Felietony
Walka o marzenia
Było gorąco. Przyznam, że takiej kumulacji emocji nie widziałem wśród kibiców GieKSy dawno. Negatywnych emocji, bo to była złość granicząca niemal z furią. Po przegranym trzecim meczu z rzędu kibice ruszyli pod szatnię żądać wyjaśnień od drużyny i trenera. Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.
Od razu trzeba wyjaśnić kilka spraw. Mimo, że poziom emocji był bardzo duży – nie doszło do rękoczynów, o czym piszę dlatego, bo wiadomo, że już jednego z drugim pismaka ręka by świerzbiła, żeby stworzyć na ten temat wiekopomny artykuł i móc dodatkowo błyszczeć w mediach społecznościowych. Chyba bardzo było dziennikarzom – nomen omen nie na rękę – że nie została naruszona nietykalność cielesna zawodników i trenera, bo szybko w internecie pojawiły się „zastępcze” rewelacje dotyczące owego spotkania. Dodajmy – kłamliwe rewelacje. Czyli to mityczne użycie gazu. Prawda, że zdanie „ochrona była zmuszona do użycia gazu ze względu na agresywnych kibiców” ma swój wydźwięk? Skąd pismaki wzięły ten gaz? Nie wiadomo. Znaczy wiadomo – ze swoich głów i urojeniowych interpretacji rzeczywistości. Albo celowego działania…
Drugim kłamstwem, tutaj iście kuriozalnym, było przytoczenie rzekomych słów Kazimierza Moskala ze spotkania z kibicami i dodatkowo uczynienie z tegoż „cytatu” chwytliwego tytułu artykułu, oczywiście tak, by nabić jak najwięcej wejść. Słowa „Jeśli myślicie, że nie chcieliśmy wygrać, to jesteście idiotami” nie padły, ale tak zostało napisane na stronie jednego z katowickich dzienników. Idiotą – rzeczywiście trzeba być, żeby tak przeinaczyć fakty. Pal licho z nierzetelnością w tym momencie, ale wpychanie takich słów w usta szkoleniowca jest po prostu chamstwem i robieniem mu dodatkowego problemu. O wiele rzeczy można się do trenera Moskala przyczepić (o tym dalej), ale braku kultury zarzucić mu nie można i mimo, że również był zdenerwowany, nie pozwoliłby sobie na takie stwierdzenie. Pismaki musiały jednak zrobić swoje i tradycyjnie w niezdrowy sposób podgrzać atmosferę. Oczywiście nie generalizujemy tego na wszystkich dziennikarzy. Na przykład Maciej Blaut bzdur nie wypisywał, a następnego dnia przeprowadził wywiad z prezesem, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Można?…
Z rzeczy, które nie powinny się wydarzyć, prawdą była jedynie jedna stłuczona szyba. Dla tych, którzy jednak myślą, że kibice mieli z tego ubaw, spieszę z wyjaśnieniem. Osoba, która tę szybę rozbiła dostała taki opierdol od innych kibiców, że wolałbym nie być w jej skórze w tym momencie i szczerze żałowałbym tego chwilowego afektu. Nikt w Katowicach nie toleruje niszczenia własnego stadionu. Natomiast tak jak wspomniałem, do rękoczynów nie doszło, bo odpowiednie osoby rzetelnie zadbały, żeby takie sceny nie miały miejsca. Dyskusja była więc burzliwa, emocjonalna, ale normy nie zostały przekroczone.
Właśnie, jeśli mówimy o normach. Są osoby, które uważają, że istotnie – normy zostały przekroczone. Te osoby uważają, że rola kibica powinna ograniczać się do „kibicowania”, czyli dopingowania na trybunach. I koniec. Wedle tego kibice nie powinni uczestniczyć w życiu klubu w sensie organizacyjnym. Oni są tylko konsumentami – płacą za bilet i dostają produkt. Tylko problem jest taki, że dla kibiców klub czy stadion to nie jest estrada, na trybuny której przychodzą tylko dla przyjemności i po to by obejrzeć koncert. Tutaj wchodzi coś więcej – wchodzą silne emocje, marzenia, rywalizacja, utożsamianie, wspomnienia, przyjaciele, a dla niektórych całe życie albo przynajmniej spory jego procent. W tej sytuacji bycie zwykłym konsumentem jest naprawdę niemożliwe.
Tym bardziej, że właśnie gdyby takie czysto konsumenckie podejście kierowało nami – kibicami, to już nie mielibyśmy swojego klubu, bo GKS by po prostu nie istniał! Kto uratował ten klub po spadku z ekstraklasy i nieprzyznaniu licencji na drugą ligę? Kto zdecydowanymi (ale zgodnymi z prawem!) działaniami wykopał oszusta Ireneusza Króla z Katowic? Oczywiście moglibyśmy za pierwszym czy drugim razem olać sprawę (bo przecież powinniśmy być tylko konsumentami), ale dzisiaj nie mielibyśmy komu kibicować. Więc po czyjej stronie jest racja?
W tym kontekście, dwukrotnego uratowania GieKSy, wygłaszane zdania, że kibice nie mają prawa protestować, nawet w stanowczy sposób, są nieuzasadnione. Obecny GKS to dziecko kibiców – najpierw tych z Komitetu Ratujmy GieKSę i SSK, a potem tych wszystkich, którzy aktywnie włączyli się w niedopuszczenie to powstania tworu KP Katowice. Oczywiście bez wsparcia Miasta Katowice nie byłoby to możliwe, ale to już był efekt działania kibiców, to od nich rozpoczynały się wszelkie inicjatywy ratowania klubu.
W związku z tym głośno możemy mówić, że tak – my kibice GKS Katowice mamy prawo wypowiadać się na temat klubu i aktywnie uczestniczyć w jego FORMALNYM życiu – sugerować, protestować, negować, podpowiadać, rozmawiać z zarządem i wspólnie myśleć nad rozwiązaniami. Możemy pisać pisma o obniżenie ceny biletów, gdy mamy taki pomysł. Wbrew temu, co chcieliby dziennikarze – czyli nietraktowania kibiców i Stowarzyszenia po partnersku – zarząd GieKSy z Wojciechem Cyganem i Marcinem Janickim z kibicami rozmawia i bierze pod uwagę ich sugestie – choć nie musi się ze wszystkimi zgadzać i wszystkie realizować. Choćby niektórzy przeciwni takim standardom dziennikarze na rzęsach stanęli – takie są fakty. Jeden napisał, że piłkarze i trener nie powinni wychodzić do kibiców, bo nie mają obowiązku się tłumaczyć. Sugestia jest jasna, kibice nie zasługują na wytłumaczenie. Nie mają prawa tego żądać.
To wszystko w kontekście tego krytykowanego nieraz i wręcz ironicznego podchodzenia przez dziennikarzy do okrzyków „GieKSa to my!”. W obliczu wspomnianego dwukrotnego ratunku klubu i wieloletniego trwania przy nim – w tej zapyziałej pierwszej lidze, z zapyziałymi piłkarzami, z permanentnym brakiem wyników – my jesteśmy na meczach czy to na Bukowej czy w całej Polsce, my robimy oprawy, my mamy swoje kibicowskie media, przeprowadzamy dziesiątki akcji charytatywnych, więc tak – szanowni dziennikarze – GieKSa TO MY! I to nam należą się wytłumaczenia beznadziejnej postawy. Należą się nam, jak nikomu innemu. My, którzy poświęcamy całe serce GieKSie oczekujemy i żądamy, że jacyś najemnicy, którzy przyszli zarabiać do naszego domu wytłumaczą nam się ze swojej beznadziejnej gry.
Na spotkaniu kibiców z piłkarzami nie doszło do rękoczynów i nie było takiej opcji. Pisanie więc o wytwarzaniu atmosfery strachu jest nadużyciem. Kibice nie przyszli pod szatnię, żeby „spuścić wpierdol” (tak, tak, wiem, zaraz ktoś przypomni Łęczną, więc darujcie sobie), tylko żeby głośno wykrzyczeć swoją frustrację związaną z postawą zawodników. Strach? Nie wiem, czy piłkarze się bali, możliwe. Ale ja jeśli się boje pająka, to czy mogę winić za to pająka?… Na pewno była atmosfera presji, olbrzymiej presji, bo w Katowicach już tak mamy, że wytwarzamy presję. Trudno byłoby przez tyle lat beznamiętnie podchodzić do boiskowych wydarzeń, a że kibice z natury biernymi obserwatorami nie są, to tę presję wytwarzają. Nie trzeba tego od razu utożsamiać z czynną agresją.
Zdumienie mnie ogarnia, gdy czytam w mediach, że kibice GKS są w gorącej wodzie kąpani, że są najbardziej niecierpliwi w Polsce, bo „wytrzymali tylko 15 dni” czy że „protestują już po trzeciej kolejce”. Dochodzi nawet do kuriozalnych stwierdzeń, że jesteśmy kibicami sukcesu czy nie jesteśmy z klubem na dobre i na złe, więc nie jesteśmy prawdziwymi kibicami. Doprawdy interesujące stwierdzenia dotyczące osób, które są prawie na każdym meczu od kilku czy kilkunastu lat, uczestniczą w tych kiepskich widowiskach i notorycznie przeżywają sportowe upokorzenia, ale mimo wszystko trwają, trwają, trwają… Podejrzewam, że dla piszących takie brednie osób wiara w ideę bez względu na wszystko jest czymś ponad ich możliwości. Współczuję, bo jest to ułomność.
Właśnie – tylko czym jest ta wiara? My kibice wiemy albo raczej czujemy, o co chodzi. Chodzi o wiarę w ideę. To jest coś ponad drużynę, piłkarzy, trenerów, działaczy, spółkę. Ktoś, kto kibicem nigdy nie był, a jedynie sympatykiem piłki czy dziennikarzem, nigdy nie zrozumie, o co chodzi. Bo ten bezrefleksyjnie powtarzany slogan „na dobre i na złe” wiele osób utożsamia z drużyną piłkarską danego klubu. Tylko i wyłącznie. Jeśli kibice odwracają się od drużyny, niezależnie od przyczyn, to zawsze kilka wynalazków (albo więcej niż kilka) napisze, że to nie są prawdziwi kibice. A co jeśli piłkarz danej drużyny chleje przed meczem? A co jeśli okaże się, że sprzedał mecz? Wedle „pięknych słów” powinniśmy być z takim piłkarzem, bo przecież „na dobre i na złe”… Przed ołtarzem też się przysięga, ale czy to oznacza, że mamy trwać przez lata w zdradzie i kłamstwie?…
Myślę, że wcześniej przytoczone wydarzenia z przeszłości dobitnie wskazują, że byliśmy z tym klubem w czasach najgorszych, w czasach agonii. Wtedy na wsparcie mediów liczyć nie mogliśmy. Ale byliśmy właśnie z naszą ideą, przyświecającą przez całe życie, czyli ideą o nazwie GKS Katowice.
Wróćmy jednak do meritum, czyli do tego, dlaczego kibice wpadli w taką wściekłość po meczu z Niecieczą? Nie, to nie jest w żadnym wypadku kwestia 15 dni czy ostatnich trzech meczów. Być może wiele osób pewnych rzeczy nie zarejestrowało. To co się dzieje, ciągnie się już od dłuższego czasu, a dokładnie od początku roku. GKS Katowice wygrał od marca 3 mecze z 20. W rundzie wiosennej tych wygranych było 2 na 16, a licząc mecz awansem z jesieni 2013, na 17 meczów. Nikt i nigdy w życiu nie przekona mnie, że to zwykła obniżka formy, która ma prawo przydarzyć się każdej drużynie. Jeśli na jesień zespół potrafi mieć serię 3 wygranych z rzędu, potem 3 remisów, a potem znów 3 wygranych, jeśli tworzy Twierdzę Bukowa i jest praktycznie w strefie awansu, to nikt nie wmówi mi, że ci sami zawodnicy kilka miesięcy później mogą wygrać tylko co ósmy mecz.
Nie tacy zawodnicy. Janusz Gancarczyk, Grzegorz Fonfara, Tomasz Wróbel czy Przemysław Pitry to zawodnicy, którzy na ligowej piłce (w ekstraklasie) zęby zjedli i w zapyziałej piłkarsko pierwszej lidze choćby samym ustawieniem czy minimalnym pomyślunkiem, dokładając do tego ich umiejętności techniczne, powinni wygrać co najmniej kilka meczów więcej. Z takimi zawodnikami wręcz kilka meczów powinno się wygrać samo. Dlaczego więc się nie wygrało? No właśnie – odpowiedzi należy szukać w kwestiach pozasportowych. Każdy, kto bywa regularnie na meczach GieKSy (a nie trzy razy z doskoku na rundę) doskonale widział, co się działo. Wymienieni zawodnicy, ale też cała reszta, po prostu nie przykładała się nawet w minimalnym stopniu do swoich obowiązków. Przylgnęło do niektórych określenie „hamulcowi” – każdy może to rozumieć inaczej. Ja nigdy nie oskarżyłem i nie oskarżam nikogo o sprzedanie meczu czy granie u bukmachera, bo nawet nie mam dowodów na to. Za to oskarżałem i oskarżam piłkarzy, że obowiązek godnego reprezentowania klubu mieli totalnie w dupie. Przechodzili wiele meczów, odstawiali nogę, nie byli na boisku agresywni, dawali przeciwnikom spokojnie konstruować akcje. To było widać gołym okiem, że im po prostu nie zależy na tym, żeby wyszarpać rywalowi zwycięstwo. No i ich zachowanie po przegranych meczach, telefony, lansik, uśmieszki i żarty. Jak im się na chwilę zachciało, to przegonili w drugiej połowie GKS Bełchatów tak, że świetnie radzący sobie w ekstraklasie rywale, łącznie z rewelacyjnymi braćmi Makami, nie wiedzieli co się dzieje i tylko patrzyli za plecy, jak im zawodnicy GKS odjeżdżają i raz po raz tworzą sytuacje bramkowe. Jedna połowa, w której im się zachciało. Jak to kontrastowało z pozostałymi meczami, to aż strach sobie przypominać…
Hamulcowi (prawie wszyscy) odeszli, w związku z czym liczyliśmy na lepszy sezon. Sezon z walką, z wielką ambicją, z gryzieniem trawy i z „zajeżdżaniem” przeciwnika. Niechciani zawodnicy odeszli, ale ci, co zostali nie zaczęli wcale od zera. Oni też muszą walczyć z całych sił o odzyskanie zaufania kibiców, bo przecież również w tej żenującej rundzie wiosennej grali, choć bardziej adekwatne jest stwierdzenie – udawali, że grali. To im powinno zależeć najbardziej na tym, żeby jeździć na dupach i pokazać, że akurat w ich przypadku beznadziejna runda wiosenna to była po prostu zła dyspozycja. A co mamy?
Mamy to, że ci zawodnicy (Czerwiński, Kamiński, Jurkowski, Cholerzyński, Duda, Pietrzak) odwalają taki kabaret, że nie można na to patrzeć. Typowo piłkarsko wyglądają jeszcze gorzej niż na wiosnę. Rozumiem, że piłkarz może być słaby, tak zwyczajnie po ludzku słaby. Ale nie mogę przyjąć i zaakceptować, że gość, który trenuje i gra w piłkę od kilkunastu lat, a do tego zarabia kilka czy kilkanaście tysięcy, na boisku:
a) notorycznie podaje do przeciwnika
b) pozwala rywalowi bezkarnie hasać w polu karnym i nawet nie markuje dobiegu (Cholerzyński)
c) ma w dupie wracanie się do obrony (Pietrzak)
d) przegrywa większość pojedynków 1 na 1 (Czerwiński)
e) ma czas reakcji pijaka z trzema promilami (Jurkowski)
f) gra tylko jak mu się zachce i wtedy jest profesorem (Pitry)
g) nowi, którzy przyszli, na razie kompletnie nie są wzmocnieniem (poza Kujawą).
Do tego dochodzą przegrane pojedynki fizyczne, kompletny brak agresji na boisku (markowany pressing). Tu także olbrzymia wina trenerów Moskala i Bahra, którzy kompletnie nie potrafią umotywować tych beznamiętnych graczy, a dodatkowo chyba coś szwankuje fizycznie. Bo jak wytłumaczyć to, że po wyrównanej połowie z Niecieczą, w drugiej rywal klepie piłkę jak chce, a nasi grają jedynie w stylu trenera Piotra Świerczewskiego (czyli „na chaos”), jak wytłumaczyć, że w upale w Legnicy rywale hasają po boisku przez cały mecz na świeżości, a nasi zawodnicy jak muchy w smole? (szybkie wyrównanie było efektem wejścia świeżych zawodników). Dodatkowo zagubienie szkoleniowca i miotanie się z systemami gry, nieumiejętność dostosowania taktyki do wątpliwych jakości zawodników. Zachowanie trenera, który stoi beznamiętnie przy ławce rezerwowych z rękami w kieszeni też świadczy, że albo nie ma wiary w ten zespół, albo już sam nie wie, co można jeszcze wymyślić. Przypominamy, że szkoleniowiec złożył dymisję po meczu z Arką Gdynia, dając sygnał, że nie radzi sobie z zespołem. Szczerze mówiąc, przewidując przyszłość, słuchając i patrząc na mowę niewerbalną szkoleniowca oraz cały kontekst sytuacji, nie zdziwimy się, jeśli za chwilę historia się powtórzy.
Nie wspomnieliśmy jeszcze o czymś bardzo wymiernym, czyli odpadnięciu z Pucharu Polski. U siebie z Chrobrym Głogów, który w lidze osiągnął oszałamiające wyniki 0:6, 2:2 i 1:2. Mam wrażenie, że Puchar Polski w tym klubie poważnie traktują tylko kibice, bo to jest dla nas historia, trzykrotny triumf, a obecnie jedyna okazja, żeby poczuć „wielką piłkę” (nie tą sprzed domu Irka Króla, swoją drogą była to moja prywatna piłka) na Bukowej. Marzymy o tym, żeby po latach w otchłani piłkarskiej na Bukową przyjechał raz, dwa razy w roku zespół z ekstraklasy. A co mamy? Poza zeszłorocznym miłym wyłomem, wcześniejsze cztery lata to były kompromitacje w pierwszej rundzie z zespołami z niższych lig. Teraz w końcu dostaliśmy szansę gry na Bukowej ze słabszym rywalem, ale stare demony wróciły i znów odpadliśmy w przedbiegach. Rywal słaby, nie radził sobie, ale nasi zawodnicy sprezentowali im dwie bramki, a oliwy do ognia dodał trener, który po meczu powiedział, że „rywalom się bardziej chciało”. Czy to kuźwa znaczy, że nam się nie chciało? Co to w ogóle za tłumaczenie w profesjonalnej piłce? Jak napisał jeden z kibiców na forum, to tak jakby chirurg po operacji powiedział rodzinie, że „pacjent zmarł, bo lekarzom nie za bardzo chciało się operować”. Czujecie to? Zasranym obowiązkiem zarówno lekarza i piłkarza jest to, żeby mu się chciało. Trener taką deklaracją, a zawodnicy swoją postawą, napluli kibicom w twarz i powinni tak naprawdę zwrócić pieniądze za bilety. Bo co jak co, za wynik kibice nie płacą, ale płacą za to, żeby zobaczyć drużynę, której się chce. Jeśli się nie chce, to kibice są najzwyczajniej w świecie okradani. Czyste złodziejstwo.
To wszystko powoduje frustrację kibiców. Nie żadne pieprzone trzy kolejki czy 15 dni, o których tak namiętnie krzyczą pismaki. Wszystko co przytoczyłem skumulowało się w ostatnim czasie i miało swój efekt w postaci wizyty kibiców pod szatnią i wszelkimi emocjonalnymi reakcjami, śpiewami, okrzykami, które się tam pojawiły. Nie możemy znieść już marazmu, jaki serwuje nam ta drużyna. Wszystko w klubie idzie do przodu, Miasto pomaga, rozwija się marketing, rozwijają się media klubowe, są akcje, jest promocja. Tylko nie nadążają ci, którzy paradoksalnie pracują najmniej i zarabiają najwięcej, czyli piłkarze i trenerzy. Ten klub byłby dużo bardziej do przodu, gdyby nie ten – trochę ważny jakby nie patrzeć – dział w klubie. Dział sportowy. Można na głowie stawać i robić promocję i marketing, ale bez wyniku sportowego wiele się nie osiągnie. Tyle, że żeby ten wynik był możliwy, trzeba najpierw się zaangażować.
Moja skromna osoba udziela się na GieKSie od dziewięciu lat. Od samego początku narzuciłem sobie spore tempo, dużo obowiązków. Przez te 9 lat robiłem niemal wszystko jeśli chodzi o media związane w GKS Katowice. Od czwartej ligi nie byłem tylko na 12 meczach – czy to u siebie czy na wyjeździe. Napisałem setki relacji i artykułów na strony internetowe i do „Bukowej”, przeprowadziłem setki wywiadów, prowadziłem oficjalną stronę internetową, filmowałem mecze dla trenerów i robiłem skróty dla kibiców, skomentowałem ponad sto meczów w naszym GieKSiarskim radiu, założyłem stronę GieKSa.pl. Poza rocznym okresem (2007), kiedy byłem zatrudniony w klubie za 800 złotych oraz kilkoma „meczowymi” za sfilmowanie meczu (50 złotych) wszystko to robiłem społecznie i kompletnie w wolnym czasie, nieraz siedząc po nocach, bo tak w ogóle to normalnie pracuję na pełny etat w swoim zawodzie. Przez udzielanie się na GieKSie i obecność na prawie wszystkich meczach zaniedbałem swój rozwój zawodowy, bo gdyby nie to, byłbym dziś dużo dalej w zawodzie i byłbym ustawiony finansowo. A tak pracuję prawie za minimalną krajową i na „drugim etacie” przy GKS – wolontaryjnie. To mój wybór.
Uważam więc, że mam prawo do krytykowania piłkarzy, nawet w tak ostentacyjny sposób i bez ceregieli, jak to robię ostatnio w artykułach na stronie, ze wszelkimi epitetami. Bo ja zapieprzam przez tyle lat i pewnie czasowo, a na pewno jakościowo, więcej robię przy GieKSie niż zawodnicy. Robię to, bo to kocham, bo kocham ten klub i chcę dać trochę radochy kibicom. Nie mogę jednak znieść tego, że banda mieniąca się piłkarzami GKS Katowice swoim podejściem do obowiązków niszczy to, czemu poświęciłem lwią część swojego życia. Ta banda niszczy moje marzenia, nadzieje na lepszą przyszłość. I oni robią to ot tak, bo po treningu przecież mogą wybrać się do swojej ulubionej Silesii. Szkoda, że nie umieją się polansować na boisku dobrą grą i wolą walki…
Myślę, że wielu aktywnych kibiców myśli podobnie. Tych, którzy działają od lat, poświęcają wiele ze swojego prywatnego życia, masę kasy i nerwów. Oni – tak jak ja – mają prawo głosu. I korzystają z tego, wyrażając swoje niezadowolenie i próbując zrobić coś, żeby było lepiej.
Serce mnie boli, gdy piszę coraz to kolejne artykuły, w których dosadnie wyrażam się na temat drużyny i piłkarzy. Przez wiele miesięcy starałem się być dyplomatyczny. Nigdy też nie przychodziło mi i nie przychodzi łatwo powiedzieć komuś coś negatywnego, czuję się wtedy okropnie. Po rundzie wiosennej jednak coś we mnie pękło, ogarnęła mnie jedna wielka niechęć do tego wszystkiego, łącznie z myśleniem o rezygnacji z udzielania się w GKS. Te wątpliwości na szczęście szybko minęły – jestem i działam. Nie potrafię jednak już oszczędzać zespołu w żaden sposób, stąd teksty z mojej strony są, jakie są. Za każdym razem, gdy piszę o „ułomnych interwencjach”, „tragikomikach” itd. czuję, że mogę komuś sprawić przykrość. Ale piszę, to co myślę i nie widzę powodu, żeby nie pisać w taki sposób. Miarka się przebrała na wiosnę i przebiera się nadal.
To nie jest tak, że nie lubię piłkarzy. Właśnie problem w tym, że sporo z nich lubię. Lubię Przemysława Pitrego, lubię Mateusza Kamińskiego, Alana Czerwińskiego, Sławomira Dudę, lubię trenera Moskala. Bo to w gruncie rzeczy są bardzo sympatyczni ludzie. Ale na stronie nie mogę mieć sentymentów i kwestia sympatii w grę nie wchodzi. Oceniam to, jakimi są piłkarzami i jakie mają zaangażowanie. Natomiast domyślam się, że piłkarze nie lubią mnie i rzygają na mój widok. Trudno. Mnie nie zależy, żeby mnie lubili, oni mają po prostu się angażować i grać w piłkę. Tylko – i aż tyle. Nie krytykuję też piłkarzy z zasady. Przecież po udanych akcjach, jak choćby piękny gol w Legnicy, chwalę ich. Jeśli Alan Czerwiński nagle w obronie zacznie czyścić, a przy okazji zaliczać asysty ze skrzydła będę pierwszym, który uderzy się w pierś i przyzna się, że się mylił.
Moja wiara polega na tym, że mimo wszystko wierzę, że kiedyś będzie dobrze. Że nie będzie w GieKSie partaczy, tylko prawdziwi piłkarze. Że ci, którzy są obecnie, przejdą jakąś cudowną metamorfozę i w końcu im się zachce. Że w końcu zaczną coś grać nowi zawodnicy. Że wygramy w Świnoujściu.
Ze sportowym pozdrowieniem do wszystkich GieKSiarzy – zawsze pamiętajcie, że GieKSa TO MY! Nikt i nic tego nie zmieni!
Michał Murzyn – Shellu
Redaktor Naczelny GieKSa.pl
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































Wesoły
20 sierpnia 2014 at 11:24
Piękny artykuł. Piłkarze do roboty ,żebyśmy nie musieli się stale wstydzić i wychodzić z bukowej z opuszczoną głową, mając w pamięci szydercze miny i chamskie gesty piłkarzy z takich footbolowych stolic polski jak głogów ,czy nieciecza…
Harry64
20 sierpnia 2014 at 12:29
Artykuł wymiata! Poczytajcie sobie pier…ne pismaki, może coś do was dotrze.
Przegosc
20 sierpnia 2014 at 13:27
jak czerwinski jest za wisla krakow to jak ma dobrze grac w waszych barwach
Mariusz
20 sierpnia 2014 at 14:57
Czerwinski pilkarz kibicem wisły Długajczyk szef zabezpieczenia ochrony za GKS Tychy a my dalej pod gorke mamy
Trójkolorowy Mundek
20 sierpnia 2014 at 15:19
Doskonały, szczery artykuł! Podpisuje się pod nim obiema rękami.
Doti
20 sierpnia 2014 at 15:21
Świetnie napisane! I trafione w samo sedno! Brawo Shellu, dzięki za wyrażenie myśli tak wielu z nas 🙂
Igor
20 sierpnia 2014 at 15:28
Artykuł świetny. Doskonałe podsumowanie tego co działo się w ostatnim roku. Świetnie uchwycone braki piłkarzy (które na tym poziomie nie miały prawa się zdarzyć). W normalnym kraju po takim tekście od razu zgłosiła by się po Ciebie jakaś gazeta, no ale to Polandia (bananowa republika kolesiów), więc preferowane są dziennikarzyny piszące bajki.
Ale… ta cała Gieksa (którą kochamy) to chyba jedna wielka ustawka. Choć nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, trudno oprzeć się wrażeniu, że klub ma… nie awansować. Głównym sponsorem jest… miasto (to taka polska specyfika w wielu klubach). Miasto ma długi, bo zaczęło mnóstwo inwestycji. Miasta nie stać na ekstraklasę, to rzuca ochłap i mówi: gwarantujemy przetrwanie ale o awansie nie myślcie. Nie od dzisiaj w polskiej lidze przekręt goni przekręt (tylko patrzeć jak Termalika przegra parę meczy, bo przecież też nie może awansować).
Zmieni się coś tylko wtedy jak będzie kasa, czyli potężny sponsor. I TYLKO WTEDY! Trzeba kupić paru prawdziwych piłkarzy, zmodernizować stadion na ekstraklasę a wtedy pojawią się wyniki. Do momentu znalezienia sponsora będzie trwał ten cyrk, piłkarze będą udawać, że grają, trener będzie mówił głupoty, prezes co pół roku zmieni paru pracowników, miasto da 2-3 mln kroplówki. I tylko kibice będą jak ci ostatni frajerzy wychodzić z siebie bo będą myśleli, że to wszystko na serio. Albo się w końcu opamiętają i piłkarze ujrzą puste trybuny. Bo nie warto wspierać fikcji.
Kibicuję Gieksie od 1984 roku. Chodzę teraz na mecze z dwoma synami. I jest mi przykro, że te dzieci muszą to oglądać (i chyba tylko dla nich tam jestem). Czegoś takiego co dzieje się od roku, nie widziałem na Gieksie nigdy…
SzymsterPodlesie
20 sierpnia 2014 at 16:40
Wspaniały artykuł… nic dodać nic ująć, brawo Shellu 😉 !
a.m
20 sierpnia 2014 at 20:12
Bardzo dobry felieton.Popieram w 100%.
Jak jestem na szpilu to z nostalgią spoglądam na Furtoka ,Koniarka, Jojke,Piekarczyka, trenera Gornika…ach co to były za czasy…
Ech...
20 sierpnia 2014 at 20:46
„Po kilkunastu minutach zespół wyszedł na schody i się tłumaczył.” I dlatego właśnie mój kilkuletni syn w przyszłości pojedzie grać za granicę. Nie po to inwestuję w jego przyszłość w prywatnej szkółce piłkarskiej, aby potem „tłumaczył” się (komu?… napisałbym dosadnie, ale to mnie różni…). Kurcze, a tyle lat na Gieksę jeździłem, dzieciństwo i młodzieżowy okres zaślepione miłością do Klubu. A teraz, gdy to czytam…
Mój syn na meczu z San Marino (miał 6 lat), zapytał, gdy nasi kibice (przez małe „k”) gwizdali: Tato, a dlaczego oni gwiżdżą, przecież piłkarze się na pewno starają. Tak! bo On to wie, bo gra od 5go roku życia, bo wie, że czasem się stara, a nie wychodzi. Ale z poziomu krzesełka i kilku przekleństw na ustach, gdy się wyda parę zeta na bilet i się myśli, że się utrzymuje klub…
„Piłkarze do roboty” – Stary, a kim Ty jesteś??? Ja, jako piłkarz, to bym splunął na takie słowa i w życiu bym w takim miejscu nie zagrał (bo Klub to nie kibice, Klubowi się kibicuje, a Wam się we łbach przewraca). Dyrektorzy 😉 Prezesi 😉 a w pracy najniższy szczebel Pracownika często.
Dziennikarka sportowa
20 sierpnia 2014 at 21:15
Witam, jako dziennikarz sportowy muszę przyznać, że Pan M. Murzyn, mimo, że wiele osób się bulwersuję to bardzo celnie podsumował obecne dokonania zespołu w lidze. Bardziej celnie nawet niż połowa piłkarzy GKS-u próbujących kopnąć piłkę. Jeśli w szatni jest źle, są lubiani i mniej lubiani oraz dziwne układy to nigdy nie będzie pełnej współpracy na murawie. Ponadto zawodnicy wyjątkowo pokazują brak dobrego przygotowania czyli należałoby zmienić może samą formę treningów. Do tego parę dobrych transferów. Koło ratunkowe rzucone tylko czy ktoś je chwyci ręką, skorą nogą nie potrafi??
Tomasz
20 sierpnia 2014 at 21:43
Doskonały artykuł Panie Michale, Nie znam Pana ale czapki z głów po takim felietonie. Nie jeden pseudopismak mógłby uczyć się od Pana pisać. Jestem kibicem GK-Su Katowice od 40 lat, pomimo tego, że wychowałem się w chorzowie batorym. Serce mi pęka jak patrzę na tych grojków. Zero ambicji i „umierania” na boisku. Brak słów, natomiast SZACUNEK dla takich kibiców. Aha i proszę nie pisać z dużej litery „ireneusz król”. Dla tego kundla to tylko miska z wodą. Pozdrawiam
wyszo
21 sierpnia 2014 at 00:45
Dwiema rękami się podpisuje … niemal takie same odczucia mam po każdym meczu od początku tego roku …. a Ty „ech…” wyjedz za granice i nie wracaj, bo widac co sie dla Ciebie liczy …
ech
21 sierpnia 2014 at 06:42
wyszo, liczy się dla mnie GKS. Ale życie to życie. A hobby to hobby. Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu. Od rozliczania Pracownika jest Pracodawca. Kibic płacił mu nie będzie (patrz: Rasiak – i co z tego, jak „kibice” w Polsce na niego reagowali, dla Niego i Jego Rodziny ważny jest poziom życia, który zagwarantował sobie grając w piłkę, a nie to, czy ktoś się tak czy siak uzewnętrznił na necie czy na trybunie). Fakt, artykuł ok. Ale mnie się wydaje, że kibice tworzą wokół siebie rzeczywistość inną niż ta, która jest. Akcje, działania kibiców itd. to jest zabawa, coś dla zabicia czasu, jak wyjście do kina czy do teatru, to, że ktoś się angażuje w zabawę, to w zamian za to piłkarz ma „dla niego” grać??? Sorry, ale logika pokrętna. A np. dlaczego czyjąś ambicję oceniać po wyniku? Jak dla mnie bobsleiści jamajscy są wzorem ambicji, a jakoś zawsze na zawodach są raczej traktowani jak egzotyczne zjawisko. Mnie chodzi o to, że, po prostu, nie powinno się obrażać Ludzi. Co innego mówić o kiepskich wynikach, słabej grze, nieodpowiednim przygotowaniu, a co innego formułowanie opinii o Osobie, pisanie o „bandzie, tragikomikach itd… Ludzie, piłkarz przychodzący do Klubu, podpisuje umowę, umowę o pracę, kontrakt, za wynagrodzenie konkretne itd. Piłkarz nie „wstępuje w związek małżeński z Klubem, kibicami…” :-). Jeśli tak do tego podchodzicie, to dlaczego przez tyle lat z tak miłujących Klub kibiców, nie wyszkoliło się tylu fanatycznych wychowanków, aby stworzyć drużynę?… To, wbrew pozorom, nie jest trudne w dłuższym okresie czasu. Jeśli chcezie „zarządzać” Klubem, zatrudnijcie trenerów, stwórzcie akademię i wyszkolcie „swoją” drużynę. Przepraszam, ale dla piłkarza kibic nie jest Pracodawcą, żoną, partnerem. Podsumowując, opinie na temat gry, postawy itd. są moim zdaniem jak najbardziej trafione. CO do zwyczajnego obrażania Osób – jest to niekulturalne po prostu.
I, wyszo, po co mam za granicę jechać? Kocham mój kraj, co nie znaczy, że z każdym jego obywatelem zgadzać się muszę. Ale też nie muszę go obrażać w przypadku odmiennych, nawet bardzo, poglądów, czy też idei dla niego ważnych.
Shellu
21 sierpnia 2014 at 09:22
„Ja dzieciom przekazuję, co do piłki, że jeśli będą piłkarzami, to piłka to dla nich praca, a nie wartości, przywiązanie do klubu” – współczuję twoim dzieciom. Jesli od malego sa uczeni, ze pilka to tylko kasa, to skoncza w LZS-ie. No ale jak to bedzie niemiecki czy inny zachodni LZS to tatus bedzie wniebowziety. Grunt zeby kibice nie wywierali presji. Wspolczuje dzieciom i tobie, bo olewanie wartosci na rzecz kasy jest dzis bardzo czeste, ale wtedy czlowiek na starosc staje sie nieszczesliwy i zgorzknialy, bo cos przegapil…
Korek Zawodzie
21 sierpnia 2014 at 10:17
Artykuł świetny, dobrze opisujący to, co się dzieje w klubie.
I tylko człowiek który kocha GieKSę, żyje GieKSą, mógł coś takiego napisać.
Bo kto inny, jak nie kochający ten klub kibice, ma krytykować piłkarzy?
Mam głęboką nadzieję, że ten artykuł przeczyta każdy piłkarz GieKSy,potem niech spojrzy w lustro i zada sobie pytanie „czy zawsze na boisku robiłem wszystko aby wygrać?” i z ręką na sercu niech sobie odpowie.
Bo z perspektywy trybun…… no właśnie, wygląda jak wygląda.
O pismakach sportowych nie będę pisał, bo szkoda nerwów.
Na koniec życzę każdemu Gieksiarzowi, co by nie musiał słuchać przy B1 „kurwa mać GieKSa grać”
Aha i jeszcze jedno skasujcie te wpisy ech-a, bo jak to przeczyta być może jakiś młody talent, to po talencie.
Pozdro.
lukste
21 sierpnia 2014 at 10:47
Znakomity artykuł!
andreasw1959
21 sierpnia 2014 at 21:30
Piekny rzeczowy artykul jestem pelen podziwu malo ludzi w tym kraju umie przedstawiac rzeczy takie jakie sa i nazywac je po imieniu Shellu przedstawiles w tym artykule to CO CZUJA KIBICE GIEKSY W TYM I MOJE podziwiam twoj zapal i twe zaangarzowanie to co robisz. PISMAKI UCZCIE SIE OD SHELLA JAK PRZEDSTAWIAC PRAWDE,MOZE W TYM KRAJU NAPRAWDE COS SIE ZMIENI JAK BEDZIECIE PISAC TAK JAK SCHELLU. CALE MOJE ZYCIE TO GKS KATOWICE