Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Ofiarność na piłkarskiej wojnie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ależ do była piłkarska bitwa! Takie mecze na styku, takie na jeden zero, zdarzają się niezwykle rzadko. Przy czym choć piłkarsko nie było to może wybitne widowisko, to jednak nie można powiedzieć, że oglądaliśmy spotkanie nudne. W kwestii pojedynczych wydarzeń działo się naprawdę sporo.

Zastanawialiśmy się, jak wypadnie GieKSa po wysoko wygranym spotkaniu z Motorem. Choć tam mieliśmy naprawdę efektowną grę w ofensywie, trudno nie było nie mieć tej myśli związanej z czerwoną kartką. Motor rozpędzony, po szybkim wyrównaniu, ze wsparciem swoich trybun mógłby wyjść na drugą połowę i dalej zwiększać prędkość swojej jazdy. Łabojko spowodował, że przekaz trenera Stolarskiego był dla zespołu już zgoła odmienny, o czym szkoleniowiec powiedział na konferencji pomeczowej. I choć oczywiście grę w przewadze trzeba umieć wykorzystać, a GKS zrobił to świetnie, to gdyby nie gra rywali w osłabieniu, ten mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.

Weryfikacja formy i gry katowiczan miała więc przyjść w spotkaniu z Koroną Kielce. W meczu odmiennym niż reszta w tym okienku międzyreprezentacyjnym. Bo o ile Motor, Piast i Termalica znajdowały się w dolnych rejonach tabeli, to rewelacyjna Korona Jacka Zielińskiego jest postrzegana jako drużyna czołówki. I mimo że z żadnym rywalem GKS nie może sobie przed meczem przypisywać trzech punktów, to tutaj zdobycie kompletu jawiło się jako bardzo trudne, choć nie-niemożliwe zadanie.

To inna Korona niż jesienią zeszłego roku. To co trener Zieliński zrobił z tą ekipą na tej przestrzeni czasu jest niebywałe. Wówczas Korona była po prostu słaba, bardzo słaba. Niewygranie przez GKS Katowice tego meczu na Bukowej było dość kuriozalne. Katowiczanie przecież prowadzili, potem podwójnego karnego wykorzystali rywale, ale przez prawie całą drugą połowę modlili się oni, aby spotkanie zakończyło się remisem. Klęczeli na tym boisku, żeby sędzia już w końcu zagwizdał. A w końcówce Błanik strzelił dla nich zwycięskiego gola. Trener gości mówił wówczas, że oczy krwawiły od oglądania tego spotkania.

Teraz to już kompletnie inny zespół. Piłkarski, dynamiczny, potrafiący zdominować rywala. Skuteczny. Metamorfoza jaką Złocisto-Krwiści przeszli w ciągu roku jest niebywała. Oczywiście ten proces trwa już od początku roku, bo kielczanie byli rewelacją wiosny i nasz mecz w Kielcach z maja już wyglądał inaczej niż ten jesienny. Natomiast jeśli weźmiemy pełny okres 12 miesięcy – bo z Koroną graliśmy w analogicznym czasie rok temu – to widać to jak na dłoni.

Wczorajszy mecz był piekielnie ciężki. Czasem trochę przewagę osiągali rywale, czasem trochę GKS. Czasem pojawiła się jakaś sytuacja dla jednej drużyny, czasem dla drugiej. Totalny styk. Nawet te jednobramkowe spotkania z wiosny, jak ze Stalą czy Zagłębiem, mimo że rywale też mieli swoje sytuacje, nie wyglądał aż tak na pograniczu. Najbardziej przypominał mi się mecz z Piastem, zakończony wynikiem 0:0, choć tam sytuacji było jak na lekarstwo, w porównaniu ze wczorajszą walką na noże.

No ale właśnie ten mecz z Piastem – wczoraj mam wrażenie, że został zwielokrotniony w kontekście wspomnianej piłkarskiej wojny. Zawodnicy nie szczędzili sobie razów, więcej było w tym fizyczności niż piłkarskiego piękna. Z obandażowanymi głowami po solidnym ich zderzeniu walczyli dalej Pau Resta i Borja Galan. W pewnym momencie zadrżeliśmy o zdrowie Bartka Nowaka, gdy był opatrywany. Po meczu lekki grymas bólu miał i trzymał się za przywodziciel Sebastian Milewski. Staw skokowy ucierpiał u Antonina, który został zmieniony. Trup ścielił się gęsto, ale nawet jak któryś z naszych zawodników leżał ranny na boisku, to za chwilę wstawał, otrzepywał się z kurzu i walczył dalej. Na konferencji prasowej Rafał Górak został zapytany w kontekście Wędrychowskiego o swoje niegdysiejsze słowa, że „trzeba z nim jako trenerem trochę pochodzić”, czyli trochę poprzebywać i dobrze się zaprezentować na treningach, na meczach, w kadrze, by wywalczyć sobie miejsce w składzie. Przypomniało mi się, jak trener Wojciech Łazarek zapytany kiedyś o kontuzję swojego zawodnika powiedział, że „ranny mężczyzna jest bardziej atrakcyjny”. Więc skoro jesteśmy przy takich porównaniach to można powiedzieć, że Borja piłkarsko był w tym meczu Misterem Areny Katowice. Pasuje – bo akurat gościliśmy Miss Polski.

W ramach wspomnianej ofiarności kilku naszych zawodników zasługuje na szczególne wyróżnienie, choć na pochwałę zasługuje oczywiście cała drużyna. Zacznę od Lukasa Klemenza, którego nieraz tu krytykowałem. Zawodnik ma swoje mankamenty, zwracałem uwagę na kwestie jego zwrotności. Nie da się jednak ukryć, że w ostatniej fazie bronienia, gdy przeciwnik już uderza na bramkę, Lukas popisuje się nie od dziś swoją determinacją. Sposób w jaki przewidział uderzenie głową Sotiriou był wybitny. Tu trzeba było zadziałać w punkt, w odpowiednim czasie, dobrze się ustawić. Ułamek sekundy reakcji później i to byłaby bramka. Brawo Lukas! Dodajmy też w tej samej sytuacji zachowanie Adama Zrelaka, który przecież przy pierwszym strzale Pau Resty w poprzeczkę już – na sucho – ale robił już wyskok z nogami do góry, żeby tę piłkę wybić.

Kolejnym wojownikiem tego meczu był oczywiście wspomniany Borja Galan. Pamiętamy tego zawodnika z meczu w Mielcu z poprzedniego sezonu z bandażem na głowie. Teraz również takie eleganckie „wdzianko” musiał założyć Hiszpan po wspomnianym starciu z Restą. Jeszcze w końcówce pierwszej połowy miałem wrażenie w jednej sytuacji, że Borja trochę się wystraszył główkowania i przyjmował piłkę na klatkę. Za to w drugiej – przyjął na głowę wysokie dośrodkowanie Wędrychowskiego i odegrał w ten sposób do Sebastiana Milewskiego, zaliczając kontuzjowaną częścią ciała asystę. A to przecież nie był koniec, bo w samej końcówce meczu zawodnik idealnie ustawił się na linii bramkowej – przyciągnął piłkę jak magnes po strzale Remacle’a i po słupku wybił piłkę na rzut rożny. I to był drugi słupek zawodnika, bo przecież w pierwszej połowie fantastycznie lobował Dziekońskiego i piłka trafiła w obramowanie bramki.

Nie sposób nie wspomnieć też o Sebastianie Milewskim (pozdrawiamy dumną mamę!), naszym super-rezerwowym z ostatnich meczów. W Lublinie zanotował kapitalny rajd i asystę do Szkurina, wczoraj już sam pięknym strzałem z pierwszej piłki pokonał bramkarza rywali. A przecież po chwili rozprowadził akcję, po której padł drugi gol – niestety był spalony.

GieKSa zagrała na zero z tyłu. Boże… w końcu! Naprawdę można było już się pogubić w tym liczeniu. Naprawdę te osiemnaście meczów bez czystego konta ciążyło. Tak jak pisałem w poprzednich felietonach – rachunek jest prosty – jeśli tracisz dwie bramki (a to się GieKSie zdarzało często), to gdy sam strzelisz dwie to masz co najwyżej remis. A dopiero trzy trafienia dają trzy punkty. I tak było choćby z Radomiakiem i Motorem, bo ofensywę GKS ma niezłą. Ale naprawdę w piłce nie musi chodzić o to, by dać sobie szansę na punkty strzelając nie wiadomo ile goli.

I z Koroną GieKSa rozegrała defensywnie naprawdę dobre spotkanie i mając odrobinę szczęścia – czyste konto zostało zachowane. I co w związku z tym? Ano to, że wystarczyła udana akcja zakończoną JEDNĄ bramką do zdobycia trzech punktów. Zapomnieliśmy już jak to jest, gdy jeden gol w meczu daje tyle radości. Dobra defensywa to absolutny klucz do sukcesu.

Katowiczanie wygrali drugi mecz z rzędu. Tego też mocno brakowało. Liczyliśmy na podtrzymanie dobrego wyniku po Arce i Radomiaku, ale kolejkę później przychodziły sromotne porażki. Teraz po Motorze nadeszło kolejne zwycięstwo. A jest szansa na to, by zacząć tworzyć serię, bo teraz czekają nas mecze z Niecieczą i Piastem. To są drużyny absolutnie do ogrania i jeśli GKS zagra ze swoją jakością, może i w tych meczach zgarnąć komplet. Czemu nie?

Z felietonowego obowiązku należy wspomnieć też, że GKS zatrzymał się w traceniu bramek w końcówce. Choć tu nadal są pewne defekty, bo gole z 34. i 38. minuty w Lublinie są blisko tej granicy, o której nieraz pisałem (ostatnie 5 minut), ale jej nie osiągają. Gola Fiabemy nie zaliczam tu w ogóle jako końcówkę, bo choć został strzelony w doliczonym czasie gry, to wynikał on z kilkunastominutowego zadymienia boiska.

W tabeli nastąpił pewien paradoks. GieKSa wygrała, a spadła o jedno miejsce. Jak to możliwe? Otóż Motor wygrał swoje spotkanie wyżej niż GKS i jako że obie drużyny mają równą liczbę punktów, to w bilansie bramkowym znów lublinianie są minimalnie lepsi. Natomiast jeszcze większy paradoks polega na tym, że mimo tego spadku o jedno miejsce, GKS znacząco swoją sytuację w tabeli poprawił. Na tym etapie sezonu nie możemy bowiem patrzeć na lokaty. Trzeba patrzeć na liczbę punktów naszą i wszystkich rywali do utrzymania. A tutaj nastąpiło wielkie spłaszczenie. Wiadomo, że nie wszystkie drużyny mają równą liczbę meczów. Natomiast nawet jeśli się tymi meczami zrównają, to niektórzy swoje zaległości wygrają, inne nie. Na ten moment fakt, że mamy – z równą liczbą spotkań – zaledwie dwa punkty do dziewiątego Widzewa i trzy do ósmej Pogoni – daje nam duży zastrzyk optymizmu, że jeśli będziemy dalej odpowiednio punktować, to możemy w końcu znacznie oddalić się od strefy spadkowej i zagościć w środku tabeli. Z obecną grą i potencjalnymi zdobyczami z Niecieczą i Piastem (nawet na przykład czterema punktami), w tym środku najprawdopodobniej się znajdziemy.

Oczywiście w meczu z Koroną było kilka mankamentów, ale w tym już głowa trenerów. Mimo wszystko nie można powiedzieć, że trener Górak nie reaguje w dłuższej perspektywie na lepszą czy gorszą postawę zawodników. Zdecydowanie więcej mógłby wnosić Eman Marković, który dostaje dużo szans, a póki co nie ma z jego gry większych efektów. Podobnie Jesse Bosch, który przecież przychodził jako dość spektakularne wzmocnienie z Zachodu. Ci zawodnicy też muszą udowodnić, że zasługują na miejsce w wyjściowej jedenastce. Tak jak walczący o nie Sebastian Milewski, który nie zdziwię się absolutnie, jeśli się w niej w najbliższych meczach znajdzie.

Nie ma czasu na odpoczynek. Już pojutrze GKS gra w Łodzi mecz z ŁKS. Jak do tego spotkania podjedzie trener – zarówno w kontekście poobijania naszych zawodników po Koronie, ale też w perspektywie piątkowego spotkania w Niecieczy? Tu będzie trzeba mocno strategicznie podziałać zarówno w kontekście czystego zdrowia, jak i zmęczenia zawodników. Mają te swoje markery, więc zapewne teraz – mimo niedzieli – głowy parują od analiz. Z drugiej strony przecież trener zapewnia, że Puchar Polski jest dla niego ważny, więc chyba nie pójdzie na ten mecz głębokimi rezerwami.

To naprawdę intensywny okres i to co mogła GieKSa dla siebie zrobić najlepszego, to podbudować swoje morale zwycięstwami. Jeśli dodamy jeszcze do tego wygraną w takich okolicznościach na boisku, ale także na trybunach – to smakuje to podwójnie. Pełny stadion, piłkarska pora i pogoda, półtora tysiąca kibiców z Kielc, którzy zaprezentowali się doskonale. I ten jeden gol na styku. Po prostu doskonale.

Nie pozostaje nic innego, jak złapać nam kibicom lekki oddech i czekać już na wtorek. A GieKSie należy dawać szansę, nawet jak czasem nie idzie i powinie się noga. Pisałem o tym w felietonie po meczu z Lechem. Ta drużyna już wielokrotnie pokazała, że jest w stanie się odbić po nieudanych czy nieszczęśliwych meczach. I teraz po raz kolejny to udowadnia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Mecz Legend GieKSy i Banika

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.

Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.

W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk. 

Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.

Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Demolka stołecznej drużyny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami. 

Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę.  Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.

W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.

Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!

26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki:
Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice:
Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga