Felietony Hokej
Pierwsze podsumowanie sezonu
Cytując początek piosenki zespołu Perfect „Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz…” spójrzmy na miniony sezon trzeźwym okiem. Nie był on tak doskonały, jak poprzednie cztery, kiedy zdobywaliśmy dwa Mistrzostwa Polski, a o losach dwóch wicemistrzostw decydował siódmy mecz. Czy jednak był aż tak zły w wykonaniu naszych hokeistów?
Nie uważam tak z kilku względów. Miasto chce mieć wielosekcyjny klub na najwyższym poziomie. Piłkarze walczą w Ekstraklasie, a ponadto byli bliscy awansu do finału Pucharu Polski. Traktowana po macoszemu (wśród kibiców) siatkówka jest bliska awansu do Plus Ligi. Na te dwie sekcje miasto kładło największy nacisk i budżet, a hokej? Miał sobie jakoś poradzić… Mimo przeciwności losu trener Jacek Płachta zakasał rękawy i rzutem na taśmę zajęliśmy pierwsze miejsce po sezonie regularnym, co dało handicap w postaci gry na własnym lodzie w większości spotkań podczas play-off. Niesieni fanatycznym dopingiem pokonaliśmy w ćwierćfinale Comarch Cracovie, a w półfinale Unię Oświęcim. I wtedy przyszedł czas na finał z GKS-em Tychy. Tu zaczęły się schody i pojawiły się negatywne komentarze na temat naszej drużyny. Dlatego pozwolę sobie na osobistą ocenę, z którą możecie się zgadzać bądź nie. A tym samym zapraszam do merytorycznej dyskusji.
Zacznijmy od bramkarzy. Od początku sezonu numerem jeden był Jesper Eliasson, chociaż w porównaniu z minionymi sezonami więcej okazji na grę otrzymywał Michał Kieler, który pokazywał, że nie jest tylko bramkarzem rezerwowym. Dodatkowo trener Jacek Płachta na Polaka stawiał także w rzutach karnych, a Michał udowadniał, że potrafi bronić karne. Ponadto będąc na prasie czy przeglądając różne galerie, nie raz widziałem, że obaj bramkarze obejmują się wzajemnie i są dla siebie wparciem, co rodzi zdrową relację i konkurencję. Niemniej żałuję, że popularny „Kiler” nie dostał szansy w fazie play-off. Natomiast Jesper swoją postawą przypominał mi Johna Murray’a – w sezonie chimeryczny, w play-offach czasem niepewny, ale jak miał wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, to robił to.
Przejdźmy teraz do defensywy. W zakończonym sezonie ta formacja była najsłabszym ogniwem na przestrzeni ostatnich lat. Na wyróżnienie zasługuje Jacob Lundegard, który nie tylko potrafił huknąć z niebieskiej, ale także trener Jacek Płachta desygnował go do rzutów karnych, które wykonywał niczym rasowy napastnik. Oprócz niego wyróżniłbym Zacka Hoffmana, który nie bał się twardej gry na bandach oraz Albina Runessona, dla którego to już drugi sezon na polskich taflach. Ten drugi przez cały sezon prezentował równą formę. Na drugim biegunie na mojej liście znaleźli się Kacper Maciaś oraz Aleksi Varttinen. Zacznijmy od Fina, który z roku na rok prezentował się coraz słabiej, a z różnych względów nie był w wyjściowym składzie na finałowe potyczki z GKS-em Tychy. Natomiast Kacper Maciaś zanotował najsłabszy sezon w swojej karierze w barwach GieKSy. O tym czy zostaną na kolejny sezon zadecyduje sztab szkoleniowy.
Ostatnia formacja do oceny to atak. Tu chciałbym zacząć od pochwał dla naszej młodzieży, a szczególnie braci Hofmanów. Zarówno Jonasz jak i Jakub nie są już hokeistami czwartej formacji, a często decydowali o losach meczu. Dla nich, i pozostającego w ich cieniu Maksymiliana Dawida, składam wyrazy uznania za postępy, jakie poczynili. Przechodząc do pierwszej formacji… No cóż, siejący postrach wśród bramkarzy tercet Fraszko-Pasiut-Wronka, w tym sezonie okazał się tylko strachem na wróble. Dopiero roszady w składzie pozwoliły Patrykowi odzyskać swój polot, a wraz z Andersonem i Dupuy’em stworzyli tercet nie do powstrzymania. Jak to w hokeju bywa, każda formacja ma swoje zadania, a mrówczej roboty nie można odmówić Michalskiemu i Bepierszczowi, którzy pod bandami walczyli o każdy krążek. Jeśli w trakcie zasadniczego można było mieć do kogoś pretensje, to byli to Ian McNulty i Juho Koivussari. Obaj odrodzili się niczym feniks z popiołów w fazie play-off i byli mocnymi punktami drużyny.
Na koniec dwa słowa o wzmocnieniach, bądź uzupełnieniach składu przed fazą play-off. Mowa o Samie Coatta i Laurim Huhdanpaa. Tego drugiego znamy z THL, bowiem grał w STS Sanok i Unii Oświęcim. Początkowo, mówiąc kolokwialnie, grzał ławę, ale jak dostał swoją szansę na lodzie, to starał się ją maksymalnie wykorzystać. Jeśli chodzi o Sama Coatte, to wielu kibiców kręciło nosem, co to za zawodnik, który rozegrał kilka spotkań. Jednak doświadczenie z wyższych lig, mimo małej liczby rozegranych spotkań, pokazało, jak wartościowym jest zawodnikiem.
Na indywidualną ocenę poszczególnych zawodników przyjdzie jeszcze czas.
Jestem zadowolony z tego, co osiągnęli hokeiści. Liczę, że znowu nasi fanatycy zrobią dobrą reklamę nie tylko GieKSy, ale i miasta Katowice w Europie.
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze