte miesce, o które tym razem niespodziewanie rywalizowali z GieKSą. W Warszawie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę w doliczonym czasie gry (wynik meczu: 3-1 dla Legii).
Tydzień później do Katowic przyjechała Arka. Beniaminek dobrze rozpoczął sezon, wywożąc remis z Łazienkowskiej oraz punktując u siebie z Pogonią i Radomiakiem. – Arka jest na właściwym kursie – oceniał wtedy Marek Ziemian z Gdyni. Mój rozmówca podkreślał wprawdzie, że miejsce Arki w łańcuchu pokarmowym Ekstraklasy jest bliżej jej końca niż początku, jednak pod okiem Dawida Szwargi klub miał skutecznie podjąć rywalizację o bezpieczne lokaty. Nikt nie przewidział jednak, jak wielka niemoc dotknie Gdynian na wyjazdach. Na pierwsze (i jedyne) zwycięstwo w delegacji kibice żółto-niebieskich czekali aż do marca 2026 roku! W sierpniowe popołudnie w Katowicach również nie pokazali się z najlepszej strony i wyjechali z bagażem czterech goli (wynik meczu: 4-1 dla GieKSy).
W szóstej serii gier jechaliśmy do Zabrza na Śląski Klasyk. Gospodarze od początku sezonu prezentowali się nieźle, rozbudzając apetyty kibiców na pierwszy od lat udany sezon. – Wypadałoby wreszcie coś wygrać – życzył sobie i innym Żabolom Śledzió z podkastu „Czwarta Trybuna”. Myślał tu przede wszystkim o Pucharze Polski i, jak się okazało, jego przeczucia okazały się trafne. Ale i w lidze Górnik nie odstawał od czołówki, umościł się nawet na fotelu lidera Ekstraklasy i zabrakło niewiele, by spędził w nim całą zimę. Entuzjazm w Zabrzu wywoływała też zbliżająca się wielkimi krokami prywatyzacja klubu, który pod skrzydłami Lukasa Podolskiego ma wejść na jeszcze wyższy poziom. Nasz kat z poprzedniego meczu w Zabrzu tym razem do siatki nie trafił, mimo to zwycięstwo Górnika ani przez moment nie było zagrożone (wynik meczu: 3-0 dla Górnika).
Jako kolejny na nasz tapet wjechał Radomiak, który na początku sezonu błysnął zwycięstwami z Pogonią i Rakowem, natomiast później nieco wyhamował. „Polski Szachtar” promujący i odsprzedający z zyskiem zagranicznych piłkarzy siłą rzeczy mierzy się z częstymi zmianami personalnymi, co nie ułatwia stabilizacji na wysokim poziomie. – Celem jest spokojne utrzymanie na kilka kolejek przed końcem sezonu – oceniał Rafał Jończyk z Radomia. – Optymalnym scenariuszem będzie miejsce dziesiąte i każde powyżej – oceniał przytomnie i, jak się okazało, całkiem celnie, bo Radomiak finalnie uplasował się właśnie na dziesiątej pozycji. Zawirowania z obsadą trenera wprowadziły wprawdzie nieco zamieszania i przez chwilę Radomianie musieli nerwowo oglądać się za siebie, koniec końców stali się jednak definicją ligowego średniaka. Tamtego wieczora na Arenie Katowice byliśmy za to świadkami emocjonującego widowiska, obfitującego w bramki i zwroty akcji. Ostatecznie to my skończyliśmy ten pojedynek z tarczą, a ozdobą meczu była bramka Bartosza Nowaka z rzutu wolnego z około 30 metrów (wynik meczu 3-2 dla GieKSy).
W połowie rundy wydawało się, że targana problemami organizacyjnymi Lechia Gdańsk powoli wychodzi na prostą. Rozpoczynała wprawdzie sezon z pięcioma ujemnymi punktami, ale do meczu z GieKSą zdążyła się już „wyzerować”. Zakaz transferowy został zdjęty, wypłaty zaczęły docierać na czas, co przełożyło się na coraz lepszą postawę piłkarzy na boisku. – Nie chcemy do końca drżeć o utrzymanie, tylko spokojnie zrealizować ten cel – podkreślał Szymon Wleklak z lechia.net. Długo wydawało się, że cel zostanie osiągnięty, a być może nawet Gdańszczanie będa mogli mierzyć wyżej. Tym bardziej, że kolejne punkty dopisali sobie już w starciu z GieKSą. „Pomógł” niestety Dawid Kudła, który minął się z piłką przy pierwszym golu, a dzieła zniszczenia dopełnił w doliczonym czasie gry Camilo Mena. Czas pokazał, że bagaż ujemnych punktów ciążył Lechii do ostatniej kolejki, z wiadomym dziś skutkiem (wynik meczu: 2-0 dla Lechii).
W ścisłej czołówce po siedmiu kolejkach był za to nasz kolejny rywal (ósmej nie rozegrał z powodu oberwania chmury w Płocku). Cracovia dość niespodziewanie włączyła się do walki o czołowe lokaty, a niektórzy widzieli w niej nawet czarnego konia w rywalizacji o mistrzostwo. Kamil, Chłopak z Kałuży, z rezerwą podchodził jednak do eksplozji formy swoich ulubieńców. – Nie takie drużyny kreowano na potentatów, a koniec końców „puchły” na finiszu – ostrzegał. Mimo to nie krył optymizmu i z nadzieją śledził losy Cracovii. Sporo transferów wymagało zgrania, na szczęście szybko udało się znaleźć zastępstwo bramkostrzelnego napastnika – w buty Benjamina Kallmana wskoczył Filip Stojilković. Szwajcar trafił także do naszej siatki, ustalając wynik meczu przy Nowej Bukowej, a Pasy spokojnie wygrały. Tym samym GieKSa zakopała się w strefie spadkowej, a Cracovia na jeden punkt zbliżyła się do liderujących Jagiellonii i Górnika (wynik meczu: 3-0 dla Cracovii).
Dalej czekał nas dwumecz z Wisłą – mierzyliśmy się z Nafciarzami zarówno w lidze, jak i w Pucharze Polski. Beniaminek z Płocka dość niespodziewanie uczepił się ligowego czuba i za nic nie chciał go puścić. Michał Sosnowski, kibic i płocki radny, podkreślał w tym zasługę trenera Misiury, jakościowych transferów i stabilnych fundamentów klubu. – Oceniam, że spokojnie się utrzymamy, a przy odrobinie szczęścia możemy powalczyć o coś więcej – mówił wtedy i czas pokazał, że się nie pomylił. Spadek w zasadzie nie zajrzał Nafciarzom w oczy – dość powiedzieć, że zimę spędzili na pierwszym miejscu w lidze i prawie do końca sezonu mieli widoki na puchary. Ten krajowy przegrali jednak w Katowicach po hattricku Bartka Nowaka i trafieniu Szkurina, natomiast w ligowym starciu w Płocku padł sprawiedliwy remis (wyniki meczów: 4:1 dla GieKSy (PP) i 1:1 (liga)).
Kolejny rywal, poznański Lech, jak zwykle celował w pełną pulę, a przede wszystkim obronę mistrzostwa. Na tamtym etapie sezonu tracił jednak 4 punkty do lidera i nie imponował formą. Trapieni kontuzjami liderzy i odejście Alfonso Sousy przyprawiały trenera Frederiksena o ból głowy. Mimo to budowana z myślą o grze na trzech frontach kadra była stosunkowo szeroka. – Trener ma w czym wybierać – oceniał Mateusz Jarmusz z Poznania. – Pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie – mówił. – Dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku – tak tłumaczył formę Kolejorza w Ekstraklasie. Zwracał również uwagę na gorszą dyspozycję Lecha u siebie, a lepszą na wyjazdach. Znalazło to swoje potwierdzenie w Katowicach, bo mimo iż goście nie zagrali wybitnego meczu, to trzy punkty zabrali ze sobą do Poznania (wynik meczu: 1-0 dla Lecha).
Tydzień później czekało nas starcie w Lublinie. Ani GieKSa, ani Motor, nie prezentowały się wtedy tak dobrze jak w poprzednim sezonie, kiedy z każdej strony zbierały zasłużone pochwały. Tym razem obie balansowały na granicy strefy spadkowej, co szczególnie w przypadku Motoru mogło być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę ambitne zapowiedzi bogatego właściciela. Za słowami nie poszły jednak czyny i trzeba było stawić czoła rzeczywistości. – Siódme miejsce w poprzednim sezonie to było nasze maksimum, a dziś cała liga się wzmacnia, a nasze transfery nie robią na nikim wrażenia – oceniał Tomasz Pluta. Pojedynek z GKS-em nie poprawił nastrojów w Lublinie – mimo że gospodarze odrobili dwubramkową stratę, to po czerwonej kartce dla Łabojki ich gra się posypała, a w drugiej połowie Ilja Szkurin dopełnił dzieła zniszczenia. Dla nas był to moment mocniejszego odbicia się w górę tabeli, natomiast Motorowcy nadal musieli szukać sposobu na wyjście z kryzysu (wynik meczu: 5-2 dla GieKSy).
Gdy jedni mierzyli się z problemami, inni korzystali na słabości rywali. Jedną z takich ekip była Korona Kielce, która w połowie rundy kręciła się bliżej czubka tabeli niż jej dołu, do czego zdążyła przyzwyczaić swoich kibiców w poprzednich sezonach. – Nie chcemy powrotu czasów, gdy z przerażeniem spoglądaliśmy w tabelę drżąc o utrzymanie – mówił Marxokow, jeden z redaktorów profilu „Złocisto Krwiści”. Po zmianach właścicielskich w kibiców wstąpiła nowa nadzieja na stabilizację, za nią poszły transfery, z których najbardziej wyróżniali się Svetlin i Dziekoński, który przez cały wrzesień nie wpuścił ani jednego gola. Do Katowic Korona jechała więc w roli faworyta. – Nie musimy strzelać Bóg wie ile, ale na pewno znajdziemy sposób, by dziurawą ostatnio obronę GieKSy przechytrzyć – zapowiadał mój kielecki rozmówca. Rzeczywistość okazała się jednak inna – po zaciętym meczu bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Sebastian Milewski i GKS odrobił straty do bezpiecznych miejsc w tabeli (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
W halloweenowy wieczór postanowiliśmy nieco postraszyć okupującego miejsca w strefie spadkowej beniaminka z Niecieczy. – Jeszcze nie czas na oceny, czy Bruk-Bet spadnie, czy wręcz spadnie z hukiem – podkreślał Michał Trela z redakcji Canal+. Dość stwierdzić, że Słoniki zostawiały już w pokonanym polu Jagiellonię i Górnika. Z Marcinem Broszem za sterami wydawało się, że mogą złapać wiatr w żagle, jednak – jak podkreślał red. Trela – zbyt duża wiara, że to, co wystarczyło na 1. ligę, wystarczy też w Ekstraklasie, to powtarzający się w Niecieczy problem. Jako główny minus wskazywał dziury w defensywie, które skrupulatnie wykorzystała GieKSa. Pierwszy przebłysk formy Emana Markovicia pozwolił nam przekonująco wygrać i odskoczyć gospodarzom na siedem punktów (wynik meczu: 3-0 dla GieKSy).
GKS śrubował więc serię zwycięstw, która wliczając pucharowy mecz z ŁKS-em liczyła już cztery pojedynki. Kolejny na rozkładzie był ostatni w tabeli Piast. Gliwiczanie mieli wprawdzie w zanadrzu zaległe mecze z Legią i Lechem, jednak na tamtym etapie, biorąc pod uwagę formę Piasta, mało kto zakładał, że uda im się urwać cokolwiek potentatom. – Potrzebny nam mały cud, wiary w szczęśliwy finał jest we mnie niewiele – otwarcie przyznawał Przemek z Gliwic. – Jeśli nadal będziemy punktować tak, jak dotychczas, to skończymy jak Zagłębie Sosnowiec kilka lat temu – dodawał z goryczą. Powodów do optymizmu szukał przede wszystkim w osobie zatrudnionego chwilę wcześniej trenera Myśliwca, który szybko odcisnął swoje piętno na drużynie. Dość powiedzieć, że od wygranej w Katowicach Piast rozpoczął marsz w górę tabeli, pokonując Raków, dwukrotnie Legię, a wiosną dołożył zwycięstwo w zaległym meczu z Lechem. Pytany o rywali w walce o utrzymanie, jako kandydatów do spadku Przemek wskazał Arkę i Bruk-Bet, natomiast nie miał przekonania co do trzeciej „ofiary”. Czas pokazał, że ta prognoza była celna, także w kontekście trzeciego spadkowicza, bo gdyby nie ujemne punkty Lechii, to właśnie Piast zająłby jej miejsce. Na koniec roku wiara w utrzymanie wróciła jednak do Gliwic (wynik meczu: 3-1 dla Piasta).
W następnej kolejce pojechaliśmy do Białegostoku. Pojechaliśmy i wróciliśmy, bo sędzia Wojciech Myć chyba zbyt pochopnie zdecydował o odwołaniu meczu z powodu opadów śniegu. Ta decyzja miała swoje konsekwencje w dalszej części sezonu, o czym później.
Rundę jesienną zamykaliśmy meczem z Pogonią. Co ciekawe, niewiele brakowało, aby to spotkanie również nie doszło do skutku, tym razem z powodu gęstej mgły, która tego dnia szczelnie otuliła Katowice. Na szczęście wieczorem sytuacja poprawiła się na tyle, aby było cokolwiek widać. Rywal ze Szczecina przez całą rundę grał znacznie poniżej ambicji kibiców. – Każdy oczekiwał walki o puchary – mówił Dawid Zieliński z podkastu „Skazani na Pogoń”. Ekscentryczny właściciel również deklarował walkę o ligowe podium. – Tymczasem rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię – ubolewał Dawid. – Gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice punktowe nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić – nie tracił nadziei, o którą było jednak trudno przed meczem w Katowicach. – Nie od dziś wyjazdy są naszą bolączką – podkreślał licząc jednocześnie, że trener odwróci ten trend i z GieKSą Pogoń zapunktuje. Inny plan na ten wieczór miała jednak ekipa Rafała Góraka i komplet punktów został w Katowicach (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Część druga dostępna jest TUTAJ
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze