Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: GKS jest faworytem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kiedy kończy się maj, GieKSa pakuje walizki i jedzie nad morze. Była pamiętna Gdynia, był też Gdańsk, a tym razem będzie Szczecin, choć tu zdania są podzielone, czy Szczecin leży nad morzem, czy morze nad Szczecinem. Niemniej jednak w sobotę nie będziemy plażować, a bić się o europejskie puchary. Rywalem będzie Pogoń, dla której to spotkanie nie ma już w zasadzie żadnego ciężaru gatunkowego. Z jakim nastawieniem wyjdą na boisko? Zapytałem Daniela Trzepacza, który współtworzy serwis pogonsportnet.pl, prowadzi audycję PogońFM w Radiu Szczecin, a przede wszystkim od wielu lat śledzi z trybun poczynania Portowców na boiskach Ekstraklasy i nie tylko.

W całym szaleństwie obecnego sezonu to właśnie Pogoń Szczecin okazała się drużyną, która jako pierwsza zapewniła sobie spokój, czyli uniknięcie spadku i brak szans na Europę. W porównaniu do poprzednich sezonów, w których do końca biliście się o puchary, jest to pewna odmiana. Rozczarowanie czy chociaż mała ulga, że nie musicie się dziś martwić utrzymanie?
Obecny sezon nazwałbym przejściowym, czasem przebudowy, bo nieco ponad rok temu zmieniły się władze w klubie. Przyznam, że odkąd chodzę na stadion Pogoni, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat, bo tyle się działo na boisku i wokół niego – raz było dobrze i wesoło, innym razem smutno i przykro. W ostatnim czasie Pogoń rozpieściła kibiców, bo od pięciu lat nie wypadaliśmy ze ścisłej ligowej czołówki plus dwa finały Pucharu Polski. Mimo że zakończenie było typowe dla Pogoni, czyli bez konkretnej zdobyczy w postaci trofeum, o którym wciąż marzymy, to przyzwyczailiśmy się, że do końca liczymy się w walce o najwyższe cele. Stąd też dało się wyczuć rozczarowanie obecnymi rozgrywkami, bo kibice liczyli na więcej. Zapowiedzi Alexa Haditaghiego były śmiałe – nowy właściciel lubi pompować balonik oczekiwań. Przed sezonem napisał odezwę do piłkarzy, w której zapowiadał „rok nieśmiertelności”, w którym mogą zapisać się w historii klubu, zdobywając dla niego pierwsze trofeum.

Z tych zapowiedzi wyszło niewiele, a Pogoń przez długi czas martwiła się o utrzymanie. Czułeś obawy związane z ryzykiem spadku?
Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie w Ekstraklasie. Na początku rundy wiosennej przegraliśmy w Lublinie z Motorem i zremisowaliśmy u siebie z Bruk-betem, a ja nie dostrzegałem żadnego punktu zaczepienia, na którym można by budować optymizm. Kiedy José Pozo wskoczył na wysoki poziom, to złapał kontuzję i wypadł na wiele miesięcy. Wcześniej podobny los spotkał Rajmunda Molnára, a później także Linusa Wahlqvista. W porównaniu do poprzednich, spokojnych lat, w których nie było żadnych afer i zamieszania wokół Pogoni w mediach, ostatni okres był zupełnie inny. Dlatego cieszę się, że te rozgrywki się kończą, bo widać nawet po piłkarzach, ile ich kosztował ten sezon. Kibice też są zmęczeni, ale chciałbym podkreślić, że zawsze byli wierni. Nawet kiedy nie szło, bilety się wyprzedawały, także na mecz z GKS-em, który dla nas jest „o pietruszkę”, główna pula wejściówek jest dawno wyprzedana. Fani cały czas wierzą, że te lepsze momenty znów przyjdą.

Co więc musi się zmienić, żeby kolejny sezon nie był podobny do obecnego, a bardziej do tych poprzednich? Ewolucja czy rewolucja?
Mam nadzieję, że włodarze klubu wyciągnęli wnioski z tego sezonu, a moim zdaniem przeprowadzili zbyt dużą rewolucję i byli łatwowierni myśląc, że wymiana tak wielu ogniw na piłkarzy młodszych, bardziej atletycznych przyniesie natychmiastowy skutek. Liczę, że lekcja została odrobiona i osoby za to odpowiedzialne wiedzą już, jak należy budować drużynę na kolejny sezon. Nie chciałbym następnej rewolucji, choć zdaję sobie sprawę, że część piłkarzy będzie musiała odejść, bo nie spełniła pokładanych w nich nadziei. Pojawią się też nowe nazwiska i mam nadzieję, że będą bardziej przemyślane.

Wszechobecnie podkreślany rozwój Ekstraklasy przejawia się między innymi w sprowadzaniu do Polski piłkarzy o uznanych nazwiskach. Także w Pogoni szerokim echem odbiły się transfery Sama Greenwooda czy Benjamina Mendyego. Jak z perspektywy czasu ocenić te ruchy?
Trzeba indywidualnie oceniać każdy transfer, bo część wydawała się mieć ręce i nogi, a część od razu sprawiała wrażenie problematycznych. Tak było w przypadku Mendyego, który od kilku lat nie grał w piłkę na poważnym poziomie, a przed transferem do Pogoni nie poradził sobie w Szwajcarii. Magia nazwiska działała, ale nie jest to już ten sam piłkarz co przed laty. Rozegrał w Pogoni nieco ponad 300 minut, najczęściej wchodzi z ławki, natomiast trzeba mu oddać, że jest pozytywną postacią w szatni, a młodzi zawodnicy wchodzący do zespołu wypowiadają się o nim w samych superlatywach. To powinien być jednak tylko dodatek, a najważniejsze dzieje się na boisku. Tutaj Mendy nie dał praktycznie nic. Jeśli natomiast chodzi o Greenwooda, to wszyscy ostrzyliśmy sobie zęby na ten transfer, bo przychodził piłkarz z doświadczeniem w Premier League i Championship – większość piłkarzy z Ekstraklasy chciałaby mieć taki wpis w CV. Coś jednak poszło nie tak i wszystko wskazuje na to, że są to ostatnie dni Greenwooda w Pogoni – klub będzie chciał się z nim rozstać, a on sam chyba też nienajlepiej czuje się w Szczecinie.

Jak wspomniałeś, sobotni mecz z GieKSą nie będzie miał dla was takiego ciężaru gatunkowego, do jakiego przyzwyczailiście się w poprzednich latach. Macie jednak pewien wpływ na to, jak ostatecznie ukształtuje się ligowa tabela i kto załapie się na ostatnie miejsce pucharowe. Ten temat budzi u was jakiekolwiek emocje?
W mediach społecznościowych pojawiały się oczywiście komentarze, że Legia będzie się uśmiechać do Pogoni, aby ta stanęła na wysokości zadania i pokonała GKS. Ważniejsze jest jednak, że nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Powinni stworzyć widowisko, po którym będzie się nam chciało czekać na kolejny sezon. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie, którego w wielu meczach brakowało. Kibice, którzy w sobotę wypełnią trybuny przy Karłowicza, oczekują właśnie takiego podejścia do sobotniego pojedynku.

Zostawiając na boku podejście mentalne, jak oceniasz formę sportową zarówno Pogoni, jak i GKS-u na finiszu tego sezonu?
GKS może imponować w rundzie wiosennej. Trener Górak wykonał świetną pracę i z drużyny wskazywanej jako jeden z kandydatów do spadku zrobił zespół walczący o puchary. W ciekawy sposób zbudował zespół, po części z piłkarzy niechcianych w innych klubach. Takim jest na przykład Bartosz Nowak, którego w głosowaniu kapituły PKO BP Ekstraklasy wskazałem jako pomocnika sezonu. Wysoko, bo na drugim miejscu, umieściłem samego trenera, podobnie jak wśród obrońców wskazałem na Arkadiusza Jędrycha. Należy docenić, że po raz kolejny wytrzymano w Katowicach trudniejszy moment i pozwolono pracować trenerowi. Dlatego ja podchodzę do naszego meczu z przeświadczeniem, że to GKS jest faworytem, bo gra równo, przyjemnie dla oka, tworząc masę sytuacji pod bramką rywala. Z kolei Pogoń potrafiła dominować, np. z Zagłębiem Lubin, ale nie przekładało się to na wiele okazji, a bardziej na utrzymanie przy piłce i grę po obwodzie, bez jakiegoś błysku. Taki błysk dostrzegałem za to w przypadku GieKSy w większości meczów, które miałem okazję oglądać. Ekstraklasa bywa jednak przewrotna, więc trudno cokolwiek przewidywać.

Chciałem zapowiedzieć, że okazję, aby przypomnieć się szczecińskiej publiczności, będą mieli Kacper Łukasiak i Marcel Wędrychowski, natomiast w pierwszej kolejności powinni oni przypomnieć o sobie katowickim fanom, bo ostatnio grają mało albo wcale. Spodziewałeś się po nich więcej?
Nie ukrywam, że liczyłem na więcej, bo w Pogoni Kacper był na krzywej wznoszącej – wyglądał coraz lepiej i zasługiwał na więcej minut niż dostawał. Wcześniej był królem strzelców Centralnej Ligi Juniorów i moim zdaniem spędził w tej drużynie zbyt dużo czasu – powinien był szybciej trafić na poziom seniorski. W końcu trafił na wypożyczenie do Skry Częstochowa, w której nie mógł pokazać swojej kreatywności w ofensywie. Dlatego wydawało się, że transfer do GKS-u będzie dobrą decyzją. Z kolei w przypadku Marcela byłem nieco zaskoczony przysłuchując się jego rozmowie z Bartkiem Czetowiczem z wszczecinie.pl, jeszcze na przedsezonowym obozie w Opalenicy. Marcel mówił, że trener Górak widzi go jako ofensywnego pomocnika i chce spróbować gry na tej pozycji. Dziwiłem się temu, bo w mojej opinii jest to typowy skrzydłowy, których w formacji GKS-u de facto nie ma. Stąd też byłem zaskoczony, że zdecydował się na ofertę GKS, a nie Arki Gdynia, gdzie grałby na swojej nominalnej pozycji. Widziałem go kilka razy w tym sezonie i delikatnie mówiąc nie błyszczał, dlatego uważam, że wybór GieKSy nie był jednak dobrą decyzją. Kibicuję obu chłopakom, bo wspominam ich bardzo dobrze – zawsze skromni, otwarci na rozmowę. Życzę im, aby kolejny sezon był dla nich przełomowy, czy to w Katowicach, czy w innym otoczeniu, jeśli tak zdecydują.

Trudno dziś przewidywać, w jakim zestawieniu zagra Pogoń – pełna mobilizacja czy też przegląd kadr, natomiast wiemy na pewno, że nastąpi zmiana w bramce. W kadrze Portowców jest aż siedmiu golkiperów – który z nich zastąpi Cojocaru?
Wydaje mi się, że tutaj nie będzie promocji młodzieży, a swoją szansę dostanie Krzysztof Kamiński, dla którego będzie to najprawdopodobniej pożegnanie ze Szczecinem. Jego kontrakt ma opcję przedłużenia o rok, ale nie słychać, aby klub miał z niej skorzystać.

Kartkowa absencja rumuńskiego bramkarza to dla was powód do zmartwień?
Dla Cojocaru był to z pewnością najtrudniejszy sezon odkąd trafił do Pogoni, bo nigdy wcześniej nie musiał pracować tak intensywnie, czy to na linii, czy na przedpolu, dlatego że linia defensywna wyglądała zazwyczaj lepiej. Dzisiaj Valentin jest na czele ligowej statystyki obronionych strzałów – tylko w pierwszej połowie meczu z Jagiellonią interweniował kilkanaście razy, natomiast błąd na wagę zwycięstwa rywali sprawił, że w głosowaniu kibiców w naszym serwisie otrzymał najniższą notę spośród wszystkich zawodników – moim zdaniem niesłusznie. To fakt, że zdarzyło mu się kilka karygodnych błędów, ale to wciąż klasowy bramkarz na miarę drużyny bijącej się o najwyższe cele w Ekstraklasie. Najważniejsze w tym aspekcie jest wzmocnienie całej linii obrony.

Chciałbym cię teraz zabrać na wycieczkę tropem kilku wspomnień. Pierwsze to listopadowy wieczór 2010 roku, kiedy do Szczecina przyjechał GKS, który zgarnął komplet punktów po prawdziwym d(r)eszczowcu – i emocji, i strug deszczu było aż nadto. Co ciekawe, bramkę na wagę zwycięstwa strzelił Nowak – nie Bartosz, a Gabriel.
Byłem wtedy pracownikiem klubu, jako jednoosobowe biuro prasowe, bo takie wtedy były realia. Pamiętam doskonale, nawet to, z którego miejsca na starym stadionie obserwowałem ostatnie akcje meczu. W tamtym okresie jako obiecujący junior wchodził do pierwszego zespołu Marcin Juszczak i mam przekonanie, że ten mecz zniszczył mu karierę. Miał wtedy kilka doskonałych okazji, powinien był strzelić co najmniej dwa gole, to się jednak nie udało. Po tamtym spotkaniu Juszczak przepadł i już nigdy nie wypłynął na szersze wody, mimo że miał „papiery” na duże granie.

Kolejny, także listopadowy pojedynek, ale w 2023 roku, to mecz Pogoni nie z GieKSą, ale ze Stalą Mielec, w której barwach pewien sympatyczny Białorusin trzy razy trafił do szczecińskiej siatki.
Ilja Szkurin ma jakiś patent na Pogoń, bo także w finale Pucharu Polski strzelił nam gola w barwach Legii. W pojedynku ze Stalą mieliśmy duże oczekiwania, wielu już przed meczem dopisywało sobie trzy punkty, skończyło się jednak inaczej. Mam nadzieję, że w sobotę Szkurin zapomni, jak się strzela gole Pogoni.

Kolejne spotkanie nie dotyczy wprawdzie Pogoni, natomiast mam wrażenie, że śledziła je większość piłkarskich kibiców w Polsce. W sobotę po raz trzeci z rzędu zakończymy sezon na Pomorzu – poprzednie dwa wypady były udane, ze szczególnym akcentem na ten do Gdyni w 2004 roku.
Mecz z Arką na wagę bezpośredniego awansu do Ekstraklasy, który stał się waszym udziałem, co przez długi czas nie było oczywiste. Śledziłem to spotkanie, aby jak najszybciej poinformować w naszym serwisie, kto będzie rywalem Pogoni w następnym sezonie. Z pewnością był to dla was ważny dzień, choć jeszcze dwa tygodnie wcześniej procentowe szanse na taki sukces były niewielkie.

Podobnie ma się rzecz dzisiaj – jeszcze niedawno nasze szanse na puchary były iluzoryczne, tymczasem mecz w Szczecinie może dać spełnienie tych marzeń. Zanim jednak zapytam o sobotę, porozmawiajmy o – jakże by inaczej – listopadowym meczu w Katowicach.
Pogoń zaczynała wtedy łapać oddech pod wodzą trenera Thomasberga. Byliśmy tuż po zwycięstwie 5:1 z Zagłębiem i jechaliśmy do Katowic z dużymi nadziejami. Nie mogłem być na tym meczu, natomiast mój kolega Dominik Markiewicz (w ubiegłym sezonie opowiedział naszym czytelnikom o Pogoni – przyp. red.), który jeszcze godzinę przed meczem pisał mi, że ten może się nie odbyć z powodu gęstej mgły – nie było widać ani drugiej bramki, ani nawet środka boiska. Mieliśmy zupełnie inne oczekiwania co do wyniku końcowego, jednak GKS konsekwentnie wypunktował wtedy Pogoń i wygrał zasłużenie. Mimo że Portowcy stwarzali okazje bramkowe, to gospodarze byli konkretniejsi. Zobaczymy, co przyniesie rewanż. Wczoraj miałem okazję wymienić kilka wiadomości z Lukasem Klemenzem i wiem, że wasi piłkarze jadą do Szczecina mocno zmobilizowani.

Gdyby sobotni mecz rozgrywany był w Katowicach, byłbym spokojniejszy o wynik, bo GKS jest najlepszy w lidze u siebie, a Pogoń na wyjazdach gra w kratkę. Tymczasem atut własnego boiska będzie po stronie Portowców. Da się to odczuć na trybunach?
W Szczecinie łatwiej nam o momenty zrywów, kiedy niesieni dopingiem piłkarze potrafią wspiąć się na wyżyny. Pod okiem Thomasa Thomasberga Pogoń miała być pragmatyczna, szukająca punktów w każdym meczu, tymczasem zdarza się nam grać nieco naiwnie, szczególnie na wyjazdach. U siebie wygląda to lepiej, chociaż wracając wspomnieniami do poprzednich sezonów, kiedy do Szczecina przyjeżdżały Jagiellonia, Lech czy Legia, to graliśmy z nimi jak równy z równym. Teraz piłkarsko było widać różnicę na korzyść rywali. Mieliśmy momenty, które przekładały się na zwycięstwa u siebie, ale raczej nie były to wielkie widowiska, w których dominowaliśmy.

Na koniec podziel się swoimi przewidywaniami zarówno na rezultat naszego meczu, jak i na końcowe rozstrzygnięcia w Ekstraklasie.
W sobotę niech to będzie rewanż za 2010 rok i 4:3 dla Pogoni – mecz szalony i zwariowany, ale tym razem na naszą korzyść. Trzecim spadkowiczem nie będzie Widzew, a zobaczymy, czy Lechia będzie w stanie zapunktować za trzy w Niecieczy. Jeśli tak, to z ligi spadnie Piast po porażce w Łodzi. Jeśli natomiast chodzi o ostatnie miejsce w pucharach, to życzę go wam mimo porażki w Szczecinie.

A kto wskoczy do Ekstraklasy z pierwszoligowych baraży?
Trzymam kciuki za Ruch Chorzów. Niech awansują trzy wielkie firmy – będą fajne mecze, budzące dodatkowe emocje kibicowskie, bo nie da się ukryć, że dla was Ruch jest szczególnym rywalem.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Mecz Legend GieKSy i Banika

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.

Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.

W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk. 

Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.

Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Demolka stołecznej drużyny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami. 

Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę.  Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.

W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.

Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!

26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki:
Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice:
Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga