Felietony
Gorzkie słowo na niedzielę, czyli o pielęgnacji tego, co złe
Jedna trzecia ligowego sezonu za nami. Za nami również maraton meczów przy Bukowej. W związku z ich nagromadzeniem, chwilowo wstrzymaliśmy się z felietonami, bo działo się na tyle dużo, że po prostu nie było nawet sensownego czasu i miejsca, żeby taki tekst gdzieś wcisnąć. Teraz mamy chwilę oddechu i chyba nadchodzi czas pierwszych gruntownych podsumowań tego, co się wydarzyło. A wydarzyło się naprawdę sporo. Niestety z wielką niekorzyścią dla nas wszystkich.
Oczywiście źle było już przed wspomnianym maratonem. GieKSa w Głogowie poniosła czwartą porażkę z rzędu i tak naprawdę z trenerem Paszulewiczem pożegnać się należało dużo wcześniej. Tak się nie stało, przystąpił jako pierwszy szkoleniowiec do meczu z Odrą Opole. Do meczu, który miał być początkiem wygrzebywania się z dołu tabeli. Trzy mecze ligowe u siebie z przeciętnymi przeciwnikami miało być ku temu okazją, choć wiele osób nie przypisywało nam kompletów punktów przed żadnych z tych meczów.
Po pierwszej połowie spotkania z Odrą wydawało się, że jest jakaś szansa. Niestety w ciągu czterech minut została ona zaprzepaszczona i GKS nie wygrał wygranego meczu. Potem mieliśmy kompletnie oddany bez walki i jakiegokolwiek pomysłu mecz z Puszczą okraszony pomeczowymi dyrdymałami trenera Dziółki, bo z Paszulewiczem pożegnano się po Odrze. Kolejny mecz i chwila tak potrzebnej euforii wlanej w kibicowskie serca – wygrana w karnych z Pogonią Szczecin, awans do kolejnej rundy i wylosowanie Jagiellonii Białystok. Euforia ta trwała krótko, bo na Bukową przyjechała najgorsza punktowo drużyna w tabeli, tracąca średnio dwa gole na mecz Nieciecza. I ta Nieciecza przełamała się – a jakże – w meczu z GKS Katowice.
Dwa punkty w trzech meczach u siebie. Bez zwycięstwa w siedmiu meczach ligowych. Bariera dziesięciu zdobytych punktów i bramek jest po dwunastu kolejkach nieosiągalna.
GieKSa notuje najgorszy start sezonu od czasu awansu z trzeciej ligi. Gdy dodamy do tego, że pierwsze pięć kolejek pod względem jakości całościowo było bardzo przyzwoite, a drużyna zmierzała w dobrym kierunku, daje to obraz tego, jak szybko wszystko zostało zniszczone – ale zniszczone tak, że na ten moment wygląda na nieodwracalne.
Zaczęło się niewinnie, gdy pojechaliśmy na stadion lidera z Częstochowy, a trener Paszulewicz dokonał kuriozalnych zmian w składzie. Potem to kuriozum powtarzał w kolejnych meczach. Odstawiał tych, którzy grali dobrze, niektórych odstawił zupełnie na boczny tor – przykład Rumina. Zawodnicy nie wiedzieli, co jest grane, pewnie patrzyli po sobie i zastanawiali się, czy przypadkiem trener ma wszystkie klepki na właściwym miejscu. Mówimy głównie o młodych zawodnikach, bo to oni zaliczali niezłe mecze, jak wspomniany Rumin, Tabiś czy Łyszczarz, by potem nie znajdować się w jedenastce i czasem w ogóle nie pojawiać się na boisku. Trener tłumaczył to pokrętnie kwestiami fizycznymi, ale na Boga – jeśli ktoś na początku sezonu nie jest w stanie zagrać trzech meczów w ciągu ośmiu dni, to po prostu niech zmieni dyscyplinę. Na przykład na szachy, bo nawet i rekreacyjny spacer mógłby być obciążeniem dla wyeksploatowanego organizmu. Trudno uwierzyć, że to było jedyną przyczyną.
Trener, który podobno słynął z tego, że stawia na młodzież, w GieKSie zdecydował się na forowanie piłkarskich staruszków. I naprawdę u młodych zawodników musiało się to w jakiś sposób odbić na motywacji, bo widząc, że zasługują na więcej szans – nie dostawali ich. A już występ na przykład trzech młodzieżowców naraz w składzie musiał przyprawiać Paszulewicza o dreszcze i chyba myślał, że jak to zrobi, to trafi do piekła. Inaczej bowiem tej awersji do młodzieży w Katowicach nie da się wytłumaczyć. Chociaż… chodzą słuchy, że trener wziął sobie przepis o młodzieżowcu w składzie i myślał, że przepis ten mówi o dokładnie JEDNYM takim zawodniku.
Psuło się od Rakowa, poprzez przegrane derby i wyjazdowe porażki (w samych końcówkach) w Chojnicach i Głogowie. Zespół nie potrafił utrzymać korzystnych wyników i po tragikomicznych błędach dawał sobie wydzierać resztki punktów. Zniechęceni młodzi oraz zblazowani nie-młodzi, na czele z „wielkimi” transferami typu Piesio, Lisowski czy Śpiączka, zawalali coraz to kolejne mecze. Zarówno w ofensywie, jak i defensywie, jak mawiał klasyk.
Cztery mecze na Bukowej pogłębiły cały marazm związany z tym sezonem. Ktoś powie, że przecież mecz z Pogonią był udany. Tak, ostatecznie GieKSa przeszła do kolejnej rundy, ostatecznie mieliśmy wspomnianą chwilę euforii. Wielu kibiców, a my w swoich artykułach pomeczowych także, staraliśmy się zrobić dobrą minę do złej gry. Bo awans jest jak najbardziej cenny, ale prawda jest taka, że ta Pogoń powinna była zlać nasz zespół pakując mu co najmniej pięć bramek. Tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu wręcz partactwu w oddawaniu strzałów przez rywali oraz fenomenalnej postawie Krzysztofa Barana, udało się naprawdę cudem awansować. To był taki jeden mecz na trzydzieści – patrząc na obraz gry – który mógł się zakończyć sukcesem. Pozostałe dwadzieścia dziewięć byśmy przegrali.
Więc o ile radość była jak najbardziej wskazana, to mówienie po tym meczu, że jest to dobry prognostyk na przyszłość było równie kuriozalne, jak wypowiedzi Paszulewicza oraz Dziółki (do czego jeszcze dojdziemy). Mecz z Pogonią pokazał, że w obronie mamy wesołe miasteczko i jedyne czym w kontekście defensywy nastroił – to pesymizmem.
Niektórzy teraz mówią, że letnia przebudowa to był błąd i teraz płacimy za to dużą cenę. Bzdura. To, że klub pozbył się większości darmozjadów boiskowych było decyzją bardzo dobrą i potrzebną. Proszę sobie przypomnieć co przeżywaliśmy wiosną teraz i rok temu. Argument, że może i nieudanie, ale GieKSa walczyła o awans? Serio walczyła? Naprawdę?
Okej, nie mamy już w ekipie większości pozorantów. Wielu z nich o rok za późno, przez co poprzedni sezon był powtórką traumy, co dokładnie było do przewidzenia, ale czego nie potrafili dostrzec prezesi i raczyli nas farmazonami, że „Foszmańczyk rozegrał najlepszy sezon w karierze”.
Problemem jest to, że mimo tego niby potężnego wietrzenia szatni nadal coś pielęgnujemy. I niestety, ta pielęgnacja to pielęgnacja alkoholika, któremu załatwia się zwolnienia z pracy albo podsuwa pod nos klina, gdy tylko zachodzi taka potrzeba.
W klubie zostało bowiem kilku piłkarzy, którzy bardzo mocno maczali palce w rundzie wiosennej. Na czele oczywiście z Mateuszem Kamińskim, który w GieKSie zawalił cztery awanse, ale obecnie „pierwsze skrzypce” grają także choćby Adrian Frańczak czy Adrian Błąd. Tak, ten Błąd, który od początku maja grał tak żenująco, że mógł polecieć z całą resztą. Został i gra równie beznadziejnie, jak wtedy. Ktoś powie, że Adrian strzelił dwie czy trzy bramki, okej może strzelił, ale patrząc na jego przydatność do drużyny, to jest ona naprawdę znikoma przez 95% danego meczu. Tak jak zresztą prawie wszystkich jego partnerów. Został też młodzieżowiec Wojciech Słomka. Umówmy się – słabiak totalny, człowiek bez umiejętności, który za trzy lata prawdopodobnie nie będzie już grał tak wysoko, jak pierwsza liga. Wchodzi taki świeży na podmęczoną Pogoń i psuje wszystko, co się da. Tak – postulowałem stawianie na młodych, ale na Boga – nie na Słomkę. I wracając do Paszulewicza – wiele stracił właśnie na tym, że w pewnym momencie skoro już musiał tego młodzieżowca wstawić – to wstawił na lewą obronę właśnie tego najsłabszego z młodych.
Nie wyczyściliśmy tej szatni doszczętnie i nadal zapaszek z poprzedniego sezonu unosi się nad boiskiem przy Bukowej.
Trenera Paszulewicza na ten moment zastąpił Jakub Dziółka. Przewidywania były takie, że były piłkarz GKS coś odmieni i generalnie będzie miał bardziej po drodze z piłkarzami. Niestety Dziółka jest kontynuacją myśli szkoleniowej (hę?) Paszulewicza. Począwszy od meczu z Puszczą zaczął wydziwiać. Usposobionego bardzo ofensywnie i bardzo walecznego Puchacza ustawia na obronie. Puchacz naprawdę ma talent i chęci, ale szkoleniowiec już po meczu z Odrą prowadzonym przez swojego pryncypała powinien dostrzec, że stawiając na Tymoteusza w obronie, robi temu zawodnikowi krzywdę. On po prostu nie potrafi tam grać i z jego strony raz po raz suną ataki rywali, a sam zawodnik jest niemiłosiernie objeżdżany i ogrywany. Wystarczyłoby go tylko przesunąć formację do przodu i byłby z tego olbrzymi pożytek.
A sorry. Przecież tam gra nietykalny Błądzik. A to nie.
Wystawianie Michalika na skrzydle też jest nieporozumieniem. Zawodnik pozyskany z Olimpii niezależnie od wszystkiego jest kompletnym niewypałem transferowym, ale dając go na flankę odbiera się już jakąkolwiek możliwość sensownego skorzystania z jego usług. Trzymanie kulejącego Woźniaka jeszcze przez kwadrans na boisku również było bardzo nieodpowiedzialne, bo prawdopodobnie zawodnik tylko pogłębił swój uraz.
Niestety nie tylko w decyzjach, ale i wypowiedziach Dziółka kontynuuje Paszulewicza. Kuriozalne wypowiedzi po Puszczy, nieodpowiadanie na pytania i po prostu jakieś zdania z kosmosu naprawdę powodowały niepokój. Jak na przykład to, że wstawienie Lisowskiego na środek obrony spowodowało, że nie mogli zająć się ofensywą na treningach. Co ma piernik do wiatraka? Wypowiedzi o tym, jak to wiedzą, jak Puszcza wykonuje auty, a Nieciecza stałe fragmenty gry też są niezłe. Wiedzieli, uczulali się na to, trenowali, a na końcu właśnie w ten sposób dostali bramki. Przepraszam, czy w naszym klubie naprawdę pracują ludzie ograniczeni, którzy nie potrafią sobie przyswoić oczywistych oczywistości i raz po raz popełniają te same błędy?
Niestety tutaj dochodzimy do samej góry, czyli dotychczas również nietykalnego – jeśli chodzi o krytykę – prezesa Marcina Janickiego. To on stoi na czele tego bałaganu i to on nie reaguje twardą ręką. Nie ujmując nic z biznesowych i finansowych zasług prezesa – bo zrobił bardzo dużo i postawił organizacyjnie ten klub na nogi. Jednak GKS Katowice to klub sportowy i w tym kontekście prezes swoim brakiem reakcji i zaniechaniem pozwala, żeby ten klub znowu się sypał. Tym razem jednak tak bardzo, że możemy wylądować w drugiej lidze. Tak, to jest klub sportowy, a prowadzony jest, jakby był zwykłym przedsiębiorstwem nic ze sportem niemającym wspólnego. Brak twardej ręki, twardych decyzji, działanie na zasadzie „po sezonie będą rozliczenia” wielokrotnie się nie sprawdziło i przez to właśnie pielęgnowaliśmy piłkarskie i trenerskie miernoty o całe miesiące, a nawet lata za długo. I Marcin Janicki niestety również jest pielęgnacją – pielęgnacją i kontynuacją prezesury Wojciecha Cygana, który organizacyjnie ogarniał klub, ale nie potrafił kompletnie ogarnąć go sportowo. Jeszcze raz powtórzę – to Janicki pozwala swoim brakiem reakcji i zaniechaniem na to, że ta szatnia po prostu zaprowadzi nas w piłkarską otchłań i po 12 latach rzeczywiście się znajdziemy w innej lidze – ale nie tej, o której wszyscy marzyliśmy.
Gdzieś po drodze jest dyrektor Bartnik. Kolejny człowiek od dyrdymałów, mówiący o „wielkich sukcesach Paszulewicza”. Bartnik również powinien wstrząsnąć tym klubem, jako łącznik pomiędzy szatnią, a gabinetem prezesa. Powinien twardo wziąć się do roboty, a bierze się tak miękko, że piłkarscy i trenerscy nieodpowiedni ludzie po prostu robią z tego klubu kabaret i wstyd na całą Polskę. Niestety Bartnik tego nie zrobi. A dlaczego? Bo to zbyt kulturalny i dobry człowiek. I niestety z takimi cechami nie ma wielkich szans na wstrząs w trakcie sezonu.
Niestety te siły z przeszłości, chociaż mniej liczebne – to bardzo mocno przeważają i wpływają na obraz nędzy i rozpaczy. Kamiński, Błąd, Frańczak, Słomka, trochę Poczobut kontynuują rundę wiosenną, ale w jeszcze gorszym wydaniu niż wtedy. Dziółka kontynuuje myśl trenerską Paszulewicza. Janicki kontynuuje myśl prezesowską Cygana.
I tak się okazuje, że te zmiany wcale nie były wielką rewolucją, bo choć były duże, to nie były gruntowne. I ludzie najbardziej odpowiedzialni, nadal piastują swoje gabinetowe i boiskowe stanowiska.
Więc jak w tym klubie ma być dobrze?
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Galeria Kibice Piłka nożna
Huczny jubileusz!
To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

abel
30 września 2018 at 21:07
Widzę że redakcja w koncu zaczyna rozumiec temat. Lepiej pozno niz wcale
adag2007
30 września 2018 at 22:26
Nic mnie bardziej nie mogło rozbawić jak przyśpiewka ” zagraliście jak za dawnych lat ” Nie wiem kto zaproponował tą przyśpiewkę , chyba młynowy i cały mecz był tyłem do meczu .
q2
30 września 2018 at 23:33
Gdyby ktoś napisał, to co Shellu dwa-trzy sezony temu, miałby gwarantowanego bana. Redakcja na siłę wmawiała i sztucznie pompowała propagandę sukcesu, przy okazji usuwając komentarze i posty. Ile to czasu musiało minąć, żeby Shellu napisał to o czym po części pisało wiele kibiców:) Warto także zaznaczyć, że duża część kibiców z grupy „różowe okulary”, mocno broniła tej padliny. Niestety nie było naszego sprzeciwu, to i miasto nie traktuje nas poważnie. W drugiej lidze nowy stadion w ogóle nie będzie nam potrzebny.
Jeszcze na koniec komentarz Stadiony.net: „Ponieważ Urząd Miasta zagrożenia nie widzi, to my śpieszymy z aktualizacją: zagrożenie kolejnego już poślizgu jest bardzo realne.
Ponieważ nie ma jeszcze umowy ani harmonogramu przygotowania projektu, to jest niemal niemożliwe, by rozpocząć budowę zgodnie z planem, jeszcze w 2019 roku. Potrzebny jest bowiem komplet dokumentacji i pozwoleń (prawdopodobnie nie mniej niż 12 miesięcy, zależnie od zapisów oczekującej na podpis umowy), by rozpocząć przetarg na wykonanie kompleksu sportowego. Sam przetarg potrwa co najmniej kilka miesięcy (chcielibyśmy powiedzieć 3 miesiące, ale realnie będzie dłużej), więc trudno sobie wyobrazić, by udało się wbić pierwszą łopatę jeszcze w 2019……. Termin to pierwszy kwartał 2021), budowa stadionu i hali musiałaby zakończyć się w ciągu roku z maleńkim okładem, a w to naprawdę trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę skalę inwestycji”.
Nigdy nie było lepiej.
Mazi
1 października 2018 at 09:00
Żal mi autora tego tekstu. Polecam psychoterapeutę . Musiał cię ktoś ostro wstząsać po każdym Twoim niepowodzeniu. Przez takiego głupie teksty nie będzie nigdy w tym klubie sukcesu. Karuzelę czas zacząć – trener wyrzucony, teraz czas na prezesa a następnie znowu piłkarze. I tak przez kolejnych 10 lat . To jest model Shella frustrata.
PanGoroli
1 października 2018 at 09:19
A tak z innej beczki, midziera gnije teraz w 2 lidze, i tak jak u nas, dalej strzela gole. Dla przeciwników, buahahaha!
Irishman
1 października 2018 at 10:27
Piszesz Shellu, „Gdzieś po drodze jest dyrektor Bartnik”, a ja twierdze, ze to jest właśnie clou naszych problemów. Oczywiście nie sam Tadeusz Bartnik, który jest pewnie porządnym człowiekiem ale brak dobrego zarządzania działem sportowym w naszym klubie. I ciągnie się to jeszcze od czasów prezesa Cygana. Oczywiście prezes Janicki jest tam gdzieś w tle ale tak to powinno to wyglądać w klubie wielosekcyjnym. Prezes jest od spraw organizacyjnych, od rozmów z Miastem, ze sponsorami itp. I jest to dobry układ, znacznie lepszy niż ten, który mieliśmy za czasów prezesa Cygana, a który przynosił podobne efekty. Tylko jest tutaj jeden, fundamentalny warunek – że sportem zajmuje się doświadczony fachowiec pełną gębą, który ma nad nią pełnię władzy. A z całym szacunkiem dyrektor Bartnik nie jest właściwa osobą na właściwym miejscu. Niestety prezesowanie w Myszkowie to jest zupełnie co innego niż zarządzenie sekcją sportową w tak dużym klubie i z takimi ambicjami jak GKS Katowice. Tu trzeba zupełnie innego podejścia i to widać po efektach. Bo to przecież dyrektor Bartnik wziął odpowiedzialność za odważny i kosztowny dla klubu ruch jakim było rozwiązanie umowy z trenerem Mandryszem po zaledwie pół roku, to on postawił na trenera Paszulewicza, i to wreszcie on godził się na to, aby kadra drużyny była wywracana do góry nogami już w pełni rozgrywek ligowych oraz na to, aby kontraktować drogich piłkarzy, którzy byli bez formy, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy.
No i oczywiście w tym momencie powinien wkroczyć do akcji prezes Janicki, bo to on postawił na dyrektora Bartnika, który się po prostu nie sprawdził. I aż strach myśleć co będzie, kiedy w tej podbramkowej sytuacji nadal będzie decydował o losach KLUCZOWEJ dla klubu sekcji!
luk
1 października 2018 at 13:36
autor który pisze ten komentarz oraz inne nie powinien się wypowiadać ani pisać o pilce nożnej a w szczególności o GKS KATOWICE ponieważ niema o tym zadnego pojęcia i trenerom mówi jacy piłkarze maja grac jak by prowadzil treningi i znal dyspozycje zawodnikow w dniu meczu Domaga się zmiany trenera i uważa ze to pomoze druzynie
tombotleg
1 października 2018 at 17:17
Też jestem za tym żebyś trochę Shellu spuścił z tonu, bo to w naszej sytuacji tylko dolewanie oliwy do ognia, milczenie jest podobno złotem, tylko spókoj nas może uratować a nie żadne inkwizycje..
kokosz
1 października 2018 at 23:10
Uważam ze tekst jest bardzo dobry. Brawo dla autora