Hokej Kibice Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Czołówka goni GKS Katowice
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Drużyna kobiet w zaległym spotkaniu z 5. kolejki Ekstraligi wygrała 3:1 z Pogonią Dekpol Tczew. Po rundzie jesiennej zajmujemy 4. miejsce ze stratą 10 punktów do liderek Czarnych Sosnowiec (majac jeden mecz rozegrany mniej). Nie milkną echa po odwołanym spotkaniu z Jagiellonią. Kibicom, którzy licznie pojechali do Białegostoku, nasz klub postanowił przyznać voucher, który mogą wymienić na darmowy bilet na mecz Pucharu Polski z… Jagiellonią. Na kanale Tomasza Ćwiąkały w serwisie YouTube można obejrzeć rozmowę z Rafałem Górakiem.
Siatkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali jedno spotkanie, w którym pokonali 3:0 Avię w Świdniku. Następny mecz rozegramy w piątek 28 listopadao o 18:00 z Astrą Nowa Sól na Arenie Katowice.
Hokeiści w niedzielę pokonali 6:3 JKH GKS Jastrzębie na wyjeździe. W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra dwa spotkania – w piątek 28 listopada o 18:00 z Unią w Oświęcimiu oraz w niedzielę 30 listopada o 17:00 w Satelicie z Energą Toruń.
PIŁKA NOŻNA
katowice.tvp.pl – GKS Katowice zwycięża na zakończenie rundy jesiennej. Czołowa trójka jest blisko
W ostatnim spotkaniu rundy jesiennej Orlen Ekstraligi kobiet GKS Katowice podejmował na własnym stadionie Pogoń Dekpol Tczew — zespół, z którym piłkarki Karoliny Koch nie przegrały w pięciu poprzednich starciach.
Zaległy mecz 5. kolejki zapowiadał się jako okazja dla faworytek z Katowic do zdobycia kompletu punktów przy Bukowej. Strzelanie rozpoczęła w 29. minucie Aleksandra Nieciąg, która precyzyjną główką pokonała bramkarkę Pogoni i dała gospodyniom prowadzenie. Do przerwy wynik nie uległ zmianie, a GKS schodził do szatni z jednobramkową przewagą.
Po wznowieniu gry inicjatywę przejęły jednak przyjezdne. W 65. minucie Annabel Hogan doprowadziła do wyrównania, dając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Remis nie utrzymał się jednak długo — po nieudanym piąstkowaniu bramkarka Pogoni, Adriana Banaszkiewicz, niefortunnie skierowała piłkę do własnej bramki.
W doliczonym czasie gry wynik meczu ustaliła Victoria Kalaberowa, pieczętując zwycięstwo GKS Katowice 3:1. Tym samym zawodniczki Karoliny Koch kończą rundę jesienną pewnym triumfem i cennym kompletem punktów.
weszlo.com – Rafał Górak: „Każdy z Katowic odchodził zniszczony”
Rafał Górak to postać pomnikowa dla GKS-u Katowice. Prowadzi ten klub od 2019 roku i jest to już jego druga kadencja. To, co nie udało się innym, udało się właśnie jemu. Przełamał klątwę i wprowadził katowiczan do Ekstraklasy. Czekali na to dziewiętnaście lat, a przez dwanaście ugrzęźli na poziomie pierwszoligowym.
Gościem Tomasza Ćwiąkały był Rafał Górak, czyli szkoleniowiec GKS-u Katowice. W długim wywiadzie poruszył kilka ciekawych kwestii – wypowiedział się o pierwszej pracy w tym klubie, momencie, w którym zaufał statystykom, poświęceniu żony, trudnych momentach w życiu oraz o inspirującym wykładzie Marcelo Bielsy.
GKS Katowice bardzo długo robił za przykład klubu przyspawanego na dobre do pierwszej ligi. Spędził tam aż dwanaście lat. Nie był na tyle słaby, żeby spaść, ale też nie na tyle mocny, by wywalczyć awans. Górakowi udało się to, czego nie dokonali wcześniej inni.
– Po mnie pracowali świetni trenerzy – Moskal, Brzęczek, Skowronek, Paszulewicz. Wydawało mi się, że każdy stamtąd wychodzi totalnie zniszczony.
W jego drugiej kadencji pojawiły się też trudne momenty, jak chociażby ten, w którym GKS notował bardzo długą serię bez zwycięstwa, a trybuny domagały się zwolnienia szkoleniowca. Wtedy bardzo pomogła mu szatnia, która stała za nim murem:
– Mówimy o trzecim sezonie w pierwszej lidze i jedenastu meczach bez wygranej. Wtedy – nawet nie agresja – a zwykły hejt na mnie spadł i był on ogromny. To był moment, gdy zastanawiałem się, czy tego nie rzucić w diabły. Chyba szatnia to wyczuła. Była dla mnie zderzakiem. Oni odbili to ze zdwojoną siłą. Wsparcie zespołu było dla mnie kluczowe.
Rada drużyny powiedziała w końcu, żeby się nie wygłupiał i nie odchodził. Byli przekonani, że to wszystko „odpali”, a wyniki są totalnie niewspółmierne do gry. Górak wspomniał o statystyce – w pewnym momencie – siedmiu niestrzelonych karnych na dziesięć.
Dlaczego w ogóle drugi raz zdecydował się przejąć GKS Katowice?
– Za pierwszym razem dałem się zabrać na wycieczkę z ludźmi, którzy nie byli rzetelnymi partnerami w prowadzeniu klubu. Dałem się z tym trochę nabrać. Zadeklarowano mi, że to jest drużyna, która może zawalczyć o Ekstraklasę. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Zabrakło mi wtedy takiego doświadczenia w rozmowie. Dzisiaj bym takiego błędu nie popełnił.
Górakowi niedawno stuknęło 310 spotkań na ławce GKS-u Katowice, biorąc pod uwagę dwie kadencje. Przyznał, że kocha bycie trenerem i jest mu z tym wspaniale, natomiast… jest to bardzo trudne dla drugich połówek.
– Moja żona zawsze chciała się realizować i ja to czułem. Nigdy jej nie powiedziałem – słuchaj, ty się musisz zająć dziećmi, a ja na to wszystko zarobię. Nigdy nie miałem odwagi jej tak powiedzieć. Jak mnie poznała, to kończyła prawo i była w zaawansowanej ciąży, a kiedy w 2011 roku nie mieliśmy co do garnka włożyć, to ona walczyła na dwóch etatach. Dobrze, kiedy ta druga strona ma tyle siły, bo to napędza i nie jesteśmy w domu uwięzieni.
[…] Wielu szkoleniowców mocno naciska na sędziów, krytykuje ich, podważa decyzje. Rafał Górak nie. Jest w tej kwestii bardzo specyficzny, bo stara się wejść w głowę drugiej strony i przyznaje, że bez arbitra nie ma meczu.
– Kluby mają swoje racje, sędziowie też. Sytuacje są diametralnie jasne i łatwo wydać osąd. Najbardziej muszą poradzić sobie z tym sędziowie, ale oni bez naszego wsparcia nic nie zrobią, jeżeli będziemy tylko sypać piasek. Oni są też ludźmi i wydaje mi się, że nie mają żadnej złej intencji. Bez sędziego nie ma meczu, obojętnie na jakim poziomie. Wobec tego wszyscy musimy brać odpowiedzialność, żeby byli na jak najwyższym poziomie.
[…] Jednym z piłkarzy, których bardzo udało się rozwinąć Górakowi był Antoni Kozubal, który spędził w Katowicach rok na wypożyczeniu. Nie miał jednak łatwo, bo pierwsze pół roku siedział na ławce, a wtedy… zareagowała jego mama:
– Antka mama potrafiła zadzwonić w trosce o syna, nie miałem o to pretensji, ale to dla mnie pewien ciężar. Zadzwoniła z pretensjami, dlaczego on nie gra, skoro przyszedł z Lecha, martwi się, bo teraz ma też maturę.
Górak polecił mamie piłkarza, żeby była cierpliwa. Później rzeczywiście Kozubal zaczął grać, pomógł w awansie do Ekstraklasy. Wrócił do Lecha Poznań i stał się jego bardzo ważnym elementem. Trafił też do reprezentacji Polski. Trener GKS-u wspomniał o kilku cechach, które mu imponują u tego gracza:
– To chłopak, który swoją skromnością, cechami osobowymi sprawia, że nie powiesz, że będzie szefem. Spokojnie, będzie nim. Bardzo lubię liderów, którzy swoją ciszą potrafią oddziaływać na zespół. Moim zdaniem mamy zawodnika, który się rozwija. To normalne, że będzie miał wzloty i upadki.
Dużym echem odbiło się także odejście Sebastiana Bergiera, a właściwie nieprzedłużenie kontraktu z „GieKSą” i dołączenie do Widzewa. Napastnik opowiadał, że nie czuł się traktowany fair. Miał też pretensje o brak jasnego i klarownego komunikatu po kontuzji ręki. Na koniec zabrakło mu minut, by z automatu przedłużyła się jego umowa. Potrzebował 50%, których nie osiągnął. Miał żal, że schodził w 55., 60., 65., minucie i przez to jego zdaniem ich zabrakło. Co na to trener Górak?
– Wypowiedzi są niefortunne i tak to należy zakończyć. Znałem ten cały proces odejścia Sebastiana do Widzewa. Nie było tu żadnej winy klubu. To jest takie odbicie piłki nie wiadomo po co.
Dużo brutalniej za to Górak potraktował Tymoteusza Puchacza:
– Jeśli ktoś deklaruje chęć gry, warunki są zaakceptowane przez wszystkie strony, a agencja również potwierdza porozumienie, to dla mnie jest to zobowiązanie. Nie akceptuję sytuacji, w której ktoś nagle odrzuca wcześniej ustalone warunki, powołując się na nową ofertę. Takie słowa z jego strony nie padły. Puchacz zadeklarował grę w GKS-ie Katowice – podkreślił.
Sprawdzamy: czy mecz Jagiellonia – GKS można było uratować?
Mecz Jagiellonii Białystok z GKS-em Katowice został odwołany przez opady śniegu, ale zdaje się, że wciąż sporo osób ma wątpliwości co do tej decyzji. Sprawdziliśmy więc jak to wyglądało w kuluarach i zaraz odpowiemy na najważniejsze pytania, które mogą was nurtować.
Dlaczego nie zagrano?
Przez śnieg! A poważnie – stan płyty skrajnie uniemożliwiał rozegranie tego spotkania. Piłkarze nie mogliby swobodnie poruszać się po boisku, dryblować, robić zwrotów, piłka też nie była specjalnie widoczna. Uznano, że ryzyko kontuzji w takich warunkach jest za duże i lepiej będzie, jeśli zawodnicy Jagiellonii i GKS-u rozegrają to spotkanie kiedy indziej na uczciwych i bezpiecznych zasadach.
Dlaczego nie odśnieżano boiska?
To pewnie kibiców dziwi najbardziej – dlaczego kamery nie mogły pokazać choćby rozpaczliwych prób „łopatowania”, żeby na końcu wszyscy mogli powiedzieć: „spróbowaliśmy”? Otóż na spotkaniu przed meczem zarządzono, że przy takich opadach, jakie wówczas miały miejsce, spotkanie się odbędzie, ale mecz będzie co jakiś czas przerywany – po to, by ogarniać linie na boisku, dość kluczowe w piłce nożnej. Niestety od tego czasu opady przybrały na sile i sama murawa przestała być już zdatna do gry, więc odśnieżanie linii na niewiele by się zdało.
Przekazano nam, że według prognoz, Białystok dopiero wchodzi w chmurę największych opadów śniegu, tak więc z biegiem minut w mieście ma być tylko gorzej (nawet jeśli teraz nie pada).
Dlaczego podgrzewana murawa nie stopiła śniegu?
To często powtarzany mit – skoro murawa jest podgrzewana, no to powinna bez problemu topić śnieg. Ale to przecież bzdura – gdyby ją „podkręcić” na tyle, że radziłaby sobie ze śniegiem, to przecież jednocześnie paliłaby trawę. Naprawdę, to nie jest jakiś grill, który i stopi śnieg, i upiecze kiełbaskę. Lata mijają, takie sytuacja się powtarzają, a ludzie wciąż wierzą w ten system jak w kaloryfer. To tak nie działa i tyle.
Co ze słowami Rafała Góraka, który powiedział: „Można było zrobić dużo więcej, żeby grać”?
W zasadzie odpowiedzi zawierają się też w poprzednich punktach. Rzecznik Jagiellonii, zapytany nas o to zdanie trenera drużyny przeciwnej, nie chciał się do niego bezpośrednio odnosić, ale zauważył, że trener Górak był obecny na spotkaniu z sędzią i nie powinien być zaskoczony taką, a nie inną decyzją oraz jej powodami.
Chyba trzeba sporo złej wiary, by wierzyć, że dało się to spotkanie uratować. Człowiek regularnie przegrywa z naturą, po prostu przegrał i tym razem. Jakieś wątpliwości może budzić decyzja o braku odśnieżania samej płyty, a nie tylko linii, niemniej skoro i tak ma padać coraz bardziej i bardziej… Niewiele by to dało.
Najbardziej szkoda kibiców – szczególnie tych z Katowic, którzy przecież do Białegostoku najbliżej nie mieli.
GKS Katowice nagrodził kibiców, którzy byli w Białymstoku
Niedzielny mecz GKS-u Katowice na stadionie Jagiellonii Białystok nie doszedł do skutku. Spadł śnieg, gospodarze ewidentnie nie zrobili wszystkiego, żeby przynajmniej spróbować zagrać i sędzia zdecydował, że spotkanie się nie odbędzie. Najbardziej pokrzywdzeni byli kibice GieKSy, którzy w liczbie przekraczającej tysiąc wybrali się na drugi koniec Polski.
Trener Rafał Górak przed kamerami Canal+ Sport wyraźnie sprawiał wrażenie kogoś, kto wolałby ten mecz rozegrać. Jako jeden z argumentów podawał właśnie sympatyków jego drużyny, którzy poświęcili cały weekend, żeby dotrzeć na Podlasie, a w praktyce zaliczyli pusty przelot.
GKS Katowice nagradza kibiców, którzy pojechali na przełożony mecz do Białegostoku
Klub jednak docenił poświęcenie kibiców. W oficjalnym komunikacie obwieścił, że wszyscy, którzy wybrali się do Białegostoku otrzymają darmowe bilety na najbliższy mecz Pucharu Polski. 4 grudnia GKS zmierzy się u siebie właśnie z Jagiellonią.
Prosty gest, a wiele znaczący, czemu w komentarzach dali wyraz sami kibice. Również tak można wzmocnić tożsamość z klubem.
SIATKÓWKA
siatka.org – Zacięta walka o PlusLigę. Czołówka goni GKS Katowice
W przedostatni weekend listopada dobiegła końca 11. kolejka, która rozgrywana była od czwartku. W sobotę każdy z faworytów wyszedł obronną ręką i bez straty punktowej. Wciąż na szczycie utrzymują się niepokonani katowiczanie.
[…] Nie ma mocnych na GKS Katowice, którzy od startu sezonu, czyli jedenastu kolejek pozostają niepokonani. Tym razem podejmowała go Avia Świdnik. W poprzednim tygodniu ekipie z lubelskiego udało się przełamać Stal Nysę. Drugi spadkowicz PlusLigi jednak się nie dał.
Dużą przewagą katowiczan był blok. W tym elemencie zdobyli aż 11 punktów, tyle samo razy zanotowali też wybloki. Większą pewność mieli też w polu serwisowym. Pierwsze skrzypce grał Wojciech Włodarczyk, który razem z Gonzalo Quirogą stworzył po raz kolejny duet nie do zdarcia. Tak naprawdę świdniczanie mieli szansę na przełamanie tylko w drugiej partii, choć i tak kontrolę mieli cały czas gracze GKS-u.
PZL LEONARDO Avia Świdnik – GKS Katowice 0:3 (17:25, 22:25, 15:25)
MVP: Wojciech Włodarczyk
HOKEJ
hokej.net – Ostre strzelanie i bokserskie starcia. GKS Katowice wygrał po atrakcyjnym widowisku
To nie był mecz dla ludzi o słabych nerwach. W spotkaniu, które miało pozwolić JKH GKS Jastrzębie zrównać się punktami z liderem tabeli, górą okazali się goście z Katowic. Kibice zobaczyli aż dziewięć bramek, gole w osłabieniach, bójki i twardą walkę do ostatnich sekund. GKS Katowice wygrywa 6:3 i pnie się w górę tabeli.
Stawka niedzielnego spotkania była wysoka. Jastrzębianie walczyli o fotel współlidera Ekstraligi, natomiast katowicka GieKSa szukała punktów, by wskoczyć do czołowej czwórki. Do składu gospodarzy wrócili kluczowi zawodnicy, co zapowiadało wyrównane widowisko, jednak początek należał do przyjezdnych.
Mecz rozpoczął się nerwowo z obu stron, ale optyczną przewagę szybko zyskali goście. Katowiczanie częściej gościli w tercji obronnej JKH, a ich starania przyniosły efekt w 12. minucie, choć wydatnie pomógł im w tym bramkarz gospodarzy. Karolus Kaarlehto podjął ryzykowną decyzję o wyjściu z bramki, by wybić krążek, ale zrobił to niedokładnie. Błąd bezlitośnie wykorzystał Joona Monto, otwierając wynik spotkania. Końcówka pierwszej tercji przyniosła ogromne emocje, nie tylko te sportowe. Najpierw doszło do bokserskiego starcia między Maciejem Urbanowiczem a Travisem Vervedą, za co posypały się kary. Gdy wydawało się, że Katowice zejdą do szatni z prowadzeniem, grając w przewadze liczebnej, gospodarze zadali niespodziewany cios. Na dwie sekundy przed syreną, Jakub Ślusarczyk wykorzystał świetne podanie Szymona Kiełbickiego i bierność obrony gości, wyrównując na 1:1 w osłabieniu!
Druga odsłona to prawdziwa wymiana ciosów, z której zwycięsko wyszli goście. Już w 21. minucie, wciąż grając w przewadze, Aleksi Varttinen huknął z dystansu, a zasłonięty Kaarlehto musiał skapitulować. Chwilę później było już 1:3 – w sytuacji sam na sam zimną krew zachował Ian McNulty. Jastrzębianie próbowali wrócić do gry. Nadzieję w serca kibiców wlał w 32. minucie Fredrik Forsberg, wykorzystując grę w przewadze potężnym strzałem pod poprzeczkę. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Najpierw Grzegorz Pasiut przywrócił dwubramkowe prowadzenie gości, a kluczowy moment nastąpił w 38. minucie. Grający w osłabieniu Juho Koivusaari przeprowadził fenomenalną indywidualną akcję, mijając obrońców i bramkarza, podwyższając wynik na 2:5. To trafienie w osłabieniu wyraźnie podcięło skrzydła gospodarzom.
W trzeciej tercji JKH rzuciło się do odrabiania strat. Sygnał do ataku dał kapitan Maciej Urbanowicz, który w 46. minucie wykorzystał okres gry w podwójnej przewadze (5 na 3), zmniejszając dystans do 3:5. Gospodarze naciskali, a trener Rafał Bernacki zdecydował się na bardzo odważny manewr, ściągając bramkarza już w 57. minucie. Jastrzębianie zamknęli rywali w zamku, ale nie zdołali pokonać Eliassona. Kropkę nad „i” postawił Stephen Anderson, który na półtorej minuty przed końcem skierował krążek do pustej bramki, ustalając wynik na 3:6. Zwycięstwo w Karwinie to cenna zdobycz dla GKS-u Katowice, który potwierdził swoje aspiracje do czołowych lokat. JKH GKS, mimo ambitnej walki, musi obejść się smakiem i odłożyć plany o pozycji lidera na później.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Najnowsze komentarze