Dołącz do nas

Felietony

Walka o marzenia

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Było gorąco. Przyznam, że takiej kumulacji emocji nie widziałem wśród kibiców GieKSy dawno. Negatywnych emocji, bo to była złość granicząca niemal z furią. Po przegranym trzecim meczu z rzędu kibice ruszyli pod szatnię żądać wyjaśnień od drużyny i trenera. Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.

Od razu trzeba wyjaśnić kilka spraw. Mimo, że poziom emocji był bardzo duży – nie doszło do rękoczynów, o czym piszę dlatego, bo wiadomo, że już jednego z drugim pismaka ręka by świerzbiła, żeby stworzyć na ten temat wiekopomny artykuł i móc dodatkowo błyszczeć w mediach społecznościowych. Chyba bardzo było dziennikarzom – nomen omen nie na rękę – że nie została naruszona nietykalność cielesna zawodników i trenera, bo szybko w internecie pojawiły się „zastępcze” rewelacje dotyczące owego spotkania. Dodajmy – kłamliwe rewelacje. Czyli to mityczne użycie gazu. Prawda, że zdanie „ochrona była zmuszona do użycia gazu ze względu na agresywnych kibiców” ma swój wydźwięk? Skąd pismaki wzięły ten gaz? Nie wiadomo. Znaczy wiadomo – ze swoich głów i urojeniowych interpretacji rzeczywistości. Albo celowego działania…

Drugim kłamstwem, tutaj iście kuriozalnym, było przytoczenie rzekomych słów Kazimierza Moskala ze spotkania z kibicami i dodatkowo uczynienie z tegoż „cytatu” chwytliwego tytułu artykułu, oczywiście tak, by nabić jak najwięcej wejść. Słowa „Jeśli myślicie, że nie chcieliśmy wygrać, to jesteście idiotami” nie padły, ale tak zostało napisane na stronie jednego z katowickich dzienników. Idiotą – rzeczywiście trzeba być, żeby tak przeinaczyć fakty. Pal licho z nierzetelnością w tym momencie, ale wpychanie takich słów w usta szkoleniowca jest po prostu chamstwem i robieniem mu dodatkowego problemu. O wiele rzeczy można się do trenera Moskala przyczepić (o tym dalej), ale braku kultury zarzucić mu nie można i mimo, że również był zdenerwowany, nie pozwoliłby sobie na takie stwierdzenie. Pismaki musiały jednak zrobić swoje i tradycyjnie w niezdrowy sposób podgrzać atmosferę. Oczywiście nie generalizujemy tego na wszystkich dziennikarzy. Na przykład Maciej Blaut bzdur nie wypisywał, a następnego dnia przeprowadził wywiad z prezesem, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Można?…

Z rzeczy, które nie powinny się wydarzyć, prawdą była jedynie jedna stłuczona szyba. Dla tych, którzy jednak myślą, że kibice mieli z tego ubaw, spieszę z wyjaśnieniem. Osoba, która tę szybę rozbiła dostała taki opierdol od innych kibiców, że wolałbym nie być w jej skórze w tym momencie i szczerze żałowałbym tego chwilowego afektu. Nikt w Katowicach nie toleruje niszczenia własnego stadionu. Natomiast tak jak wspomniałem, do rękoczynów nie doszło, bo odpowiednie osoby rzetelnie zadbały, żeby takie sceny nie miały miejsca. Dyskusja była więc burzliwa, emocjonalna, ale normy nie zostały przekroczone.

Właśnie, jeśli mówimy o normach. Są osoby, które uważają, że istotnie – normy zostały przekroczone. Te osoby uważają, że rola kibica powinna ograniczać się do „kibicowania”, czyli dopingowania na trybunach. I koniec. Wedle tego kibice nie powinni uczestniczyć w życiu klubu w sensie organizacyjnym. Oni są tylko konsumentami – płacą za bilet i dostają produkt. Tylko problem jest taki, że dla kibiców klub czy stadion to nie jest estrada, na trybuny której przychodzą tylko dla przyjemności i po to by obejrzeć koncert. Tutaj wchodzi coś więcej – wchodzą silne emocje, marzenia, rywalizacja, utożsamianie, wspomnienia, przyjaciele, a dla niektórych całe życie albo przynajmniej spory jego procent. W tej sytuacji bycie zwykłym konsumentem jest naprawdę niemożliwe.

Tym bardziej, że właśnie gdyby takie czysto konsumenckie podejście kierowało nami – kibicami, to już nie mielibyśmy swojego klubu, bo GKS by po prostu nie istniał! Kto uratował ten klub po spadku z ekstraklasy i nieprzyznaniu licencji na drugą ligę? Kto zdecydowanymi (ale zgodnymi z prawem!) działaniami wykopał oszusta Ireneusza Króla z Katowic? Oczywiście moglibyśmy za pierwszym czy drugim razem olać sprawę (bo przecież powinniśmy być tylko konsumentami), ale dzisiaj nie mielibyśmy komu kibicować. Więc po czyjej stronie jest racja?

W tym kontekście, dwukrotnego uratowania GieKSy, wygłaszane zdania, że kibice nie mają prawa protestować, nawet w stanowczy sposób, są nieuzasadnione. Obecny GKS to dziecko kibiców – najpierw tych z Komitetu Ratujmy GieKSę i SSK, a potem tych wszystkich, którzy aktywnie włączyli się w niedopuszczenie to powstania tworu KP Katowice. Oczywiście bez wsparcia Miasta Katowice nie byłoby to możliwe, ale to już był efekt działania kibiców, to od nich rozpoczynały się wszelkie inicjatywy ratowania klubu.

W związku z tym głośno możemy mówić, że tak – my kibice GKS Katowice mamy prawo wypowiadać się na temat klubu i aktywnie uczestniczyć w jego FORMALNYM życiu – sugerować, protestować, negować, podpowiadać, rozmawiać z zarządem i wspólnie myśleć nad rozwiązaniami. Możemy pisać pisma o obniżenie ceny biletów, gdy mamy taki pomysł. Wbrew temu, co chcieliby dziennikarze – czyli nietraktowania kibiców i Stowarzyszenia po partnersku – zarząd GieKSy z Wojciechem Cyganem i Marcinem Janickim z kibicami rozmawia i bierze pod uwagę ich sugestie – choć nie musi się ze wszystkimi zgadzać i wszystkie realizować. Choćby niektórzy przeciwni takim standardom dziennikarze na rzęsach stanęli – takie są fakty. Jeden napisał, że piłkarze i trener nie powinni wychodzić do kibiców, bo nie mają obowiązku się tłumaczyć. Sugestia jest jasna, kibice nie zasługują na wytłumaczenie. Nie mają prawa tego żądać.

To wszystko w kontekście tego krytykowanego nieraz i wręcz ironicznego podchodzenia przez dziennikarzy do okrzyków „GieKSa to my!”. W obliczu wspomnianego dwukrotnego ratunku klubu i wieloletniego trwania przy nim – w tej zapyziałej pierwszej lidze, z zapyziałymi piłkarzami, z permanentnym brakiem wyników – my jesteśmy na meczach czy to na Bukowej czy w całej Polsce, my robimy oprawy, my mamy swoje kibicowskie media, przeprowadzamy dziesiątki akcji charytatywnych, więc tak – szanowni dziennikarze – GieKSa TO MY! I to nam należą się wytłumaczenia beznadziejnej postawy. Należą się nam, jak nikomu innemu. My, którzy poświęcamy całe serce GieKSie oczekujemy i żądamy, że jacyś najemnicy, którzy przyszli zarabiać do naszego domu wytłumaczą nam się ze swojej beznadziejnej gry.

Na spotkaniu kibiców z piłkarzami nie doszło do rękoczynów i nie było takiej opcji. Pisanie więc o wytwarzaniu atmosfery strachu jest nadużyciem. Kibice nie przyszli pod szatnię, żeby „spuścić wpierdol” (tak, tak, wiem, zaraz ktoś przypomni Łęczną, więc darujcie sobie), tylko żeby głośno wykrzyczeć swoją frustrację związaną z postawą zawodników. Strach? Nie wiem, czy piłkarze się bali, możliwe. Ale ja jeśli się boje pająka, to czy mogę winić za to pająka?… Na pewno była atmosfera presji, olbrzymiej presji, bo w Katowicach już tak mamy, że wytwarzamy presję. Trudno byłoby przez tyle lat beznamiętnie podchodzić do boiskowych wydarzeń, a że kibice z natury biernymi obserwatorami nie są, to tę presję wytwarzają. Nie trzeba tego od razu utożsamiać z czynną agresją.

Zdumienie mnie ogarnia, gdy czytam w mediach, że kibice GKS są w gorącej wodzie kąpani, że są najbardziej niecierpliwi w Polsce, bo „wytrzymali tylko 15 dni” czy że „protestują już po trzeciej kolejce”. Dochodzi nawet do kuriozalnych stwierdzeń, że jesteśmy kibicami sukcesu czy nie jesteśmy z klubem na dobre i na złe, więc nie jesteśmy prawdziwymi kibicami. Doprawdy interesujące stwierdzenia dotyczące osób, które są prawie na każdym meczu od kilku czy kilkunastu lat, uczestniczą w tych kiepskich widowiskach i notorycznie przeżywają sportowe upokorzenia, ale mimo wszystko trwają, trwają, trwają… Podejrzewam, że dla piszących takie brednie osób wiara w ideę bez względu na wszystko jest czymś ponad ich możliwości. Współczuję, bo jest to ułomność.

Właśnie – tylko czym jest ta wiara? My kibice wiemy albo raczej czujemy, o co chodzi. Chodzi o wiarę w ideę. To jest coś ponad drużynę, piłkarzy, trenerów, działaczy, spółkę. Ktoś, kto kibicem nigdy nie był, a jedynie sympatykiem piłki czy dziennikarzem, nigdy nie zrozumie, o co chodzi. Bo ten bezrefleksyjnie powtarzany slogan „na dobre i na złe” wiele osób utożsamia z drużyną piłkarską danego klubu. Tylko i wyłącznie. Jeśli kibice odwracają się od drużyny, niezależnie od przyczyn, to zawsze kilka wynalazków (albo więcej niż kilka) napisze, że to nie są prawdziwi kibice. A co jeśli piłkarz danej drużyny chleje przed meczem? A co jeśli okaże się, że sprzedał mecz? Wedle „pięknych słów” powinniśmy być z takim piłkarzem, bo przecież „na dobre i na złe”… Przed ołtarzem też się przysięga, ale czy to oznacza, że mamy trwać przez lata w zdradzie i kłamstwie?…

Myślę, że wcześniej przytoczone wydarzenia z przeszłości dobitnie wskazują, że byliśmy z tym klubem w czasach najgorszych, w czasach agonii. Wtedy na wsparcie mediów liczyć nie mogliśmy. Ale byliśmy właśnie z naszą ideą, przyświecającą przez całe życie, czyli ideą o nazwie GKS Katowice.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do tego, dlaczego kibice wpadli w taką wściekłość po meczu z Niecieczą? Nie, to nie jest w żadnym wypadku kwestia 15 dni czy ostatnich trzech meczów. Być może wiele osób pewnych rzeczy nie zarejestrowało. To co się dzieje, ciągnie się już od dłuższego czasu, a dokładnie od początku roku. GKS Katowice wygrał od marca 3 mecze z 20. W rundzie wiosennej tych wygranych było 2 na 16, a licząc mecz awansem z jesieni 2013, na 17 meczów. Nikt i nigdy w życiu nie przekona mnie, że to zwykła obniżka formy, która ma prawo przydarzyć się każdej drużynie. Jeśli na jesień zespół potrafi mieć serię 3 wygranych z rzędu, potem 3 remisów, a potem znów 3 wygranych, jeśli tworzy Twierdzę Bukowa i jest praktycznie w strefie awansu, to nikt nie wmówi mi, że ci sami zawodnicy kilka miesięcy później mogą wygrać tylko co ósmy mecz.

Nie tacy zawodnicy. Janusz Gancarczyk, Grzegorz Fonfara, Tomasz Wróbel czy Przemysław Pitry to zawodnicy, którzy na ligowej piłce (w ekstraklasie) zęby zjedli i w zapyziałej piłkarsko pierwszej lidze choćby samym ustawieniem czy minimalnym pomyślunkiem, dokładając do tego ich umiejętności techniczne, powinni wygrać co najmniej kilka meczów więcej. Z takimi zawodnikami wręcz kilka meczów powinno się wygrać samo. Dlaczego więc się nie wygrało? No właśnie – odpowiedzi należy szukać w kwestiach pozasportowych. Każdy, kto bywa regularnie na meczach GieKSy (a nie trzy razy z doskoku na rundę) doskonale widział, co się działo. Wymienieni zawodnicy, ale też cała reszta, po prostu nie przykładała się nawet w minimalnym stopniu do swoich obowiązków. Przylgnęło do niektórych określenie „hamulcowi” – każdy może to rozumieć inaczej. Ja nigdy nie oskarżyłem i nie oskarżam nikogo o sprzedanie meczu czy granie u bukmachera, bo nawet nie mam dowodów na to. Za to oskarżałem i oskarżam piłkarzy, że obowiązek godnego reprezentowania klubu mieli totalnie w dupie. Przechodzili wiele meczów, odstawiali nogę, nie byli na boisku agresywni, dawali przeciwnikom spokojnie konstruować akcje. To było widać gołym okiem, że im po prostu nie zależy na tym, żeby wyszarpać rywalowi zwycięstwo. No i ich zachowanie po przegranych meczach, telefony, lansik, uśmieszki i żarty. Jak im się na chwilę zachciało, to przegonili w drugiej połowie GKS Bełchatów tak, że świetnie radzący sobie w ekstraklasie rywale, łącznie z rewelacyjnymi braćmi Makami, nie wiedzieli co się dzieje i tylko patrzyli za plecy, jak im zawodnicy GKS odjeżdżają i raz po raz tworzą sytuacje bramkowe. Jedna połowa, w której im się zachciało. Jak to kontrastowało z pozostałymi meczami, to aż strach sobie przypominać…

Hamulcowi (prawie wszyscy) odeszli, w związku z czym liczyliśmy na lepszy sezon. Sezon z walką, z wielką ambicją, z gryzieniem trawy i z „zajeżdżaniem” przeciwnika. Niechciani zawodnicy odeszli, ale ci, co zostali nie zaczęli wcale od zera. Oni też muszą walczyć z całych sił o odzyskanie zaufania kibiców, bo przecież również w tej żenującej rundzie wiosennej grali, choć bardziej adekwatne jest stwierdzenie – udawali, że grali. To im powinno zależeć najbardziej na tym, żeby jeździć na dupach i pokazać, że akurat w ich przypadku beznadziejna runda wiosenna to była po prostu zła dyspozycja. A co mamy?

Mamy to, że ci zawodnicy (Czerwiński, Kamiński, Jurkowski, Cholerzyński, Duda, Pietrzak) odwalają taki kabaret, że nie można na to patrzeć. Typowo piłkarsko wyglądają jeszcze gorzej niż na wiosnę. Rozumiem, że piłkarz może być słaby, tak zwyczajnie po ludzku słaby. Ale nie mogę przyjąć i zaakceptować, że gość, który trenuje i gra w piłkę od kilkunastu lat, a do tego zarabia kilka czy kilkanaście tysięcy, na boisku:

a) notorycznie podaje do przeciwnika
b) pozwala rywalowi bezkarnie hasać w polu karnym i nawet nie markuje dobiegu (Cholerzyński)
c) ma w dupie wracanie się do obrony (Pietrzak)
d) przegrywa większość pojedynków 1 na 1 (Czerwiński)
e) ma czas reakcji pijaka z trzema promilami (Jurkowski)
f) gra tylko jak mu się zachce i wtedy jest profesorem (Pitry)
g) nowi, którzy przyszli, na razie kompletnie nie są wzmocnieniem (poza Kujawą).

Do tego dochodzą przegrane pojedynki fizyczne, kompletny brak agresji na boisku (markowany pressing). Tu także olbrzymia wina trenerów Moskala i Bahra, którzy kompletnie nie potrafią umotywować tych beznamiętnych graczy, a dodatkowo chyba coś szwankuje fizycznie. Bo jak wytłumaczyć to, że po wyrównanej połowie z Niecieczą, w drugiej rywal klepie piłkę jak chce, a nasi grają jedynie w stylu trenera Piotra Świerczewskiego (czyli „na chaos”), jak wytłumaczyć, że w upale w Legnicy rywale hasają po boisku przez cały mecz na świeżości, a nasi zawodnicy jak muchy w smole? (szybkie wyrównanie było efektem wejścia świeżych zawodników). Dodatkowo zagubienie szkoleniowca i miotanie się z systemami gry, nieumiejętność dostosowania taktyki do wątpliwych jakości zawodników. Zachowanie trenera, który stoi beznamiętnie przy ławce rezerwowych z rękami w kieszeni też świadczy, że albo nie ma wiary w ten zespół, albo już sam nie wie, co można jeszcze wymyślić. Przypominamy, że szkoleniowiec złożył dymisję po meczu z Arką Gdynia, dając sygnał, że nie radzi sobie z zespołem. Szczerze mówiąc, przewidując przyszłość, słuchając i patrząc na mowę niewerbalną szkoleniowca oraz cały kontekst sytuacji, nie zdziwimy się, jeśli za chwilę historia się powtórzy.

Nie wspomnieliśmy jeszcze o czymś bardzo wymiernym, czyli odpadnięciu z Pucharu Polski. U siebie z Chrobrym Głogów, który w lidze osiągnął oszałamiające wyniki 0:6, 2:2 i 1:2. Mam wrażenie, że Puchar Polski w tym klubie poważnie traktują tylko kibice, bo to jest dla nas historia, trzykrotny triumf, a obecnie jedyna okazja, żeby poczuć „wielką piłkę” (nie tą sprzed domu Irka Króla, swoją drogą była to moja prywatna piłka) na Bukowej. Marzymy o tym, żeby po latach w otchłani piłkarskiej na Bukową przyjechał raz, dwa razy w roku zespół z ekstraklasy. A co mamy? Poza zeszłorocznym miłym wyłomem, wcześniejsze cztery lata to były kompromitacje w pierwszej rundzie z zespołami z niższych lig. Teraz w końcu dostaliśmy szansę gry na Bukowej ze słabszym rywalem, ale stare demony wróciły i znów odpadliśmy w przedbiegach. Rywal słaby, nie radził sobie, ale nasi zawodnicy sprezentowali im dwie bramki, a oliwy do ognia dodał trener, który po meczu powiedział, że „rywalom się bardziej chciało”. Czy to kuźwa znaczy, że nam się nie chciało? Co to w ogóle za tłumaczenie w profesjonalnej piłce? Jak napisał jeden z kibiców na forum, to tak jakby chirurg po operacji powiedział rodzinie, że „pacjent zmarł, bo lekarzom nie za bardzo chciało się operować”. Czujecie to? Zasranym obowiązkiem zarówno lekarza i piłkarza jest to, żeby mu się chciało. Trener taką deklaracją, a zawodnicy swoją postawą, napluli kibicom w twarz i powinni tak naprawdę zwrócić pieniądze za bilety. Bo co jak co, za wynik kibice nie płacą, ale płacą za to, żeby zobaczyć drużynę, której się chce. Jeśli się nie chce, to kibice są najzwyczajniej w świecie okradani. Czyste złodziejstwo.

To wszystko powoduje frustrację kibiców. Nie żadne pieprzone trzy kolejki czy 15 dni, o których tak namiętnie krzyczą pismaki. Wszystko co przytoczyłem skumulowało się w ostatnim czasie i miało swój efekt w postaci wizyty kibiców pod szatnią i wszelkimi emocjonalnymi reakcjami, śpiewami, okrzykami, które się tam pojawiły. Nie możemy znieść już marazmu, jaki serwuje nam ta drużyna. Wszystko w klubie idzie do przodu, Miasto pomaga, rozwija się marketing, rozwijają się media klubowe, są akcje, jest promocja. Tylko nie nadążają ci, którzy paradoksalnie pracują najmniej i zarabiają najwięcej, czyli piłkarze i trenerzy. Ten klub byłby dużo bardziej do przodu, gdyby nie ten – trochę ważny jakby nie patrzeć – dział w klubie. Dział sportowy. Można na głowie stawać i robić promocję i marketing, ale bez wyniku sportowego wiele się nie osiągnie. Tyle, że żeby ten wynik był możliwy, trzeba najpierw się zaangażować.

Moja skromna osoba udziela się na GieKSie od dziewięciu lat. Od samego początku narzuciłem sobie spore tempo, dużo obowiązków. Przez te 9 lat robiłem niemal wszystko jeśli chodzi o media związane w GKS Katowice. Od czwartej ligi nie byłem tylko na 12 meczach – czy to u siebie czy na wyjeździe. Napisałem setki relacji i artykułów na strony internetowe i do „Bukowej”, przeprowadziłem setki wywiadów, prowadziłem oficjalną stronę internetową, filmowałem mecze dla trenerów i robiłem skróty dla kibiców, skomentowałem ponad sto meczów w naszym GieKSiarskim radiu, założyłem stronę GieKSa.pl. Poza rocznym okresem (2007), kiedy byłem zatrudniony w klubie za 800 złotych oraz kilkoma „meczowymi” za sfilmowanie meczu (50 złotych) wszystko to robiłem społecznie i kompletnie w wolnym czasie, nieraz siedząc po nocach, bo tak w ogóle to normalnie pracuję na pełny etat w swoim zawodzie. Przez udzielanie się na GieKSie i obecność na prawie wszystkich meczach zaniedbałem swój rozwój zawodowy, bo gdyby nie to, byłbym dziś dużo dalej w zawodzie i byłbym ustawiony finansowo. A tak pracuję prawie za minimalną krajową i na „drugim etacie” przy GKS – wolontaryjnie. To mój wybór.

Uważam więc, że mam prawo do krytykowania piłkarzy, nawet w tak ostentacyjny sposób i bez ceregieli, jak to robię ostatnio w artykułach na stronie, ze wszelkimi epitetami. Bo ja zapieprzam przez tyle lat i pewnie czasowo, a na pewno jakościowo, więcej robię przy GieKSie niż zawodnicy. Robię to, bo to kocham, bo kocham ten klub i chcę dać trochę radochy kibicom. Nie mogę jednak znieść tego, że banda mieniąca się piłkarzami GKS Katowice swoim podejściem do obowiązków niszczy to, czemu poświęciłem lwią część swojego życia. Ta banda niszczy moje marzenia, nadzieje na lepszą przyszłość. I oni robią to ot tak, bo po treningu przecież mogą wybrać się do swojej ulubionej Silesii. Szkoda, że nie umieją się polansować na boisku dobrą grą i wolą walki…

Myślę, że wielu aktywnych kibiców myśli podobnie. Tych, którzy działają od lat, poświęcają wiele ze swojego prywatnego życia, masę kasy i nerwów. Oni – tak jak ja – mają prawo głosu. I korzystają z tego, wyrażając swoje niezadowolenie i próbując zrobić coś, żeby było lepiej.

Serce mnie boli, gdy piszę coraz to kolejne artykuły, w których dosadnie wyrażam się na temat drużyny i piłkarzy. Przez wiele miesięcy starałem się być dyplomatyczny. Nigdy też nie przychodziło mi i nie przychodzi łatwo powiedzieć komuś coś negatywnego, czuję się wtedy okropnie. Po rundzie wiosennej jednak coś we mnie pękło, ogarnęła mnie jedna wielka niechęć do tego wszystkiego, łącznie z myśleniem o rezygnacji z udzielania się w GKS. Te wątpliwości na szczęście szybko minęły – jestem i działam. Nie potrafię jednak już oszczędzać zespołu w żaden sposób, stąd teksty z mojej strony są, jakie są. Za każdym razem, gdy piszę o „ułomnych interwencjach”, „tragikomikach” itd. czuję, że mogę komuś sprawić przykrość. Ale piszę, to co myślę i nie widzę powodu, żeby nie pisać w taki sposób. Miarka się przebrała na wiosnę i przebiera się nadal.

To nie jest tak, że nie lubię piłkarzy. Właśnie problem w tym, że sporo z nich lubię. Lubię Przemysława Pitrego, lubię Mateusza Kamińskiego, Alana Czerwińskiego, Sławomira Dudę, lubię trenera Moskala. Bo to w gruncie rzeczy są bardzo sympatyczni ludzie. Ale na stronie nie mogę mieć sentymentów i kwestia sympatii w grę nie wchodzi. Oceniam to, jakimi są piłkarzami i jakie mają zaangażowanie. Natomiast domyślam się, że piłkarze nie lubią mnie i rzygają na mój widok. Trudno. Mnie nie zależy, żeby mnie lubili, oni mają po prostu się angażować i grać w piłkę. Tylko – i aż tyle. Nie krytykuję też piłkarzy z zasady. Przecież po udanych akcjach, jak choćby piękny gol w Legnicy, chwalę ich. Jeśli Alan Czerwiński nagle w obronie zacznie czyścić, a przy okazji zaliczać asysty ze skrzydła będę pierwszym, który uderzy się w pierś i przyzna się, że się mylił.

Moja wiara polega na tym, że mimo wszystko wierzę, że kiedyś będzie dobrze. Że nie będzie w GieKSie partaczy, tylko prawdziwi piłkarze. Że ci, którzy są obecnie, przejdą jakąś cudowną metamorfozę i w końcu im się zachce. Że w końcu zaczną coś grać nowi zawodnicy. Że wygramy w Świnoujściu.

Ze sportowym pozdrowieniem do wszystkich GieKSiarzy – zawsze pamiętajcie, że GieKSa TO MY! Nikt i nic tego nie zmieni!

Michał Murzyn – Shellu
Redaktor Naczelny GieKSa.pl

19 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

19 komentarzy

  1. Avatar photo

    Wesoły

    20 sierpnia 2014 at 11:24

    Piękny artykuł. Piłkarze do roboty ,żebyśmy nie musieli się stale wstydzić i wychodzić z bukowej z opuszczoną głową, mając w pamięci szydercze miny i chamskie gesty piłkarzy z takich footbolowych stolic polski jak głogów ,czy nieciecza…

  2. Avatar photo

    Harry64

    20 sierpnia 2014 at 12:29

    Artykuł wymiata! Poczytajcie sobie pier…ne pismaki, może coś do was dotrze.

  3. Avatar photo

    Przegosc

    20 sierpnia 2014 at 13:27

    jak czerwinski jest za wisla krakow to jak ma dobrze grac w waszych barwach

  4. Avatar photo

    Mariusz

    20 sierpnia 2014 at 14:57

    Czerwinski pilkarz kibicem wisły Długajczyk szef zabezpieczenia ochrony za GKS Tychy a my dalej pod gorke mamy

  5. Avatar photo

    Trójkolorowy Mundek

    20 sierpnia 2014 at 15:19

    Doskonały, szczery artykuł! Podpisuje się pod nim obiema rękami.

  6. Avatar photo

    Doti

    20 sierpnia 2014 at 15:21

    Świetnie napisane! I trafione w samo sedno! Brawo Shellu, dzięki za wyrażenie myśli tak wielu z nas 🙂

  7. Avatar photo

    Igor

    20 sierpnia 2014 at 15:28

    Artykuł świetny. Doskonałe podsumowanie tego co działo się w ostatnim roku. Świetnie uchwycone braki piłkarzy (które na tym poziomie nie miały prawa się zdarzyć). W normalnym kraju po takim tekście od razu zgłosiła by się po Ciebie jakaś gazeta, no ale to Polandia (bananowa republika kolesiów), więc preferowane są dziennikarzyny piszące bajki.
    Ale… ta cała Gieksa (którą kochamy) to chyba jedna wielka ustawka. Choć nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, trudno oprzeć się wrażeniu, że klub ma… nie awansować. Głównym sponsorem jest… miasto (to taka polska specyfika w wielu klubach). Miasto ma długi, bo zaczęło mnóstwo inwestycji. Miasta nie stać na ekstraklasę, to rzuca ochłap i mówi: gwarantujemy przetrwanie ale o awansie nie myślcie. Nie od dzisiaj w polskiej lidze przekręt goni przekręt (tylko patrzeć jak Termalika przegra parę meczy, bo przecież też nie może awansować).
    Zmieni się coś tylko wtedy jak będzie kasa, czyli potężny sponsor. I TYLKO WTEDY! Trzeba kupić paru prawdziwych piłkarzy, zmodernizować stadion na ekstraklasę a wtedy pojawią się wyniki. Do momentu znalezienia sponsora będzie trwał ten cyrk, piłkarze będą udawać, że grają, trener będzie mówił głupoty, prezes co pół roku zmieni paru pracowników, miasto da 2-3 mln kroplówki. I tylko kibice będą jak ci ostatni frajerzy wychodzić z siebie bo będą myśleli, że to wszystko na serio. Albo się w końcu opamiętają i piłkarze ujrzą puste trybuny. Bo nie warto wspierać fikcji.
    Kibicuję Gieksie od 1984 roku. Chodzę teraz na mecze z dwoma synami. I jest mi przykro, że te dzieci muszą to oglądać (i chyba tylko dla nich tam jestem). Czegoś takiego co dzieje się od roku, nie widziałem na Gieksie nigdy…

  8. Avatar photo

    SzymsterPodlesie

    20 sierpnia 2014 at 16:40

    Wspaniały artykuł… nic dodać nic ująć, brawo Shellu 😉 !

  9. Avatar photo

    a.m

    20 sierpnia 2014 at 20:12

    Bardzo dobry felieton.Popieram w 100%.
    Jak jestem na szpilu to z nostalgią spoglądam na Furtoka ,Koniarka, Jojke,Piekarczyka, trenera Gornika…ach co to były za czasy…

  10. Avatar photo

    Ech...

    20 sierpnia 2014 at 20:46

    „Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.” I dlatego właśnie mój kilkuletni syn w przyszłości pojedzie grać za granicę. Nie po to inwestuję w jego przyszłość w prywatnej szkółce piłkarskiej, aby potem „tłumaczył” się (komu?… napisałbym dosadnie, ale to mnie różni…). Kurcze, a tyle lat na Gieksę jeździłem, dzieciństwo i młodzieżowy okres zaślepione miłością do Klubu. A teraz, gdy to czytam…

    Mój syn na meczu z San Marino (miał 6 lat), zapytał, gdy nasi kibice (przez małe „k”) gwizdali: Tato, a dlaczego oni gwiżdżą, przecież piłkarze się na pewno starają. Tak! bo On to wie, bo gra od 5go roku życia, bo wie, że czasem się stara, a nie wychodzi. Ale z poziomu krzesełka i kilku przekleństw na ustach, gdy się wyda parę zeta na bilet i się myśli, że się utrzymuje klub…

    „Piłkarze do roboty” – Stary, a kim Ty jesteś??? Ja, jako piłkarz, to bym splunął na takie słowa i w życiu bym w takim miejscu nie zagrał (bo Klub to nie kibice, Klubowi się kibicuje, a Wam się we łbach przewraca). Dyrektorzy 😉 Prezesi 😉 a w pracy najniższy szczebel Pracownika często.

  11. Avatar photo

    Dziennikarka sportowa

    20 sierpnia 2014 at 21:15

    Witam, jako dziennikarz sportowy muszę przyznać, że Pan M. Murzyn, mimo, że wiele osób się bulwersuję to bardzo celnie podsumował obecne dokonania zespołu w lidze. Bardziej celnie nawet niż połowa piłkarzy GKS-u próbujących kopnąć piłkę. Jeśli w szatni jest źle, są lubiani i mniej lubiani oraz dziwne układy to nigdy nie będzie pełnej współpracy na murawie. Ponadto zawodnicy wyjątkowo pokazują brak dobrego przygotowania czyli należałoby zmienić może samą formę treningów. Do tego parę dobrych transferów. Koło ratunkowe rzucone tylko czy ktoś je chwyci ręką, skorą nogą nie potrafi??

  12. Avatar photo

    Tomasz

    20 sierpnia 2014 at 21:43

    Doskonały artykuł Panie Michale, Nie znam Pana ale czapki z głów po takim felietonie. Nie jeden pseudopismak mógłby uczyć się od Pana pisać. Jestem kibicem GK-Su Katowice od 40 lat, pomimo tego, że wychowałem się w chorzowie batorym. Serce mi pęka jak patrzę na tych grojków. Zero ambicji i „umierania” na boisku. Brak słów, natomiast SZACUNEK dla takich kibiców. Aha i proszę nie pisać z dużej litery „ireneusz król”. Dla tego kundla to tylko miska z wodą. Pozdrawiam

  13. Avatar photo

    wyszo

    21 sierpnia 2014 at 00:45

    Dwiema rękami się podpisuje … niemal takie same odczucia mam po każdym meczu od początku tego roku …. a Ty „ech…” wyjedz za granice i nie wracaj, bo widac co sie dla Ciebie liczy …

  14. Avatar photo

    ech

    21 sierpnia 2014 at 06:42

    wyszo, liczy się dla mnie GKS. Ale życie to życie. A hobby to hobby. Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu. Od rozliczania Pracownika jest Pracodawca. Kibic płacił mu nie będzie (patrz: Rasiak – i co z tego, jak „kibice” w Polsce na niego reagowali, dla Niego i Jego Rodziny ważny jest poziom życia, który zagwarantował sobie grając w piłkę, a nie to, czy ktoś się tak czy siak uzewnętrznił na necie czy na trybunie). Fakt, artykuł ok. Ale mnie się wydaje, że kibice tworzą wokół siebie rzeczywistość inną niż ta, która jest. Akcje, działania kibiców itd. to jest zabawa, coś dla zabicia czasu, jak wyjście do kina czy do teatru, to, że ktoś się angażuje w zabawę, to w zamian za to piłkarz ma „dla niego” grać??? Sorry, ale logika pokrętna. A np. dlaczego czyjąś ambicję oceniać po wyniku? Jak dla mnie bobsleiści jamajscy są wzorem ambicji, a jakoś zawsze na zawodach są raczej traktowani jak egzotyczne zjawisko. Mnie chodzi o to, że, po prostu, nie powinno się obrażać Ludzi. Co innego mówić o kiepskich wynikach, słabej grze, nieodpowiednim przygotowaniu, a co innego formułowanie opinii o Osobie, pisanie o „bandzie, tragikomikach itd… Ludzie, piłkarz przychodzący do Klubu, podpisuje umowę, umowę o pracę, kontrakt, za wynagrodzenie konkretne itd. Piłkarz nie „wstępuje w związek małżeński z Klubem, kibicami…” :-). Jeśli tak do tego podchodzicie, to dlaczego przez tyle lat z tak miłujących Klub kibiców, nie wyszkoliło się tylu fanatycznych wychowanków, aby stworzyć drużynę?… To, wbrew pozorom, nie jest trudne w dłuższym okresie czasu. Jeśli chcezie „zarządzać” Klubem, zatrudnijcie trenerów, stwórzcie akademię i wyszkolcie „swoją” drużynę. Przepraszam, ale dla piłkarza kibic nie jest Pracodawcą, żoną, partnerem. Podsumowując, opinie na temat gry, postawy itd. są moim zdaniem jak najbardziej trafione. CO do zwyczajnego obrażania Osób – jest to niekulturalne po prostu.
    I, wyszo, po co mam za granicę jechać? Kocham mój kraj, co nie znaczy, że z każdym jego obywatelem zgadzać się muszę. Ale też nie muszę go obrażać w przypadku odmiennych, nawet bardzo, poglądów, czy też idei dla niego ważnych.

  15. Avatar photo

    Shellu

    21 sierpnia 2014 at 09:22

    „Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu” – współczuję twoim dzieciom. Jesli od malego sa uczeni, ze pilka to tylko kasa, to skoncza w LZS-ie. No ale jak to bedzie niemiecki czy inny zachodni LZS to tatus bedzie wniebowziety. Grunt zeby kibice nie wywierali presji. Wspolczuje dzieciom i tobie, bo olewanie wartosci na rzecz kasy jest dzis bardzo czeste, ale wtedy czlowiek na starosc staje sie nieszczesliwy i zgorzknialy, bo cos przegapil…

  16. Avatar photo

    Korek Zawodzie

    21 sierpnia 2014 at 10:17

    Artykuł świetny, dobrze opisujący to, co się dzieje w klubie.
    I tylko człowiek który kocha GieKSę, żyje GieKSą, mógł coś takiego napisać.
    Bo kto inny, jak nie kochający ten klub kibice, ma krytykować piłkarzy?
    Mam głęboką nadzieję, że ten artykuł przeczyta każdy piłkarz GieKSy,potem niech spojrzy w lustro i zada sobie pytanie „czy zawsze na boisku robiłem wszystko aby wygrać?” i z ręką na sercu niech sobie odpowie.
    Bo z perspektywy trybun…… no właśnie, wygląda jak wygląda.

    O pismakach sportowych nie będę pisał, bo szkoda nerwów.
    Na koniec życzę każdemu Gieksiarzowi, co by nie musiał słuchać przy B1 „kurwa mać GieKSa grać”

    Aha i jeszcze jedno skasujcie te wpisy ech-a, bo jak to przeczyta być może jakiś młody talent, to po talencie.

    Pozdro.

  17. Avatar photo

    lukste

    21 sierpnia 2014 at 10:47

    Znakomity artykuł!

  18. Avatar photo

    andreasw1959

    21 sierpnia 2014 at 21:30

    Piekny rzeczowy artykul jestem pelen podziwu malo ludzi w tym kraju umie przedstawiac rzeczy takie jakie sa i nazywac je po imieniu Shellu przedstawiles w tym artykule to CO CZUJA KIBICE GIEKSY W TYM I MOJE podziwiam twoj zapal i twe zaangarzowanie to co robisz. PISMAKI UCZCIE SIE OD SHELLA JAK PRZEDSTAWIAC PRAWDE,MOZE W TYM KRAJU NAPRAWDE COS SIE ZMIENI JAK BEDZIECIE PISAC TAK JAK SCHELLU. CALE MOJE ZYCIE TO GKS KATOWICE

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga