Dołącz do nas

Felietony

Brawa za walkę, nagana za piłkę nożną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przed meczem z Miedzią pisaliśmy, że spotkanie w Legnicy będzie pewnego rodzaju chrztem dla naszej drużyny. Po pierwszych dwóch meczach z przeciętnymi drużynami – obu przegranych – tym razem przyszło nam się spotkać z jednym z faworytów tej ligi. Na tym tle nasz zespół – po różnych działaniach z mijającego tygodnia – miał za zadanie zagrać bardziej ambitnie niż dotychczas.

Naprawdę trudno jest powiedzieć, czy ekipa Piotra Mandrysza ten chrzest przeszła. Chrzest w tym przypadku rozumiany, jako moment, wydarzenie kluczowe, które popchnie tę ekipę do przodu. Trudno to ocenić, bo mecz należy rozpatrywać w dwóch zupełnie osobnych kategoriach. Jedną z nich jest kwestia wolicjonalna, czyli walka, zaangażowanie i jeżdżenie na dupie, drugą natomiast kwestie czysto piłkarskie, taktyka, technika i związana z tym efektywność. Oba te aspekty nie poszły w parze, a wręcz poszły zupełnie przeciwstawnie.

Zacznijmy od kwestii wolicjonalnych. Zarówno kibice na trybunie gości, jak i my obserwujący to spotkanie z perspektywy loży prasowej – nie mieliśmy tym razem zastrzeżeń do zaangażowania zespołu. To nie był jeszcze ideał gryzienia trawy, ale jednak poziom walki był bardzo przyzwoity i jeśli zostałby utrzymany na kolejne mecze – będziemy w tym aspekcie zadowoleni. Wiadomo oczywiście, że każdy zawodnik jest inny i w różnym momencie włącza opcję „walka” na różnym poziomie. Jesteśmy przyzwyczajeni od wielu lat, że często guzik z tym napisem w ogóle został wyrwany i mecze były przechodzone. W Legnicy większość zawodników dobrze podkręciła ten element. Przez walkę i zaangażowanie rozumiemy nie tylko szybkość i agresję, ale także mocną koncentrację na tym, co dzieje się na boisku, co przekłada się choćby na czytanie gry. Bardzo dobrze w tym elemencie pokazali się stoperzy, którzy kilkukrotnie wkładali nogę czy głowę na tyle szybko, aby zażegnać zagrożenie. U nich akurat nie mamy co się czepiać także o kwestie piłkarskie, bo byli po prostu skuteczni w swojej grze. Ambitnie grali też inni zawodnicy – boczni obrońcy, w środku Łukasz Zejdler, a na skrzydle kilka razy włączał turbodoładowanie Andreja Prokić. Starał się być obecny na boisku Yunis. A wzorem ambicji i jednym z najbardziej ambitnych właśnie zachowań ostatnich kilku lat był sprint Pawła Mandrysza w akcji bramkowej. Ten gol nie został zdobyty jakimiś wielkimi umiejętnościami, tylko po prostu sercem – ruszył chłopak do przodu i dobiegł do tak naprawdę beznadziejnej i straconej piłki. To jest to, co chcemy oglądać! Ta akcja była na tyle spektakularna i zdecydowanie ponad poziom oczekiwanego od nas nasilenia walki, że jakby nie pobiegł lub nie zdążył, to nikt nawet by tego nie zauważył. Paweł w tej akcji dokonał po prostu niemożliwego. Do końca spotkania ambitnie się broniliśmy, niestety nie udało się utrzymać wyniku.

Drugim aspektem spotkania w Legnicy jest jakość piłkarska. No i niestety nie mamy tu pozytywnych informacji. Mecz z Miedzią był po prostu słaby w wykonaniu GieKSy. Ocenę spotkania podwyższa co prawda druga połowa, która pod względem organizacji gry, ale praktycznie tylko defensywnej, była mocno przyzwoita i Miedzianka nie potrafiła sobie stworzyć groźnych sytuacji. Zaczynając jednak od początku – pierwsza połowa była fatalna. To był cud, że nie przegrywaliśmy do przerwy. Bardzo źle grali boczni obrońcy, którzy nie nadążali za akcjami i dawali wkręcać się w ziemię (zwłaszcza Mokwa). Dodatkowo nie mieli w ogóle defensywnego wsparcia w bocznych pomocnikach, bo Mandrysz nie dojechał na pierwszą połowę, a Prokić był tak skupiony na ofensywie, że nie miał jak pomagać. W ogóle z gry Prokića poza robieniem wiatru nie wynikało kompletnie nic – jest takie powiedzenie, że „lepiej mądrze stać niż głupio biegać”. Andreja wybrał tę drugą opcję. Prokurowaliśmy rzuty wolne w niedalekiej odległości od naszej bramki. Klemenz zaliczał fatalne straty na akcje bramkowe dla rywali. Zejdler miotał się i każde jego zagranie było na styk. Foszmańczyk kilka razy miał piłkę, ale tradycyjnie nie robił różnicy. Wiele z naszych akcji mogłoby się rozwinąć lepiej, gdybyśmy nie faulowali bezsensownie w środkowej strefie boiska przy wyprowadzaniu piłki. Nie stwarzaliśmy sytuacji (jedynie pudło Klemenza), Miedź natomiast kilka razy na szybkości weszła w pole karne i przynajmniej jedną bramkę powinna strzelić.

W drugiej połowie – jak pisaliśmy – te najgorsze rzeczy odeszły i już nie było takich byków. Solidna gra w obronie, przez co Miedź nie miała już takich sytuacji jak przed przerwą. Nadal jednak mankamentem pozostała gra ofensywna, a w zasadzie jej brak. Katowiczanie zostali zdominowani przez rywala i po golu nie zagrozili już gospodarzom w najmniejszym stopniu. Tylko obrona i obrona, a w takiej sytuacji trzeba się liczyć, że rywal strzeli gola. Nawet w 97. minucie. Z karnego.

Jakość gry jest zdecydowanie do poprawy i nawet taka postawa, jak w Legnicy, nie zagwarantuje zwycięstwa z Puszczą. To był po prostu słaby mecz, który udało się zremisować (a prawie wygrać) ze względu na solidną postawę w grze obronnej całego zespołu w drugiej połowie, dobrej grze stoperów przez cały mecz, walce i zaangażowaniu większości zawodników, zrywowi Mandrysza, ale przede wszystkim dzięki nieskuteczności Miedzi w pierwszej połowie. Nie będziemy nikomu robić wody z mózgu, ale to brak ogarnięcia w końcowych fazach akcji Miedzi utrzymał nas w ogóle w tym spotkaniu. Na plus jest to, że po przerwie potrafiliśmy z tego skorzystać – to się ceni.

Kilka słów jeszcze o ofensywie. Grając na jednego napastnika, często ma on bardzo utrudnione zadanie, jeśli nie pomagają mu koledzy. I tutaj Yunis się musiał cofać na środek boiska, by powalczyć o piłkę, zbierać górne futbolówki. Czyli zrobił to minimum, które mógł, a którego nie zrobił Wojciech Kędziora z Pogonią. Pewnie Jakub mógł zdziałać więcej, ale to minimum przyzwoitości zachował – w sytuacji, gdy nie ma wsparcia kolegów. Na razie rozegrał jednak dwa mecze i praktycznie poza jedną sytuacją w Tarnobrzegu – zero okazji. Można zacząć się obawiać, czy nie będzie to kolejny Lebedyński, czyli zawodnik, który coś tam potrafi i czasem ma udane zagranie, ale nie zdobywa bramek, a wręcz nie oddaje strzałów. Nie chcemy takich napastników. Oni mają po prostu zagwarantować ileś tam bramek w sezonie. Yunisa nie skreślamy oczywiście po tych dwóch meczach, ale powoli musi włączyć efektywność.

No właśnie, ale to jest osamotniony napastnik. A co z tymi, którzy mają na tego napastnika pracować? Niestety posucha. O Prokiću już pisaliśmy. Paweł Mandrysz też poza tym zrywem nie pokazał się w ofensywie. Zejdler i Klemenz mają zadania defensywne, ale też mogliby czasem coś od siebie dać w rozsądnym zapoczątkowaniu akcji. No i Tomasz Foszmańczyk. Niestety ten zawodnik jest coraz bardziej zblazowany, a powinien robić różnicę. Nie rozprowadza akcji dynamicznie, z pomyślunkiem, tu krótka piłka, tu prostopadłe podanie, tu przerzut. Po prostu pyka sobie, jakbyśmy grali o nic. Nie bez kozery jest stwierdzenie, że to jest świetny zawodnik dla zespołu, który nie walczy ani o awans, ani o utrzymanie. W takich warunkach Fosa odnalazłby się idealnie. Ktoś powie, że zaliczył asystę przy golu, ale patrząc wielokrotnie na tę sytuację, to zawodnik który wychodzi sam na sam, a decyduje się na strzał z 25 metrów po ziemi, to sorry… Naprawdę duże szczęście w tym, że Kapsa wypuścił tę piłkę, a gdyby nie niesamowity sprint Mandrysza i gol, to przecież na Fosę spadłaby wielka krytyka za tę sytuację. Zawodnik musi od siebie dać więcej, bo to nie może dalej tak wyglądać. To on jest głównym odpowiedzialnym za grę ofensywną i jeśli w jego wykonaniu tego nie ma, spotkanie wygląda tak, jak wygląda.

W drugiej połowie trener dokonał kilku zmian. Jedną z nich był Dawid Plizga i musimy powiedzieć to głośno, że była to jedna z najgorszych zmian w ciągu ostatnich kilku sezonów. Nie wiemy, czy zawodnik przez cały mecz do wejścia na boisko robił sprinty w budynku klubowym, albo zrobił 300 przysiadów, ale wszedł na boisko i już na starcie wyglądał, jakby oddychał rękawami. Ciężkie, ołowiane nogi powodowały wrażenie, że porusza się w ślamazarnym tempie, nie reaguje odpowiednio szybko. Zaliczył jeden zryw i prostopadłe – za mocne – podanie. To za mało, zwłaszcza od zawodnika, który kiedyś słynął z dynamiki i szybkości. Jeśli o Kędziorze pisaliśmy, że wyglądał, jakby był na emeryturze, to Dawid tak, jakby był na rencie. Powstaje pytanie, czy to jakieś ciężkie treningi trenera Mandrysza i z tego powodu ciężkie nogi. Bo akurat późne wejście do zespołu czy brak regularnej gry od kilku miesięcy może tłumaczyć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że zawodnik wchodzący na 25 minut na świeżości nie może wykonać kilku szybkich akcji, ale też pomóc w defensywie – bo i odpuszczanie zawodników Miedzi przy piłce, kiedy wystarczyłoby ze dwa kroki zrobić – sprawiało, że zęby bolały. Szkoleniowiec musi się nad tym zastanowić, bo wystawianie zawodnika w takiej formie fizycznej robi mu wielką krzywdę. No chyba, że Dawid jest już zmęczony karierą, ale wtedy to już inny temat.

Kibice docenili zaangażowanie zawodników i po meczu były podziękowania. Nie będziemy wnikać już w okrzyki „byliście lepsi”, choć należy uważać z takowymi, bo właśnie w zeszłym sezonie nasi piłkarze uwierzyli przed wiosną, że są lepsi i chyba z tego powodu olali angażowanie się, bo myśleli, że mecze same się wygrają. Więc lepiej takich tekstów piłkarzom nie dawać, bo jeszcze znów w to uwierzą, nie mając ku temu podstaw. Ale brawa za walkę jak najbardziej się należały i zespół otrzymał solidną porcję wsparcia. Co z tym zrobi? To będzie ich kolejny egzamin dojrzałości.

Bardzo ciężka praca przed trenerem Mandryszem, bo samą walką ligi nie zawojujemy. Katowiczanie grali solidnie w grze obronnej i może to jest jakiś punkt zaczepienia na kolejne spotkania. Trener Mandrysz mówi „od czegoś trzeba zacząć”, więc może niech to będzie umacnianie gry defensywnej. Drużynę buduje się od tyłu, trzeba pochwalić za dobre zabezpieczenie po przerwie i przekuć to na następny mecz, ale już od początku do końca. Jednocześnie trzeba coś zrobić z ofensywą. Bo nie zawsze Paweł Mandrysz będzie miał takie depnięcie, a bezbramkowe remisy nie będą nam dawać takiej ilości punktów, jak potrzebujemy.

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    Jestesmy zawsze tam gdzie nasza GieKSa gra!!!!

    6 sierpnia 2017 at 16:59

    Haha za jaka walke ??? jak oni nic wczoraj nie grali.. GieKSa To MY !!!!

  2. Avatar photo

    obiektywny

    7 sierpnia 2017 at 10:21

    Dziwne czasy nastały, że zamiast krytyki szuka się pozytywów.Na pochwały trzeba sobie zasłużyć. Tyle lat upokorzeń, poprzedni sezon mistrzowsko przegrany, nie wygrany ani jeden mecz do tej pory (i nie wiadomo czy za Mandrysza taki będzie). Prezes z trenerem w innych widzą kandydatów do awansu bo wiedzą, że o awans nie gramy. Już co niektórzy piszą te same farmazony co w poprzednich latach, że lepiej awans za 2 lata, że budujemy zespół i takie tam. Ile tak można, czy w tym klubie nikt za nic nie odpowiada?

  3. Avatar photo

    Irishman

    7 sierpnia 2017 at 17:48

    Ile to razy czytałem – „w tej lidze wystarczy zapierdalać”.
    Coś w tym jest jak pokazuje wynik sobotniego meczu. 🙂

    A jak już jest zapierdalanie to znaczy, że jest ambicja i wiara. Od tego już tylko krok, aby stopniowo zaczęła się w końcu pokazywać i jakość.

  4. Avatar photo

    Paweł

    8 sierpnia 2017 at 14:44

    Remis przed meczem wziąłbym w ciemno. Choć wyrównanie padło w 97 min to należy ten punkt przyjąć z pokorą. Nie zgodzę się z trenerem Mandryszem, że punkt jest porażką. Nawet jeżeli miał na myśli, że wyrównanie padło w doliczonym czasie gry. Prawda jest taka, że zagraliśmy słabo. Asekuracyjnie i zza podwójnej gardy. Mamy takich piłkarzy, a nie innych. Jaki materiał – taki styl gry, czyli bez polotu.
    Gdybyśmy stracili pierwsi bramkę to byłoby po meczu. Nie mamy siły w ataku i pozostaje nam grać na zero z tyłu licząc, ze ”coś” wpadnie. Na Legnicy się udało.
    Nie widzę, aby ta drużyna była wstanie odrobić bramkę lub dwie:)
    Jakości też na razie nie widać. Nie widziałem też, aby niektórzy dawali z siebie wszystko. Foszmańczyk snuł się po boisku. Dobrze, że bramkarz Miedzi jego anemiczny strzał jakimś cudem odbił na tyle niefortunnie, że padła bramka.
    Ogólnie trzeba cieszyć się z punktu.

  5. Avatar photo

    Paweł

    8 sierpnia 2017 at 15:01

    Podsumowując artykuł Shellu mamy w drużynie:
    Emeryta- Kędziora,
    Rencistę – Plizga,
    Klauna – Nowaka,
    Pozoranta – Foszmańczyka.

    Jest jeszcze kilku innych a to dopiero początek sezonu:)
    Już w piątek transmisja w TV i pewnie nas zespół pokaże się z najlepszej strony:)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Huczny jubileusz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga