Felietony Piłka nożna
Budowa Wielkiej GieKSy
Zakończyła się nasza przygoda w europejskich pucharach. Była ona krótka, ale bardzo intensywna. Cztery środkowotygodniowe meczowe wieczory dostarczyły nam emocji, których kilka pokoleń kibiców w ogóle nie doświadczyło. Zarówno tych wyjazdowych, specyficznych, bo poza granicami naszego kraju, jak i domowych świąt futbolu, z pełnym stadionem i poczuciem czegoś wyjątkowego.
Trudno ostatecznie ten dwumecz ocenić jednoznacznie. To znaczy – łatwo było go ocenić do 83. minuty, ale potem mieliśmy przebłysk Katowiczan, który spowodował, że GKS ten mecz po prostu wygrał.
Nie da się jednak ukryć, że z perspektywy dwumeczu awans Hapoelu jest absolutnie zasłużony. To Izraelczycy byli drużyną zdecydowanie lepszą. Neutralizowali nas tak, że do bramki Ilji, czyli przez 173 minuty dwumeczu, najgroźniejszą okazją był chyba strzał Bartka Nowaka z rzutu wolnego, a przecież to był strzał zaledwie niezły. Ewentualnie jeszcze w drugiej połowie ta sytuacja Kacpra Łukasiaka, który w idealnej wprost pozycji skiksował kompletnie. Hapoel raz, że kasował nasze próby ofensywne bez większego problemu, to i jakość tych prób pozostawiała wiele do życzenia. Rywale sami też do pewnego momentu jednego i drugiego meczu – stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Przez trzy połowy ofensywa GieKSy nie istniała. Goście wczorajszego meczu byli bardziej dynamiczni, choćby jeśli chodzi o pokazywanie się na pozycjach, pressing czy wychodzenie spod pressingu. U nas wyglądało to tak, że brakowało w tym zakresie jakiegoś doświadczenia i pomyślunku – nie było tego przestawienia się, że być może w pucharach trzeba w każdej sytuacji reagować o pół sekundy szybciej. Detale.
Druga połowa była już nieco lepsza, ale tak naprawdę to dopiero te ostatnie 10 minut to była ta GieKSa, jaką chcemy oglądać. I nie mówię tylko o bramkach, ale o zamknięciu i zdominowaniu rywala. Jak się okazało – w tych okolicznościach Hapoel był w stanie się pogubić i raz stracić bramkę, raz sprokurować karnego. Można sobie zadać pytanie – dlaczego nie wcześniej? Gdyby to „swoje” GieKSa grała choćby od początku meczu lub po jednej połowie na Węgrzech i u nas – losy tej rywalizacji wcale nie musiały być takie, jakie są.
Jeśli chodzi o ofensywę, to duży zawód sprawiły w tym dwumeczu stałe fragmenty. Bartoszowie Nowak i Wolski bili je niestety bardzo źle. Poza wspomnianym jednym rzutem wolnym mieliśmy rzuty wolne niecelne czy tam jeden w środek bramki w Miszkolcu. Po rzutach rożnych też kompletnie nie stwarzaliśmy zagrożenia. Szwankowało to bardzo, a od takich techników wymagamy przynajmniej uderzenia w światło bramki.
No i znów kuriozalna stracona bramka. Sposób w jaki piłka fruwała nad głowami Arka Jędrycha i Bartosza Wolskiego był niezrozumiały. Pomijaliśmy się głowami z futbolówką i zaraz rywal miał czystą sytuację. Niestety wszystkie trzy bramki strzeliliśmy sobie sami. O meczu sprzed tygodnia napisano już wiele, jednak tym razem gol dla piłkarzy z Tel Awiwu też nie było po nie wiadomo jakiej składnej akcji.
Końcówka była znakomita. Kapitalną zmianę dał Mateusz Wdowiak. Poszarpał, pogonił, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Świetnie wykończył akcję na 1:1 Ilja Szkurin, a potem kapitan bardzo dobrze wykonał rzut karny. Swoje do gry wniósł Eman Marković czy Erik Jirka. Także Szymon Bartlewicz miał dobry moment, choć te kilka wrzutek na sam koniec na wysokość kolan sfrustrowało Nową Bukową. Mimo wszystko – gdy wydawało się, że dwumecz zostanie z kretesem przegrany, nieoczekiwanie nasi zawodnicy zapewnili nam w końcówce wielkie emocje. I wygrali mecz. Jakby do tego wszystkiego nie podchodzić – to cieszy. Jak i kolejna bramka naszego napastnika.
Cieszy to, że GieKSa nadal u siebie seryjnie wygrywa mecze. Cieszy, że nie została przerwana passa meczów bez porażki na własnym stadionie. Uważam, że to psychologicznie jest bardzo dobry aspekt. Także to, że ta końcówka okazała się efektywna i wyszliśmy z takiego jednak marazmu, którym był naznaczony ten dwumecz. Na sam koniec o marazmie nie ma mowy. Bo GieKSa znów była GieKSą. I to też ma zaprocentować już w niedzielę w meczu ligowym.
Wstydu nie przynieśliśmy. GKS Katowice wracający do pucharów po tylu latach – zdołał jedną rundę przejść, a przecież tam też były trudności. Mieliśmy ten piękny wieczór z wyeliminowaniem Žiliny. To nie był ten przez wiele lat trawiący polski futbol „eurowpierdol”. Odpadliśmy, popełniliśmy swoje błędy, odpaść nie musieliśmy. Ale nie ma mowy o żadnej kompromitacji. I paradoks według mnie jest taki, że choć Hapoel był w naszym zasięgu, to wcale nie jestem przekonany, że Atalanta będzie z tym rywalem miała tak łatwo.
Pamiętam czas, częściowo w sezonie spadkowym do drugiej ligi, kiedy GieKSa przez rok nie potrafiła u siebie wygrać meczu. CAŁY ROK! Teraz w ciągu dwóch tygodni wygraliśmy na swoim boisku dwa mecze w europejskich pucharach. To naprawdę są wartościowe rzeczy w tym ciągłym i ciągłym procesie budowy Wielkiej GieKSy. To daje radość, to daje poczucie sensu w tym wszystkim.
Wracamy do ligi. Ligi, która była totalnie gdzieś w tle tego wszystkiego. Ale teraz ruszymy już do niej pełną parą i będziemy ciułać te ligowe punkciki – oby jak najczęściej po trzy, choć czasem jednym też nie wzgardzimy. Najważniejsze, żeby wspomniana para nie uciekła po odpadnięciu z europejskich rozgrywek. Ale jestem dziwnie spokojny, że to nie nastąpi. Raczej mam myśl, że pójdzie to w drugą stronę i te puchary GieKSę napędzą jeszcze bardziej. Już mecz z Radomiakiem to pokazał.
Ostatecznie więc trochę pomarudzić sobie tam czasem pod nosem możemy, ale tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku. Długofalowo – te cztery mecze to kolejne punkty do doświadczenia i stawania się coraz lepszą drużyną. Europejskie puchary były czymś, czego nie zakładaliśmy na początku i przez długi czas w poprzednim sezonie. A jednak nam się one przydarzyły. To był dla kibica GieKSy prawdziwy bonus. I cztery dodatkowe mecze, a przecież… uwielbiamy mecze i im więcej, tym lepiej. Myślę, że piłkarze czy trenerzy mają podobnie. Przecież wszyscy kochamy atmosferę stadionu, te sztuczne światła, te krzyki publiczności, euforię po bramkach, nerwy na sędziego, otoczkę medialną i całą tę fabułę, która ciągle trwa i trwa.
I będzie trwać dalej, bo historia tego sezonu – z przytupem – ale dopiero się zaczyna. Przed nami maraton ligowych meczów, w którymś momencie dojdzie jeszcze Puchar Polski. GieKSa jest gotowa, a zawodnicy z całej kadry – sprawdzeni. Nic więc tylko czekać na kolejne popołudnia i wieczory z GKS Katowice w roli głównej.
Panowie, dziękujemy za ten czas i czekamy na kolejne pojedynki. A jak jeszcze powalczycie o puchary i kolejną europejską przygodę za rok – to już będzie w ogóle wspaniale!
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze