Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: pół drużyny trzeba budować od nowa
Przed przerwą na mecze reprezentacji czeka GieKSę poważny sprawdzian przy Nowej Bukowej, gdzie zmierzymy się z Mistrzem Polski. Rywale z Poznania mają jeszcze na głowie dzisiejszy mecz pucharowy z Rapidem Wiedeń, ale z pewnością nie zabraknie im motywacji, aby w niedzielę próbować wywieźć z Katowic komplet punktów.
O rywalizacji GKS-u z Kolejorzem w ubiegłym sezonie, postawie Lecha w obecnych rozgrywkach i przewidywaniach przed najbliższym pojedynkiem porozmawialiśmy z Mateuszem Jarmuszem, dziennikarzem poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej, a w przeszłości pracownikiem biura prasowego KKS Lech Poznań.
Jeden z popularnych użytkowników z poznańskiego uniwersum Twittera, znany z bezkompromisowych opinii na temat zarówno waszego klubu, jak i jego rywali, daje ostatnio wyraz swojemu zadowoleniu z gorszej formy GieKSy jako swego rodzaju odwet za rzucenie Kolejorzowi kłody pod nogi na drodze do mistrzostwa. Jest to odosobniona opinia czy macie nam za złe, że nie daliśmy się łatwo pokonać w przedostatniej kolejce ubiegłego sezonu?
Ostatecznie wszystko skończyło się dla nas dobrze, więc raczej niewielu jest takich, których tamten mecz do teraz uwiera jak zadra pod paznokciem. Byłoby inaczej, gdyby Lech tego mistrzostwa nie zdobył – wtedy na pewno dłużej rozpamiętywano by tamten pojedynek z GKS-em. Słyszałem opinie z otoczenia klubu, gdzie wielu było zaskoczonych, jak bardzo chciało się GieKSie wygrać tamten mecz, jednak mimo wszystko w Ekstraklasie każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, a zaangażowanie i poświęcenie nie jest zbrodnią, lecz atutem. Negatywny odbiór tamtego pojedynku może po części wynikać z faktu, że wielu kibiców w Poznaniu ma sentyment do GKS-u Katowice, z uwagi na wspólną historię wielu piłkarzy, także Wasyla i Alana, którzy grają obecnie przy Bukowej. Stąd może zdziwienie, że akurat GKS aż tak się postawił.
Serca w Poznaniu zamarły na moment, gdy przy stanie 2-1 dla GieKSy sam na sam z Mrozkiem wyszedł Mateusz Mak?
To prawda, ale jeśli szukać atutów Lecha, które zaważyły na zdobyciu mistrzostwa, to Bartosz Mrozek od wielu miesięcy jest jednym z najjaśniejszych punktów tej drużyny. Obroniona sytuacja z Makiem dodatkowo podnosi jego notę i jest to ogromna cegła dołożona do mistrzostwa, którą będziemy mu długo pamiętać. Dodając do tego okoliczności, w jakich padł drugi gol dla Lecha, mamy pełen obraz, w jak dramatycznych okolicznościach zdobyliśmy kluczowy w walce o mistrzostwo punkt.
W nowym sezonie Kolejorz znów gra o najwyższe cele, natomiast GKS nie imponuje już tak, jak przed rokiem. Śledzicie to, co dzieje się w dole tabeli czy waszą uwagę zaprząta raczej walka o tytuły i europejskie puchary?
W poprzednim sezonie GKS jako beniaminek wniósł coś fajnego do Ekstraklasy – charakter, właściwy dla siebie sposób gry i pewien powiew świeżości. Niestety zmiany kadrowe, jakie zaszły latem, odbiły się na waszej formie – patrząc z boku, GKS jest obecnie innym zespołem niż wiosną. Zobaczymy ile czasu będzie potrzebował trener Górak, aby na nowo poukładać zespół, bo na razie gracie w kratkę.
Co jest najważniejszym celem Lecha w tym sezonie?
Oficjalny przekaz z klubu zawsze jest taki sam: Lech Poznań gra o Mistrzostwo i Puchar Polski, a w europejskich pucharach ma zajść jak najdalej. W dużym stopniu pokrywa się to z tym, czego sam oczekuję. Po tym, jak Kolejorz dotarł do ćwierćfinału Ligi Konferencji, w okresie pracy Mariusza Rumaka wpadł w dołek. Trener Niels Frederiksen poukładał to jednak bardzo szybko i chyba nikt się nie spodziewał, że już w pierwszym roku jego pracy tytuł mistrzowski wróci do Poznania. W erze rodziny Rutkowskich jest to najszybciej, bo już po trzech latach odzyskane mistrzostwo. Zazwyczaj po wygraniu ligi klub obniżał loty i odbudowa zwykle trwała dłużej. Dlatego dla mnie najważniejsze jest, aby Lech do końca liczył się w grze o krajowy prymat, bo czołówka ligi robi się coraz bardziej wyrównana, a o mistrzostwie decydują detale: gdyby w Katowicach piłka inaczej odbiła się od głowy Mario Gonzáleza, to tytuł najpewniej pojechałby do Częstochowy. Osobiście marzy mi się zdobycie Pucharu Polski, bo długo czekamy na to trofeum. Za chwilę minie 17 lat od zwycięstwa na Stadionie Śląskim z Ruchem, a po drodze aż pięciokrotnie przegrywaliśmy w finale tych rozgrywek.
Aby grać o wszystko, trzeba być przygotowanym na znaczne obciążenia związane z podróżami i graniem co trzy dni. Kolejorz jest na to gotowy kadrowo?
Osobiście mam problem z oceną rzeczywistego potencjału kadrowego Lecha. Mamy pewne trudności, bo pojawiło się wielu nowych piłkarzy i trzeba ich szybko wkomponować w zespół. Na dziś w drużynie nie ma kontuzjowanych Radosława Murawskiego, Patrika Wålemarka i Alego Gholizadeha, czyli trzech graczy kluczowych w poprzednim sezonie. Jeśli doliczyć do tego Afonso Sousę, który odszedł do Turcji, to w zasadzie pół drużyny trzeba budować od nowa. W porównaniu do poprzednich okienek transferowych, to letnie oceniam dobrze, bo dostrzegam chęć poważnego wzmocnienia zespołu, a także reakcję na pojawiające się kontuzje. Praca domowa została odrobiona, a rolą trenera jest szybko poukładać te klocki. O ile mistrzostwo było do pewnego stopnia zaskoczeniem, to obecnie mamy do czynienia z pierwszym poważnym testem dla Frederiksena i zobaczymy, jak sobie poradzi.
W poprzedniej rozmowie o Lechu redaktor Djaczenko podkreślał wartość indywidualnych przebłysków największych gwiazd Kolejorza, które pozwalały przechylać szalę na waszą korzyść. W ligowym i pucharowym maratonie równie ważna, o ile nie ważniejsza, jest głębia składu. Będzie kim rotować?
Ostatnie tygodnie pokazują, że sztab dobrze sobie radzi w tym aspekcie. W lidze wygraliśmy z Niecieczą oraz zremisowaliśmy z Rakowem i Jagą – w obliczu wspomnianych ubytków kadrowych można sobie wyobrazić gorsze wyniki. Jest tylko czterech piłkarzy, którzy w każdym z tych meczów wystąpili w podstawowym składzie, czyli ponad połowa zespołu jest wymieniana. Trener ma w czym wybierać, a nam pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie.
W obliczu wspomnianych przez ciebie ubytków, a także patrząc na statystyki, odpowiedzialność za wyniki Lecha leży w głównej mierze na barkach Mikaela Ishaka. Kto może go wesprzeć, szczególnie jako zmiennik, bo już wiemy, że tej roli nie uniósł znany w Katowicach Filip Szymczak?
Duże nadzieje pokładaliśmy w Szymczaku – liczyliśmy, że będzie naciskał na Ishaka, ale w Poznaniu nie pokazywał tyle, ile choćby na wypożyczeniu w GKS-ie. Czasem piłkarz musi zmienić otoczenie, żeby się odblokować – tego życzę Filipowi i mam nadzieję, że jeszcze zrobi fajną karierę. Wracając do pytania, Lech od kilku sezonów jest „ishakozależny”. W poprzednich rozgrywkach doszły indywidualności, które pomagały mu ciągnąć drużynę do przodu: Patrik Wålemark, Ali Gholizadeh i Alfonso Sousa odpalili na tyle, że w kryzysowych sytuacjach brali na siebie dużą część odpowiedzialności za wynik. Teraz tego brakuje, ale moim zdaniem właśnie w takich okolicznościach Mikael Ishak doskonale się odnajduje i w pewien sposób rośnie, gdy czuje, jak wiele zależy od niego. Jest to jednak o tyle ryzykowna strategia, że musimy trzymać kciuki za zdrowie naszego napastnika.
Jak oceniasz postawę Lecha w pierwszej części sezonu?
Pierwszy etap rozgrywek trzeba podzielić na mecze ligowe i pucharowe – mimo wszystko dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku. Mieliśmy ochotę na zaatakowanie Ligi Mistrzów, niestety Crvena zvezda wybiła nam to z głowy. Ostatecznie będziemy grać w Lidze Konferencji, która rozpoczyna się w tym tygodniu. Początek sezonu jest dla mnie o tyle bolesny, że zdecydowanie gorzej radzimy sobie u siebie. Kolejorz zdobył mistrzostwo Polski głównie dzięki meczom domowym – Bułgarska była prawdziwą twierdzą i zdobyliśmy tu wiele punktów. Obecny sezon jest pod tym względem bardzo trudny: zaczęło się od przegranego Superpucharu z Legią, później 1:4 z Cracovią na inaugurację ligi, do tego porażki z Crveną i Genkiem, a niedawno trzy punkty z Poznania wywiozło Zagłębie Lubin. Zespoły Leszka Ojrzyńskiego zawsze wyraźnie przegrywały przy Bułgarskiej, ale tym razem udało mu się wygrać. Ponadto zremisowaliśmy z Jagiellonią, którą nie tak dawno pokonaliśmy w Poznaniu 5:0. Z drugiej strony Kolejorz dobrze radzi sobie na wyjazdach, co może być złą wiadomością dla GieKSy przed naszym najbliższym meczem.
Macie za sobą pojedynki z zespołami takimi jak Korona, Górnik czy wspomniana Cracovia, które nieco wbrew oczekiwaniom rozdzielają między siebie czołowe lokaty w ligowej tabeli. Ekstraklasa się wyrównuje czy ligowi potentaci z Lechem na czele nie pokazali jeszcze pełni umiejętności?
Moim zdaniem niektóre zespoły korzystają z sytuacji, że „wielka czwórka” była uwikłana w kwalifikacje do europucharów. Czas pokaże, czy w dłuższej perspektywie będą w stanie utrzymać się w czubie. Nie można wykluczać, że któryś z zespołów powtórzy historię Jagiellonii sprzed dwóch sezonów, kiedy wszyscy czekali na moment, aż Jaga „spuchnie”, tymczasem piłkarze Adriana Siemieńca zrobili wszystkim psikusa i sięgnęli po mistrzostwo. Dla mnie największą niespodzianką jest postawa Cracovii, która po wielu latach wreszcie wydaje się być poukładana jak należy i Pasy mogą być rewelacją ligi. W przypadku Lecha zachowuję spokój, bo strata do lidera jest niewielka, a w zanadrzu mamy jeszcze zaległy mecz z Piastem. Czołówka jest więc w zasięgu i trzeba robić swoje w oczekiwaniu na powroty kontuzjowanych piłkarzy.
Kto będzie najgroźniejszym rywalem Lecha w walce o krajowy prymat?
Na pewno pucharowicze, a spośród obecnej czołówki ligi stawiam właśnie na Cracovię, że najdłużej będzie dotrzymywała kroku najlepszym.
Jest wielu piłkarzy, których drogi krzyżowały się zarówno z Lechem, jak i GKS-em. O niektórych, jak Mrozek czy Kozubal, sporo było w moich poprzednich rozmowach, Ciebie z kolei chciałbym zapytać o Marcina Wasielewskiego, który dopiero w Katowicach stał się ligowcem pełną gębą. Jak oceniasz jego postępy?
Swego czasu udostępniłem na Twitterze piękną bramkę Wasyla z Radomiakiem, podkreślając moje zaskoczenie, jak silną pozycję w Ekstraklasie wypracował sobie w ostatnich miesiącach ten zawodnik. Mam wrażenie, że był on piłkarzem, który nie do końca pasował do Lecha. Zawsze prezentował się solidnie, ale nie na tyle, aby wzbudzać uznanie poznańskich kibiców. W tamtym okresie wychowanków oceniano głównie przez pryzmat ich potencjału sprzedażowego, natomiast Wasyl nie wyróżniał się w tym aspekcie. Osobiście cieszę się, że znalazł swoje miejsce w Katowicach i udowadnia u was, że jest solidnym ligowcem.
W obecnej formie byłby w stanie podjąć rywalizację o miejsce w składzie Kolejorza?
Wydaje mi się, że pozycja prawego obrońcy w Lechu jest chyba najmocniej obsadzona w całej lidze, bo jest Joel Pereira i Robert Gumny. W takim układzie ciężko byłoby Wasylowi wygrać rywalizację. Mimo to jest on doskonałym przykładem dla innych wychowanków, że istnieje życie poza Lechem. Może się wydawać, że szansę na karierę mają tylko ci, którzy jako „perełki” przebiją się do pierwszego składu i odchodzą za granicę. Tymczasem Wasyl pokazuje, że nawet jeśli nie uda się w Lechu, to warto próbować swoich sił w Ekstraklasie w barwach innych klubów.
Lech Poznań słynie z umiejętnego szkolenia i wprowadzania wychowanków w świat poważnego futbolu. Jeszcze niedawno nie było okienka bez transferu poznańskiego młodzieżowca do zachodniego klubu. Jak to wygląda dzisiaj?
Lech jest dzisiaj w innym miejscu niż choćby 5-6 lat temu, kiedy po nieudanym sezonie ekip Ivana Đurđevicia, Adama Nawałki i Dariusza Żurawia podjęto decyzję o zmianie koncepcji prowadzenia klubu – w obliczu braku kwalifikacji do europejskich pucharów źródłem przychodów miało być szkolenie i sprzedaż wychowanków. Oddano szatnię młodzieży, spośród której pierwsze skrzypce zaczęli grać Jóźwiak, Gumny, wracający z wypożyczenia do Katowic Puchacz, a z Opola Moder, do tego Michał Skóraś i Jakub Kamiński. Dzięki temu udało się podnieść poziom sportowy i zarobić, zarówno na transferach, jak i na grze w europejskich pucharach. Tym samym w kolejnych latach można było sobie pozwolić na ściąganie jakościowych piłkarzy z zagranicy. Dziś jest bardzo niewiele pozycji, o które młodzi wychowankowie mogliby rywalizować. Mimo to Niels Frederiksen próbuje pchać młodzież do przodu, czego przykładem jest Kornel Lisman, który wprawdzie nie jest typowym wychowankiem, bo do akademii trafił w wieku 17 lat. Kolejnych nazwisk, które miałyby się przebijać, nie ma aż tak wiele. Wydaje mi się, że skończyły się czasy, że co chwilę z Wronek wypływał talent na miarę Dawida Kownackiego, Karola Linettego lub Filipa Marchwińskiego. Pozostaje pytanie, czy to wychowankowie są na niższym poziomie, czy też Lech poszedł do przodu na tyle, że wychowankom jest znacznie trudniej zrobić różnicę w pierwszym zespole.
Zanim wybiegniemy na boisko w Katowicach, Kolejorz podejmie przy Bułgarskiej Rapid Wiedeń w ramach Ligi Konferencji. Jakie ma to twoim zdaniem znaczenie dla naszego ligowego starcia?
Rzeczywiście, czasu na przygotowanie nie będzie dużo, bo gramy w czwartek wieczorem, piątek pewnie będzie luźniejszy, a w sobotę trzeba już jechać do Katowic. Gdyby po meczu z GKS-em nie było przerwy reprezentacyjnej, to byłbym pewien, że ci piłkarze, którzy zagrają mniej w czwartek, w niedzielę wyjdą w pierwszym składzie. Tymczasem dłuższy odpoczynek po naszym meczu może oznaczać, że najważniejsi piłkarze zagrają więcej i w jednym, i w drugim spotkaniu. W mojej opinii w tym tygodniu priorytetem jest Liga Konferencji, a wynik starcia z Rapidem na pewno wpłynie na nastawienie przed meczem z GieKSą.
Kibice będą wywierać dodatkową presję, aby zrewanżować się za wiosenne „ciężary” przy Nowej Bukowej?
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka presja wyszła od samego trenera, który nie krył oburzenia sytuacją wokół tamtego meczu, związaną z plotkami o „motywowaniu” GieKSy przez Raków. Jako Duńczyk dziwił się, że takie informacje, nawet w formie pogłosek, nie są tematem numer jeden sportowych serwisów, a większość kwituje je wzruszeniem ramion. Czy Niels Frederiksen jeszcze o tym pamięta? Być może, bo myślałem, że nie przywiązuje wagi do takich rzeczy, tymczasem po meczu z Rakowem nie krył rozczarowania, że jeszcze nigdy nie pokonał Marka Papszuna. Skoro więc zwraca uwagę na podobne detale, to być może i w Katowicach będzie chciał coś udowodnić.
Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Patrząc na to, jak Lech radzi sobie w meczach wyjazdowych, to stawiam na naszą wygraną. Po meczu pucharowym nie liczę na fajerwerki, więc zadowoli mnie 1:0. Żałuję, że nie będę mógł zobaczyć naszego pojedynku z trybun Nowej Bukowej, bo jeszcze tam nie byłem, a z perspektywy telewizora mecze u was wydają się bardzo fajne w odbiorze. Utrzymajcie się w Ekstraklasie, to następnym razem na pewno się wybiorę!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Najnowsze komentarze