Dołącz do nas

Felietony

Coś dla masochistów… (po raz drugi)

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Co roku (a w zasadzie co pół roku) po ostatnim zakończonym meczu ligowym, w naszej redakcji zaczyna się czas dyżurów. Ma to na celu wzięcie odpowiedzialności przez każdego z redaktorów za pojawianie się newsów na stronie przez tydzień swojego dyżuru, ale z drugiej strony daje też możliwość odpoczynku od naszej społecznej pracy przez cały rok. Jak na nieszczęście, mojej skromnej osobie, przychodzi pełnienie pierwszego dyżuru. Czynię to z niekłamaną niechęcią, bo liga zakończyła się ponad tydzień temu, a ja muszę wrócić myślami i emocjami do tego, co niszczyło mnie przez ten rok. Czyli do drużyny piłkarskiej GKS Katowice. W tym tygodniu pojawią się podsumowania poszczególnych formacji w rundzie jesiennej, na początek jednak tradycyjny sprint przez 20 meczów tego sezonu, które już zostały rozegrane. Czytacie na własną odpowiedzialność, prosimy też odstawić jedzenie i napoje na czas lektury (dozwolone są tylko napoje wyskokowe – dla ukojenia).

Lista hańby
Do tejże listy kompromitacji w Pucharze Polski dopisana została Siarka Tarnobrzeg. Dzieciaki z Tarnobrzega okazały się lepsze od naszych zawodników, którzy w pewnej części byli nowi. Nie zrobili oni wiele, żeby na stadionie Siarki osiągnąć choćby remis. Grali niemrawo, bez wyrazu, ale wygrać z ekipą z drugiej ligi było obowiązkiem. Tak się nie stało i po tych wszystkich Luboniach, Zdzieszowicach i Niepołomicach, doszedł Tarnobrzeg.

Nie dojechaliśmy na pierwszą połowę. Gra się nam nie układała, byliśmy mało komunikatywni, nie pomagaliśmy sobie na boisku – powiedział po meczu trener Piotr Mandrysz.

Rekord świata
W takich kategoriach należy rozpatrywać wizytę kibiców pod szatnią piłkarzy już po meczu 1. kolejki. Frustracja osiągnęła swój szczyt, ale tak naprawdę to była symboliczna 35. kolejka poprzedniego sezonu – jeśli chodzi o emocje kibiców. Klęska w Pucharze i kompromitacja ze słabą Pogonią u siebie była ciosem. Do tego widzieliśmy, jak na tle naszych zblazowanych gwiazdek, poruszali się szybcy i żwawi zawodnicy Pogoni – nie było dla nich straconych piłek. W końcówce zdobyli zwycięskiego gola.

– Można zarzucić piłkarzom niedostatki umiejętności, ale nie można zarzucić, że nie chcieli, bylibyśmy nieuczciwi – swoją osobliwą wersję na temat zaangażowania wygłosił szkoleniowiec.

Blisko euforii
Po tak katastrofalnych meczach kibice dali piłkarzom szansę na wyjeździe w Legnicy. I piłkarze swoją – tym razem ambitną postawą – sprawili, że mecz został prawie wygrany. Mimo braków piłkarskich byliśmy zadowoleni z zaangażowania. Swoje zrobił Paweł Mandrysz, który po rajdzie zdobył bramkę. Niestety w doliczonym czasie gry wątpliwy karny dla Miedzi pozbawił nas wygranej.

– Oddaliśmy inicjatywę przeciwnikowi, ale nie starczyło nam argumentów, by w ofensywie przenieść ciężar gry na połowę przeciwnika w dłuższym wymiarze czasu – tym razem przytomnie wypowiadał się trener.

Bukową zdobywają już byle leszcze
Oczywiście to „leszcze” tylko na potrzeby tego artykułu. Bo piłkarze Puszczy byli kolejnymi poważnymi zawodnikami, z ambicją, pomysłem na grę, którzy na tle piłkarzy GKS pokazali się z dobrej strony i wygrali. Nasza twierdza przypominała wówczas domek z kart, co potwierdziło się zresztą w dalszej fazie sezonu.

– Ugrzęźliśmy w dole tabeli i taka jest prawda na chwilę obecną. Winę za taki stan rzeczy ponoszę ja jako trener – słowa szkoleniowca po spotkaniu.

Napastnik Prokić
Nawet jeśli Serb nie gra typowo w ataku, to najlepiej czuje się zbiegając do środka i jako rasowy napastnik wykańczając akcje. W Częstochowie GKS w końcu zagrał dobrze, szybko uzyskał dwubramkowe prowadzenie i wygrał.

– Gratuluję moim podopiecznym bo zagrali solidne spotkanie i zasłużenie zdobyli trzy punkty – pierwszy raz zadowolony mógł być opiekun piłkarzy GKS.

Jest iskierka nadziei
Prawdziwym sprawdzianem miało być spotkanie z Chojniczanką, czyli naszym rywalem do awansu z poprzedniego sezonu. GieKSa zagrał bardzo dobre spotkanie, zachowała czyste konto (co jak się później okaże – będzie rzadkością) i wygrała w pełni zasłużenie. Szalał Adrian Frańczak, który zapomniał, że nie umie grać w piłkę. Świetnie w defensywie i ofensywie. To było to spotkanie, które dało nam wielką nadzieję na kolejne spotkania.

– Paradoksalnie najtrudniejszym momentem był ten po strzeleniu gola, bo przywrócił się od razu film z dwóch dotychczasowych meczów na Bukowej. Obawiałem się, że znowu wypuścimy zwycięstwo z rąk, dzisiaj jednak graliśmy dobrze – mówił trener, a sytuacja na szczęście po raz trzeci się nie powtórzyła.

Żółwie lub piłkarzyki – jak kto woli
Oczekiwaliśmy, że po dwóch wygranych w dobrym stylu, z Odrą Opole będzie hat-trick. Niestety z ambicji i dobrej gry nic nie zostało. Mieliśmy snujących się ledwo na nogach zmęczonych życiem ludzi. To było ambicjonalne zero, na domiar złego ze straconą bramką w końcówce po fatalnym błędzie Midzierskiego i Abramowicza. Na swoje szczęście Midzier w końcówce po „ręce Boga” wyrównał i katowiczanie nie przegrali kolejnego meczu u siebie.

– Powiem tak – jeśli w trzech pierwszych spotkaniach zdobyliśmy jeden punkt, a teraz w trzech – siedem, to na pewno jest progres, aczkolwiek do pełni szczęścia zabrakło zwycięstwa – mówił Mandrysz.

Garbaty myli bramki, a my przegrywamy z najgorszą drużyną
Po sześciu meczach Wigry miały na koncie dwa remisy i cztery porażki. Trener Artur Skowronek nie wygrał meczu od 50 lat (oprócz meczu z GKS jako trener Olimpii). Więc najlepszym rozwiązaniem było przyjechać na Bukową, żeby sobie wygrać. Jednak Wigry były na tyle słabe, że Robin Hoodem postanowił być Damian Garbacik, który nieatakowany przez nikogo po prostu kopnął do własnej bramki. Szczyty kompromitacji zaczęły być coraz bardziej wygórowane.

– Tego nie wolno robić na żadnym szczeblu rozgrywek i w pierwszej lidze również – sensownie skonstatował trener Piotr.

Sosnowiec się śmieje, a Cygan ma dość
Chcieliśmy rehabilitacji na stadionie Ludowym, chcieliśmy też rewanżu za poprzedni sezon. Niestety znów dostaliśmy w tytę, przegrywając 0:3, a zawodnicy pozwolili, by nasz klub był wyzywany i obrażany. Nie wytrzymał tej zniewagi prezes Wojciech Cygan i po meczu podał się do dymisji. Późno, jak na upokorzenia, których musiał doświadczyć ze strony piłkarzy.

– Nie jesteśmy zadowoleni z tego, trzeba z tym żyć, chociaż szkoda, że głównym aktorem tego spotkania nie byli dzisiaj piłkarze – szkoleniowiec zrzucił odpowiedzialność za porażkę na sędziów.

Rozjechana defensywa
W Mielcu już do przerwy było 0:3. Nasi obrońcy grali kryminalnie. Nie pilnowali pozycji, a na domiar złego, zamiast blokować strzał Janoty z dystansu, chytali się za jajka, nie robiąc ruchu do przeciwnika. W drugiej połowie udało się wcisnąć dwie bramki, ale come backu z wiosny (wówczas 3:3) nie było.

– Druga połowa pokazała, że tak. Po pierwszej odpowiedź byłaby negatywna – odpowiedział trener na pytanie, czy z tego zespołu da się jeszcze coś wyciągnąć.

Już z ambicją, jeszcze z frajerstwem
W meczu z mocnym Chrobrym katowiczanie grali ambitnie i prowadzili już 2:0. Szczerze mówiąc przy takiej grze i prowadzeniu, nie mieli prawa wypuścić tego z rąk. Piłkarze GKS pokazali jednak, że niemożliwe nie istnieje i stracili dwie bramki z niczego.

– Przeszliśmy z nieba do piekła, bo jeden punkt w naszej sytuacji nas nie zadowala – mówił były zawodnik Pogoni Szczecin.

Sprinter Kędziora
W obecności ponad 700 kibiców GKS grał w zimnym Bytowie. To nie był jakiś wybitny pojedynek, ale znów przyzwoitość w kwestiach wolicjonalnych była zachowana. W końcu pierwszą bramkę zdobył Błąd, ale najbardziej godnym uwagi był sprint Wojciecha Kędziory po defensywnym stałym fragmencie – wiekowy napastnik odsadził wszystkich i strzelił w końcówce zwycięskiego gola.

– Gratuluję zawodnikom zaangażowania na boisku, ale nad jakością piłkarską musimy popracować, bo presja i stres wpływa na moich zawodników nie tak, jak powinna. To powoduje, że gramy nie tak, jak byśmy chcieli – mimo wygranej trener sygnalizował już pewne sprawy związane z psychiką zawodników.

Tym razem euforia
W Bielsku GieKSa grała średnio. Jednak szybko po stracie bramki udało się wyrównać. I gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, świetnie w doliczonym czasie gry sytuację sam na sam wykorzystał Adrian Błąd. Zawodnik zdobył drugą bramkę z rzędu i wprowadził trybunę gości w euforię. Ten moment był chyba najjaśniejszym podczas całej jesieni i choć na chwilę dał nam radość.

– Gratuluję mojej drużynie, bo myślę, że piłkarsko zagraliśmy dzisiaj najlepszy mecz. Nie mówię tego tylko przez pryzmat wyniku, ale tego, że przeciwnik przez większość meczu miał z nami duże problemy – mówił szkoleniowiec, w czym też była prawda, bo Podbeskidzie miało problemy z konstruowaniem akcji.

Pewnie na rozgrzewce
W środku tygodnia GKS zagrał ostatni mecz przed derbami z Ruchem Chorzów. Dobra gra i pewna wygrana – trzecia z rzędu – dała nam świetne nastroje i duży optymizm przed pojedynkiem z Niebieskimi. Trzy punkty zostały odhaczone.

– Przesunęliśmy się do środka tabeli i to powinno dobrze wpłynąć na morale, to taki plusik, który mam nadzieję, ze będzie dużym plusem – powiedział Mandi senior.

Napluli w twarz, największy raz
Mecz z Ruchem Chorzów to była klęska i jeden wielki dramat. Wielka otoczka, nadzieję kibiców na to, że z odwiecznym, ale dawno niespotkanym rywalem, dodatkowo ostatnim w tabeli, będzie pewna wygrana. Niestety znów kopaczyny nie stanęły na wysokości zadania. Przerżnęli ten mecz już w pierwszej połowie, a mogło być 0:3 do przerwy. Oddali ten mecz bez takiej walki, jaką chcielibyśmy oglądać. Dali chorzowianom fetę po powrocie ich autobusu na Cichą.

– Z przebiegu spotkania zagraliśmy dobry mecz, a w drugiej połowie bardzo dobry – przytoczmy tylko ten cytat, który powoduje, że człowieka wygłaszającego takie opinie, nie powinno być w naszym klubie.

Sabotaż w Tychach
Pierwsza połowa z GKS Tychy – w momencie, gdy powinna być rehabilitacją za Ruch – była położeniem się na murawie. Była oddana bez 1% walki. Zawodnicy celowo nie angażowali się w grę i odpuścili to spotkanie. Słabo grające Tychy wygrały prestiżowy mecz, a kibice kolejnego kibicowskiego rywala mieli satysfakcję.

– Nie zgodzę się, że nie chcieliśmy. Może do przerwy tak – bo tak to wyglądało – nawet trener potwierdził, że piłkarzom się nie chciało.

Palec Kędziory
Z Olimpią gościom animuszu starczyło na 15 minut. Potem GKS ze słabiutkim rywalem robił co chciał i wygrał 2:0, a gol Kędziory był ozdobą spotkania i bramką roku w wykonaniu piłkarza GKS. Niestety potem pan gwiazdor uciszał kibiców przytykając palec do ust. Co po derbowych spotkaniach było mocno nie na miejscu.

– Wierzę głęboko, że z dwóch wyjazdów przywieziemy punkty, bo myślę, że na wyjazdach gra się nam łatwiej – jakże ciekawie wypowiedział się szkoleniowiec GKS Katowice, dając tym samym pstryczka w nos kibicom.

Szaleństwo Plizgi i Błąda
W wyjazdowym spotkaniu z Górnikiem GKS grał słabo, siermiężnie, topornie itd. Przegrywał znów z najsłabszą drużyną tej ligi, która i w tym meczu tę słabość potwierdzała. Na szczęście trener zrobił zmiany, które dały wygraną. Plizga i Błąd w ciągu kilku minut rozmontowali defensywę gospodarzy, swoje dołożył też Cerimagić. Po końcówce przypominającej Pogoń z 2011, katowiczanie zdobyli trzy punkty. Wszystko już po głupiej czerwonej kartce Kalinkowskiego.

– Pokazaliśmy hart ducha, zaangażowanie, poparliśmy to wieloma składnymi akcjami, które dały nam w pełni zasłużone trzy punkty – zgadzaliśmy się z trenerem jeśli chodzi o hart ducha, nie jeśli chodzi o sytuacje.

Rzut karny
W arktycznych warunkach w Siedlcach GKS nie grał źle, ale nie potrafił zdobyć gola z akcji. Z zespołem, który u siebie wygrał tylko jeden mecz. Więc zaraz po meczu było OK, ale potem oceniając na chłodno, pozostawał spory niedosyt.

– Remis połowicznie nas cieszy, bo przyjechaliśmy z nastawieniem zrewanżowania się gospodarzom za porażkę w pierwszej rundzie – szkoleniowiec nie krył połowicznej radości po tym spotkaniu.

Wygrana dająca iluzję
W ostatnim meczu roku GKS wygrał u siebie z mocną Miedzią i zakończył sezon z 6-punktową stratą do miejsca premiowanego awansem. Spłaszczona tabela daje informację, że jesień nie była taka taka zła. Ale to tylko złudzenie – wszystkie kluczowe mecze były przegrane. Wygrana z Miedzią zaciemnia obraz mało ambitnej drużyny.

– Ruchy personalne determinuje wynik, my dziś kończymy rundę i na pewno w najbliższych dniach będziemy analizować kadrę i ewentualne możliwości uzupełnienia kadry. Jestem przeciwnikiem rewolucji, w lecie to miało miejsce. Jestem zwolennikiem drobnych retuszy bo czas działa na korzyść zespołu. Nieprzypadkowo przez pierwsze 10 spotkań zdobyliśmy 9 punktów a w kolejnych 19. Progres jest więc duży i byłbym ostrożny by teraz mówić kogo chcemy a kogo nie chcemy w zespole. Mamy swoje przymiarki, ale życie pokaże co z tego wyjdzie – słowa trenera po spotkaniu z Miedzią tylko zmroziły krew w żyłach.

Wszystkim, którzy dotrwali do końca gratulujemy i nie zazdrościmy masochizmu. Pisanie tego artykułu było udręką. Niech to podsumowanie będzie też pewnym przypomnieniem, że wielokrotnie ta drużyna nas kibiców zwyczajnie upokorzyła. I te minus sześć punktów to jest tylko matematyka. A tak naprawdę ta ekipa nie ma przyszłości, po przyjdą kolejne kluczowe lub prestiżowe mecze i znów będzie jak zawsze…

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    Cierpliwy

    4 grudnia 2017 at 22:26

    Górnik bedzie mistrzem,niebieskie bankruty spadną a MY dalej bedziemy w tej buraczanej 1lidze

  2. Avatar photo

    Mecza

    5 grudnia 2017 at 11:46

    Ja się zgadzam z trenerem. Potrzeba stabilizacji i to wystarczy do poprawy wyników. Kolejna rewolucja nawet gdyby przyszło 5 wyróżniających się zawodników z ekstraklasy przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego. Nie przypadkowo u nas każdy notuje zjazd i kadra wydaje się przeciętna bo zanim zaskoczy gra to u nas jest już „jazda” Pisałem już, w czubie są Ci gdzie jest stabilizacja, to wystarcza aby beniaminek jechał z większością.

  3. Avatar photo

    artur

    5 grudnia 2017 at 18:04

    Mecza prosza cię skończ te głupoty, pojadą do Turcji po tę twoją stabilizację a na koniec sezonu będą się z ciebie śmiać

  4. Avatar photo

    Mecza

    5 grudnia 2017 at 18:36

    Arturze akurat co do Turcji jestem przeciwny. Powinni po górach zapieprzać po kolana w śniegu a później formę szlifować w błocie. Wrócą i będą zerkać czy im nowe, kolorowe buty się nie pobrudziły.

  5. Avatar photo

    Dziadek

    5 grudnia 2017 at 21:35

    Mając w pamięci trzy ostatnie wiosny „murowanego kandydata”, aż boję się mysleć o kolejnej…

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Huczny jubileusz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga