Felietony
Post scriptum do meczu z Rakowem
Mecz z Rakowem już za nami. Katowiczanom udało się zrewanżować za jesienną (letnią) niezasłużoną porażkę i wygrać przy Limanowskiego. Tym post scriptum zamykamy temat spotkania z Medalikami. W niedzielę czeka nas kolejny ważny pojedynek, czyli derbowe starcie z Piastem Gliwice.
1. Runda wiosenna wyjazdowo będzie dość trudna, bo czeka nas sporo wyjazdowych delegacji. W obliczu choćby następnych – do Lublina i Białegostoku w ciągu tygodnia – wycieczka do Częstochowy jawiła się jako błyskawiczna. I taka w istocie też była, zarówno tam i z powrotem przemieściliśmy się w ekspresowym tempie.
2. To pozwoliło nam też na dość późny wyjazd, bo z Katowic ruszyliśmy o 14:30. Dosłownie po niecałej godzinie byliśmy na miejscu. Pogoda była piękna, słoneczna, choć jak wiemy – jeśli zimą jest słońce, to bywa mroźno. I tak też było podczas samego spotkania.
3. Stadion znajduje się w takiej nieekskluzywnej okolicy, raczej przypominał nam te obiekty i okolice, które świetnie znamy z pierwszo- i drugoligowych potyczek. Gdzieś między domkami, niedaleko jakiegoś niewielkiego osiedla wyłania się stadion Mistrza Polski sprzed dwóch lat. Zanim do niego dojechaliśmy, musieliśmy przepuścić tramwaj, który niczym pociąg przecinał drogę.
4. Niektórzy kpią sobie ze stadionu Rakowa, że jest praktycznie położony na pętli tramwajowej. Kpić nie ma co, bo taki Stadion Śląski również jest obok pętli. Natomiast fakt jest faktem i zabawnie wyglądał tramwaj, który przejeżdżał praktycznie tuż za trybuną, niczym ten pociąg – chyba w Czechach – który przejeżdża przez stadion.
5. My zaparkowaliśmy w jakiejś uliczce tuż obok obiektu i udaliśmy się po odbiór akredytacji. Wszystko przebiegło bez problemu. Klub przyznał nam cztery akredytacje, czyli tyle, ile potrzebowaliśmy – byliśmy w składzie Patryk i ja na prasówce, Magda i Werka na foto. Dziękujemy!
6. Mając niemal dwie godziny do meczu, udaliśmy się pod namiot do strefy cateringowej VIP. No cóż, uznaliśmy, że jeśli coś nie jest zabronione, to jest dozwolone. Nie nadużyliśmy tej strefy VIP aż za bardzo, uznajmy, że poczęstowanie się żurkiem (pychotka) i herbatą/kawą na dwie godziny przed meczem jest uzasadnione ze względu na temperaturę i konieczność zarówno ogrzania się, jak i uzupełnienia energii, by móc pracować przy meczu 😉
7. Mimo, że stadion nie posiada wybitnej infrastruktury, to te takie okrągłe niby-namioty, co czasem w nich są normalne knajpy, tutaj dawały radę. W środku jest ciepło (są ogrzewacze), a samo jedzenie, w bemarach, też prezentowało się bardzo dobrze – zarówno na ciepło, jakieś kiełbaski, karczki, wspomniany żurek, można sobie było też złożyć hamburgera, jak i zimna płyta. Bardzo w porządku.
8. Po posileniu udaliśmy się już na sektor prasowy. Bardzo dobre oznaczenia powodowały, że nie było możliwości się zgubić. Szybko byliśmy na miejscu. Nadal mieliśmy ponad godzinę do meczu, byliśmy tak wcześnie, że jeszcze przez rozgrzewką widzieliśmy trenerów prowadzonych przez Cezarego Olbrychta do wywiadu w Canal Plus.
9. Rany, rozstrzał moich obecności na stadionie Rakowa jest znaczny. Byłem tu po raz trzeci – w 2007 w trzeciej (0:0) oraz w 2018 w pierwszej lidze (0:2). Po tym pierwszym spotkaniu przeprowadziłem wywiad z Jakubem Błaszczykowskim, który rozgrywał ostatni sezon w Wiśle Kraków przed swoimi europejskimi wojażami z ośmioletnią przygodą w Borussii Dortmund.
10. W 2017 roku, gdy trenerem Rakowa był Marek Papszun, a GieKSa wygrała w Częstochowie 3:1, nie byłem na meczu, gdyż bawiłem… w Zakopanem na wakacjach.
11. Ogólnie o ile bardzo dobrze pamiętałem tę przestrzeń w pobliżu budynku klubowego, to samych trybun już nie bardzo. Jednak co regularna obecność, to regularna obecność. Musiałem sobie odświeżyć pamięć.
12. Wyszło… tak średnio. Trochę się nie dziwię, że Raków nie mógł grać u siebie w pucharach, więc musiał korzystać ze stadionów w Bielsku i Sosnowcu. Choć w zeszłym sezonie rundy eliminacyjne odbywały się przy Limanowskiego, ale już Kopenhaga, Atalanta czy Sporting musiały zostać przyjęte na innym stadionie.
13. Obiekt, choć estetycznie prezentuje się ładnie, cały czas jest niewielkim stadionem w ultrastarym stylu. Niskie trybuny, zwłaszcza ta gówna, na której siedzieliśmy. Podłoga metalowa, jak na prowizorycznych przenośnych trybunach, z tymi dziurkami. Swoją drogą od tego metalu szło takie zimno, że najbardziej odczuwały to stopy. Na vipach przynajmniej mieli kocyki, a i Kacper Janoszka, dziennikarz jeżdżący za GieKSą wycwanił się i też miał swój kocyk.
14. Przewodniczący Rady Nadzorczej Rakowa, niegdyś m.in. prezes GKS Katowice Wojciech Cygan w wywiadzie w Canal Plus przed meczem mówił, że czeka na ruch prezydenta Częstochowy w sprawie stadionu. Chyba wszyscy zdają sobie sprawę, że lepszy obiekt jest w tym mieście potrzebny, bo obecny w żadnym stopniu nie koreluje z jakością drużyny, która przecież wpisała się spektakularnie do absolutnej czołówki ligi.
15. Sektor prasowy jest ciasny. O ile latem pewnie jeszcze jakoś ujdzie, to zimą zmieścić się na swoim stanowisku w grubej zimowej kurtce, przy tych rozkładanych, studenckich stolikach, jest dość ciężko. Dodatkowo te stoliki, malutkie, że ciężko się rozłożyć i trzeba się gimnastykować. Gdy już osiągnie się pożądaną pozycję, lepiej – dla swojego dobra – pozostać w bezruchu, by przypadkiem nie strącić laptopa na ziemię. Na plus, miękka wkładka na krzesełkach, co powodowało, że choć gdy się usiadło, to w dupsko było zimno, ale gdyby nie to – byłoby jeszcze zimniej.
16. Mając tyle czasu do meczu, puściłem jeszcze Radomiak – Śląsk, który oglądałem w dużej części w drodze do Częstochowy. Radomianie strzelili gola w czasie doliczonym, czym załamali Śląsk, który już półtorej nogi ma w pierwszej lidze. Niesamowity upadek sportowy. A przecież w ostatniej kolejce sezonu zespół nadal walczył o mistrzostwo i w meczu na wodzie wygrał właśnie na tym obiekcie.
17. Przed meczem został uhonorowany Bartosz Nowak, za swój wkład w sukcesy Rakowa. Bardzo miły gest ze strony klubu. Zawodnik chciał się przypomnieć częstochowskiej publiczności, dlatego strzelił gola z rzutu wolnego przepięknym strzałem z połowy boiska. Niestety sędzia tej bramki nie zaliczył. Szkoda, mógł być gol sezonu. Tak samo szkoda, że Sebastian Milewski nie wykorzystał sytuacji sam na sam, bo asysta Bartka byłaby tej samej wysokiej klasy, co w meczu ze Stalą Mielec.
18. Swój honor dostał też Fran Tudor, którego Marek Papszun nazwał „legendą klubu”, a który rozegrał w Rakowie 200 meczów. To prawda, być może Fran to najważniejsza postać piłkarska na przestrzeni tych ostatnich, naznaczonych sukcesami, lat.
19. Różne kluby na początek meczu mają swój odgłos, który leci z głośników z pierwszym gwizdkiem. Pogoń Szczecin ma swój tyfon, Raków dźwięk chyba stukających się medalików. Przynajmniej tak to brzmi.
20. Co to był za mecz! Emocje były naprawdę wielkie. Najpierw Sebastian Bergier strzelił jedną z najbardziej nietypowych bramek, jakie widziałem. Żeby sobie podprowadzić piłkę jeszcze z linii końcowej, wypuścić ją de facto za daleko, bo przecież obrońca Rakowa powinien tysiąc razy do niej dobiec, i posłać takiego szczura w mysią dziurę. Sebastian zrobił to jak rasowy golfista.
21. W przerwie było już tak zimno, że musiałem odstawiać tańce połamańce. Nie dało się inaczej wystać, bo piłkarze nie rozgrzewali między połowami.
22. Jaga miała swojego Halitiego, my w tym meczu mieliśmy Dawida Kudłę, który popełnił błąd przy wyprowadzaniu piłki. To pierwszy tak poważny błąd naszego golkipera, więc nie ma co tutaj robić jakiejś afery. Faktem jest, że taka gra niesie za sobą ryzyko, bo musi być zbliżona do perfekcji. Ivi Lopez wykorzystał sytuację.
23. Ten Ivi to jednak antypatyczny typ. Skakał do Arkadiusza Jędrycha po niestrzelonym karnym, niczym ten Czech do Ruuda van Nistelrooya kiedyś. Szkoda, że Arek po meczu nie podszedł do Iviego w geście triumfu, tak jak słynny Holender, który w tamtym meczu ostatecznie strzelił gola. No ale samym zwycięstwem GKS utarł przeciwnikowi nosa. Sytuację uchwycił Tomek Błaszczyk z oficjalnej strony.
24. Arkadiusz Jędrych co jakiś czas nie wykorzystuje rzutu karnego, choć dawno mu się to nie zdarzyło. Ten element mimo wszystko jest do poprawy, bo choć wiele bramek z jedenastek też strzelił, to proporcje mogłyby być bardziej na plus. Ale piłkarz i tak strzela mnóstwo goli, więc może się zdarzyć pudło z jedenastki. Trzeba też przyznać, że strzał nie był najgorszy, ale Trelowski świetnie obronił.
25. Wierzyliśmy, że mimo tej jedenastki, GieKSa będzie dalej parła do przodu, bo przecież grała świetny mecz. I to, że po naporze Rakowa i tym karnym, katowiczanie się nie podłamali, świadczy tylko o jakości tej drużyny. Radość, którą sprawił nam Mateusz Kowalczyk strzelając tego gola była ogromna.
26. Na ostatni kwadrans wszedł na boisko Leonardo Rocha, który po raz trzeci zagrał z GKS w tym sezonie. Jakże dał nam się we znaki na inaugurację na Bukowej, kiedy ustrzelił dublet, gdy pogubiona GieKSa jeszcze nie wiedziała, jak się w tej lidze gra. Ten stan trwał tylko jedną połowę. A Rocha pokarał nas jeszcze w Radomiu. Swoistego hat-tricka nie ustrzelił.
27. Na szczęście na boisku nie pojawił się Michael Ameyaw. Ten też nam strzelił pięknego gola, jeszcze w barwach Piasta. Na szczęście też Piast już go nie ma.
28. Co do Rochy, to miło się zrobiło, jak za mną jacyś lokalni dziennikarze mówili, że „na GieKSa.pl pisali, że Rocha może jako pierwszy w historii strzelić w trzech meczach z jednym rywalem”. Co prawda aż tak nie pisałem, bo nie wiem czy pierwszy, do tego były sezony, w którym kluby grały ze sobą nawet trzy czy cztery razy, ale w systemie dwurundowym – kto wie. Ale i tak było to miłe 🙂
29. Na konferencji padło sporo pytań do Rafała Góraka, podobnie jak tydzień temu to Janusza Niedźwiedzia na Bukowej. Może to trenerom gości zadaje się teraz więcej pytań? Marek Papszun natomiast nieco zasępiony narzekał na rotacje w linii obrony, uniemożliwiające stabilizację tej formacji.
30. Mixed Zona tym razem, w związku z samą infrastrukturą stadiony, była szeroka i umowna. Dostęp do piłkarzy był łatwiejszy niż na dużych obiektach typu Lech i Legia, gdzie jest to bardzo mocno wydzielone. Trochę stary vibe stadionów, po których jeździliśmy w dawnych latach.
31. Po konferencji zebraliśmy się bardzo szybko i znów momentalnie byliśmy w Katowicach. W radosnych nastrojach, bo GieKSa odniosła naprawdę spektakularne zwycięstwo.
32. Katowiczanie tym samym wyprzedzili Motor Lublin i na ten moment jesteśmy najlepszym beniaminkiem. Kiedyś były takie turnieje beniaminków w Mławie i tam awansujące ekipy mogły udowodnić swoją wyższość. Tym razem pojedynek jest korespondencyjny, oczywiście oprócz bezpośredniego starcia, a to czeka nas już za dwie kolejki. Jesteśmy na ósmym miejscu i do czwartej Legii tracimy zaledwie cztery punkty.
33. Czekamy na mecz z Piastem!
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Galeria Kibice Piłka nożna
Huczny jubileusz!
To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

























Najnowsze komentarze