Felietony
Takimi meczami robi się awans! Brawo piłkarze!
Jesteśmy już po ligowej inauguracji – GieKSa zremisowała na wyjeździe z liderem – Chojniczanką Chojnice. Po ponad 3-miesięcznej przerwie spodziewalibyśmy się spokojnego i stopniowego wprowadzania w piłkarskie emocje, a tymczasem już na sam początek dostaliśmy kawał futbolu, mecz pełen dramaturgii, zapierający dech od pierwszej do ostatniej minuty, kapitalne widowisko.
Trudno ten mecz jednoznacznie ocenić, opisać. Okoliczności były na tyle zmienne, że problemem jest określenie, czy z remisu należy się cieszyć czy być rozczarowanym.
W kontekście początku meczu i prowadzenia 2:0 oczywiście można czuć spory niedosyt. Katowiczanie grali po profesorsku, oprócz strzelonych goli mieli też kilka innych sytuacji, gospodarze natomiast nie potrafili złapać swojego rytmu. Można było odnieść wrażenie, że Chojniczanka to już wiosną może nie być to. W pewnym momencie to GKS był bliższy strzelenia trzeciej bramki niż gospodarze pierwszej.
Z drugiej strony, gdy gospodarze ów rytm złapali i zaczęli nacierać ze zdwojoną siłą, w sumie w jakiejś piłkarskiej furii, to piłkarze Jerzego Brzęczka znaleźli się w opałach. I nie trwało to 15-20 minut, ale praktycznie przez końcówkę pierwszej i całą drugą połowę. Dwukrotnie nie udało się uniknąć utraty bramki, ale mieliśmy też masę szczęścia, że piłkarze z Chojnic nie zdołali wyjść na prowadzenie. Ilość stałych fragmentów gry, które mieli, dodatkowo po prawie każdym kotłowało się pod naszą bramką, była tak znacząca, że ostatecznie po końcowym gwizdku mogliśmy odetchnąć z ulgą.
No właśnie – stałe fragmenty. Zdecydowanym mankamentem naszego zespołu było tak częste prokurowanie rzutów wolnych w niedalekiej odległości od pola karnego. Widząc, jak groźni są przeciwnicy w tym aspekcie, naprawdę trzeba było robić wszystko, byle tylko nie sfaulować. Oczywiście, że to jest piłka i czasem uniknąć się tego nie da, ale praktycznie co 3-4 minuty mieliśmy w tym temacie zagrożenie i na pewno przy większej koncentracji można było tego uniknąć.
Umówmy się – napisaliśmy, że Chojnice ruszyły z furią i to jest fakt, ale faktem też jest, że z akcji zbyt wielu okazji pod naszą bramką sobie nie stworzyli. 80 procent zagrożenia było właśnie po stałych fragmentach. Dlatego też być może można było odpuścić faul, a spróbować odebrać piłkę w inny sposób. Tak, wiem – łatwo się mówi, ale jest to temat, nad którym można popracować. Słabsze ekipy, które nie będą miały wielkich umiejętności, mogą na takie rzuty wolne polować – a czasem jeden taki gol może przesądzić o losach meczu.
Tak naprawdę to, że obraz gry się zmienił dość diametralnie pod koniec pierwszej połowy ma swoje dwa powody. Pierwszym jest jakieś osłabienie naszego środka pola – coś co funkcjonowało perfekcyjnie przez tyle minut, przestało funkcjonować. Bartłomiej Kalinkowski i Łukasz Zejdler rządzili środkiem boiska, ale w pewnym momencie te rządy oddali przeciwnikowi i nie potrafili się przeciwstawić. No ale z drugiej strony właśnie – ten przeciwnik to naprawdę bardzo dobry zespół, klasowa i poukładana drużyna. Można więc snuć wizję, że lider, który przegrał 1 na 19 meczów, będzie u siebie przez 90 minut stłamszony i nie będzie w stanie pisnąć słówka. Jednak bardziej prawdopodobne było to, że w pewnym momencie się obudzi i spróbuje grać swoje. Tak się stało i naprzeciw GieKSy od pewnego momentu stanął poważny rywal w walce do awansu i po prostu klasowy zespół. W tym kontekście, te mityczne od wczoraj „35 minut”, podczas których zdominowaliśmy lidera na jego terenie, należy uznać za wielki sukces i bardzo ważny, optymistyczny prognostyk na następne mecze.
Tak, to prawda, że GKS stosował przez długi czas obronę Częstochowy. Po rzutach wolnych rywali gubili się nasi obrońcy w polu karnym, momentami nie za bardzo wiedząc, co się dzieje. Ale znamy przykłady remontad z zagranicznej, ale też naszej piłki. Na czele z przykrą sytuacją z Sosnowca z poprzedniego sezonu. Więc tutaj z wszelkimi prawidłami piłki bardzo realne było to, że Chojnice ukłują nas znów i wygrają to spotkanie. Tymczasem nawet z tak beznadziejnej momentami sytuacji udało nam się wyjść obronną ręką i dociągnąć remis do końca, a dodatkowo stworzyć sobie w końcówce kilka sytuacji, po których my ostatecznie mogliśmy wygrać to spotkanie.
Jeśli chodzi o zawodników, to kilku pokazało się ze świetnej strony, niektórzy jednak zawiedli. Jak zwykle ostoją był Mateusz Abramowicz, który bronił świetnie i z dużym szczęściem. Ciężko było uniknąć utraty bramek, ale w kilku innych sytuacjach spisał się świetnie. Alanowi Czerwińskiemu musimy pamiętać sytuację z 90. minuty, kiedy na dużym przecież zmęczeniu poszedł na szybkości do przodu, z rywalem na plecach i nie dał sobie odebrać piłki, zostając ostatecznie sfaulowanym blisko pola karnego rywala. Bardzo dobrze zagrał Dawid Abramowicz, który od jesieni podniósł poziom swojej gry o półkę wyżej. Dodatkowo naprawdę robi patent z tych swoich autów, które są groźniejsze niż rzuty rożne. Mamy w pamięci najdłuższy chyba wyrzut z autu w historii – w pierwszej połowie był on tak mocny, że piłka spadała na ziemię gdzieś już poza dalszym słupkiem! No i zrobił bramkę na 2:0. Pochwalmy też debiutanta Kamila Jóźwiaka, który zapoczątkował świetną kontrę przy golu na 1:0, a swoją szybkością mógł zaimponować. Andreja Prokić – w końcu się przełamał, ale nie tylko o gola chodzi. Widać było, że ma pewność siebie, że to już inna jakość. Choć to wykończenie akcji bramkowej – miód, malina.
Kto zawiódł? Niestety ci, od których wymagamy najwięcej. Grzegorz Goncerz niestety przypominał tego Gonza z jesieni, niewidocznego, bezradnego, nieefektywnego. Trener zdjął kapitana po godzinie gry, a wprowadzony Mikołaj Lebedyński spisał się dużo lepiej. Więcej też obiecaliśmy sobie po Tomaszu Foszmańczyku, który swoim doświadczeniem powinien uspokoić grę w momentach naporu Chojniczanki. Ze strony Fosy niestety też to wyglądało dość słabo w starciu z liderem. Nie do końca zrozumiałe było wprowadzenie Damiana Garbacika na bok obrony – zawodnik spisał się dość kiepsko – nie wiemy, jakie były motywy zmiany Jóźwiaka, ale więcej na tej zmianie młodzieżowca straciliśmy niż zyskaliśmy. O Tomaszu Wisio na razie się nie wypowiadamy, nie był to zdecydowanie wybitny mecz, ale dajmy mu chwilę na wejście do zespołu i oceniać będziemy mogli po kilku spotkaniach. Najważniejsze, że bramki żadnej nie zawalił.
Dla postronnego obserwatora to musiało być świetne spotkanie. Sytuacja zmieniająca się – zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i sytuację boiskową, przewagę jednych bądź drugich, no i trzy kontrowersje związane z przekroczeniem linii bramkowej. Kibice to lubią, to wywołuje emocje, które przecież w piłce są ogromne. Tak jak napisane było wcześniej, na przystawkę ligi dostaliśmy danie główne. Porównując to spotkanie do na przykład piątkowego starcia Górnika z Tychami, można powiedzieć, że w Chojnicach była ekstraklasa, a przy Roosevelta trzecia liga. Tak bardzo różniły się te mecze poziomem piłkarskim i natężeniem emocji.
Malkontentów wśród kibiców GieKSy nie brakuje i nawet po takim meczu, jak wczorajszy, pojawi się jeden z drugim, który zespół zjedzie z góry do dołu, będzie się też doszukiwał pozasportowych aspektów decydujących o tym, że GKS tego meczu nie wygrał. Jakkolwiek nieraz się z piłkarzami nie zgadzamy, to mamy nadzieję, że oleją niektóre kretyńskie opinie i będą robić swoje.
Nie wszystkie mecze się wygrywa i każdej drużynie na świecie zdarza się stracić dwubramkową przewagę. Czasem to są najlepsze drużyny świata, a prowadząc 2:0 remisują 2:2 z ogórkami z ogona tabeli. Kilka lat temu Chelsea w FA Cup prowadziła z Bradford 2:0, a przegrała 2:4. U siebie. Z ekipą z ligi czy dwóch lig niżej.
Spotkanie w Chojnicach miało swoje zwroty akcji – można było wygrać, ale równie dobrze mogliśmy przegrać. Wynik 2:2 jest absolutnie sprawiedliwy dla obu stron. Dla nas najważniejsze powinno być to, że po wielu latach nieudanych inauguracji – pokazaliśmy klasę. Przypomnijmy sobie choćby starcie z Arką przy Bukowej sprzed roku. Nie mieliśmy nic do powiedzenia i w słabym stylu przegraliśmy 0:2.
Tym razem było inaczej – pokazaliśmy, że możemy tą ligą rządzić. GKS pokazał bardzo duży potencjał, być może nawet większy niż jesienią. Mecz, którego wszyscy się obawiali, okazał się bardzo trudny, ale taki, który można było wygrać. Nie jest winą naszego zespołu, że tak się nie stało. Nasi zawodnicy zrobili wszystko jak należy – i oby tak dalej. Kibice, którzy byli w Chojnicach widzieli to doskonale – była walka, był wysoki poziom i ostatecznie cenny rezultat. Nie pozostaje nic innego, jak czekać z niecierpliwością na piątkowy mecz ze Stomilem. Jeśli nasz zespół będzie grał swoje – powinien to spotkanie wygrać.
I jeszcze jedno zdanie na temat spotkania w Chojnicach. Remis 2:2 z liderem na wyjeździe? Takimi meczami robi się awans!
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Galeria Kibice Piłka nożna
Huczny jubileusz!
To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kibol
5 marca 2017 at 18:36
No to reasumując fajna gra ogólna na poziomie wicelidera z liderem ale OBRONA KATASTROFA KONDYCJA KATASTROFA i to wszystko !
Jooo
5 marca 2017 at 18:37
Wisio już czuję że to wielki niewypał ale dam mu szansę jeszcze jednego meczu ale i tak będzie drewnem
PAKEr
5 marca 2017 at 19:01
spokojnie, to inauguracja rundy, którą rok w rok przegrywaliśmy-tym razem było inaczej. trzeba wierzyć, że wnioski zostaną wyciągnięte i w następnym meczu piłkarze będą lepiej przygotowani kondycyjnie.
tomek
5 marca 2017 at 20:32
Niestety zespol sprawia wrazenie jakby nie mial sil. Czyzby zle przygotowanie kondycyjne
fan -club Dortmund
5 marca 2017 at 21:23
ze stomilem tylko wygrana…nie mozna liczyc ze inni beda sie potykac ,a tam do 8 miejsca jest gesto jak cholera…2 wpadki i moze byc po awansie…
Irishman
6 marca 2017 at 04:12
Kapitalne widowisko????? Na pewno były kapitalne emocje ale sam poziom gry w naszym wykonaniu, choćby w stosunku do tego jak potrafiliśmy uporządkować grę na jesieni i dominować rywali (dla przykładu choćby w Bielsku) zdecydowanie na minus. Na szczęście to dopiero pierwszy mecz i tym bardziej dlatego trzeba docenić punkt przywieziony z trudnego terenu. ALE GRĘ TRZEBA ZDECYDOWANIE POPRAWIĆ JEŚLI CHCEMY AWANSOWAĆ!
Larry
6 marca 2017 at 12:19
Ja się cieszę że z Chojniczanka mamy lepszy bilans bezpośrednich spotkań
bce
6 marca 2017 at 14:09
Chłopy dajcie Wisio szanse 2-3 mecze i będzie dobrze. Muller jakoś w Bayernie nie gra po profesorsku jak kiedys i nikt go nie skresla. Jóźwiak ogien w nogach.
Lebek teraz od początku powinien wyjść a Gonzo ława.
Budziłek dobry bramkarz. Nowaka sie pozbyć i Budziłka z powrotem na Bukową. Mamy wtedy duet najlepszych bramkarzy.