Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: pół drużyny trzeba budować od nowa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przed przerwą na mecze reprezentacji czeka GieKSę poważny sprawdzian przy Nowej Bukowej, gdzie zmierzymy się z Mistrzem Polski. Rywale z Poznania mają jeszcze na głowie dzisiejszy mecz pucharowy z Rapidem Wiedeń, ale z pewnością nie zabraknie im motywacji, aby w niedzielę próbować wywieźć z Katowic komplet punktów.

O rywalizacji GKS-u z Kolejorzem w ubiegłym sezonie, postawie Lecha w obecnych rozgrywkach i przewidywaniach przed najbliższym pojedynkiem porozmawialiśmy z Mateuszem Jarmuszem, dziennikarzem poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej, a w przeszłości pracownikiem biura prasowego KKS Lech Poznań.

Jeden z popularnych użytkowników z poznańskiego uniwersum Twittera, znany z bezkompromisowych opinii na temat zarówno waszego klubu, jak i jego rywali, daje ostatnio wyraz swojemu zadowoleniu z gorszej formy GieKSy jako swego rodzaju odwet za rzucenie Kolejorzowi kłody pod nogi na drodze do mistrzostwa. Jest to odosobniona opinia czy macie nam za złe, że nie daliśmy się łatwo pokonać w przedostatniej kolejce ubiegłego sezonu?
Ostatecznie wszystko skończyło się dla nas dobrze, więc raczej niewielu jest takich, których tamten mecz do teraz uwiera jak zadra pod paznokciem. Byłoby inaczej, gdyby Lech tego mistrzostwa nie zdobył – wtedy na pewno dłużej rozpamiętywano by tamten pojedynek z GKS-em. Słyszałem opinie z otoczenia klubu, gdzie wielu było zaskoczonych, jak bardzo chciało się GieKSie wygrać tamten mecz, jednak mimo wszystko w Ekstraklasie każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, a zaangażowanie i poświęcenie nie jest zbrodnią, lecz atutem. Negatywny odbiór tamtego pojedynku może po części wynikać z faktu, że wielu kibiców w Poznaniu ma sentyment do GKS-u Katowice, z uwagi na wspólną historię wielu piłkarzy, także Wasyla i Alana, którzy grają obecnie przy Bukowej. Stąd może zdziwienie, że akurat GKS aż tak się postawił.

Serca w Poznaniu zamarły na moment, gdy przy stanie 2-1 dla GieKSy sam na sam z Mrozkiem wyszedł Mateusz Mak?
To prawda, ale jeśli szukać atutów Lecha, które zaważyły na zdobyciu mistrzostwa, to Bartosz Mrozek od wielu miesięcy jest jednym z najjaśniejszych punktów tej drużyny. Obroniona sytuacja z Makiem dodatkowo podnosi jego notę i jest to ogromna cegła dołożona do mistrzostwa, którą będziemy mu długo pamiętać. Dodając do tego okoliczności, w jakich padł drugi gol dla Lecha, mamy pełen obraz, w jak dramatycznych okolicznościach zdobyliśmy kluczowy w walce o mistrzostwo punkt.

W nowym sezonie Kolejorz znów gra o najwyższe cele, natomiast GKS nie imponuje już tak, jak przed rokiem. Śledzicie to, co dzieje się w dole tabeli czy waszą uwagę zaprząta raczej walka o tytuły i europejskie puchary?
W poprzednim sezonie GKS jako beniaminek wniósł coś fajnego do Ekstraklasy – charakter, właściwy dla siebie sposób gry i pewien powiew świeżości. Niestety zmiany kadrowe, jakie zaszły latem, odbiły się na waszej formie – patrząc z boku, GKS jest obecnie innym zespołem niż wiosną. Zobaczymy ile czasu będzie potrzebował trener Górak, aby na nowo poukładać zespół, bo na razie gracie w kratkę.

Co jest najważniejszym celem Lecha w tym sezonie?
Oficjalny przekaz z klubu zawsze jest taki sam: Lech Poznań gra o Mistrzostwo i Puchar Polski, a w europejskich pucharach ma zajść jak najdalej. W dużym stopniu pokrywa się to z tym, czego sam oczekuję. Po tym, jak Kolejorz dotarł do ćwierćfinału Ligi Konferencji, w okresie pracy Mariusza Rumaka wpadł w dołek. Trener Niels Frederiksen poukładał to jednak bardzo szybko i chyba nikt się nie spodziewał, że już w pierwszym roku jego pracy tytuł mistrzowski wróci do Poznania. W erze rodziny Rutkowskich jest to najszybciej, bo już po trzech latach odzyskane mistrzostwo. Zazwyczaj po wygraniu ligi klub obniżał loty i odbudowa zwykle trwała dłużej. Dlatego dla mnie najważniejsze jest, aby Lech do końca liczył się w grze o krajowy prymat, bo czołówka ligi robi się coraz bardziej wyrównana, a o mistrzostwie decydują detale: gdyby w Katowicach piłka inaczej odbiła się od głowy Mario Gonzáleza, to tytuł najpewniej pojechałby do Częstochowy. Osobiście marzy mi się zdobycie Pucharu Polski, bo długo czekamy na to trofeum. Za chwilę minie 17 lat od zwycięstwa na Stadionie Śląskim z Ruchem, a po drodze aż pięciokrotnie przegrywaliśmy w finale tych rozgrywek.

Aby grać o wszystko, trzeba być przygotowanym na znaczne obciążenia związane z podróżami i graniem co trzy dni. Kolejorz jest na to gotowy kadrowo?
Osobiście mam problem z oceną rzeczywistego potencjału kadrowego Lecha. Mamy pewne trudności, bo pojawiło się wielu nowych piłkarzy i trzeba ich szybko wkomponować w zespół. Na dziś w drużynie nie ma kontuzjowanych Radosława Murawskiego, Patrika Wålemarka i Alego Gholizadeha, czyli trzech graczy kluczowych w poprzednim sezonie. Jeśli doliczyć do tego Afonso Sousę, który odszedł do Turcji, to w zasadzie pół drużyny trzeba budować od nowa. W porównaniu do poprzednich okienek transferowych, to letnie oceniam dobrze, bo dostrzegam chęć poważnego wzmocnienia zespołu, a także reakcję na pojawiające się kontuzje. Praca domowa została odrobiona, a rolą trenera jest szybko poukładać te klocki. O ile mistrzostwo było do pewnego stopnia zaskoczeniem, to obecnie mamy do czynienia z pierwszym poważnym testem dla Frederiksena i zobaczymy, jak sobie poradzi.

W poprzedniej rozmowie o Lechu redaktor Djaczenko podkreślał wartość indywidualnych przebłysków największych gwiazd Kolejorza, które pozwalały przechylać szalę na waszą korzyść. W ligowym i pucharowym maratonie równie ważna, o ile nie ważniejsza, jest głębia składu. Będzie kim rotować?
Ostatnie tygodnie pokazują, że sztab dobrze sobie radzi w tym aspekcie. W lidze wygraliśmy z Niecieczą oraz zremisowaliśmy z Rakowem i Jagą – w obliczu wspomnianych ubytków kadrowych można sobie wyobrazić gorsze wyniki. Jest tylko czterech piłkarzy, którzy w każdym z tych meczów wystąpili w podstawowym składzie, czyli ponad połowa zespołu jest wymieniana. Trener ma w czym wybierać, a nam pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie.

W obliczu wspomnianych przez ciebie ubytków, a także patrząc na statystyki, odpowiedzialność za wyniki Lecha leży w głównej mierze na barkach Mikaela Ishaka. Kto może go wesprzeć, szczególnie jako zmiennik, bo już wiemy, że tej roli nie uniósł znany w Katowicach Filip Szymczak?
Duże nadzieje pokładaliśmy w Szymczaku – liczyliśmy, że będzie naciskał na Ishaka, ale w Poznaniu nie pokazywał tyle, ile choćby na wypożyczeniu w GKS-ie. Czasem piłkarz musi zmienić otoczenie, żeby się odblokować – tego życzę Filipowi i mam nadzieję, że jeszcze zrobi fajną karierę. Wracając do pytania, Lech od kilku sezonów jest „ishakozależny”. W poprzednich rozgrywkach doszły indywidualności, które pomagały mu ciągnąć drużynę do przodu: Patrik Wålemark, Ali Gholizadeh i Alfonso Sousa odpalili na tyle, że w kryzysowych sytuacjach brali na siebie dużą część odpowiedzialności za wynik. Teraz tego brakuje, ale moim zdaniem właśnie w takich okolicznościach Mikael Ishak doskonale się odnajduje i w pewien sposób rośnie, gdy czuje, jak wiele zależy od niego. Jest to jednak o tyle ryzykowna strategia, że musimy trzymać kciuki za zdrowie naszego napastnika.

Jak oceniasz postawę Lecha w pierwszej części sezonu?
Pierwszy etap rozgrywek trzeba podzielić na mecze ligowe i pucharowe – mimo wszystko dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku. Mieliśmy ochotę na zaatakowanie Ligi Mistrzów, niestety Crvena zvezda wybiła nam to z głowy. Ostatecznie będziemy grać w Lidze Konferencji, która rozpoczyna się w tym tygodniu. Początek sezonu jest dla mnie o tyle bolesny, że zdecydowanie gorzej radzimy sobie u siebie. Kolejorz zdobył mistrzostwo Polski głównie dzięki meczom domowym – Bułgarska była prawdziwą twierdzą i zdobyliśmy tu wiele punktów. Obecny sezon jest pod tym względem bardzo trudny: zaczęło się od przegranego Superpucharu z Legią, później 1:4 z Cracovią na inaugurację ligi, do tego porażki z Crveną i Genkiem, a niedawno trzy punkty z Poznania wywiozło Zagłębie Lubin. Zespoły Leszka Ojrzyńskiego zawsze wyraźnie przegrywały przy Bułgarskiej, ale tym razem udało mu się wygrać. Ponadto zremisowaliśmy z Jagiellonią, którą nie tak dawno pokonaliśmy w Poznaniu 5:0. Z drugiej strony Kolejorz dobrze radzi sobie na wyjazdach, co może być złą wiadomością dla GieKSy przed naszym najbliższym meczem.

Macie za sobą pojedynki z zespołami takimi jak Korona, Górnik czy wspomniana Cracovia, które nieco wbrew oczekiwaniom rozdzielają między siebie czołowe lokaty w ligowej tabeli. Ekstraklasa się wyrównuje czy ligowi potentaci z Lechem na czele nie pokazali jeszcze pełni umiejętności?
Moim zdaniem niektóre zespoły korzystają z sytuacji, że „wielka czwórka” była uwikłana w kwalifikacje do europucharów. Czas pokaże, czy w dłuższej perspektywie będą w stanie utrzymać się w czubie. Nie można wykluczać, że któryś z zespołów powtórzy historię Jagiellonii sprzed dwóch sezonów, kiedy wszyscy czekali na moment, aż Jaga „spuchnie”, tymczasem piłkarze Adriana Siemieńca zrobili wszystkim psikusa i sięgnęli po mistrzostwo. Dla mnie największą niespodzianką jest postawa Cracovii, która po wielu latach wreszcie wydaje się być poukładana jak należy i Pasy mogą być rewelacją ligi. W przypadku Lecha zachowuję spokój, bo strata do lidera jest niewielka, a w zanadrzu mamy jeszcze zaległy mecz z Piastem. Czołówka jest więc w zasięgu i trzeba robić swoje w oczekiwaniu na powroty kontuzjowanych piłkarzy.

Kto będzie najgroźniejszym rywalem Lecha w walce o krajowy prymat?
Na pewno pucharowicze, a spośród obecnej czołówki ligi stawiam właśnie na Cracovię, że najdłużej będzie dotrzymywała kroku najlepszym.

Jest wielu piłkarzy, których drogi krzyżowały się zarówno z Lechem, jak i GKS-em. O niektórych, jak Mrozek czy Kozubal, sporo było w moich poprzednich rozmowach, Ciebie z kolei chciałbym zapytać o Marcina Wasielewskiego, który dopiero w Katowicach stał się ligowcem pełną gębą. Jak oceniasz jego postępy?
Swego czasu udostępniłem na Twitterze piękną bramkę Wasyla z Radomiakiem, podkreślając moje zaskoczenie, jak silną pozycję w Ekstraklasie wypracował sobie w ostatnich miesiącach ten zawodnik. Mam wrażenie, że był on piłkarzem, który nie do końca pasował do Lecha. Zawsze prezentował się solidnie, ale nie na tyle, aby wzbudzać uznanie poznańskich kibiców. W tamtym okresie wychowanków oceniano głównie przez pryzmat ich potencjału sprzedażowego, natomiast Wasyl nie wyróżniał się w tym aspekcie. Osobiście cieszę się, że znalazł swoje miejsce w Katowicach i udowadnia u was, że jest solidnym ligowcem.

W obecnej formie byłby w stanie podjąć rywalizację o miejsce w składzie Kolejorza?
Wydaje mi się, że pozycja prawego obrońcy w Lechu jest chyba najmocniej obsadzona w całej lidze, bo jest Joel Pereira i Robert Gumny. W takim układzie ciężko byłoby Wasylowi wygrać rywalizację. Mimo to jest on doskonałym przykładem dla innych wychowanków, że istnieje życie poza Lechem. Może się wydawać, że szansę na karierę mają tylko ci, którzy jako „perełki” przebiją się do pierwszego składu i odchodzą za granicę. Tymczasem Wasyl pokazuje, że nawet jeśli nie uda się w Lechu, to warto próbować swoich sił w Ekstraklasie w barwach innych klubów.

Lech Poznań słynie z umiejętnego szkolenia i wprowadzania wychowanków w świat poważnego futbolu. Jeszcze niedawno nie było okienka bez transferu poznańskiego młodzieżowca do zachodniego klubu. Jak to wygląda dzisiaj?
Lech jest dzisiaj w innym miejscu niż choćby 5-6 lat temu, kiedy po nieudanym sezonie ekip Ivana Đurđevicia, Adama Nawałki i Dariusza Żurawia podjęto decyzję o zmianie koncepcji prowadzenia klubu – w obliczu braku kwalifikacji do europejskich pucharów źródłem przychodów miało być szkolenie i sprzedaż wychowanków. Oddano szatnię młodzieży, spośród której pierwsze skrzypce zaczęli grać Jóźwiak, Gumny, wracający z wypożyczenia do Katowic Puchacz, a z Opola Moder, do tego Michał Skóraś i Jakub Kamiński. Dzięki temu udało się podnieść poziom sportowy i zarobić, zarówno na transferach, jak i na grze w europejskich pucharach. Tym samym w kolejnych latach można było sobie pozwolić na ściąganie jakościowych piłkarzy z zagranicy. Dziś jest bardzo niewiele pozycji, o które młodzi wychowankowie mogliby rywalizować. Mimo to Niels Frederiksen próbuje pchać młodzież do przodu, czego przykładem jest Kornel Lisman, który wprawdzie nie jest typowym wychowankiem, bo do akademii trafił w wieku 17 lat. Kolejnych nazwisk, które miałyby się przebijać, nie ma aż tak wiele. Wydaje mi się, że skończyły się czasy, że co chwilę z Wronek wypływał talent na miarę Dawida Kownackiego, Karola Linettego lub Filipa Marchwińskiego. Pozostaje pytanie, czy to wychowankowie są na niższym poziomie, czy też Lech poszedł do przodu na tyle, że wychowankom jest znacznie trudniej zrobić różnicę w pierwszym zespole.

Zanim wybiegniemy na boisko w Katowicach, Kolejorz podejmie przy Bułgarskiej Rapid Wiedeń w ramach Ligi Konferencji. Jakie ma to twoim zdaniem znaczenie dla naszego ligowego starcia?
Rzeczywiście, czasu na przygotowanie nie będzie dużo, bo gramy w czwartek wieczorem, piątek pewnie będzie luźniejszy, a w sobotę trzeba już jechać do Katowic. Gdyby po meczu z GKS-em nie było przerwy reprezentacyjnej, to byłbym pewien, że ci piłkarze, którzy zagrają mniej w czwartek, w niedzielę wyjdą w pierwszym składzie. Tymczasem dłuższy odpoczynek po naszym meczu może oznaczać, że najważniejsi piłkarze zagrają więcej i w jednym, i w drugim spotkaniu. W mojej opinii w tym tygodniu priorytetem jest Liga Konferencji, a wynik starcia z Rapidem na pewno wpłynie na nastawienie przed meczem z GieKSą.

Kibice będą wywierać dodatkową presję, aby zrewanżować się za wiosenne „ciężary” przy Nowej Bukowej?
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka presja wyszła od samego trenera, który nie krył oburzenia sytuacją wokół tamtego meczu, związaną z plotkami o „motywowaniu” GieKSy przez Raków. Jako Duńczyk dziwił się, że takie informacje, nawet w formie pogłosek, nie są tematem numer jeden sportowych serwisów, a większość kwituje je wzruszeniem ramion. Czy Niels Frederiksen jeszcze o tym pamięta? Być może, bo myślałem, że nie przywiązuje wagi do takich rzeczy, tymczasem po meczu z Rakowem nie krył rozczarowania, że jeszcze nigdy nie pokonał Marka Papszuna. Skoro więc zwraca uwagę na podobne detale, to być może i w Katowicach będzie chciał coś udowodnić.

Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Patrząc na to, jak Lech radzi sobie w meczach wyjazdowych, to stawiam na naszą wygraną. Po meczu pucharowym nie liczę na fajerwerki, więc zadowoli mnie 1:0. Żałuję, że nie będę mógł zobaczyć naszego pojedynku z trybun Nowej Bukowej, bo jeszcze tam nie byłem, a z perspektywy telewizora mecze u was wydają się bardzo fajne w odbiorze. Utrzymajcie się w Ekstraklasie, to następnym razem na pewno się wybiorę!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion

Budżet Obywatelski – głosujemy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”. 

Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek

Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.

W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów). 

Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic. 

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Dopiero był na Nowej Bukowej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Sobotni mecz pomiędzy Zagłębiem Lubin i GKS Katowice poprowadzi pan Tomasz Kwiatkowski z Warszawy. Na liniach pomagać mu będą Marek Arys i Marcin Lisowski. Sędzią technicznym będzie Dorian Skwara, a na VAR-ze zasiądą Damian Kos i Dawid Golis.

Urodzony w 1978 roku Tomasz Kwiatkowski swoją sędziowską karierę rozpoczął w sezonie 2007/08 w ówczesnej trzeciej lidze i na tym właśnie poziomie prowadził mecze przez trzy sezony. Na zapleczu ekstraklasy zadebiutował w sezonie 2010/11, a na najwyższym poziomie rozgrywkowym pierwszy raz sędziował w sezonie 2013/14 i od tamtej pory jest etatowym ekstraklasowym arbitrem. Jego największym sukcesem jest sędziowanie w finale Pucharu Polski w 2024 roku, kiedy to Wisła Kraków pokonała na Stadionie Narodowym Pogoń Szczecin po dogrywce 2:1.

Arbiter był sędzią VAR podczas niedawnych Mistrzostw Świata w USA, Kanadzie i Meksyku. Jako główny arbiter VAR pracował przy meczach Argentyna – Algieria, Egipt – Iran, Hiszpania – Austria i Francja – Hiszpania. Jako AVAR lub VAR Support był obecny przy spotkaniach: Holandia – Japonia, Szwajcaria – Bośnia i Hercegowina, Ekwador – Curacao, Norwegia – Senegal, Szkocja – Brazylia, Chorwacja – Ghana, Francja – Szwecja i Kanada – Maroko.

W obecnym sezonie Tomasz Kwiatkowski poprowadził na razie trzy mecze, w których pokazał 7 żółtych kartek, żadnej czerwonej i podyktował jeden rzut karny – dla GKS Katowice w starciu z Wisłą Płock, bo to właśnie było jedno z tych trzech spotkań prowadzonych przez arbitra.

W przeszłości sędzia prowadził wiele spotkań GieKSy i… od pewnego czasu tendencja w wynikach meczów prowadzonych przez arbitra jest na korzyść GKS. Przede wszystkim Kwiatkowski był rozjemcą na otwarciu Nowej Bukowej, kiedy to GieKSa w spektakularnych okolicznościach pokonała Górnika Zabrze 2:1. Ostatnio w niemniej dramatycznym meczu GKS wygrał z Radomiakiem 3:2, a w pamięci zapadła nam decyzja VAR, po której arbiter anulował trzeciego gola dla gości. To nie pierwsza sytuacja, w której decyzja o „niebycie” uratowała nam skórę. W przedostatniej kolejce sezonu 2023/24 i derbach Trójmiasta w doliczonym czasie gry sędzia został wezwany przed monitor, by obejrzeć sytuację z potencjalnym rzutem karnym dla Arki. Jakkolwiek większość decyzji po VAR jest zmienianych, tak tutaj arbiter podtrzymał werdykt o nieprzyznaniu jedenastki, a to dało szansę GieKSie walki o awans w ostatniej kolejce.

Ostatnim meczem, który sędziował GieKSie było wspomniane starcie z Wisłą Płock w sierpniu, które GKS wygrał 5:0. Ostatni raz Zagłębiu Lubin sędzia ten prowadził mecz w maju, gdy gospodarze zremisowali z Cracovią 0:0.

Mecze GieKSy prowadzone przez Tomasza Kwiatkowskiego:

Sezon 2011/12
Pogoń Szczecin – GKS Katowice 1:0 (3 żółte kartki)
Sandecja Nowy Sącz – GKS Katowice 0:0 (1 żółta kartka)

Sezon 2012/13
GKS Katowice – Kolejarz Stróże 2:0 (3 żółte kartki, 1 czerwona kartka, 1 rzut karny wykorzystany przez Przemysława Pitrego)

Sezon 2013/14
GKS Katowice – Miedź Legnica 1:0 (6 żółtych kartek, 1 rzut karny wykorzystany przez Sławomira Dudę)
Sandecja Nowy Sącz – GKS Katowice 1:0 (2 żółte kartki)

Sezon 2016/17
GKS Katowice – Miedź Legnica 0:2 (1 żółta kartka)

Sezon 2022/23
GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec 3:1 (4 żółte kartki, 1 rzut karny wykorzystany przez gości)

Sezon 2023/24
GKS Katowice – Górnik Zabrze 0:4 (4 żółte kartki) – Puchar Polski

Sezon 2024/25
Piast Gliwice – GKS Katowice 2:2 (2 żółte kartki)
GKS Katowice – Piast Gliwice 0:0 (2 żółte kartki)
GKS Katowice – Górnik Zabrze 2:1 (2 żółte kartki)

Sezon 2025/26
GKS Katowice – Radomiak Radom 3:2 (9 żółtych kartek)
Motor Lublin – GKS Katowice 2:5 (5 żółtych kartek, 1 czerwona kartka dla gospodarzy)
Raków Częstochowa – GKS Katowice 1:0 (2 żółte kartki)

Sezon 2026/27
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2 żółte kartki, rzut karny dla GKS)

Bilans: 15 meczów, 7 zwycięstw, 3 remisy, 5 porażek. Bramki: 23-17.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga