Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: 17-latek bohaterem GieKSy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziesięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Drużyna kobiet w ramach 1/16 Pucharu Polski pokonała Rekord Bielsko-Biała 2:0 (0:0). Jutro (19.11) o 16:00 na Bukowej 1 rozegra zaległe spotkanie z 5. kolejki rozgrywek z Pogonią Dekpol Tczew. Piłkarze najbliższe mecz rozegrają w niedzielę (23.11) o 12:15 w Białymstoku z Jagiellonią.

Siatkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali jedno spotkanie, w którym pokonali BKS Bydgoszcz 3:1. Następne mecz zagramy 22 listopada (sobota) o 17:00 na wyjeździe z PZL Leonardo Avia Świdnik.

W piątek hokeiści pokonali Polonię Bytom 4:2. Z kolei w niedzielę zespół przegrał z GKS-em Tychy 1:7. Następny mecz drużyna rozegra w niedzielę (23.11) o 16:00 na wyjeździe z JKH GKS-em Jastrzębie.

PIŁKA NOŻNA

bts.rekord.com.pl – GKS Katowice – Rekord Bielsko-Biała 2:0 (0:0)

Koniec pucharowej przygody.

„Rekordzistki” świetnie zaczęły spotkanie stwarzając sobie kilka dogodnych sytuacji. Prym w ataku wiodły Katarzyna Jaszek z Oliwią Zgodą. Już w 3. minucie K. Jaszek zmusiła do wysiłku Oliwię Macałę. Ta akcja zapoczątkowała serię trzech rzutów rożnych, po których bliska zdobycia bramki była Agnieszka Glinka. Kilka minut później w podobnej sytuacji piłkę nad poprzeczką przeniosła Abigail Sowa. W 26. minucie świetną interwencją popisała się Kinga Ptaszek, parując piłkę po strzale z bliskiej odległości jednej z napastniczek Katowic. Bielszczanki jeszcze kilkukrotnie wyprowadziły szybki atak, jednak defensywa katowiczanek była szczelna.

Druga połowa należała już do gospodyń, które szybko chciały osiągnąć przewagę. Udało się im to w 52. minucie za sprawą Nikoli Brzęczek, która wygrała walkę w powietrzu i nie miała problemu ze zdobyciem bramki. Kilka minut później, dwukrotnie interweniowały K. Ptaszek z Nicole Jendrzejczyk chroniąc bielszczanki przed utratą kolejnych bramek. W 68. minucie A. Glinka wybiła piłkę z linii bramkowej. W 74. minucie mecz zamknęła Dżesika Jaszek, która wykorzystała szereg błędów „rekordzistek”.

Pomeczowa opinia trenera – Mateusz Żebrowski: – Uważam, że zaprezentowaliśmy się solidnie, jednak dwa proste błędy sprawiły, że odpadamy z Pucharu Polski. Najbardziej żałujemy pierwszej części spotkania, w której stworzyliśmy co najmniej trzy dogodne sytuacje bramkowe. Chociaż jedna z nich powinna zakończyć się golem. Mecz uciekł nam spod kontroli po stracie bramki.

SIATKÓWKA

siatka.org – To nie był weekend faworytów. Stal Nysa musi liczyć od nowa

[…] GKS Katowice i 10/10

Wciąż niepokonani pozostają siatkarze GKS-u Katowice, którzy w okrągłej serii gier mieli godnego przeciwnika po drugiej stronie siatki. BKS Bydgoszcz miał chrapkę na cenne punkty, ale tylko w dwóch pierwszych odsłonach miał swoje szanse. Goście świetnie prezentowali się wtedy w ataku, błyszczeli Jakub Kraut i Łukasz Szarek. GKS radził sobie dobrze, ale potrzebował czasu by wejść na swój najlepszy poziom. Po przegranym secie do 20 nadszedł moment przełamania. Gospodarze z każdym kolejnym setem dokładali swoje kolejne argumenty. Sporo dała im praca na siatce, a w czwartej odsłonie całkowicie zdominowali pole serwisowe, posyłając aż pięć asów. Po raz kolejny liderem był Michał Superlak, który razem z Gonzalo Quirogą stworzyli duet nie do pokonania.

GKS Katowice – BKS Bydgoszcz 3:1 (20:25, 27:25, 25:15, 25:17)

MVP: Gonzalo Quiroga

wkatowicach.eu – Kabaret Smile na meczu GieKSy z apelem: Chodźcie na siatkę do Katowic

W sobotę, 15 listopada, w meczu 10. kolejki PLS 1. Ligi GKS Katowice podejmował w hali Areny Katowice BKS Bydgoszcz. Dla zespołu trenera Emila Siewiorka była to kolejna szansa na utrzymanie zwycięskiej passy, która trwa od rozpoczęcia ligowych rozgrywek. Była motywacja na boisku i uśmiech na trybunach. I to dosłownie, bo zasiedli na nich członkowie kabaretu Smile.

Michał Kincel, Paweł Szwajgier i Andrzej Mierzejwski, czyli trio z kabaretu Smile, odwiedzili Arenę Katowice przy okazji meczu GKS Katowice-BKS Bydgoszcz. Dokładnie byli przy Nowej Bukowej, by obserwować swojego przyjaciela Wojciecha Włodarczyka, który w czerwcu 2025 dołączył do składu GieKSy.

Gościnne występy. Brawo GKS! Pięknie się oglądało. Dziękujemy za miłe przyjęcie. Chodźcie na siatkę do Katowic. Warto a i strefa dla dzieciaków jest jakby co – napisali w mediach społecznościowych.

Krótki filmik z wizyty Kaberetu Smile na Arenie Katowice możecie zobaczyć na ich Facebooku.

HOKEJ

hokej.net – 17-latek bohaterem GieKSy! Debiutancki gol pomógł rozstrzygnąć derby

BS Polonia Bytom musiała uznać wyższość GKS-u Katowice w 19. kolejce TAURON Hokej Ligi, przegrywając 2:4. Choć goście z Bytomia przez większość spotkania dzielnie gonili wynik, to ostatecznie musieli uznać wyższość wicemistrzów Polski. Na ustach katowickich kibiców znalazł się natomiast 17-letni Michał Kosmęda, który debiutanckim trafieniem w THL walnie przyczynił się do zwycięstwa swojego zespołu.

Piątkowe spotkanie w katowickiej „Satelicie” stało pod znakiem mocnych debiutów. Po 579 dniach i półtora rocznym pobycie w Tychach koszulkę GKS-u Katowice ponownie założył Joona Monto. Z kolei bytomscy kibice w końcu doczekali się występu Pawło Padakina. W pierwszych minutach dłużej w posiadaniu krążka utrzymywali się goście. Gdy w 3. minucie do boksu kar został skierowany rozgrywający swój 301 mecz w barwach GKS-u Katowice Mateusz Michalski, wydawało się, że mający w perspektywie dwuminutową przewagę bytomianie wrzucą wyższy bieg. Ofensywne zapędy przyjezdnych ograniczyły się jednak tylko do strzału z niebieskiej linii Dmitrija Załamaja. Wicemistrzowie Polski, choć nieco ospale wchodzili na pełne obroty, to jednak otwarcie wyniku padło ich łupem. W 14. minucie Bartosz Fraszko pomknął prawym skrzydłem. Przed bramką „Frachol” dostrzegł Patryka Wronki, który precyzyjnym wykończeniem pokonał przesuwającego się za ruchem krążka Djaczenkę. 53 sekundy przed końcem premierowej odsłony prowadzenie swojego zespołu podwyższył Jonasz Hofman.

Ekipie trenera Gusowa impuls do ataku nadał Michał Zając. 24-letni napastnik wykorzystując swoją dynamikę, namieszał w szykach obronnych GKS-u, po czym zdecydował się oddać strzał na bramkę. Krążek zdołał strącić Radosław Sawicki, czym zaskoczył interweniującego Michała Kielera. Kontaktowa bramka ożywiła wydarzenia na lodzie i sprawiła, że obie ekipy złapały wiatr w żagle w ofensywie. W 31. minucie na odbity od bytomskiego obrońcy krążek dobił Michał Kosmęda. Przytomne zachowanie pod bramką rywala przyniosło 17-letniemu napastnikowi premierowe trafienie na taflach TAURON Hokej Ligi. Jak u schyłku pierwszej tak i na 53 sekundy przed końcem drugiej tercji padła bramka. Z tą różnicą, że tym razem dla gości. Ponowny kontakt z GieKSą, Polonia złapała za sprawą trafienia Dmitrija Załamaja.

Na trzecią tercję goście wyjechali z wyraźną chęcią zdobycia wyrównującej bramki. Na lodowej tafli zabrakło bytomianom jednak pomysłu na zaskoczenie dobrze wywiązującej się ze swoich zadań katowickiej defensywy. W ostatniej minucie trener Gusow postawił wszystko na jedną kartę, wycofując Bohdana Djaczenkę. Ryzykowny manewr nie przyniósł jednak efektu bramkowego, a strzałem do pustej bramki wynik spotkania ustanowił Bartosz Fraszko.

Mistrzowie kontratakują! GieKSa rozbita w Tychach

Derbowe pojedynki pomiędzy GKS-em Tychy a GKS-em Katowice zwykły dostarczać wielu emocji i przebiegać w stylu twardej walki o każdy krążek. Choć walki nie zabrakło, to przebieg, a w szczególności wynik spotkania może być zaskakujący nawet dla najbardziej wytrawnych kibiców. Ku uciesze licznie zebranych na Stadionie Zimowym miejscowych kibiców, GKS Tychy pokonał katowicką GieKSę 7:1.

Początek spotkania przebiegał w stylu, jaki nikogo przy de Gaulle’a nie dziwił. Kwestia posiadania krążka rozstrzygała się na bandach i w środkowej tercji. Kolejne minuty zdradzały jednak, że więcej pomysłu na zaskoczenie defensywy rywala przejawiają gospodarze. Mistrzowie Polski przy pomocy szybkich podań zdołali zrywać się spod opieki katowickich defensorów i wypracować sobie nieco przestrzeni do oddania groźnych strzałów. Choć akcje zazębiały się w coraz szybszym tempie, to samo wykończenie akcji, należało raczej do gatunków tych, które nie mogły zaskoczyć Jespera Eliassona. Przełamanie nastąpiło w 7. minucie, gdy szybką akcję swojego zespołu wykończył osobiście kapitan tyszan, Filip Komorski. Jeśli stracona bramka podrażniła ambicje zespołu Jacka Płachty, to nie zdołali oni swej sportowej złości zamienić na pomysł na obronę rywala. Obecność katowiczan w tyskiej tercji nie przekładała się na bezpośrednie zagrożenia bramce Fučíka.

Warunki gry wraz z początkiem drugiej tercji narzucone były przez dwuminutowe wykluczenie Ludegarda. Gospodarze skrzętnie skorzystali z tego prezentu i okres gry w przewadze na bramkę zamienił Alan Łyszczarczyk. 55 sekund później zegar na Stadionie Zimowym w Tychach wskazywał już 3:0, gdy kolejny cios zadał Mark Viitanen. Choć za żadną ze straconych bramek ciężko jednoznacznie winić Jespera Eliasona, po trzecim golu szwedzkiego golkipera decyzją trenera Płachty zastąpił Michał Kieler. Jednak i on nie zdołał zbyt długo zachować czystego konta. Sposób na pokonanie reprezentacyjnego bramkarza znalazł już w 28. minucie Rafał Drabik, który z najbliższej odległości wepchnął gumę do siatki. Choć Panowie nie szczędzili sobie twardej gry, następstwem czego były obustronne wykluczenia, to jednak wysokie prowadzenie tyszan nie było w żaden sposób zagrożone. Na 4 sekundy przed końcem drugiej odsłony wynik podwyższył Mateusz Gościński, który zachował się najprzytomniej w okolicach katowickiej bramki.

W trzeciej odsłonie gospodarze zamierzali kontrolować wynik poprzez podkreślenie swojej dominacji. Efektem były trafienia po akcji „sam na sam” z 46. minuty Hanu Kuru oraz po mocnym strzale z dystansu w 48. minucie Viinikainena. Na osłodę gościom pozostała bramka Jonasza Hofmana, który wykorzystując precyzyjne podanie, silnym strzałem posłał gumę poza zasięgiem Fučíka, przekreślając szansę tyskiego golkipera na shutout.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga