Felietony
Nie bójmy się czuć i wyrażać emocji
Tym razem felieton będzie inny niż zazwyczaj, nie będzie w ogóle dotyczył piłki ani sportu. Tematy na razie się wyczerpały i czekamy na rozwój wypadków. Chciałbym zaprosić do przeczytania kilku słów z mojej zawodowej działki, słów dotyczących tego, co może się dziać w naszym wewnętrznym świecie w związku z obecną sytuacją.
Świat się zatrzymał i ciągle w tym zatrzymaniu się znajduje. Nie wiemy jak długo to wszystko potrwa, kiedy wrócimy „normalnie” do pracy, kiedy swobodnie będziemy mogli chodzić po ulicach, podróżować, kiedy wrócimy na stadiony. Obecny czas jest trudny dla nas wszystkich. Czas, który po prostu musimy przetrwać. Tylko co to znaczy?
Dużo mówi się w tym kontekście o zdrowiu, bo przecież to zdrowia sytuacja pandemii dotyczy. Wiele się mówi o gospodarce, o ludzkim bycie materialnym, organizacyjnym. Mało się natomiast zwraca uwagę na to, jak to wszystko wpływa na psychikę – jest to temat niedoceniany, a wydaje się, że jednak bardzo podstawowy – bo to przecież w zależności od tego, jak w tej kryzysowej sytuacji zafunkcjonuje nam psychika zależeć będą realne działania mające na celu się w tym wszystkim odnaleźć i radzić sobie.
Podstawową kwestią jest to, że zostało zachwiane – i to gruntownie – poczucie bezpieczeństwa. Świat, który wydawał się być mniej lub bardziej przewidywalny – spłatał nam figla. Przewidywalność okazała się „wartością”, która wylądowała w koszu na śmieci. W jej miejsce pojawiły się znaki zapytania, niepewność, brak poczucia, że stoi się na twardym podłożu. W zależności od aktualnej stabilizacji psychicznej oraz zasobów danej osoby ta utrata poczucia bezpieczeństwa mogła być mniejsza lub większa, wiązać się z różnymi dziedzinami i mieć różnorakie konsekwencje.
Siedzimy w domach, nasze życie od kilku tygodni diametralnie się zmieniło. Ważne jest, aby uznać, że różne reakcje emocjonalne, które mogą się w tej chwili pojawiać – są prawidłowe. Piszę o tym dlatego, gdyż może być pokusa uznania swojego (dawno nieodczuwanego) lęku, złości, obniżonego nastroju, braku motywacji – za coś niepokojącego i przejaw słabości. To prosta droga do tego, żeby zostać z tym samemu i się pogrążać. Jeszcze gorzej robić to z symbolicznym uśmiechem na twarzy.
Nic bardziej mylnego. Sytuacja, którą mamy jest na tyle nieprzewidziana i zaskakująca, że emocjonalnie po prostu nie dało się na nią przygotować. Co łącząc ze wspomnianą utratą poczucia bezpieczeństwa może powodować wspomniane wyżej stany emocjonalne i reakcje. Gdy dodamy do tego, że w pędzie życia codziennego nie było czasu na spotkanie z samym sobą, a teraz tego czasu pojawia się aż nadmiar – to tylko sprzyja temu, żeby to co „ukrywane” czy „zamaskowane” wychodziło dzisiaj na jaw.
Nawet u osób wyjściowo ustabilizowanych może pojawiać się lęk. Obecna sytuacja może bowiem uderzać w kwestie egzystencjalne, których jednym z przejawów jest zdrowie i życie. Codzienne informacje o coraz większej ilości osób zakażonych oraz o zgonach na wielu osobach może robić bardzo duże wrażenie i dotykać czułych punktów. Ale wspomniane kwestie bytu materialnego – potencjalna lub już dokonana utrata pracy, brak lub znaczące zmniejszenie zarobków, a przy tym chociażby konieczność spłacania rat czy innych zobowiązań. Pół biedy, gdy ktoś ma oszczędności. W sytuacji, gdy ludzie ledwo wiążą koniec z końcem obecna sytuacja jest w sposób uzasadniony bardzo lękotwórcza. Czy będzie nas stać na jedzenie? Czy nie wyrzucą nas z mieszkania? Czy wkrótce do akcji nie wkroczy komornik? Takich tematów jest mnóstwo.
Współistniejąc z lękiem lub występując niezależnie może występować obniżenie nastroju. Była wolność – nie ma wolności. Nie można już spędzać czasu tak, jakby się chciało. Nie można się swobodnie odwiedzać, robić imprez, podróżować. Ale też widząc puste ulice i wiedząc, z jakiego powodu tak się dzieje, widząc wspomniane informacje o zachorowaniach, nastrój może po prostu zlecieć bardzo nisko. U osób, które potrzebują kontaktów może pojawiać się znaczne poczucie samotności. U tych, którym się wydawało, że takich kontaktów nie potrzebują – również. Smutek, przygnębienie – również są w obecnej sytuacji normalną reakcją.
Warto także uznać, że obniżenie motywacji w obecnym czasie – również nie jest czymś nieprawidłowym czy świadczącym na przykład o lenistwie. Codzienność wymagała bowiem od wielkiej części społeczeństwa wstania rano, zebrania się do pracy, dojazdu, pracy w swoim miejscu zatrudnienia, kontaktów z innymi ludźmi, organizacji i życia na zwiększonych obrotach. Sytuacja, w której jesteśmy skazani na siedzenie w domu i nawet pracę zdalną (to jeszcze pół biedy!) powoduje, że powietrze uchodzi, a mobilizacja spada znacząco. To trochę jak z piłkarzami i grą przy pełnych versus pustych trybunach. Tutaj można później wstać, ubierać w garnitur się nie trzeba, można (w wielu przypadkach) pracować w piżamie przed laptopem. To jest znów zwolnienie tempa. A jeśli dana osoba po prostu nie pracuje – to ta motywacja i mobilizacja tym bardziej ma prawo być obniżona.
Jest oczywiście wiele osób, które pracują – zwłaszcza jeśli chodzi o pracę w służbie zdrowia. Tam jest to okres wytężonej pracy, zwiększonego lęku, bo przecież jest to często narażanie się na zachorowanie. I tutaj mogą występować podobne reakcje, co powyżej, choć w innych konfiguracjach. Jednak i tu trzeba uznać, że są to reakcje prawidłowe. Celowo nie rozwinę bardziej tematów pracowników służby zdrowia, bo specyfika ich doświadczeń emocjonalnych w obecnym czasie to temat na osobny artykuł.
To co bardzo ważne i co może nas uratować, to właśnie przyznanie się przed samym sobą do tych emocji, przyznanie się i danie sobie prawa do bycia słabszym niż zazwyczaj. Bycie mocnym zawsze i wszędzie bardzo często jest fasadą. Ze wstydu nie przyznajemy się do momentów słabości. Oczywiście życie zmusza nas do tego, by sobie radzić – ale czasem występują niespodziewane sytuacje, które mają prawo przerosnąć albo przynajmniej na chwilę zdestabilizować. Nasza psychika (czyli my sami) ma wybór, czy uznamy, że na chwilę jesteśmy słabsi czy będziemy udawać wszechmocnych. Pułapka polega na tym, że to przybieranie maski „silnego” również może mieć swoją granice, a wtedy kryzys może być wiele silniejszy. I odroczony.
Tak, trzeba uznać, że powiedzenie samemu sobie, że się boimy, złościmy, czujemy się źle, samotnie, mamy doła, pesymizm i nic nam się nie chce – nie jest wstydem. Tak naprawdę powiedzenie tego sobie jest pierwszym krokiem do tego, żeby dojrzale sobie z obecną sytuacją radzić. To pierwszy krok do tego, żeby samego siebie wesprzeć.
Ważne jednak jest, by nie ograniczyć tego do samego siebie. Świat daje nam w prezencie wielu wspaniałych ludzi wokół – rodzinę, przyjaciół, znajomych. Nie bójmy się im mówić o swoich uczuciach i słabościach – to inni ludzie są po to, żeby korzystać z ich wsparcia, tak jak my jesteśmy, żeby tego wsparcia udzielać. Relacja wymiany – jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka może się w tym trudnym czasie wydarzyć.
Nie ma co ściemniać – jak się boisz, to powiedz to sobie, a potem komuś innemu. Czasem jedna rozmowa może być promykiem, który zacznie Cię wprowadzać w nieco jaśniejszy świat. Pogadaj, ponarzekaj, pozłość się. To nie musi mieć nic wspólnego z malkontenctwem czy byciem marudą, słabeuszem czy tchórzem. To stereotypy. Każdy człowiek czasem ma prawo być słabszy i potrzebować wsparcia. Zawsze – a w obecnej sytuacji szczególnie – na wsparcie jest i może być duży popyt.
Ta sytuacja obecnie trwa, ale nie będzie trwać wiecznie. Warto zadbać o siebie już teraz, bo kolejne ryzyko związane z naszą psychiką jest takie, że jeśli teraz będziemy udawać, że wszystko jest super, to bomba może wybuchnąć z opóźnionym zapłonem. Na przykład w momencie, kiedy będzie normalnie i wszyscy wokół wrócą do normalnego życia, a my zaczniemy przeżywać to, czego nie przeżyliśmy teraz.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze