Dołącz do nas

Felietony Hokej Kibice

Post scriptum do wyjazdu do Cortiny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wyjazd do Cortiny na półfinałowy turniej Pucharu Kontynentalnego kończymy tradycyjnym PS-em. Jest on tym razem nieco dłuższy, ale cóż — jaki wyjazd, taki PS 🙂 Mam nadzieję, że dobrniecie do końca bez usypiania 🙂

1. Mimo najszczerszych chęci i namów w październiku stało się jasne, że redakcja GieKSa.pl wybierze się do Cortiny w jednoosobowym składzie w postaci autora niniejszego PS-a. W związku z tym zaszła potrzeba znalezienia wśród osób jadących z kibicami współtowarzyszy podróży i noclegu.

2. Rozważałem dwa środki transportu: auto i samolot, przy czym druga z opcji miała taką wadę, że ostatnie busy z Cortiny do ościennych miejscowości odjeżdżały ok. 19-20, zatem wiązało się to albo z koniecznością droższego noclegu w samej Cortinie, albo wynajęcia auta na lotnisku.

3. Po dłuższych poszukiwaniach zgłosiło się dwóch moich krajanów z Imielina – Hudy i Seba (pisownia ksywy pierwszego oryginalna, ale z racji pisowni mojej przez j – od czeskiego trunku, a nie Dostojewskiego – nie zdziwiło mnie to zbytnio) 🙂

4. Rozmowa z Hudym na szpilu była bardzo konkretna i rzeczowa, w wyniku czego już na następny dzień mieliśmy pochytane noclegi.

5. Początkowo nieco problemów nastręczył kontakt z klubem z Cortiny w kwestii akredytacji, ponieważ strona www nie ma wersji w innym języku niż włoski, który, choć mi się niesamowicie podoba, poza „buon giorno”, „arrivederci”, „bellissima ragazza” i „vaff**culo” nie należy do moich mocnych stron 🙂

6. Na szczęście z pomocą pospieszył Foxu, który podał mi namiar do Tomasso, z którym bez problemu porozumiałem się po angielsku i który zapewnił mnie, że akredytacja będzie na mnie czekała na lodowisku przed pierwszym szpilem.

7. Włosi są przesympatycznym narodem, który cechuje wszechobecny luz, czasami przeradzajacy się w „bordello”. Zawsze bardzo podobało mi się to podczas dzikich wyjazdów, kiedy pozwalało to nam rozbić namiot gdzie bądź, kąpać się na campingu nie będąc zakwaterowanym, czy niegdyś mojemu ojcu – jechać cugiem na hasło „Papa Wojtyła” zamiast biletu. Jednak przy ustaleniach dotyczących akredytacji budziło to moje lekkie obawy.

8. Planujemy wyjechać z Imielina w czwartek o 21, jednak tu daje popalić moja skłonność do odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, w wyniku czego wyruszamy godzinę później, a następnie wracamy się kilka km po łańcuchy na koła, o których zapomniałem (a które finalnie okazały się niepotrzebne).

9. Czeską winietę kupujemy online, natomiast przy zakupie austriackiej na granicy w Mikulowie ku naszemu zdziwieniu w dwóch miejscach chcą od nas 19 eurasów, podczas gdy normalna cena to około dychy.

10. Okazuje się, że ww. miejsca to punkty czeskie, na szczęście kawałek dalej jest całodobowy austriacki i tam kupujemy winietę po cenie nominalnej. Nie dajcie się nabrać rodakom Szwejka.

11. Dalsza część podróży mija nam bez większych problemów (nie licząc półgodzinnego poślizgu w omijaniu korka) i niewiele przed południem meldujemy się w Carbonin-Schulderbach położonym niecałe 20 km od Cortiny, gdzie mieści się nasza kwatera.

12. Na miejscu zastajemy już sporo GieKSiarzy, którzy rozpoczynają właśnie… grilla (spożywczego, nie mylić z tym spod znaku „h”).

13. Okazuje się natomiast, że w pokoju nie ma dla nas pościeli, co byłoby do przeżycia, gdyby nie zimne kaloryfery i 17 stopni w pokoju. Wywiązała się zatem dłuższa dyskusja z jedynym gościem z recepcji, który władał językiem Szekspira, a nie tylko Dantego. Musiałem pokazać rezerwację, udowadniając, że pościel jest wliczona w cenę, a nie za opłatą, po czym otrzymujemy zapewnienie, że pościel wieczorem będzie na nas czekać.

14. Dodatkowo dowiadujemy się, że nie płacimy opłaty klimatycznej, natomiast wymagana jest kaucja 100 EUR. Dobra, może być, nie zakładamy demolki pokoju.

15. Po krótkim odpoczynku i przygotowaniu sprzętu udajemy się do zdominowanej już przez GieKSiarzy Cortiny. Robimy szybkie zakupy i podjeżdżamy pod halę. Jest ona z zewnątrz naprawdę ładnym obiektem, a nad jej dachem wznoszą się majestatyczne góry.

16. Moje obawy o akredytację okazały się bezpodstawne. Co prawda włoscy ochroniarze nie do końca rozumieli, o co chodzi, jednak jeden z nich ujrzawszy statyw, z uśmiechem powiedział: „a, giornalisto”, zawołał panią władająca angielskim i po chwili akredytację dzierżyłem w ręku.

17. Obiekt w Cortinie od wewnątrz nie wygląda może na najnowszy, ale ma swój klimat i jest… trzypiętrowy, co rzadkie w przypadku hali hokejowej. Sektor prasowy mieści się na drugim piętrze, skąd jest naprawdę superwidoczność na taflę i trybuny. Mankamentem jest to, że balkony są drewniane, co nieco tłumi akustykę.

18. Jednak największą wadą obiektu jest niezwykle słaby Internet. To storpedowało definitywnie i tak z założenia karkołomne plany zrobienia foto, wideo z dopingu i live’a w pojedynkę.

19. Po nerwowej końcówce pierwszy mecz wygrywamy 5:4, po czym zostaje odtworzony Mazurek Dąbrowskiego. Niestety gospodarzom nawaliło przy tym nagłośnienie i nagranie rozpoczęło się od trzeciego wersu hymnu („Co nam obca…”), podczas gdy kibice rozpoczęli normalnie. Tym samym Mazurek (a przynajmniej pierwsza zwrotka) nie wyszedł najlepiej, ponieważ nie zabrzmiał jak hymn, a jak „Płonie ognisko w lesie” śpiewane przez harcerzy na dwa głosy. Natomiast druga zwrotka odśpiewana a capella wyszła już dużo lepiej, choć nieco zaskoczyła organizatorów, którzy puścili w jej trakcie jakąś inną muzę.

20. Po powrocie na kwaterę, na miejscu czeka już na nas pościel i ciepłe kaloryfery. Jednak okazuje się, że Internet na jest niewiele lepszy od tego z hali. O ile przy ładowaniu galerii to jeszcze nie przeszkadza, o tyle wysłanie Jaśce filmików z dopingiem do obróbki po 2 giga każdy staje się nie lada wyzwaniem.

21. Na szczęście winny okazuje się mecz Polska-Czechy oglądany przez GieKSiarzy w hotelu i po jego zakończeniu filmiki zostają załadowane.

22. W kolejny dzień budzimy się przed 9., ponieważ planujemy wyjście w góry na trasę wokół Tre Cime di Lavaredo, stanowiącą jeden z najpiękniejszych trekingów w Dolomitach.

23. Trasa ta rozpoczyna się przy schronisku Rifuggio Auronzo, położonym na ponad 2300 m n.p.m. Jednak na wysokości  ok. 1800 m czeka na nas przykra niespodzianka w postaci szlabanu. Zimą niestety nie da się tam wjechać. Cóż, decydujemy się podejść do schroniska z buta, a co dalej, zobaczymy.

24. Okazuje się, że szlaban miał swoje uzasadnienie, bo na drodze dojazdowej zalegały takie ilości lodu, że auto mogłoby wylądować w dolinie kilkaset metrów niżej.

25. Jak większość schronisk w Dolomitach, poza sezonem letnim jest ono nieczynne, jedynie dostępny jest zimowy schron, w którym można się przespać lub odpocząć. Po sesji fotograficznej z barwami wyruszamy wyżej.

26. Z racji prawie dwugodzinnego nadprogramowego podejścia, naszym celem staje się przełęcz Forcella Lavaredo, położona na wysokości 2452 m n.p.m. Rozpościerają się z niej zapierające dech widoki na okoliczne szczyty, a na miejsce chwilę po nas dociera ekipa z Mysłowic. Wszystko to mogliście obejrzeć w górskiej galerii.

27. Po sesji fotograficznej wspólnie docieramy do parkingu ok. 16 i z dwugodzinnym przystankiem na kwaterze udajemy się do Cortiny na drugi nasz szpil.

28. Cortina wystawia kilkudziesięcioosobowy młyn, który jest jednak przez większość meczu zagłuszany przez żółtą armię fanatyków. Natomiast osobiście zaskoczyła mnie niewielka liczba pikników gospodarzy. W Belfaście hala żyła, tu niekoniecznie. Choć na pewno wynik 0:8 na niekorzyść gospodarzy sprawy nie ułatwiał.

29. Z kolei, widząc i słysząc nasz doping, kolejni Włosi podchodzili, fotografowali, filmowali, jednym słowem kopary im opadały na widok Trójkolorowej Armii. Choć z kolei tu również dużą robotę zrobił wynik i postawa naszych hokeistów.

30. Tym razem Mazurek Dąbrowskiego został odegrany prawidłowo, choć nieco zbyt wolno. Z tego powodu kibice śpiewają nieco szybciej. Natomiast druga zwrotka odśpiewana a capella wyrwała z butów. Naprawdę, ciary przechodziły po plecach.

31. Hudy i Seba dzień wcześniej przytomnie zauważyli, że zaraz obok parkingu wychodzą hokeiści, dzięki czemu udało nam się chwilę porozmawiać z Grzegorzem Pasiutem. Nasz kapitan wykazał się dużą klasą i skromnością, jakby wynik 8:0 był dla niego „zwykłym dniem w biurze”. Jakże miła odmiana w stosunku do innej dyscypliny…

32. Po powrocie na kwaterę okazuje się, że Internet działa w tempie ślimaka-impotenta, choć dziś żaden piłkarski mecz nie leci 🙁 Na domiar złego, w wyniku nieporozumienia wcześniej skasowałem z dysku Google filmiki z piątku, których Jaśka jeszcze nie ściągnął.

33. Dopiero nad ranem, po nieprzespanej i bogatej w przekleństwa nocy, w akcie desperacji schodzę z drugiego piętra na parter ośrodka, gdzie net o dziwo działa o niebo lepiej i udaje mi się ponownie załadować wideo z piątku.

34. Przy wykwaterowaniu dowiadujemy się, że… no właśnie nie wiem co. Chyba, że włamaliśmy się do nieprzygotowanego i nieposprzatanego pokoju. Zdębiałem, ale po wyjaśnieniu, że dostaliśmy klucz, a pokój był już czysty i nie mamy zastrzeżeń, pani z uśmiechem zwraca nam kaucję. Kompletnie dotąd nie wiem, o co biegało.

35. Po spakowaniu auta udajemy się do Cortiny na niedzielną Mszę. Po włosku niewiele rozumiemy, ale posiłkujemy się polskimi czytaniami.

36. Następnie poszukujemy knajpy z jakimkolwiek WiFi, jednak w listopadzie okazuje się to mission impossible.

37. W tej sytuacji planujemy wjechać autem na szczyt Cinque Torri, gdzie znajduje się ciekawe muzeum bunkrów z I WŚ, jednak drogę zagradza nam kolejny zakaz wjazdu. W tej sytuacji wjeżdżamy na przełęcz Passo Giau (2236 m n.p.m.), skąd widoki są przednie, co mogliście obejrzeć w odpowiedniej galerii.

38. Po powrocie do Cortiny zamierzamy zjeść pizzę, jednak docieramy na 20 min przed sjestą i zostajemy poinformowani, że nie można już nic zamówić. Na szczęście jedyna mówiąca po angielsku pani lituje się nad nami i obiecuje 3 pizze na wynos.

39. Oczywiście oprócz niej nikt nie włada innym językiem niż włoski, zatem robi się spore zamieszanie i pozostałe osoby chcą nas wyprosić, nie reagując na tłumaczenia po angielsku, że już zamówiliśmy. Na szczęście poraz raz kolejny sympatyczna Włoszka wybawia nas z opresji.

40. Po posiłku udajemy się do hali na ostatni mecz. Trzeba przyznać, że Duńczycy kibicowsko zaprezentowali się (oprócz GieKSy, oczywiście) chyba najlepiej, wystawiając podobny młyn, co gospodarze dzień wcześniej – ale bądź co bądź na wyjeździe. Niestety mieli oni nieco źle dobrany bęben, który kompletnie zagłuszał ich popisy wokalne.

41. Sam mecz pomimo prowadzenia 2:0 przegrywamy po dogrywce 2:3 i tym samym nasze nadzieje, że do trzech razy sztuka i tym razem cały Mazurek Dąbrowskiego wybrzmi perfekcyjnie, palą na panewce. Zamiast tego słuchamy hymnu duńskiego.

42. Po zakończeniu meczu oczekujemy na hokeistów i trenera. O ile Mateusza Bepierszcza podebrali mi chłopaki z oficjalnej, o tyle w przypadku Jacka Płachty udało mi się ich ubiec. A może schlebiam sobie i po prostu nie chcieli gadać ze szkoleniowcem 🙂

43. Następnie udajemy się na naszą kwaterę w celu załadowania materiałów na stronę. Mimo wcześniejszego wykwaterowania udaje mi się spędzić półtorej godziny w świetlicy, podczas gdy Seba i Hudy kimają w aucie.

44. Droga powrotna mija bez problemów,  (nie licząc wściekłego głodu i długiego oczekiwania na tankstelle w Austrii). Jednak jazda na trzech kierowców jest zdecydowanie bardziej komfortowa niż we dwóch. Tym samym około 10. rano w poniedziałek meldujemy się z powrotem w Imielinie.

45. Na koniec wielkie podziękowania dla osób, które okazały się podczas tego wyjazdu pomocne: Seby i Hudego, którzy jako „zwykli” kibice mieli więcej czasu i ogarniali wszystkie przyziemne rzeczy (zakupy, jedzenie), pomagali za kółkiem, a także musieli znosić moje humory i pomstowanie na różnorakie problemy techniczne; Jaśki, który obrabiał wideo z dopingu, Adiego i Sowina, którzy pisali relacje meczowe, Miśka, który czuwał, gdy wrzuciłem nie tę galerię, co trzeba i wykazał się chęciami pomocy technicznej na odległość i wreszcie Kosy, który korygował newsy i ze skromnej redakcyjnej kasy dołożył się do wyjazdu. Podziękowania również dla wszystkich obecnych GieKSiarzy, dzięki którym ten wyjazd był niezapomnianym przeżyciem i bez których moja praca na miejscu nie miałaby żadnego sensu.

47. Jeżeli Wam nasza praca się podoba i chcecie czytać podobne newsy w przyszłości, zachęcamy do wsparcia naszej redakcji – zarówno własną pracą, jak i materialnego.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Witek

    25 listopada 2023 at 16:00

    Szacun za materiały z Włoch…

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Mecz Legend GieKSy i Banika

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.

Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.

W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk. 

Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.

Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Demolka stołecznej drużyny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami. 

Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę.  Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.

W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.

Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!

26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki:
Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice:
Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga