Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: GKS Katowice z Pucharem Polski kobiet

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki w ubiegłym tygodniu rozegrały finałowe spotkanie Pucharu Polski z Czarnymi Sosnowiec, w którym wygrały po dogrywce 5:2. W najbliższą sobotę 23 maja o 12:00 zmierzymy się w przedostatniej kolejce z UKS-em SMS-em w Łodzi. Klub przedłużył umowę z Klaudią Sowińską. Piłkarze w minionym tygodniu zremisowali 2:2 z Jagiellonią. Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. W najbliższą sobotę 23 maja o 17:30 w Szczecinie rozegramy z Pogonią ostatnie spotkanie w tym sezonie. Sebastian Milewski podpisał nową, 3-letnią umowę z klubem. Szanse na zajęcie 5. miejsca przez GKS oceniane jest na poziomie 61,2%.

Media donoszą o możliwości zmiany sponsora i nazwy PlusLigi.

Z drużyną hokejową żegna się pięciu zawodników. Według mediów klub prowadzi rozmowy na temat przedłużenia umowy z Joona Monto.

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Orlen Puchar Polski: Zabójcza dogrywka w wykonaniu GKS-u Katowice

Dogrywka zadecydowała o losach finału Orlen Pucharu Polski! GKS Katowice wygrał 5:2 z Czarnymi Sosnowiec.
W pierwszych minutach to GieKSa zanotowała kilka groźnych wejść w pole karne obrończyń Pucharu. Katarzyna Nowak posłała groźny centrostrzał, z którym poradziła sobie golkiperka Czarnych, Oliwia Szperkowska. W 25. minucie zespół z Sosnowca wyszedł na prowadzenie za sprawą Patrycji Sarapaty. Dziesięć minut później podopieczne Karoliny Koch wyrównały. Wówczas na listę strzelczyń wpisała się Aleksandra Nieciąg. Obie ekipy szukały swoich szans w uderzeniach z dystansu, jednak brakowało skuteczności. Do przerwy utrzymywał remis 1:1.
Tuż po przerwie GieKSa miała rzut wolny z bocznego sektora boiska. Vojtkova posłała piłkę w pole karne, gdzie główkowała niepilnowana Marcjanna Zawadzka.
W 70. minucie Klaudia Miłek ponownie wyprowadziła Czarnych na prowadzenie. Nikol Kaletka wbiegła w pole karne i dograła do najlepszej strzelczyni Orlen Ekstraligi, która mimo zagrania za plecy umieściła piłkę w siatce. Chwilę później GieKSa usiłlowała odpowiedzieć za sprawą Nieciag, jednak jej strzał z dystansu okazał się zbyt lekki, aby zaskoczyć Szperkowską. W 78. minucie obrończynie tytułu miały kolejną dogodną sytuację – Patrycja Sarapata przetestowała czujność Kingi Seweryn, która uporała się z jej strzałem. Golkiperka GieKSy obroniła także dobitkę. Podczas ostatnich dwudziestu minut Czarne miały wiele rzutów różnych. Jeszcze w 82. minucie Klaudia Miłek otrzymała niezwykle precyzyjną wrzutkę od Zofii Buszewskiej, lecz piłka poszybowała nad bramką.
Na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Amelia Bińkowska doprowadziła do wyrównania. Taki rezultat oznaczał dogrywkę.
W pierwszej części dogrywki GieKSa wyszła na prowadzenie. Klaudia Maciążka popędziła niemal pół boiska i ostatecznie umieściła futbolówkę w siatce. Katowiczanki powiększyły swoją przewagę w 105. minucie za sprawą Aleksandry Nieciąg. Ta sama zawodniczka przypieczętowała triumf GieKSy w 112. minucie, kompletując hat – tricka.

Klaudia Słowińska na dłużej w GKS-ie Katowice

Klaudia Słowińska nadal będzie reprezentować barwy GKS Katowice. Klub poinformował o przedłużeniu kontraktu z zawodniczką, która pozostanie w zespole na kolejne dwa sezony.
Klaudia Słowińska pozostaje w stolicy Górnego Śląska. Piłkarka, która zasiliła szeregi GieKSy przed sezonem 2023/24, w krótkim czasie stała się jedną z istotnych postaci zespołu odnoszącego największe sukcesy na krajowym podwórku. W trakcie pobytu w Katowicach wraz z GieKSą wywalczyła mistrzostwo i wicemistrzostwo, a także dwukrotnie sięgnęła po Puchar Polski.
Słowińska ma za sobą również bardzo udany okres indywidualny. W barwach katowickiego klubu wystąpiła 56 razy, zdobywając przy tym 10 bramek. Dobra forma prezentowana w Orlen Ekstralidze zaowocowała regularnymi powołaniami do kadry narodowej. Zawodniczka zadebiutowała także na liście strzelczyń w reprezentacji podczas spotkania Ligi Narodów UEFA przeciwko Bośni i Hercegowinie, a w 2025 roku znalazła się w kadrze na mistrzostwa Europy.
W minionych miesiącach piłkarka zmagała się z kontuzją kolana, której doznała podczas rywalizacji z FC Twente, w eliminacjach do Ligi Mistrzyń. Obecnie jest jednak coraz bliżej powrotu do pełnej dyspozycji. Wszystko wskazuje na to, że kibice GieKSy ponownie zobaczą ją na boisku już w nadchodzącym sezonie. Wiadomo już także, że Słowińska w barwach żółto-zielono-czarnych pozostanie co najmniej do końca sezonu 2027/28.

wkatowicach.eu – Piłkarki GKS-u Katowice z Pucharem Polski kobiet 2026

Finał Orlen Pucharu Polski Kobiet 2026 rozstrzygnięty. 16 maja na stadionie w Tychach odbyło się finałowe spotkanie, które rozegrały piłkarki GKS-u Katowice i Czarnych Sosnowiec. Mecz zakończył się wynikiem 5:2 dla GKS-u Katowice. Piłkarki GieKSy zdobyły Puchar Polski.
Za nami emocjonujący finał Orlen Pucharu Polski kobiet 2026. 16 maja na Stadionie Miejskim w Tychach zmierzyły się ze sobą drużyny GKS-u Katowice i Czarnych Antrans Sosnowiec.
Piłkarki GKS-u Katowice w swoich ostatnich pięciu meczach na wszystkich frontach wygrały cztery spotkania i przegrały tylko jedno. Miały mocną motywację, by zdobyć tytuł.
Obie drużyny miały szanse na kilku bramek już w pierwszej połowie. Pierwszą bramkę w meczu zdobyły Czarne – Patrycja Sarapata strzeliła w 25. minucie. W 34. minucie gola dla GieKSy strzeliła Aleksandra Nieciąg. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1.
W drugiej połowie meczu gola dla Sosnowca zdobyła Klaudia Miłek (69. min.). W 87. minucie meczu Amelia Bińkowska strzeliła piękną bramkę dla GKS-u wyrównując wynik do 2:2.
O wyniku spotkania i zwycięstwie musiała zadecydować dogrywka. Piłkarki GieKSy przepięknie rozegrały jej pierwszą połowę. W 103. minucie Klaudia Maciążka zdobyła punkt dla GKS-u, a dwie minuty później bramkę strzeliła Aleksandra Nieciąg. Na tym się nie skończyło. Ola Nieciąg wbiła swojego trzeciego gola w 112. minucie rozgrywki.
Mecz zakończył się wynikiem 5:2 dla GKS-u Katowice. Katowiczanki wywalczyły drugi w historii Klubu Orlen Puchar Polski.
UKOCHANE zdobyły ORLEN Puchar Polski! Serdeczne gratulacje dla piłkarek GKS Katowice za wspaniałą walkę, ogromne serce i historyczny sukces! Pokazałyście charakter, determinację i siłę drużyny, z której dumne są całe Katowice. Dziękuję zawodniczkom, sztabowi szkoleniowemu oraz wszystkim kibicom, którzy byli z Wami w tej drodze. Dzisiejsze zwycięstwo przechodzi do historii naszego miasta! Brawo UKOCHANE! Katowice są z Was dumne! – pogratulował piłkarkom prezydent Katowic, Marcin Krupa

dziennikzachodni.pl – Duże pieniądze dla GKS Katowice! Piłkarki w finale Pucharu Polski pokonały po dogrywce Czarne Sosnowiec. Mecz oglądało 1,5 tysiąca kibiców

Piłkarki GKS Katowice po raz drugi w historii zdobyły Puchar Polski. W finale rozegranym w Tychach dzięki piorunującej końcówce pierwszej połowy dogrywki i hat-trickowi Aleksandry Nieciąg zespół Karoliny Koch pokonał Czarne Sosnowiec i zgarnął sowitą premię od PZPN.
Finał Orlen Pucharu Polski piłkarek pierwotnie miał się odbyć w Szczecinie. Ponieważ jednak do decydującej gry awansowały dwa zespoły z naszego regionu PZPN przeniósł spotkanie do Tychów. Dla GKS Katowice stawką było uratowanie sezonu, w którym ekipa Karoliny Koch straciła już szansę na obronę tytułu mistrzowskiego, natomiast Czarne, pewnie zmierzające po złoto w Ekstralidze, stanęły przed szansą na ustrzelenie dubletu. Na szali leżały także pieniądze – 400.000 złotych dla triumfatorek i 100.000 dla pokonanych.
Na trybunach pojawiło się kilkuset kibiców podzielonych na dwie grupy z liczebną przewagą Sosnowiczan, ale pod względem jakości dopingu był remis. Taki wynik widniał też po pierwszej połowie. Prowadzenie objęły Czarne dzięki indywidualnej akcji Patrycji Saraparty, GKS odpowiedział trafieniem Aleksandry Nieciąg z pola karnego.
Początek drugiej połowy należał do Katowiczanek, ale gola strzeliły ich rywalki. Złe wyprowadzenie piłki zakończyło się dośrodkowaniem Nikol Kaletki i bramką kapitan Klaudii Miłek. Czarne poszły za ciosem i miały kolejną okazję, by zamknąć mecz. Nie błysnęły jednak skutecznością i zostały za to skarcone. GKS po okresie uśpienia znów poszedł do przodu, Andela Milovanović trafiła w słupek, ale dobitka rezerwowej Amelii Bińkowskiej już wpadła do siatki. Konieczna była więc dogrywka.
A w niej długo nie wydarzyło się nic konkretnego, aż wreszcie z własnej połowy z piłką ruszyła Klaudia Maciążka, zabawiła się z obrończyniami i sprzed pola karnego tuż przy słupku trafiła do bramki! Sosnowiczanki jeszcze nie zdążyły oswoić się z tą sytuacją, a już przegrywały dwoma trafieniami. Po zamieszaniu w polu karnym dobitką zamknęła akcję Aleksandra Nieciąg. Ta sama piłkarka ostatecznie złamała rywalki po zmianie stron uderzeniem głową z ostrego kąta kompletując finałowego hat-tricka.
Puchar Polski wręczał członek zarządu PZPN i prezes Śląskiego ZPN Henryk Kula. Prezes Cezary Kulesza był nieobecny.

weszło.com – GKS Katowice zasługuje na puchary bardziej niż Legia

Paweł Mogielnicki, znany z dokładnych wyliczeń, napisał na X, jak wyglądają na dziś szanse trzech drużyn na zajęcie piątego miejsca w Ekstraklasie, ostatniego dającego puchary. GKS Katowice – 61,2%, Zagłębie Lubin – 23,3%, Legia Warszawa – 15,5%. Niesamowite, że do walki włączył się zespół Marka Papszuna, który jeszcze niedawno był poważnie zamieszany w grę o utrzymanie. Jego pracę w Legii trzeba docenić, ale faktem też jest, że Legia w ostatnich meczach ma sporo szczęścia i nie wydaje się zespołem, któremu puchary już teraz mogłyby pomóc. Zagłębie, zamiast atakować, by osiągnąć cel, broni się głęboko, grając z Pogonią Szczecin. Wychodzi na to, że na grę w Europie sportowo najbardziej z tej trójki zasługuje GKS. Argumentów jest kilka.
[…] Inaczej jest w przypadku GKS-u Katowice i Legii. Mam wrażenie, że te zespoły łączą dwa elementy: wielki postęp wiosną i odwaga. Patrzę na tabelę Ekstraklasy z przerwy zimowej: GKS zajmuje 16. miejsce, ma na koncie tylko 20 punktów w 18 meczach. Legia jest ostatnia, jeszcze za Termaliką. Uzbierała punkt mniej. A teraz tabela tylko za 2026 rok. Prowadzi Lech Poznań, od kilku dni już stary / nowy mistrz Polski. Ale drugi jest GKS z dorobkiem 29 punktów w 16 meczach. Średnia 1,81 punktu na mecz. U siebie w ośmiu spotkaniach jest niepokonany, wygrał sześciokrotnie. Zaraz za GKS-em, trzecia, Legia: 27 punktów. Za kadencji Marka Papszuna może i często remisuje, ale warto docenić, że tylko raz przegrała u siebie (na początku, z Koroną Kielce) i raz na wyjeździe (demolka w Poznaniu).
To pokazuje, jak świetną pracę wykonują od paru miesięcy Rafał Górak i Marek Papszun, choć ich historie są różne: jeden w klubie od dawna, jakiś czas temu wyszydzany czy nawet obrażany na trybunach, przez co ciężko było np. w szkole jego dziecku. Drugi, choć pozycję zbudował sobie w Częstochowie, od lat w sercu ma Legię i nie potrafił jej odmówić. A teraz pokazuje, jak dobrym jest szkoleniowcem. Zasłużenie obaj znaleźli się wśród pięciu nominowanych do nagrody Trenera Sezonu na gali Ekstraklasy, choć wydaje mi się, że statuetkę w tej kategorii powinien jednak otrzymać Michal Gasparik.
Ich zespoły nie kalkulują. GKS mierzy się u siebie z mocną Jagiellonią i od początku rusza do ataku. Strzela gola, potrafi też tak pressować przeciwnika, że Sławomir Abramowicz zaczyna rozgrywać piłkę dłuższym podaniem. Nawet kiedy przegrywa 1:2, zespół z Katowic dąży do wyrównania i to się udaje po pięknym uderzeniu Borjy Galana. A w doliczonym czasie mamy wymianę ciosów, bo żadnemu z zespołów nie pasuje remis: strzał oddaje piłkarz GKS-u, a po chwili, w ostatniej w zasadzie akcji, mamy uderzenie Sameda Bazdara. GKS potrafi rozegrać świetny mecz w Poznaniu, zakończony remisem 3:3. A jak odpada z Pucharu Polski, to po batalii w Częstochowie z Rakowem, podczas której objął prowadzenie, później dwa razy w kapitalny sposób wracał do gry i poległ dopiero w karnych.
W Legii ten brak kalkulacji był momentami posunięty nawet dalej. Spotkanie z Widzewem, elektryzujące piłkarską Polskę. Remis 0:0, który długo się utrzymywał, obiektywnie był nieco lepszy dla ekipy Papszuna. Jedna z ostatnich akcji, rzut wolny dla Legii. Kiedy w stronę bramki Widzewa zaczyna biec Otto Hindrich, kilku kolegów z drużyny łapie się za głowę i każe mu wracać, ale Papszun wyraźnie pokazuje: „Nie! On ma biec w pole karne!”. I po chwili po zamieszaniu pada gol. Niedługo później koniec meczu. Wielkie ryzyko, zdecydowanie na granicy, ktoś nawet nazwie to totalnym szaleństwem, jednak się opłaciło.
[…] Z drugiej strony GKS, który jest bardziej drużyną stworzoną, a nie tworzoną. Stracił w 2026 roku w lidze tyle samo bramek, co Legia, choć w defensywie ma Lukasa Klemenza, Arkadiusza Jędrycha i Alana Czerwińskiego. Ktoś się spodziewał, że oni będą tak bronić? Że dwaj pierwsi będą w dodatku skuteczni pod bramką przeciwnika? Że Marcin Wasielewski stanie się jednym z lepszych piłkarzy Ekstraklasy na swojej pozycji? Że rozwinie się taki Sebastian Milewski, że błyszczeć w kilku meczach z rzędu będzie Evan Marković, a Bartosz Nowak osiągnie aż takie liczby? Trochę tego typu pytań mogłoby jeszcze paść.
GKS Rafała Góraka jest dzisiaj drużyną powtarzalną, z własnym pomysłem na grę. Oglądając jego mecze, mam wrażenie, że zawodnicy ofensywni często grają ze sobą na pamięć. Widać wypracowane schematy, jak np. akcja bokiem boiska, wbiegnięcie w stronę pola karnego i podanie nie wzdłuż bramki, tylko nieco bardziej do tyłu. Tak Nowak strzelił gola Jagiellonii na 1:0, w podobny sposób GKS zaskoczył też m.in. u siebie Motor.
Przed ostatnią kolejką zespół z Katowic ma wszystko w swoich rękach. Już w meczu z Jagiellonią mógł zapewnić sobie granie w Europie. Zabrakło niewiele. Jeżeli zwycięży Pogoń, będzie miał puchary. Jeśli Zagłębie nie pokona w Białymstoku Jagiellonii – a jego wygrana wydaje się mało realna – Katowiczanom wystarczy remis. Gdyby w Szczecinie przegrali, będą nerwowo nasłuchiwać wieści z Warszawy (Legia – Motor) i Białegostoku.
Można narzekać – ten argument akurat trochę rozumiem – że to klub miejski, co nie jest właściwe, ale sportowo GKS zasłużył na europejskie puchary. Dużo bardziej niż Zagłębie i trochę bardziej niż Legia. Nie było go tam od sezonu 2003/2004, kiedy w dość kompromitujący sposób odpadł z eliminacji Pucharu UEFA po dwumeczu z Cementarnicą Skopje. W pomocy GKS-u grał wtedy Moussa Yahaya, w ataku Stanisław Wróbel, a trenerem był Edward Lorens. Inna epoka.
Czas tam wrócić. I zaprezentować się sporo lepiej.

SIATKÓWKA

siatka.org – Rewolucja w PlusLidze i nie tylko? Będzie zmiana sponsora i nazwy?

Jeśli informacje portalu sportmarketing.pl potwierdzą się polskie ligi siatkówki, a w szczególności PlusLigę czeka rewolucja. W najbliższym czasie ma dojść do zmiany jeśli chodzi o kluczowego sponsora polskich rozgrywek.
W ostatnim czasie pojawiało się sporo informacji dotyczących sponsoringu klubów siatkarskich. M.in. duże wsparcie udało się pozyskać Treflowi Gdańsk. Tymczasem duże zmiany czekają samą Polską Ligę Siatkówki.
Współpraca PLS i firmy Polkomtel trwa od 2002 roku. Od kwietnia 2008 roku, gdy Polkomtel przedłużył umowę z Polską Ligą Siatkówki rozgrywki mężczyzn noszą nazwę PlusLigi. Od wielu lat Polkomtel wspiera także rozgrywki siatkarek. Obecna umowa obu podmiotów miała obowiązywać do 2028 roku, tymczasem – jak podaje portal sportmarketing.pl – w PlusLidze ma dojść do zmiany sponsora tytularnego.
– Z naszych informacji wynika, że wieloletnia współpraca zakończy się przedwcześnie. Nowym, głównym sponsorem tytularnym ligi męskiej ma być PGE – czytamy w artykule sportmarketing.pl.
Według niego w najbliższych dniach ma zostać podana oficjalna informacja w tej sprawie.
Od momentu, gdy „Plus” wskoczył do nazwy ligi siatkarzy mistrzostwo Polski zdobywano siedemnaście razy. Pięć razy triumfowała PGE GiEK Skra Bełchatów. Cztery razy po mistrzostwo sięgała ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, trzy razy Asseco Resovia Rzeszów i Jastrzębski Węgiel, a po jednym złotym medalu wywalczyły ekipy Bogdanki LUK Lublin i Aluron CMC Warty Zawiercie.

HOKEJ

hokej.net.pl – GieKSa pożegnała pięciu zawodników. Jest oficjalny komunikat

GKS Katowice rozpoczął przebudowę zespołu przed sezonem 2026/2027. Wicemistrzowie Polski poinformowali o rozstaniu z pięcioma zawodnikami.
Z klubem żegnają się napastnicy Ian McNulty (na zdjęciu), Juho Koivusaari, Lauri Huhdanpää i Sam Coatta, a także bramkarz Jesper Eliasson.
– Serdecznie dziękujemy im za występy dla naszej drużyny i wkład w zdobycie wicemistrzostwa Polski. Życzymy powodzenia w dalszych karierach – poinformowała GieKSa w swoich mediach społecznościowych.
Najlepsze liczby z grona odchodzących napastników wykręcił Ian McNulty. Kanadyjczyk rozegrał 57 spotkań, zdobywając w nich 12 bramek i notując 20 asyst. Solidny sezon zanotował również Juho Koivusaari. Fiński skrzydłowy w 48 meczach dziewięciokrotnie wpisał się na listę strzelców i zaliczył i 14 kluczowych zagrań.
Lauri Huhdanpää i Sam Coatta trafili do Katowic przed zamknięciem okienka transferowego i mieli zwiększyć głębię składu przed decydującą częścią sezonu.
Jak informowaliśmy wcześniej, z GieKSą pożegnał się też Jesper Eliasson. Szwedzki bramkarz w fazie zasadniczej rozegrał 29 spotkań, notując 92,4 procent skuteczności interwencji i wpuszczając średnio 2,27 bramki na mecz. Jeszcze lepiej prezentował się w play-offach, gdzie bronił ze skutecznością 92,7 procent, a jego średnia straconych goli wyniosła 2,07.

Fin zostanie w GieKSie? Taki jest jego obecny status

Wielu kibiców z pewnością zastanawia się, jak będzie wyglądała kadra GKS-u Katowice na nowy sezon. Dowiedzieliśmy się, jak obecnie wygląda status Joony Monto, dla którego miniony sezon zakończył się przedwcześnie.
Na razie szefostwo wicemistrzów Polski zamieściło w swoich mediach społecznościowych trzy informacje. Pierwsza dotyczyła tego, którzy zawodnicy mają ważne kontrakty z klubem. W tym gronie są obrońcy: Kacper Maciaś i Błażej Chodor, a także napastnicy: Grzegorz Pasiut, Patryk Wronka, Bartosz Fraszko, Mateusz Michalski, Jonasz Hofman, Jakub Hofman i Maksymilian Dawid.
Kolejne dwie wiadomości dotyczyły odejść. Najpierw za grę w ekipie z alei Korfantego podziękowano Mateuszowi Bepierszczowi, a potem obwieszczono, że z GieKSą żegnają się bramkarz: Jesper Eliasson oraz napastnicy: Ian McNulty, Juho Koivusaari, Lauri Huhdanpää i Sam Coatta.
Zapewne sporo fanów katowickiego klubu zastanawia się, jak będzie wyglądała przyszłość Joony Monto. Fiński napastnik jest jednym z najbardziej charakterystycznych zawodników występujących w TAURON Hokej Lidze. To gracz zadziorny, niezwykle waleczny i bardzo sumienny w realizacji zadań taktycznych. Potrafi pracować po obu stronach tafli, świetnie odnajduje się w formacjach specjalnych i wnosi do zespołu ogromne doświadczenie.
Miniony sezon rozpoczął w ekipie GKS-u Tychy, ale po 14 spotkaniach (3 bramki i 7 asyst) mistrzowie Polski zdecydowali się zakończyć współpracę z fińskim centrem.
W listopadzie zasilił szeregi GKS-u Katowice, gdzie wcześniej spędził trzy bardzo udane sezony: okraszone zdobyciem dwóch tytułów mistrzowskim, jednego srebrnego medalu i Superpucharu Polski. Jego przenosiny okazały się słodko-gorzkie. Choć w 19 rozegranych meczach osiem razy wpisał się na listę strzelców i zanotował dziewięć kluczowych zagrań, to 1 lutego – podczas starcia z Tyszanami-doznał kontuzji barku. Efekt był taki, że musiał przejść operację i nie zagrał w fazie play-off.
Wiemy, że Monto chętnie zostałby w Polsce na kolejny sezon. W kilku źródłach ustaliliśmy, że niespełna 32-letni napastnik prowadzi zaawansowane rozmowy z katowickim klubem na temat przedłużenia umowy.
– Obie strony są blisko porozumienia – usłyszeliśmy od osób dobrze zorientowanych na rynku transferowym.
Jeśli doświadczony środkowy złoży podpis na umowie, stanie przed szansą poprawienia swoich statystyk. W ekipie z alei Korfantego rozegrał bowiem 186 ligowych meczów, zdobywając w nich 129 punktów za 46 bramek i 83 asysty.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga