Felietony
Walka o marzenia
Było gorąco. Przyznam, że takiej kumulacji emocji nie widziałem wśród kibiców GieKSy dawno. Negatywnych emocji, bo to była złość granicząca niemal z furią. Po przegranym trzecim meczu z rzędu kibice ruszyli pod szatnię żądać wyjaśnień od drużyny i trenera. Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.
Od razu trzeba wyjaśnić kilka spraw. Mimo, że poziom emocji był bardzo duży – nie doszło do rękoczynów, o czym piszę dlatego, bo wiadomo, że już jednego z drugim pismaka ręka by świerzbiła, żeby stworzyć na ten temat wiekopomny artykuł i móc dodatkowo błyszczeć w mediach społecznościowych. Chyba bardzo było dziennikarzom – nomen omen nie na rękę – że nie została naruszona nietykalność cielesna zawodników i trenera, bo szybko w internecie pojawiły się „zastępcze” rewelacje dotyczące owego spotkania. Dodajmy – kłamliwe rewelacje. Czyli to mityczne użycie gazu. Prawda, że zdanie „ochrona była zmuszona do użycia gazu ze względu na agresywnych kibiców” ma swój wydźwięk? Skąd pismaki wzięły ten gaz? Nie wiadomo. Znaczy wiadomo – ze swoich głów i urojeniowych interpretacji rzeczywistości. Albo celowego działania…
Drugim kłamstwem, tutaj iście kuriozalnym, było przytoczenie rzekomych słów Kazimierza Moskala ze spotkania z kibicami i dodatkowo uczynienie z tegoż „cytatu” chwytliwego tytułu artykułu, oczywiście tak, by nabić jak najwięcej wejść. Słowa „Jeśli myślicie, że nie chcieliśmy wygrać, to jesteście idiotami” nie padły, ale tak zostało napisane na stronie jednego z katowickich dzienników. Idiotą – rzeczywiście trzeba być, żeby tak przeinaczyć fakty. Pal licho z nierzetelnością w tym momencie, ale wpychanie takich słów w usta szkoleniowca jest po prostu chamstwem i robieniem mu dodatkowego problemu. O wiele rzeczy można się do trenera Moskala przyczepić (o tym dalej), ale braku kultury zarzucić mu nie można i mimo, że również był zdenerwowany, nie pozwoliłby sobie na takie stwierdzenie. Pismaki musiały jednak zrobić swoje i tradycyjnie w niezdrowy sposób podgrzać atmosferę. Oczywiście nie generalizujemy tego na wszystkich dziennikarzy. Na przykład Maciej Blaut bzdur nie wypisywał, a następnego dnia przeprowadził wywiad z prezesem, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Można?…
Z rzeczy, które nie powinny się wydarzyć, prawdą była jedynie jedna stłuczona szyba. Dla tych, którzy jednak myślą, że kibice mieli z tego ubaw, spieszę z wyjaśnieniem. Osoba, która tę szybę rozbiła dostała taki opierdol od innych kibiców, że wolałbym nie być w jej skórze w tym momencie i szczerze żałowałbym tego chwilowego afektu. Nikt w Katowicach nie toleruje niszczenia własnego stadionu. Natomiast tak jak wspomniałem, do rękoczynów nie doszło, bo odpowiednie osoby rzetelnie zadbały, żeby takie sceny nie miały miejsca. Dyskusja była więc burzliwa, emocjonalna, ale normy nie zostały przekroczone.
Właśnie, jeśli mówimy o normach. Są osoby, które uważają, że istotnie – normy zostały przekroczone. Te osoby uważają, że rola kibica powinna ograniczać się do „kibicowania”, czyli dopingowania na trybunach. I koniec. Wedle tego kibice nie powinni uczestniczyć w życiu klubu w sensie organizacyjnym. Oni są tylko konsumentami – płacą za bilet i dostają produkt. Tylko problem jest taki, że dla kibiców klub czy stadion to nie jest estrada, na trybuny której przychodzą tylko dla przyjemności i po to by obejrzeć koncert. Tutaj wchodzi coś więcej – wchodzą silne emocje, marzenia, rywalizacja, utożsamianie, wspomnienia, przyjaciele, a dla niektórych całe życie albo przynajmniej spory jego procent. W tej sytuacji bycie zwykłym konsumentem jest naprawdę niemożliwe.
Tym bardziej, że właśnie gdyby takie czysto konsumenckie podejście kierowało nami – kibicami, to już nie mielibyśmy swojego klubu, bo GKS by po prostu nie istniał! Kto uratował ten klub po spadku z ekstraklasy i nieprzyznaniu licencji na drugą ligę? Kto zdecydowanymi (ale zgodnymi z prawem!) działaniami wykopał oszusta Ireneusza Króla z Katowic? Oczywiście moglibyśmy za pierwszym czy drugim razem olać sprawę (bo przecież powinniśmy być tylko konsumentami), ale dzisiaj nie mielibyśmy komu kibicować. Więc po czyjej stronie jest racja?
W tym kontekście, dwukrotnego uratowania GieKSy, wygłaszane zdania, że kibice nie mają prawa protestować, nawet w stanowczy sposób, są nieuzasadnione. Obecny GKS to dziecko kibiców – najpierw tych z Komitetu Ratujmy GieKSę i SSK, a potem tych wszystkich, którzy aktywnie włączyli się w niedopuszczenie to powstania tworu KP Katowice. Oczywiście bez wsparcia Miasta Katowice nie byłoby to możliwe, ale to już był efekt działania kibiców, to od nich rozpoczynały się wszelkie inicjatywy ratowania klubu.
W związku z tym głośno możemy mówić, że tak – my kibice GKS Katowice mamy prawo wypowiadać się na temat klubu i aktywnie uczestniczyć w jego FORMALNYM życiu – sugerować, protestować, negować, podpowiadać, rozmawiać z zarządem i wspólnie myśleć nad rozwiązaniami. Możemy pisać pisma o obniżenie ceny biletów, gdy mamy taki pomysł. Wbrew temu, co chcieliby dziennikarze – czyli nietraktowania kibiców i Stowarzyszenia po partnersku – zarząd GieKSy z Wojciechem Cyganem i Marcinem Janickim z kibicami rozmawia i bierze pod uwagę ich sugestie – choć nie musi się ze wszystkimi zgadzać i wszystkie realizować. Choćby niektórzy przeciwni takim standardom dziennikarze na rzęsach stanęli – takie są fakty. Jeden napisał, że piłkarze i trener nie powinni wychodzić do kibiców, bo nie mają obowiązku się tłumaczyć. Sugestia jest jasna, kibice nie zasługują na wytłumaczenie. Nie mają prawa tego żądać.
To wszystko w kontekście tego krytykowanego nieraz i wręcz ironicznego podchodzenia przez dziennikarzy do okrzyków „GieKSa to my!”. W obliczu wspomnianego dwukrotnego ratunku klubu i wieloletniego trwania przy nim – w tej zapyziałej pierwszej lidze, z zapyziałymi piłkarzami, z permanentnym brakiem wyników – my jesteśmy na meczach czy to na Bukowej czy w całej Polsce, my robimy oprawy, my mamy swoje kibicowskie media, przeprowadzamy dziesiątki akcji charytatywnych, więc tak – szanowni dziennikarze – GieKSa TO MY! I to nam należą się wytłumaczenia beznadziejnej postawy. Należą się nam, jak nikomu innemu. My, którzy poświęcamy całe serce GieKSie oczekujemy i żądamy, że jacyś najemnicy, którzy przyszli zarabiać do naszego domu wytłumaczą nam się ze swojej beznadziejnej gry.
Na spotkaniu kibiców z piłkarzami nie doszło do rękoczynów i nie było takiej opcji. Pisanie więc o wytwarzaniu atmosfery strachu jest nadużyciem. Kibice nie przyszli pod szatnię, żeby „spuścić wpierdol” (tak, tak, wiem, zaraz ktoś przypomni Łęczną, więc darujcie sobie), tylko żeby głośno wykrzyczeć swoją frustrację związaną z postawą zawodników. Strach? Nie wiem, czy piłkarze się bali, możliwe. Ale ja jeśli się boje pająka, to czy mogę winić za to pająka?… Na pewno była atmosfera presji, olbrzymiej presji, bo w Katowicach już tak mamy, że wytwarzamy presję. Trudno byłoby przez tyle lat beznamiętnie podchodzić do boiskowych wydarzeń, a że kibice z natury biernymi obserwatorami nie są, to tę presję wytwarzają. Nie trzeba tego od razu utożsamiać z czynną agresją.
Zdumienie mnie ogarnia, gdy czytam w mediach, że kibice GKS są w gorącej wodzie kąpani, że są najbardziej niecierpliwi w Polsce, bo „wytrzymali tylko 15 dni” czy że „protestują już po trzeciej kolejce”. Dochodzi nawet do kuriozalnych stwierdzeń, że jesteśmy kibicami sukcesu czy nie jesteśmy z klubem na dobre i na złe, więc nie jesteśmy prawdziwymi kibicami. Doprawdy interesujące stwierdzenia dotyczące osób, które są prawie na każdym meczu od kilku czy kilkunastu lat, uczestniczą w tych kiepskich widowiskach i notorycznie przeżywają sportowe upokorzenia, ale mimo wszystko trwają, trwają, trwają… Podejrzewam, że dla piszących takie brednie osób wiara w ideę bez względu na wszystko jest czymś ponad ich możliwości. Współczuję, bo jest to ułomność.
Właśnie – tylko czym jest ta wiara? My kibice wiemy albo raczej czujemy, o co chodzi. Chodzi o wiarę w ideę. To jest coś ponad drużynę, piłkarzy, trenerów, działaczy, spółkę. Ktoś, kto kibicem nigdy nie był, a jedynie sympatykiem piłki czy dziennikarzem, nigdy nie zrozumie, o co chodzi. Bo ten bezrefleksyjnie powtarzany slogan „na dobre i na złe” wiele osób utożsamia z drużyną piłkarską danego klubu. Tylko i wyłącznie. Jeśli kibice odwracają się od drużyny, niezależnie od przyczyn, to zawsze kilka wynalazków (albo więcej niż kilka) napisze, że to nie są prawdziwi kibice. A co jeśli piłkarz danej drużyny chleje przed meczem? A co jeśli okaże się, że sprzedał mecz? Wedle „pięknych słów” powinniśmy być z takim piłkarzem, bo przecież „na dobre i na złe”… Przed ołtarzem też się przysięga, ale czy to oznacza, że mamy trwać przez lata w zdradzie i kłamstwie?…
Myślę, że wcześniej przytoczone wydarzenia z przeszłości dobitnie wskazują, że byliśmy z tym klubem w czasach najgorszych, w czasach agonii. Wtedy na wsparcie mediów liczyć nie mogliśmy. Ale byliśmy właśnie z naszą ideą, przyświecającą przez całe życie, czyli ideą o nazwie GKS Katowice.
Wróćmy jednak do meritum, czyli do tego, dlaczego kibice wpadli w taką wściekłość po meczu z Niecieczą? Nie, to nie jest w żadnym wypadku kwestia 15 dni czy ostatnich trzech meczów. Być może wiele osób pewnych rzeczy nie zarejestrowało. To co się dzieje, ciągnie się już od dłuższego czasu, a dokładnie od początku roku. GKS Katowice wygrał od marca 3 mecze z 20. W rundzie wiosennej tych wygranych było 2 na 16, a licząc mecz awansem z jesieni 2013, na 17 meczów. Nikt i nigdy w życiu nie przekona mnie, że to zwykła obniżka formy, która ma prawo przydarzyć się każdej drużynie. Jeśli na jesień zespół potrafi mieć serię 3 wygranych z rzędu, potem 3 remisów, a potem znów 3 wygranych, jeśli tworzy Twierdzę Bukowa i jest praktycznie w strefie awansu, to nikt nie wmówi mi, że ci sami zawodnicy kilka miesięcy później mogą wygrać tylko co ósmy mecz.
Nie tacy zawodnicy. Janusz Gancarczyk, Grzegorz Fonfara, Tomasz Wróbel czy Przemysław Pitry to zawodnicy, którzy na ligowej piłce (w ekstraklasie) zęby zjedli i w zapyziałej piłkarsko pierwszej lidze choćby samym ustawieniem czy minimalnym pomyślunkiem, dokładając do tego ich umiejętności techniczne, powinni wygrać co najmniej kilka meczów więcej. Z takimi zawodnikami wręcz kilka meczów powinno się wygrać samo. Dlaczego więc się nie wygrało? No właśnie – odpowiedzi należy szukać w kwestiach pozasportowych. Każdy, kto bywa regularnie na meczach GieKSy (a nie trzy razy z doskoku na rundę) doskonale widział, co się działo. Wymienieni zawodnicy, ale też cała reszta, po prostu nie przykładała się nawet w minimalnym stopniu do swoich obowiązków. Przylgnęło do niektórych określenie „hamulcowi” – każdy może to rozumieć inaczej. Ja nigdy nie oskarżyłem i nie oskarżam nikogo o sprzedanie meczu czy granie u bukmachera, bo nawet nie mam dowodów na to. Za to oskarżałem i oskarżam piłkarzy, że obowiązek godnego reprezentowania klubu mieli totalnie w dupie. Przechodzili wiele meczów, odstawiali nogę, nie byli na boisku agresywni, dawali przeciwnikom spokojnie konstruować akcje. To było widać gołym okiem, że im po prostu nie zależy na tym, żeby wyszarpać rywalowi zwycięstwo. No i ich zachowanie po przegranych meczach, telefony, lansik, uśmieszki i żarty. Jak im się na chwilę zachciało, to przegonili w drugiej połowie GKS Bełchatów tak, że świetnie radzący sobie w ekstraklasie rywale, łącznie z rewelacyjnymi braćmi Makami, nie wiedzieli co się dzieje i tylko patrzyli za plecy, jak im zawodnicy GKS odjeżdżają i raz po raz tworzą sytuacje bramkowe. Jedna połowa, w której im się zachciało. Jak to kontrastowało z pozostałymi meczami, to aż strach sobie przypominać…
Hamulcowi (prawie wszyscy) odeszli, w związku z czym liczyliśmy na lepszy sezon. Sezon z walką, z wielką ambicją, z gryzieniem trawy i z „zajeżdżaniem” przeciwnika. Niechciani zawodnicy odeszli, ale ci, co zostali nie zaczęli wcale od zera. Oni też muszą walczyć z całych sił o odzyskanie zaufania kibiców, bo przecież również w tej żenującej rundzie wiosennej grali, choć bardziej adekwatne jest stwierdzenie – udawali, że grali. To im powinno zależeć najbardziej na tym, żeby jeździć na dupach i pokazać, że akurat w ich przypadku beznadziejna runda wiosenna to była po prostu zła dyspozycja. A co mamy?
Mamy to, że ci zawodnicy (Czerwiński, Kamiński, Jurkowski, Cholerzyński, Duda, Pietrzak) odwalają taki kabaret, że nie można na to patrzeć. Typowo piłkarsko wyglądają jeszcze gorzej niż na wiosnę. Rozumiem, że piłkarz może być słaby, tak zwyczajnie po ludzku słaby. Ale nie mogę przyjąć i zaakceptować, że gość, który trenuje i gra w piłkę od kilkunastu lat, a do tego zarabia kilka czy kilkanaście tysięcy, na boisku:
a) notorycznie podaje do przeciwnika
b) pozwala rywalowi bezkarnie hasać w polu karnym i nawet nie markuje dobiegu (Cholerzyński)
c) ma w dupie wracanie się do obrony (Pietrzak)
d) przegrywa większość pojedynków 1 na 1 (Czerwiński)
e) ma czas reakcji pijaka z trzema promilami (Jurkowski)
f) gra tylko jak mu się zachce i wtedy jest profesorem (Pitry)
g) nowi, którzy przyszli, na razie kompletnie nie są wzmocnieniem (poza Kujawą).
Do tego dochodzą przegrane pojedynki fizyczne, kompletny brak agresji na boisku (markowany pressing). Tu także olbrzymia wina trenerów Moskala i Bahra, którzy kompletnie nie potrafią umotywować tych beznamiętnych graczy, a dodatkowo chyba coś szwankuje fizycznie. Bo jak wytłumaczyć to, że po wyrównanej połowie z Niecieczą, w drugiej rywal klepie piłkę jak chce, a nasi grają jedynie w stylu trenera Piotra Świerczewskiego (czyli „na chaos”), jak wytłumaczyć, że w upale w Legnicy rywale hasają po boisku przez cały mecz na świeżości, a nasi zawodnicy jak muchy w smole? (szybkie wyrównanie było efektem wejścia świeżych zawodników). Dodatkowo zagubienie szkoleniowca i miotanie się z systemami gry, nieumiejętność dostosowania taktyki do wątpliwych jakości zawodników. Zachowanie trenera, który stoi beznamiętnie przy ławce rezerwowych z rękami w kieszeni też świadczy, że albo nie ma wiary w ten zespół, albo już sam nie wie, co można jeszcze wymyślić. Przypominamy, że szkoleniowiec złożył dymisję po meczu z Arką Gdynia, dając sygnał, że nie radzi sobie z zespołem. Szczerze mówiąc, przewidując przyszłość, słuchając i patrząc na mowę niewerbalną szkoleniowca oraz cały kontekst sytuacji, nie zdziwimy się, jeśli za chwilę historia się powtórzy.
Nie wspomnieliśmy jeszcze o czymś bardzo wymiernym, czyli odpadnięciu z Pucharu Polski. U siebie z Chrobrym Głogów, który w lidze osiągnął oszałamiające wyniki 0:6, 2:2 i 1:2. Mam wrażenie, że Puchar Polski w tym klubie poważnie traktują tylko kibice, bo to jest dla nas historia, trzykrotny triumf, a obecnie jedyna okazja, żeby poczuć „wielką piłkę” (nie tą sprzed domu Irka Króla, swoją drogą była to moja prywatna piłka) na Bukowej. Marzymy o tym, żeby po latach w otchłani piłkarskiej na Bukową przyjechał raz, dwa razy w roku zespół z ekstraklasy. A co mamy? Poza zeszłorocznym miłym wyłomem, wcześniejsze cztery lata to były kompromitacje w pierwszej rundzie z zespołami z niższych lig. Teraz w końcu dostaliśmy szansę gry na Bukowej ze słabszym rywalem, ale stare demony wróciły i znów odpadliśmy w przedbiegach. Rywal słaby, nie radził sobie, ale nasi zawodnicy sprezentowali im dwie bramki, a oliwy do ognia dodał trener, który po meczu powiedział, że „rywalom się bardziej chciało”. Czy to kuźwa znaczy, że nam się nie chciało? Co to w ogóle za tłumaczenie w profesjonalnej piłce? Jak napisał jeden z kibiców na forum, to tak jakby chirurg po operacji powiedział rodzinie, że „pacjent zmarł, bo lekarzom nie za bardzo chciało się operować”. Czujecie to? Zasranym obowiązkiem zarówno lekarza i piłkarza jest to, żeby mu się chciało. Trener taką deklaracją, a zawodnicy swoją postawą, napluli kibicom w twarz i powinni tak naprawdę zwrócić pieniądze za bilety. Bo co jak co, za wynik kibice nie płacą, ale płacą za to, żeby zobaczyć drużynę, której się chce. Jeśli się nie chce, to kibice są najzwyczajniej w świecie okradani. Czyste złodziejstwo.
To wszystko powoduje frustrację kibiców. Nie żadne pieprzone trzy kolejki czy 15 dni, o których tak namiętnie krzyczą pismaki. Wszystko co przytoczyłem skumulowało się w ostatnim czasie i miało swój efekt w postaci wizyty kibiców pod szatnią i wszelkimi emocjonalnymi reakcjami, śpiewami, okrzykami, które się tam pojawiły. Nie możemy znieść już marazmu, jaki serwuje nam ta drużyna. Wszystko w klubie idzie do przodu, Miasto pomaga, rozwija się marketing, rozwijają się media klubowe, są akcje, jest promocja. Tylko nie nadążają ci, którzy paradoksalnie pracują najmniej i zarabiają najwięcej, czyli piłkarze i trenerzy. Ten klub byłby dużo bardziej do przodu, gdyby nie ten – trochę ważny jakby nie patrzeć – dział w klubie. Dział sportowy. Można na głowie stawać i robić promocję i marketing, ale bez wyniku sportowego wiele się nie osiągnie. Tyle, że żeby ten wynik był możliwy, trzeba najpierw się zaangażować.
Moja skromna osoba udziela się na GieKSie od dziewięciu lat. Od samego początku narzuciłem sobie spore tempo, dużo obowiązków. Przez te 9 lat robiłem niemal wszystko jeśli chodzi o media związane w GKS Katowice. Od czwartej ligi nie byłem tylko na 12 meczach – czy to u siebie czy na wyjeździe. Napisałem setki relacji i artykułów na strony internetowe i do „Bukowej”, przeprowadziłem setki wywiadów, prowadziłem oficjalną stronę internetową, filmowałem mecze dla trenerów i robiłem skróty dla kibiców, skomentowałem ponad sto meczów w naszym GieKSiarskim radiu, założyłem stronę GieKSa.pl. Poza rocznym okresem (2007), kiedy byłem zatrudniony w klubie za 800 złotych oraz kilkoma „meczowymi” za sfilmowanie meczu (50 złotych) wszystko to robiłem społecznie i kompletnie w wolnym czasie, nieraz siedząc po nocach, bo tak w ogóle to normalnie pracuję na pełny etat w swoim zawodzie. Przez udzielanie się na GieKSie i obecność na prawie wszystkich meczach zaniedbałem swój rozwój zawodowy, bo gdyby nie to, byłbym dziś dużo dalej w zawodzie i byłbym ustawiony finansowo. A tak pracuję prawie za minimalną krajową i na „drugim etacie” przy GKS – wolontaryjnie. To mój wybór.
Uważam więc, że mam prawo do krytykowania piłkarzy, nawet w tak ostentacyjny sposób i bez ceregieli, jak to robię ostatnio w artykułach na stronie, ze wszelkimi epitetami. Bo ja zapieprzam przez tyle lat i pewnie czasowo, a na pewno jakościowo, więcej robię przy GieKSie niż zawodnicy. Robię to, bo to kocham, bo kocham ten klub i chcę dać trochę radochy kibicom. Nie mogę jednak znieść tego, że banda mieniąca się piłkarzami GKS Katowice swoim podejściem do obowiązków niszczy to, czemu poświęciłem lwią część swojego życia. Ta banda niszczy moje marzenia, nadzieje na lepszą przyszłość. I oni robią to ot tak, bo po treningu przecież mogą wybrać się do swojej ulubionej Silesii. Szkoda, że nie umieją się polansować na boisku dobrą grą i wolą walki…
Myślę, że wielu aktywnych kibiców myśli podobnie. Tych, którzy działają od lat, poświęcają wiele ze swojego prywatnego życia, masę kasy i nerwów. Oni – tak jak ja – mają prawo głosu. I korzystają z tego, wyrażając swoje niezadowolenie i próbując zrobić coś, żeby było lepiej.
Serce mnie boli, gdy piszę coraz to kolejne artykuły, w których dosadnie wyrażam się na temat drużyny i piłkarzy. Przez wiele miesięcy starałem się być dyplomatyczny. Nigdy też nie przychodziło mi i nie przychodzi łatwo powiedzieć komuś coś negatywnego, czuję się wtedy okropnie. Po rundzie wiosennej jednak coś we mnie pękło, ogarnęła mnie jedna wielka niechęć do tego wszystkiego, łącznie z myśleniem o rezygnacji z udzielania się w GKS. Te wątpliwości na szczęście szybko minęły – jestem i działam. Nie potrafię jednak już oszczędzać zespołu w żaden sposób, stąd teksty z mojej strony są, jakie są. Za każdym razem, gdy piszę o „ułomnych interwencjach”, „tragikomikach” itd. czuję, że mogę komuś sprawić przykrość. Ale piszę, to co myślę i nie widzę powodu, żeby nie pisać w taki sposób. Miarka się przebrała na wiosnę i przebiera się nadal.
To nie jest tak, że nie lubię piłkarzy. Właśnie problem w tym, że sporo z nich lubię. Lubię Przemysława Pitrego, lubię Mateusza Kamińskiego, Alana Czerwińskiego, Sławomira Dudę, lubię trenera Moskala. Bo to w gruncie rzeczy są bardzo sympatyczni ludzie. Ale na stronie nie mogę mieć sentymentów i kwestia sympatii w grę nie wchodzi. Oceniam to, jakimi są piłkarzami i jakie mają zaangażowanie. Natomiast domyślam się, że piłkarze nie lubią mnie i rzygają na mój widok. Trudno. Mnie nie zależy, żeby mnie lubili, oni mają po prostu się angażować i grać w piłkę. Tylko – i aż tyle. Nie krytykuję też piłkarzy z zasady. Przecież po udanych akcjach, jak choćby piękny gol w Legnicy, chwalę ich. Jeśli Alan Czerwiński nagle w obronie zacznie czyścić, a przy okazji zaliczać asysty ze skrzydła będę pierwszym, który uderzy się w pierś i przyzna się, że się mylił.
Moja wiara polega na tym, że mimo wszystko wierzę, że kiedyś będzie dobrze. Że nie będzie w GieKSie partaczy, tylko prawdziwi piłkarze. Że ci, którzy są obecnie, przejdą jakąś cudowną metamorfozę i w końcu im się zachce. Że w końcu zaczną coś grać nowi zawodnicy. Że wygramy w Świnoujściu.
Ze sportowym pozdrowieniem do wszystkich GieKSiarzy – zawsze pamiętajcie, że GieKSa TO MY! Nikt i nic tego nie zmieni!
Michał Murzyn – Shellu
Redaktor Naczelny GieKSa.pl
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Wesoły
20 sierpnia 2014 at 11:24
Piękny artykuł. Piłkarze do roboty ,żebyśmy nie musieli się stale wstydzić i wychodzić z bukowej z opuszczoną głową, mając w pamięci szydercze miny i chamskie gesty piłkarzy z takich footbolowych stolic polski jak głogów ,czy nieciecza…
Harry64
20 sierpnia 2014 at 12:29
Artykuł wymiata! Poczytajcie sobie pier…ne pismaki, może coś do was dotrze.
Przegosc
20 sierpnia 2014 at 13:27
jak czerwinski jest za wisla krakow to jak ma dobrze grac w waszych barwach
Mariusz
20 sierpnia 2014 at 14:57
Czerwinski pilkarz kibicem wisły Długajczyk szef zabezpieczenia ochrony za GKS Tychy a my dalej pod gorke mamy
Trójkolorowy Mundek
20 sierpnia 2014 at 15:19
Doskonały, szczery artykuł! Podpisuje się pod nim obiema rękami.
Doti
20 sierpnia 2014 at 15:21
Świetnie napisane! I trafione w samo sedno! Brawo Shellu, dzięki za wyrażenie myśli tak wielu z nas 🙂
Igor
20 sierpnia 2014 at 15:28
Artykuł świetny. Doskonałe podsumowanie tego co działo się w ostatnim roku. Świetnie uchwycone braki piłkarzy (które na tym poziomie nie miały prawa się zdarzyć). W normalnym kraju po takim tekście od razu zgłosiła by się po Ciebie jakaś gazeta, no ale to Polandia (bananowa republika kolesiów), więc preferowane są dziennikarzyny piszące bajki.
Ale… ta cała Gieksa (którą kochamy) to chyba jedna wielka ustawka. Choć nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, trudno oprzeć się wrażeniu, że klub ma… nie awansować. Głównym sponsorem jest… miasto (to taka polska specyfika w wielu klubach). Miasto ma długi, bo zaczęło mnóstwo inwestycji. Miasta nie stać na ekstraklasę, to rzuca ochłap i mówi: gwarantujemy przetrwanie ale o awansie nie myślcie. Nie od dzisiaj w polskiej lidze przekręt goni przekręt (tylko patrzeć jak Termalika przegra parę meczy, bo przecież też nie może awansować).
Zmieni się coś tylko wtedy jak będzie kasa, czyli potężny sponsor. I TYLKO WTEDY! Trzeba kupić paru prawdziwych piłkarzy, zmodernizować stadion na ekstraklasę a wtedy pojawią się wyniki. Do momentu znalezienia sponsora będzie trwał ten cyrk, piłkarze będą udawać, że grają, trener będzie mówił głupoty, prezes co pół roku zmieni paru pracowników, miasto da 2-3 mln kroplówki. I tylko kibice będą jak ci ostatni frajerzy wychodzić z siebie bo będą myśleli, że to wszystko na serio. Albo się w końcu opamiętają i piłkarze ujrzą puste trybuny. Bo nie warto wspierać fikcji.
Kibicuję Gieksie od 1984 roku. Chodzę teraz na mecze z dwoma synami. I jest mi przykro, że te dzieci muszą to oglądać (i chyba tylko dla nich tam jestem). Czegoś takiego co dzieje się od roku, nie widziałem na Gieksie nigdy…
SzymsterPodlesie
20 sierpnia 2014 at 16:40
Wspaniały artykuł… nic dodać nic ująć, brawo Shellu 😉 !
a.m
20 sierpnia 2014 at 20:12
Bardzo dobry felieton.Popieram w 100%.
Jak jestem na szpilu to z nostalgią spoglądam na Furtoka ,Koniarka, Jojke,Piekarczyka, trenera Gornika…ach co to były za czasy…
Ech...
20 sierpnia 2014 at 20:46
„Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.” I dlatego właśnie mój kilkuletni syn w przyszłości pojedzie grać za granicę. Nie po to inwestuję w jego przyszłość w prywatnej szkółce piłkarskiej, aby potem „tłumaczył” się (komu?… napisałbym dosadnie, ale to mnie różni…). Kurcze, a tyle lat na Gieksę jeździłem, dzieciństwo i młodzieżowy okres zaślepione miłością do Klubu. A teraz, gdy to czytam…
Mój syn na meczu z San Marino (miał 6 lat), zapytał, gdy nasi kibice (przez małe „k”) gwizdali: Tato, a dlaczego oni gwiżdżą, przecież piłkarze się na pewno starają. Tak! bo On to wie, bo gra od 5go roku życia, bo wie, że czasem się stara, a nie wychodzi. Ale z poziomu krzesełka i kilku przekleństw na ustach, gdy się wyda parę zeta na bilet i się myśli, że się utrzymuje klub…
„Piłkarze do roboty” – Stary, a kim Ty jesteś??? Ja, jako piłkarz, to bym splunął na takie słowa i w życiu bym w takim miejscu nie zagrał (bo Klub to nie kibice, Klubowi się kibicuje, a Wam się we łbach przewraca). Dyrektorzy 😉 Prezesi 😉 a w pracy najniższy szczebel Pracownika często.
Dziennikarka sportowa
20 sierpnia 2014 at 21:15
Witam, jako dziennikarz sportowy muszę przyznać, że Pan M. Murzyn, mimo, że wiele osób się bulwersuję to bardzo celnie podsumował obecne dokonania zespołu w lidze. Bardziej celnie nawet niż połowa piłkarzy GKS-u próbujących kopnąć piłkę. Jeśli w szatni jest źle, są lubiani i mniej lubiani oraz dziwne układy to nigdy nie będzie pełnej współpracy na murawie. Ponadto zawodnicy wyjątkowo pokazują brak dobrego przygotowania czyli należałoby zmienić może samą formę treningów. Do tego parę dobrych transferów. Koło ratunkowe rzucone tylko czy ktoś je chwyci ręką, skorą nogą nie potrafi??
Tomasz
20 sierpnia 2014 at 21:43
Doskonały artykuł Panie Michale, Nie znam Pana ale czapki z głów po takim felietonie. Nie jeden pseudopismak mógłby uczyć się od Pana pisać. Jestem kibicem GK-Su Katowice od 40 lat, pomimo tego, że wychowałem się w chorzowie batorym. Serce mi pęka jak patrzę na tych grojków. Zero ambicji i „umierania” na boisku. Brak słów, natomiast SZACUNEK dla takich kibiców. Aha i proszę nie pisać z dużej litery „ireneusz król”. Dla tego kundla to tylko miska z wodą. Pozdrawiam
wyszo
21 sierpnia 2014 at 00:45
Dwiema rękami się podpisuje … niemal takie same odczucia mam po każdym meczu od początku tego roku …. a Ty „ech…” wyjedz za granice i nie wracaj, bo widac co sie dla Ciebie liczy …
ech
21 sierpnia 2014 at 06:42
wyszo, liczy się dla mnie GKS. Ale życie to życie. A hobby to hobby. Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu. Od rozliczania Pracownika jest Pracodawca. Kibic płacił mu nie będzie (patrz: Rasiak – i co z tego, jak „kibice” w Polsce na niego reagowali, dla Niego i Jego Rodziny ważny jest poziom życia, który zagwarantował sobie grając w piłkę, a nie to, czy ktoś się tak czy siak uzewnętrznił na necie czy na trybunie). Fakt, artykuł ok. Ale mnie się wydaje, że kibice tworzą wokół siebie rzeczywistość inną niż ta, która jest. Akcje, działania kibiców itd. to jest zabawa, coś dla zabicia czasu, jak wyjście do kina czy do teatru, to, że ktoś się angażuje w zabawę, to w zamian za to piłkarz ma „dla niego” grać??? Sorry, ale logika pokrętna. A np. dlaczego czyjąś ambicję oceniać po wyniku? Jak dla mnie bobsleiści jamajscy są wzorem ambicji, a jakoś zawsze na zawodach są raczej traktowani jak egzotyczne zjawisko. Mnie chodzi o to, że, po prostu, nie powinno się obrażać Ludzi. Co innego mówić o kiepskich wynikach, słabej grze, nieodpowiednim przygotowaniu, a co innego formułowanie opinii o Osobie, pisanie o „bandzie, tragikomikach itd… Ludzie, piłkarz przychodzący do Klubu, podpisuje umowę, umowę o pracę, kontrakt, za wynagrodzenie konkretne itd. Piłkarz nie „wstępuje w związek małżeński z Klubem, kibicami…” :-). Jeśli tak do tego podchodzicie, to dlaczego przez tyle lat z tak miłujących Klub kibiców, nie wyszkoliło się tylu fanatycznych wychowanków, aby stworzyć drużynę?… To, wbrew pozorom, nie jest trudne w dłuższym okresie czasu. Jeśli chcezie „zarządzać” Klubem, zatrudnijcie trenerów, stwórzcie akademię i wyszkolcie „swoją” drużynę. Przepraszam, ale dla piłkarza kibic nie jest Pracodawcą, żoną, partnerem. Podsumowując, opinie na temat gry, postawy itd. są moim zdaniem jak najbardziej trafione. CO do zwyczajnego obrażania Osób – jest to niekulturalne po prostu.
I, wyszo, po co mam za granicę jechać? Kocham mój kraj, co nie znaczy, że z każdym jego obywatelem zgadzać się muszę. Ale też nie muszę go obrażać w przypadku odmiennych, nawet bardzo, poglądów, czy też idei dla niego ważnych.
Shellu
21 sierpnia 2014 at 09:22
„Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu” – współczuję twoim dzieciom. Jesli od malego sa uczeni, ze pilka to tylko kasa, to skoncza w LZS-ie. No ale jak to bedzie niemiecki czy inny zachodni LZS to tatus bedzie wniebowziety. Grunt zeby kibice nie wywierali presji. Wspolczuje dzieciom i tobie, bo olewanie wartosci na rzecz kasy jest dzis bardzo czeste, ale wtedy czlowiek na starosc staje sie nieszczesliwy i zgorzknialy, bo cos przegapil…
Korek Zawodzie
21 sierpnia 2014 at 10:17
Artykuł świetny, dobrze opisujący to, co się dzieje w klubie.
I tylko człowiek który kocha GieKSę, żyje GieKSą, mógł coś takiego napisać.
Bo kto inny, jak nie kochający ten klub kibice, ma krytykować piłkarzy?
Mam głęboką nadzieję, że ten artykuł przeczyta każdy piłkarz GieKSy,potem niech spojrzy w lustro i zada sobie pytanie „czy zawsze na boisku robiłem wszystko aby wygrać?” i z ręką na sercu niech sobie odpowie.
Bo z perspektywy trybun…… no właśnie, wygląda jak wygląda.
O pismakach sportowych nie będę pisał, bo szkoda nerwów.
Na koniec życzę każdemu Gieksiarzowi, co by nie musiał słuchać przy B1 „kurwa mać GieKSa grać”
Aha i jeszcze jedno skasujcie te wpisy ech-a, bo jak to przeczyta być może jakiś młody talent, to po talencie.
Pozdro.
lukste
21 sierpnia 2014 at 10:47
Znakomity artykuł!
andreasw1959
21 sierpnia 2014 at 21:30
Piekny rzeczowy artykul jestem pelen podziwu malo ludzi w tym kraju umie przedstawiac rzeczy takie jakie sa i nazywac je po imieniu Shellu przedstawiles w tym artykule to CO CZUJA KIBICE GIEKSY W TYM I MOJE podziwiam twoj zapal i twe zaangarzowanie to co robisz. PISMAKI UCZCIE SIE OD SHELLA JAK PRZEDSTAWIAC PRAWDE,MOZE W TYM KRAJU NAPRAWDE COS SIE ZMIENI JAK BEDZIECIE PISAC TAK JAK SCHELLU. CALE MOJE ZYCIE TO GKS KATOWICE