Hokej
Apel + wspomnienia o śp. Andrzeju Amajsie Fonfarze
Na skrzynkę redakcyjną dostaliśmy zbiór wspomnień o śp. Andrzeju Fonfarze połączony z apelem. Prezentujemy ją Państwu w całości. Grudzień, koniec roku to czas niezwykły, czas spotkań, życzliwości, wspomnień. To również czas kiedy częściej niż zwykle wspominamy tych, których nie ma już z nami, tych którzy odeszli… Są jednak takie Osoby, które żyją wiecznie – w naszej pamięci, w naszych sercach… Jedną z takich Osób jest Andrzej Fonfara.
18.07.2017 zmarł Andrzej Amajs Fonfara – wybitny sportowiec, znakomity hokeista, wspaniały Człowiek, Przyjaciel, Kolega…
22.07.2017 odprowadziliśmy Amajsa w jego ostatnią, ziemską drogę na cmentarz przy ul Sienkiewicza w Katowicach…
Pogrzeby są smutne, ten od Amajsa był wyjątkowo smutny, niestety nie tylko z uwagi na naturę ostatniego pożegnania… Andrzej Fonfara zasłużył na pogrzeb z honorami, niestety z przyczyn dla nas niezrozumiałych honorów i należytej oprawy zabrakło. Niewytłumaczalnym była nieobecność Prezesa, Zarządu PZHL, brak przedstawicieli władz miasta Katowice, tak często w ostatnim czasie mówiących o powrocie silnego hokejowego klubu na mapę Katowic. Niezrozumiałym było wycofanie i całkowita bierność działaczy KH GKS Katowice, klubu całkiem nowego ale na każdym kroku podkreślającego kontynuację historyczną katowickiego hokeja, brak sztandaru klubu, który dla Andrzeja był całym życiem dopełnia wyjątkowo smutny obraz pogrzebu jednego z najwybitniejszych polskich hokeistów, najlepszego katowickiego hokeisty…
W tym miejscu chcemy wyrazić słowa uznania dla Czesława Borowicza, który z wielką klasą uchronił wyżej wymienionych przed całkowitą kompromitacją przemawiając nad grobem. Dziękujemy również Kolegom z Nowego Targu z pocztem sztandarowym oraz Adamowi Frasowi, dyrektorowi SMS, który udostępnił sztandar PZHL.
Andrzej Fonfara był człowiekiem skromnym ale nie zasłużył na taki smutny pogrzeb…
Apel:
Szanowni Państwo,
Prezydencie Katowic,
Prezesie PZHL, Zarządzie PZHL, Zarządzie Śląskiego ZHL,
Zarządzie KH GKS Katowice,
Od śmierci Andrzeja Fonfary minęło już prawie pół roku, sezon hokejowy trwa, nikt do tej pory nie uczcił choćby minutą ciszy przed meczem tego wybitnego zawodnika, wychowawcę i Dobrego Człowieka…
Wzywamy Was do bezzwłocznego podjęcia inicjatywy mającej na celu należyte uhonorowanie i upamiętnienie Andrzeja Fonfary.
Niech pamięć o Amajsie nie zginie…
Wspomnienia:
Swoją przygodę z hokejem zacząłem w Starcie Katowice w 1954 roku, miałem wtedy 14 lat, namówił mnie do tego sąsiad – pan Milota. Trenował nas trener Albert Mauer – Lwowiak, który po wojnie zamieszkał w Bytomiu. Byliśmy bardzo silną drużyną, zdobyliśmy Mistrzostwo Polski Juniorów z bilansem bramkowym 51:2… Właśnie w Starcie poznałem Andrzeja Fonfarę. Ze Startu trafiliśmy do Górnika 1920 Katowice. Sekretarz Klubu, pan Zdzisław Grajkowski, znany działacz sportowy ściągnął ze Startu całą grupę zawodników Mariana Gburka, Mikołaja Kretka, Floriana Balę, Karola Fonfarę oraz Andrzeja i mnie. Nasza współpraca na lodzie była niemal perfekcyjna, wiedziałem dokładnie gdzie i kiedy Amajs czeka na moje podanie, często stosowałem zwód „na zamach” jak do klepy i dogrywałem Andrzejowi pod bramkę, a on dokładał kija i mogłem zamknąć oczy bo gol był jedynie formalnością… Kiedyś na Torkacie Amajs strzelił niesamowitego gola, jechałem z krążkiem za naszą bramką i zastanawiałem się jak rozegrać akcję, kiedy w ułamku sekundy zauważyłem, że Amajs rusza środkiem z naszej tercji, bez zastanowienia rzuciłem krążek lobem ponad linią lamp zawieszonych nad lodowiskiem w kierunku czerwonej linii. Guma spadła dokładnie przed Andrzejem i oczywiście przed czerwoną – wtedy podanie przez dwie linie było zabronione. Mogłem spokojnie zjechać do boksu, Amajs pojechał sam na sam z bramkarzem, a to oznaczało jedno – GOL. Pamiętam taki zakład Amajsa z jednym kolegą, który był żużlowcem ale grał też w hokeja jako bramkarz, nazywał się Borkowski. Założyli się, że Andrzej strzeli mu 8 na 10 karnych, Andrzej wygrał – strzelił 10 na 10…
Na lodzie Andrzej był bardzo charakterystyczny, zawsze jeździł szeroko i nisko na nogach, pomagał mu w tym bardzo głęboko szlifowany rowek, który też trochę sprawiał kłopotów przy hamowaniu ale Amajs wolał jeździć na tzw. ciasnych łukach. Jazda na łyżwach była jego niezwykłym atutem, był jedynym zawodnikiem, który jeździł – jak to nazywaliśmy – przekładanką kanadyjską.
Amajs żył sportem, na wakacjach jeździliśmy na nartach wodnych ale wielką pasją Andrzeja był tenis. Jako młodzi chłopcy chodziliśmy na korty ale nie pozwalano nam grać ot tak, musieliśmy na to zapracować więc sprzątaliśmy, walcowaliśmy i zamiataliśmy korty. Nagrodą była gra prawdziwymi rakietami do tenisa na prawdziwym korcie. Andrzej grał bardzo dobrze, pamiętam, że był sparingpartnerem wielokrotnej mistrzyni Polski Barbary Kral – Olszy, myślę, że to właśnie dzięki tym sparingom pani Barbara nie miała sobie równych…
Graliśmy razem do 1972 roku.
Hubert Sitko – zawodnik i sędzia hokeja, jeden z najlepszych obrońców w historii polskiego hokeja na lodzie.
*
Przygodę z hokejem zaczynałem, jak większość z nas w tamtych czasach na stawach skąd trafiłem do Gwardii m.in. z Heńkiem Regułą. Później razem przeszliśmy do Górnika, był z nami jeszcze Marian Pawełczyk. Pamiętam jak przyszła do nas cała grupa chłopaków ze Startu Katowice, wśród nich był Andrzej. Od razu zwróciłem na niego uwagę, był bardzo koleżeński, uśmiechnięty i życzliwy, zjednywał sobie ludzi. Można powiedzieć, że wspólnie rozpoczęliśmy karierę klubową i reprezentacyjną. Był niezwykle zwinny i gibki, na lodzie niemal nie do zatrzymania, miałem wrażenie, że ma jakąś niezwykłą moc, która powoduje, że mija przeciwników z elegancją, a potem – potem już jest gol. Na treningach często graliśmy o ciastka z cukierni, która była po sąsiedzku z Torkatem – na ulicy Wodnej, śmialiśmy się po latach, że te nasze zawody bardziej nas porywały niż niektóre mecze ligowe. To była wielka przyjemność grać na środku ataku, a na skrzydłach mieć braci Fonfarów -Karola i Andrzeja. Pamiętam jak kiedyś sędzia z Warszawy wezwał mnie do siebie – byłem kapitanem drużyny – i pyta: Po jakiemu gadają ci Twoi skrzydłowi, co oni mówią? Roześmiałem się tylko… Oni mieli swój własny, tajemny język na lodzie. Jeden do drugiego wołał np. „Tatalafa” albo „Lalapata” i dobrze wiedzieli gdzie zagrać, gdzie pojechać, a krążek też chyba znał ten ich język… W późniejszych latach trenowaliśmy drużyny młodzieżowe na Torkacie, Andrzej nie tylko był trenerem, można śmiało powiedzieć, że wychowywał tych chłopaków, zawsze miał czas, żeby usiąść i pogadać, zapytać czy w domu wszystko dobrze. Był autorytetem dla wielu młodych hokeistów.
Sylwester Wilczek – zawodnik i trener hokeja na lodzie, znakomity napastnik – środkowy, grał z Karolem i Andrzejem Fonfarami na skrzydłach.
*
Pierwsze kroki w hokeju stawiałem na stawach, na plantach. Na poważnie rozpocząłem w Gwardii Katowice, później chciałem iść do Janowa ale pan Gansiniec powiedział, że nie potrzebuje zawodników więc trafiłem do Górnika 1920 Katowice. Po ok. 2 latach przyszedł Amajs, był bardzo ambitny, a przy tym koleżeński – zawsze miał jakieś „maszkiety”, którymi częstował. Jak wychodził na lód to zostawiał wszystko za sobą – liczyła się tylko gra. Wychodził i grał, jak wirtuoz na instrumencie. Był „sępem” na gole. Jego forma nie brała się z niczego, był jednym z pierwszych, który biegał po schodach w górę na starym Torkacie, gra w tenisa pozwoliła mu do perfekcji opanować zbijanie krążka z powietrza, strzelił w ten sposób sporo goli. Pamiętam takie wesołe zdarzenie – Andrzej zawsze w swojej szafce miał coś do picia. Kiedyś po treningu sięgnąłem do jego szafki żeby się napić, wyjąłem butelkę i zrobiłem spory łyk, zapomniałem tylko, że Amajs miał lekką kontuzję – w butelce był rozcieńczony altacet na okłady… na pocieszenie dostałem od Andrzeja słodkiego bombona.
Henry Reguła – zawodnik i trener hokeja na lodzie, obrońca słynący z atomowego strzału, wychowawca m.in. J. Morawieckiego, M. Cholewy i K. Podsiadło
*
Hokeja uczyłem się w Baildonie Katowice, później do Baildonu przyszedł Heniek Reguła, a ja przeszedłem do Górnika. Kiedy odchodziłem ówczesny trener Eugeniusz Imiołczyk przestrzegał mnie i mówił: „jeszcze pożałujesz”. Nigdy nie żałowałem. Andrzeja Fonfarę znałem już z lodu, było wielką przyjemnością patrzeć na jego grę, jak porusza się na lodzie, był w ataku niezwykle niebezpieczny dla każdego przeciwnika – chwila nieuwagi i już Amajs ma ręce w górze, gol… Przyszedłem do Górnika i Andrzej już tam na mnie czekał. On zawsze czekał, ja zagrywałem, a Amajs czekał, dostawiał kija i bramka!
Stefan Dziadkiewicz – napastnik i obrońca, w parze grał i z Hubertem Sitko i z Henrykiem Regułą
*
Pamiętam jak zaczynałem to na Torkacie obowiązywało hasło „Amajs na lód, Hajnel (Reguła) – klepa”. Oglądanie gry Andrzeja było impulsem dla bardzo wielu chłopaków do rozpoczęcia treningów hokeja na lodzie, był wzorem do naśladowania. Charakterystyczna sylwetka, szeroko na nogach „uły” to był jego znak rozpoznawczy. Śmiało można powiedzieć, że był profesjonalistą. U niego wszystko było podporządkowane meczowi, treningowi. Każdy jego kij był „dopieszczony”, sprzęt zadbany, zawsze rozwieszony w odpowiednim porządku, wysuszony. Pamiętam, że miał swoje miejsce obok kolegi, który był jego przeciwieństwem – u Amajsa sprzęt rozwieszony i uporządkowany, a u kolegi wszystko na jednej kupie. Jak ktoś czegoś zapomniał na wyjazd to mógł iść w ciemno do Andrzeja, on albo to miał w zapasie, albo zorganizował w momencie. Wszyscy Go lubili bo i On lubił ludzi. Amajs – pracowity jak mrówka.
Mieczysław Nahunko – zawodnik i trener, obrońca
*
Hokej poznałem grając w zimie między domami, zanim zacząłem grać chodziłem podglądać treningi na Torkacie. Nie było łatwo, mama się nie zgadzała żebym zaczął chodzić na treningi ale uprosiłem babcie i właśnie ona mi pozwoliła. Zaczynałem w Górniku ale w tamtych czasach mogłem trafić do Legii, dzięki trenerowi Zdzisławowi Masełko zamiast do Warszawy trafiłem na dwa lata do Bydgoszczy. Gry na obronie uczyłem się od Heńka Reguły – on pokazał mi prawdziwą „klepę” i od Huberta Sitko – miał niesamowity przegląd sytuacji i był niezwykle inteligentnym zawodnikiem. Amajs imponował każdemu z nas, jego jazda, panowanie nad krążkiem, przebojowość i niezwykła skuteczność była niezwykła. W pamięć zapadły mi szczególnie jego słowa, kiedy wziął mnie na bok i powiedział: „Możesz robić na lodzie co tylko chcesz ale guma musi trafić TU – i pokazał na łopatkę swojego kija, jak TU trafi to już nie musisz się o nic martwić”. Mi bardzo podobało się jego podejście i życzliwość dla kolegów, kiedy ktoś z nas miał jakiś problem Andrzej zawsze miał dobre słowo, potrafił pocieszyć, pomóc.
Maksymilian Lebek – zawodnik i trener, obrońca obdarzony silnym strzałem z klepy. Wychowawca m.in. A. Małysiaka, M.i L. Trybusiów, Cz. Niedźwiedzia i J. Płachty
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze