Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: pierwszy gol to klucz do sukcesu
Ani się spostrzegliśmy, jak minęła runda jesienna. Jeszcze niedawno z ekscytacją szykowaliśmy się na pierwszy mecz przy Bukowej z Radomiakiem, a już trzeba jechać w gości na rewanż. Czego się spodziewać po rywalu? Zapytaliśmy Szymona Janczyka z redakcji serwisu Weszło.com, który jak nikt inny zna klub z Radomia.
W poniedziałek meczem Motoru z Radomiakiem zakończyliśmy rundę jesienną Ekstraklasy. Kto twoim zdaniem zaskoczył na plus, kto najbardziej rozczarował i jak na tym tle ocenisz postawę zarówno Radomiaka, jak i GKS-u Katowice?
Na tym etapie GKS jest na pewno pozytywnym zaskoczeniem, chociaż raczej nie największym. Na takie wyróżnienie zasługuje Cracovia, patrząc na poprawę wyników sezon do sezonu – jeszcze niedawno była zespołem walczącym o utrzymanie, a w tym sezonie była nawet przez moment na szczycie tabeli. Jeśli natomiast chodzi o zaskoczenia in minus, to osobiście nie jestem przesadnie zdziwiony postawą Radomiaka, bo spodziewałem się, że w tym sezonie będzie walczył o utrzymanie. W tej chwili różnice są na tyle małe, że jedno zwycięstwo pozwoli im wskoczyć ze strefy spadkowej. Największą niespodzianką jest z kolei fakt, że Śląsk Wrocław upadł aż tak nisko. Innym negatywnym przykładem jest Pogoń, która dawała wprawdzie sygnały, że słabnie, ale trudno było się spodziewać, że ten zjazd będzie aż tak duży.
Zawodowo mocno interesujesz się pierwszą ligą. Rozstrzygnięcia ubiegłego sezonu były dla ciebie zaskoczeniem? Czy i kiedy zacząłeś traktować GKS jako realnego kandydata do awansu?
Z perspektywy obserwacji przed sezonem można mówić o zaskoczeniach, bo nikt się nie spodziewał, że np. Wisły Kraków nie będzie nawet w barażach. Natomiast w miarę upływu sezonu każda z drużyn, które ostatecznie awansowały, pokazała swoje atuty i miejsca w tabeli nie były przypadkowe. Jeśli chodzi o GKS, to docierały do mnie informacje, że drużyna świetnie przepracowała zimową przerwę, co potwierdzała z każdą kolejką – GKS się rozpędzał i skutecznie włączył do walki o awans. Zespół został zbudowany na wąskiej grupie zawodników, a jego trzon był obyty w pierwszoligowych realiach, z pojedynczymi przykładami zawodników, którzy grali wcześniej w Ekstraklasie. Nie stawiałem was od początku w gronie faworytów do awansu, ale wiosna pokazała, że zespół łapie serie zwycięstw, widać powtarzalność i styl, który przynosił efekty. Było wtedy jasne, że GieKSa skończy wysoko.
Jakie masz wspomnienia z Katowic? Często bywasz na Bukowej?
Jedyny raz na Bukowej byłem w tym sezonie, na inaugurację Ekstraklasy w meczu z Radomiakiem. Napisałem nawet reportaż z tego meczu. Fajnie było doświadczyć, że Ekstraklasa wraca na ten stadion, zasłużony dla polskiej piłki, dobrze wspominany przez starsze pokolenia kibiców. Ciekawe miejsce i dobra „gięta”. Wyjątkowa jest ta symbolika, że klubowi udało się wrócić do Ekstraklasy tuż przed przeprowadzką na nowy obiekt, co pozwoliło spiąć historię klubu pewną klamrą. Będzie brakowało tej magii i jest pewna nostalgia, trochę jak podróż w czasie, choć z drugiej strony warunki dla piłkarzy były tu już trudne do zaakceptowania, bo w zasadzie wszędzie infrastruktura poszła do przodu i standardy są już inne.
To już czwarty sezon Radomiaka w Ekstraklasie. Pierwsze dwa były obiecujące, natomiast ostatnio klub balansuje na granicy utrzymania. Jaka jest obecnie realna sportowa siła Radomiaka?
Jak jeszcze kilka innych drużyn w polskiej lidze, Radomiak ma predyspozycje, aby grać o miejsca 8-10, ale równie dobrze może skończyć na 14-16 miejscu. Na dziś zaliczyłbym Radomiaka do grupy drużyn z dolnej połowy tabeli. Wpływ na wyniki w tym sezonie miał na pewno fakt, że latem zawalono kwestię przygotowania motorycznego, co przełożyło się na szereg kontuzji, które ciągną się za zespołem aż do teraz. Nie będę zbyt kontrowersyjny, jeśli powiem, że gdyby nie te kontuzje, to Radomiakowi byłoby dziś bliżej do miejsc 10-11, choć nie jest to jedyna przyczyna słabszej postawy drużyny. Składa się na to wiele czynników, takich jak transfery czy kwestie organizacyjne, bo nawet jeśli klub w wielu aspektach się rozwija, to wiele rzeczy jest tymczasowych i wymaga poprawy.
A co jeśli chodzi o ambicje? W 2022 roku o Radomiaku było głośno za sprawą zwolnienia Dariusza Banasika, który zajmował wprawdzie 7. miejsce w tabeli, ale zarządowi marzyły się europejskie puchary. Czy w Radomiu zrewidowano te oczekiwania?
Na półmetku sezonu Radomiak zajmował wtedy 3. miejsce, więc zrewidowano cel na tamten sezon i nastawiono się na walkę o puchary. Tymczasem słaba seria we wiosennych meczach spowodowała osunięcie się w tabeli na 7. miejsce, co było przyczyną zwolnienia trenera Banasika. Obecnie środek stawki to dla Radomiaka realny cel, który wprost deklarowano przed sezonem. Oddają to też realia budżetowe, bo w poprzednim sezonie Radomiak miał 12. lub 13. budżet w lidze, a w tym sezonie jest podobnie. Dlatego widać dziś rozczarowanie wynikami, bo Radomiak jest w strefie spadkowej.
W swoim biogramie w serwisie Weszło napisałeś, że byłeś naocznym świadkiem największych sportowych sukcesów w Radomiu – obydwu. Czy jest u was klimat na coś więcej niż 7. miejsce w Ekstraklasie?
Pisząc to miałem na myśli awans do Ekstraklasy i dobre wyniki w pierwszej rundzie. Czy jest potencjał na dużo więcej? Myślę, że nie. Trzeba realnie patrzeć na rzeczywistość. Radomiak ma sporą, oddaną grupę kibiców i choć może nie są oni tak aktywni jak np. społeczności śląskich klubów, to licznie wspierają klub, predestynując Radomiaka do roli co najmniej solidnego ekstraklasowego średniaka, z trwałymi fundamentami i możliwością wyskoków na wyższe miejsca, przy sprzyjającym splocie okoliczności. Obecnie Radomiak jest w fazie dynamicznego wzrostu, a postronni obserwatorzy nie zdają sobie sprawy, jak wiele dobrego wydarzyło się tu w ostatnich latach. Droga z drugiej ligi do Ekstraklasy, budowa stadionu, uruchomienie nowego ośrodka treningowego. To są solidne fundamenty, ale potrzeba cierpliwości, aby ustabilizować klub na określonym poziomie.
W Radomiu nie mają chyba cierpliwości do trenerów.
Dariusz Banasik był jedynym trenerem, który tak długo pracował w Radomiu. Pokutuje tu pewnego rodzaju choroba działaczy w polskiej piłce, że wiecznie brakuje cierpliwości, chcąc osiągać wyniki na już, a w połączeniu z niezbyt trafnym doborem trenerów kończy się na tym, że brakuje stabilizacji i zachodzi ciągła potrzeba zmiany. W ten sposób wpada się w pewien zaklęty krąg, z którego trudno się wydostać, bo rośnie presja związana np. z ryzykiem spadku, a z drugiej strony nie daje się trenerom czasu i narzędzi, aby zbudować silny zespół. Obecnie z tą cierpliwością jest lepiej, mimo że przez całą jesień trwa burza medialna wokół szkoleniowca, a Piotr Stokowiec był już chyba trzy razy namaszczany na trenera Radomiaka. Owszem, wyniki są słabe, ale trener przepracował zaledwie jedną pełną rundę, a już wielu chce go zwalniać. Do Radomia nie przyjdzie trener dużo lepszy od Bruno Baltazara, biorąc pod uwagę ograniczenia, jakie ma klub. Ponadto przerabiali tu już chyba wszystkie możliwe opcje: od trenera z uznanym nazwiskiem jak Constantin Gâlcă, trenera – byłego wybitnego piłkarza jak Mariusz Lewandowski, młodego asystenta z ambicjami jak Maciej Kędziorek… Nie zostało już za wiele alternatyw. Na dziś wiadomo, że Bruno Baltazar zostaje do końca roku, a zimą zaplanowane są rozmowy, które raczej wskazują na to, że Baltazar pozostanie trenerem Radomiaka. Nic nie jest jednak przesądzone, bo porażki w dwóch ostatnich meczach z GKS-em i ze Śląskiem mogą poważnie zachwiać jego pozycją.
Można więc powiedzieć, że krzesło trenera Baltazara nie jest może gorące, ale też niespecjalnie stabilne?
To działa w dwie strony, bo trener też ma swoje ambicje, a już dziś mówi się, że zimą odejdzie co najmniej dwóch najlepszych zawodników. Których? Jeszcze nie wiadomo, ale będą to raczej Rocha i Peglov. Trzeba sprzedawać, żeby przeżyć. W tej sytuacji trener też może mieć wątpliwości co do powodzenia tego projektu, więc dobrym pomysłem jest spokojna rozmowa nad przyszłością klubu.
Trudno szukać wychowanków w kadrze Radomiaka. Jaka jest filozofia budowania drużyny? Znaleźć zagraniczną perełkę, którą można drogo sprzedać?
Zdecydowanie tak, bo mimo że do Radomiaka przylgnęła łatka klubu mocno wspieranego przez samorząd, to jest on klubem w 100 proc. prywatnym, należącym do dwóch właścicieli. Owszem, otrzymuje środki z Miasta, aczkolwiek w skali Ekstraklasy nie są to duże kwoty. Klub utrzymują lokalni biznesmeni, trzeba więc szukać pieniędzy z różnych źródeł. Powstała wizja polskiego Szachtara, czyli wyławianie tanich i niedocenianych Portugalczyków czy Brazylijczyków, których można sprzedać dalej. Jak dotąd wychodzi to całkiem nieźle. Mimo że Radomiak nie jest najsilniejszą marką w lidze, to pod względem transferów gotówkowych jest bardzo aktywny. Jest to polityka obarczona dużym ryzykiem, ale dzięki temu Radomiak ma pieniądze na przetrwanie w Ekstraklasie.
To przepis na coś więcej niż ligową przeciętność, skoro najmocniejsze ogniwa są wciąż wycinane z tego łańcucha?
Myślę, że nie. Tym bardziej, że Radomiak nie ma rozbudowanego systemu skautingu, który gwarantuje jakościowe transfery. Wszystko opiera się na osobistych kontaktach, na „nosie” do talentów. Nie ma tu analizy wielu twardych danych, ale bardziej zawierzenie opinii menadżerów i skautów. Nie jest to oczywisty pomysł na sukces, ale póki co działa. Nikt jednak nie da gwarancji, że coś się nie zepsuje.
Na inaugurację sezonu Radomiak przyjechał do Katowic i zgarnął komplet punktów. Czy twoim zdaniem GKS wyszedł na mecz zbyt bojaźliwie i przestraszył się Ekstraklasy a Radomiak wykorzystał przewagę doświadczenia?
To był jeden z lepszych meczów Radomiaka pod kątem intensywności gry, w którym jeszcze nie dawały o sobie znać problemy z przygotowaniem fizycznym. Zespół funkcjonował bardzo dobrze, intensywnie biegał i był w stanie dorównać GKS-owi pod względem motorycznym. Tego brakowało w kolejnych meczach i przez to Radomiak tracił punkty. Do tego doszły kontuzje i taki mecz jak z GieKSą ciężko było powtórzyć. Nie zrzucałbym więc wyniku na karb braku doświadczenia, bo to zbyt prosta wymówka. Sam trener Górak wzbraniał się przed mówieniem o frycowym. Myślę, że Radomiak ma bardziej jakościową kadrę niż GKS i jesienią to wykorzystał.
W jesiennym meczu dał się nam we znaki Leonardo Rocha, który zdobył dwa gole i – co pokazała dalsza część sezonu – praktycznie sam niesie na swoich barkach ofensywę Radomiaka. Na kogo jeszcze należy szczególnie uważać w piątek? Ponadto, czy mocno odczujecie brak Bruno Jordao, który pauzuje za kartki?
Kibice Radomiaka powiedzieliby że nie, bo jest to zawodnik bardzo chimeryczny. Miał swój dobry moment w sezonie, ale był on bardzo krótki. Moim zdaniem Radomiak nie odczuje straty tego zawodnika, bo nie jest to na dziś kluczowa postać w drużynie. Kluczowi, oprócz Rochy, są na pewno Peglov i Grzesik, którzy wyróżnili się już w pierwszym meczu w Katowicach. Obaj są wybiegani, bardzo dobrze przygotowani, grający na dużej intensywności, a przy tym dobrzy technicznie.
Największą gwiazdą Radomiaka jest chyba mimo wszystko Leandro.
Jest to piłkarz z największa liczbą meczów i bramek w historii klubu, po prostu najlepszy. Pełni rolę kapitana i choć obecnie jest tylko zmiennikiem, to za każdym razem, gdy pojawia się na boisku, przejmuje opaskę od Rafaela Rossiego. Z uwagi na specyfikę tej szatni postać, która zarówno świetnie orientuje się w lokalnym środowisku, jak i łatwo dociera do zagranicznych kolegów, jest na wagę złota. Wątpię, czy zdąży się wykurować na najbliższy mecz, bo ostatnio podkręcił staw skokowy. Być może wejdzie na ostatnie minuty.
W przyszłym roku Katowice otworzą nowy stadion dla GKS. W Radomiu również niedawno otwarto nowy obiekt, jednak prace na nim wciąż trwają. Dlaczego trwa to tak długo, na jakim etapie są prace i kiedy będzie można powiedzieć, że stadion jest ukończony?
Budowa stadionu w Radomiu to chyba najdłuższa i najbardziej kuriozalna saga stadionowa w Polsce. Dochodziło tam do przeróżnych absurdów, włącznie z rozbieraniem trybun i stawianiem ich od nowa. Dlaczego trwa to tak długo? Składa się na to trochę polityki i biurokracji, ponadto jako wykonawców zaangażowano firmy niegodne zaufania. Z tego powodu podzielono budowę na etapy, prace się przeciągnęły i znacząco wzrosły koszty. Na szczęście budowa jest już na ukończeniu – w przyszłym roku stadion ma być oddany do użytku w całości, wraz z sektorem gości. Warto zaznaczyć, że Radomiak zainwestował sporo swoich pieniędzy w budowę stadionu i z własnej kieszeni go utrzymuje, więc większość środków, jakie otrzymuje z miasta, w ten sposób zwraca. W innych miastach to przeważnie samorządy są odpowiedzialne za utrzymanie obiektów.
Nowy stadion w Radomiu nie nadaje się jeszcze na przyjmowanie kibiców gości. Czy można liczyć, że przynajmniej gospodarze stawią się w komplecie?
Nie spodziewam się kompletu. Gdy ostatnio sprawdzałem, było dostępnych ponad 4 tysiące biletów. Mecz jest w piątek, rywal nie jest ze ścisłego topu ani nie wzbudza animozji, dlatego moim zdaniem nie uda się już sprzedać tylu biletów. Nie da się ukryć, że frekwencja jest problemem w tym sezonie. W poprzednim, na fali entuzjazmu wynikającej z oddania nowego obiektu, praktycznie zawsze był komplet i wyglądało to dobrze. Z jednej strony zapełnienie ponad 8 tysięcy miejsc nie powinno być dużym wyzwaniem, z drugiej jednak brakuje zarówno wyników, jak i odpowiedniego marketingu.
Niedawno Internet obiegła „afera herbowa” Radomiaka, gdy klub stracił kontrolę m.in. nad social mediami. O co chodziło i jak ostatecznie zakończyła się ta sprawa?
Sprawa jest jednocześnie prosta i zawiła. Aby to zrozumieć, trzeba się cofnąć o blisko 10 lat, kiedy klub był w rękach poprzedniego właściciela, który ratował go przed upadkiem. W momencie sprzedaży klubu został on jednym z czterech współwłaścicieli, zachowując prawa do herbu i nazwy jako osoba prywatna. Kiedy przyszedł czas na odnowienie patentu na nazwę i herb, powstał rozgardiasz. Klub czynił starania, by przepisać te prawa na spółkę, co wywołało małą awanturę, bo współwłaściciel sam chciał przedłużyć patent na dotychczasowych zasadach. Z tego powodu zablokował dostęp do wszystkich kanałów, które korzystały z herbu i nazwy. Można to oceniać w aspekcie moralnym, który jest po stronie klubu, natomiast kwestie prawne były po jego stronie. Niezależnie od zakulisowych ustaleń, mocno zaszkodził klubowi. Na szczęście udało się załagodzić ten spór i wszystko powoli wraca do normy, a prawa do herbu i nazwy mają wreszcie trafić pod zarządzanie klubu.
Radomiak nie umie odrabiać strat. Ilekroć traci gola jako pierwszy, to zawsze przegrywa. Atak od pierwszej minuty to recepta dla GKS na zwycięstwo?
Radomiak ma problemy z intensywnie grającymi przeciwnikami i nie potrafi się dostosować do takiego stylu. Potrafią to pojedynczy piłkarze, ale nie cały zespół. W drużynie kuleje rozegranie piłki od obrony i można ich zaskoczyć w wysokim pressingu. Strzelenie Radomiakowi gola jako pierwszy to duży krok do sukcesu rywala. Brakuje im energii i pomysłu na odrabianie strat, ponadto otwarcie gry i pójście na wymianę ciosów w pogoni za wyrównaniem zwykle źle się kończy, bo obrońcy, zwłaszcza środkowi, nie należą do najszybszych.
Jaki wynik typujesz?
Z racji, że jest to mecz domowy, to dostrzegam pewne atuty po stronie Radomiaka. Wygrana 2:1 nie jest w piątek nierealnym wynikiem.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Najnowsze komentarze