Dołącz do nas

Blaszok Felietony Hokej Kibice Klub Piłka nożna SK 1964

Jak przez trzy lata wyglądała „współpraca” Marka Szczerbowskiego z kibicami?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Na naszej stronie pojawił się w lutym tekst kibiców GKS Katowice (tutaj), który został napisany łącznie przez kilkunastu fanów. Wbrew temu, co niektórzy sugerowali, nie byłem jego współautorem, moja rola ograniczyła się jedynie do językowej korekty. Dziś chciałbym przedstawić Wam moje spojrzenie na aktualną sytuację, które mam nadzieję, nakreśli Wam szerszy kontekst obecnego konfliktu.

W zeszłym tygodniu grupy kibicowskie przedstawiły tylko krótką informację skierowaną do naszych kibiców odnośnie do tego, że zdecydowaliśmy się na bojkot domowych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że część z Was mogła być skołowana, szczególnie po medialnych atakach, które zostały na nas przypuszczone. Tym bardziej podziękowania dla Was za dostosowanie się do kibicowskich apeli. Znamienne, że duża część osób chciałaby rzekomo usunąć „kibolstwo” ze stadionu, a jak „kibolstwo” samo się z niego na pewien czas usunęło, to… też źle.

Pisanie wstępu ma taki plus, że zazwyczaj robi się to… na samym końcu. Ja już wiem, jak długa czeka Was lektura. Pokazywałem tekst kilku osobom przed publikacją i one same z siebie podrzucały: „ale czemu nie napisałeś o X”, „zapomniałeś o Y”. Rzeczywiście o wielu kwestiach zapomniałem, ale nie chciałem temu artykułowi dodawać kolejnych akapitów. Jeśli zbierze się więcej „zapomnianych” spraw lub dojdą nowe (oby nie, ale trudno wierzyć, że będzie normalnie), to po prostu… powstaną kolejne teksty. Starałem się też nie powielać poruszanych wcześniej na naszej stronie tematów. W zależności od kontekstu raz pisałem w liczbie pojedynczej, a raz mnogiej. Za wszelkie niedopatrzenia i błędy (w tym te ortograficzne) winę ponoszę jedynie ja.

Napisałbym miłej lektury, ale tak przecież nie będzie. To nie będzie miły tekst i nie sprawił mi żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie. Wy także nie będziecie czerpać radości z czytania, ale widać tak czasem musi być. Najbardziej przeraża mnie jednak, że to zapewne nie koniec.

Zamykamy Blaszok

Marek Szczerbowski po objęciu funkcji prezesa zaczął spotykać się z poszczególnymi grupami – sportowcami, pracownikami, członkami Klubu Biznesu, były piłkarzami. Przyszedł też czas na spotkanie z kibicami. Dużym zaskoczeniem była dla nas obecność na nim dwóch osób – Justyny Zaręby (sekretarki, która potem zrobiła spektakularną karierę, awansując na dyrektorkę) oraz Roberta Góralczyka. Szybko wyjaśniła się obecność tego ostatniego, ponieważ prezes praktycznie na wstępie zaczął od tego, że zapewne jesteśmy ciekawi tego… ile zarabiali i ile będą teraz zarabiać piłkarze. Nas to nigdy nie interesowało, temat ucięliśmy, nim dyrektor sportowy zdążył się odezwać (i mimo tego, że spotkanie było dość długie, to siedział na nim cicho do samego końca). „Najlepsze” miało jednak dopiero nadejść. W trakcie rozmowy prezes stwierdził, że analizował słabą frekwencję (tutaj w mojej głowie pojawiła się myśl, że zaraz zaproponuje ciekawe rozwiązanie marketingowe na to, by temu zaradzić), wobec czego wpadł na pomysł, by… zamknąć Blaszok, a wszystkich kibiców zebrać na Trybunie Głównej i dzięki temu zaoszczędzić pieniądze na organizacji meczu. Tak – na pierwszym spotkaniu z kibicami prezes, zamiast zaproponować działania zmierzające do zwiększenia frekwencji, rzucił pomysłem zamykania trybun.

Prezes na białym koniu i trudne spotkania

Nasi przedstawiciele nie raz i nie dwa spotykali się z prezesem oraz wyznaczonymi przez niego pracownikami. Za każdym razem odbywało się w to w normalnej atmosferze, w którym dobro GKS Katowice było stawiane na szczycie. Czasem wydawało się wręcz, że druga strona nas rozumie, ale potem prawie za każdym razem coś szwankowało. Trudno roztrząsać tutaj każdy przypadek osobno, ale chciałbym wspomnieć o czymś, co nas niezmiernie irytowało.

Prezes miał taką taktykę, że na pierwsze spotkania w danym temacie (np. odnośnie do karnetów) wyznaczał poszczególnych pracowników klubu, którzy mieli nam przedstawić wymyślone przez niego absurdalne pomysły (np. karnety na Blaszok w drugiej lidze za około 400 złotych). Potem następowało kolejne spotkanie, na którym obecny był już prezes, który rugał przy nas pracowników i składał już normalną propozycję. Taktyka wjeżdżania na białym koniu była groteskowa i później zaczęliśmy mówić, że my przyjdziemy dopiero na to drugie spotkanie, bo szkoda naszego czasu i nerwów na pierwsze. Podobną taktykę próbował stosować w późniejszym czasie Łukasz Czopik.

Jak trudne były działania przy prezesie, niech zobrazuje fakt, że po awansie do pierwszej ligi chcieliśmy od razu ruszać z promocją karnetów, ale sam prezes i pracownicy klubu nie chcieli działać od razu, tylko twierdzili, że muszą odpocząć… po zdobytym (!) awansie. Tak jakby to oni ten awans wywalczyli na boisku. Na szczęście jeszcze wtedy udało nam się postawić na swoim, czego efektem było natychmiastowe sprzedanie kilkuset karnetów na pierwszą ligę.

Pozorowanie działań

Jakbym miał wskazać jeden punkt, który nas najbardziej różnił, to byłoby działanie. My zawsze byliśmy gotowi do działania i promowania klubu, wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji, każdego małego sukcesu czy zwycięstwa. Niestety często napotykaliśmy na ścianę niezrozumienia. Z jednej strony winne wszystkiemu było sformalizowanie najdrobniejszych działań przez karty spraw (m.in. przez to często na meczu nie było GieKSika, bo rozbijało się o brak podpisu pod kwotą kilkudziesięciu złotych). Z drugiej jednak strony nie można wszystkiego zrzucić tylko na karb karty spraw czy prezesa. Dla przykładu obrazującego problem – organizowaliśmy zapisy na dzielnicach i FC na bilety/karnety, przyjeżdżaliśmy z listami i pieniędzmi do klubu, ale w nim – mimo kilku osób w dziale biletowym – nie było nikogo, kto zająłby się nabiciem wejściówek. W klubie wychodzono z założenia, że niech każdy sobie sam kupi, po co oni mają to robić. To brzmi tak absurdalnie, ale właśnie tak wyglądało – robiliśmy wszystko od początku do końca i zamiast dziękuję, słyszeliśmy, że nikt w klubie się tym nie zajmie.

Innym pozorowaniem działania było zatrudnienie Michała Fortuńskiego, który w przeszłości był… rzecznikiem prasowym sosnowieckiego SLD. W GieKSie został zatrudniony na stanowisku dyrektora ds. sprzedaży, marketing i komunikacji. Mimo rocznej obecności w klubie nie wykazał się żadnym sukcesem, a o jego wysokich zarobkach huczały klubowe korytarze…

Płacenie za darmowe bilety dla dzieci

16 września 2021 roku na meczu z Arką Gdynia wywiesiliśmy na Blaszoku transparent: „Na mecz z Banikiem sami zrobiliśmy frekwencję, wy dalej siedzicie i umywacie ręce”. Prawdę napisał w swoim tekście Maciej Grygierczyk, który odezwał się wtedy do mnie z prośbą o rozwinięcie tematu, ale odmówiłem, bo zdecydowaliśmy się nie wychodzić jeszcze poza nasze środowisko, ciągle wierząc, że jesteśmy w stanie zmienić urzędniczą mentalność wśród pracowników klubu. Dziś możemy już napisać, co mieliśmy wtedy na myśli. Nie chodziło nam jedynie o samą frekwencję – która na meczu z Banikiem była wyłącznie naszą zasługą – ale o całokształt naszej „współpracy” przy tym spotkaniu. Skupię się na najważniejszych rzeczach, bo opisywanie całości zaniedbań i pretensji do klubu, nie zmieściłoby się w jednym tekście.

Przede wszystkim już na starcie był ogromny problem, bo klub nie potrafił w PZPN tak poprzesuwać pozostałych spotkań, by można było zagrać z Banikiem, choć przy tego typu okazjach jest to normalna praktyka (z czego korzystał także nasz klub w przeszłości). Bardzo nieładnie traktowano wtedy klub z Ostravy, komunikując się z nim jak z niechcianym petentem Ostatecznie sprawę „uratował” Filip Szymczak, a dokładniej powołanie dla niego do młodzieżowej reprezentacji kraju, które pozwoliło nam na przełożenie ligowego spotkania.

Dla nas od samego początku miał to być mecz nie tylko dla kibiców, ale także dla dzieci. Niestety nasza wizja, by wpuścić najmłodszych za darmo na obiekt, napotkała silny opór w klubie. Zarząd uważał, że może się na to zgodzić, o ile… my jako kibice zapłacimy za te bilety. Wychodzili z założenia, że lepiej mieć puste miejsca na stadionie niż dać je najmłodszym. Patowa sytuacja trwała co najmniej kilkanaście dni, w pewnym momencie byliśmy gotowi wyłożyć pieniądze, ale ostatecznie w klubie poszli po rozum do głowy i zgodzili się wpuścić najmłodszych za darmo. Efektem było ponad 700 (!) dzieci. Tutaj trzeba oddać klubowi, że gdy zobaczyli, jak świetnym to było pomysłem, to na kolejne spotkania dzieci do 13. roku życia mogły wchodzić za darmo.

Warto także zaznaczyć, że cały dochód z biletów trafił do klubu, a wszelkie atrakcje, których jak pewnie pamiętacie, było multum, zapewniło stowarzyszenie kibiców wraz z kibicami z dzielnic i FC (szeroko pojęta ekipa wyjazdowa). To tylko dzięki tym osobom mecz wyszedł tak świetnie, a dzieci miały co robić. Było kilka dmuchańców, didżej, dodatkowe stanowiska cateringowe, ugoszczono kibiców z Ostravy. Za zgodowe torty dla piłkarzy obu klubów także płacili kibice. Całość wydatków, także tych promujących mecz, wyniosła około 30 tys. złotych.

Na sam koniec, gdy dzień lub dwa po meczu rozliczałem się za bilety z dzielnic i FC, zostałem praktycznie wprost (przynajmniej tak uważają świadkowie, w tym ludzie z klubu) oskarżony o przywłaszczenie kilkuset złotych. Jak się okazało, błąd był po stronie pracownika spółki, który źle wyliczył należną kwotę, a z naszej strony wszystko się zgadzało. Wtedy podchodziłem do tego na zasadzie, że może ktoś ma po prostu taki „specyficzny” charakter, że łatwo oskarża, a potem nie przeprasza. Dziś bliżej mi ku temu, że takie podejście do kibiców zostało w klubie dosłownie wyhodowane. Prezes przyszedł do klubu z tezą, że kibice na nim zarabiają i to przeniknęło na pracowników niższego szczebla.

Złamanie umowy i ukaranie chorego dziecka

Utrata zaufania do klubu i zawierania z nim jakichkolwiek umów, związana jest także z przewijającym się tematem w mediach i jednym z punktów porozumienia dotyczącym „pieniędzy z biletów z sektora gości”. Jeden z dziennikarzy, który skompromitował się już wcześniej (tutaj), zasugerował, że pieniądze miały rzekomo trafiać do stowarzyszenia kibiców. To nie jest prawda. Ten punkt porozumienia ma inną historię. Przed rundą jesienną poprzedniego sezonu zawarliśmy z klubem dżentelmeńską umowę, że dochód z biletów z sektora gości trafi na wybrany cel charytatywny. Wspólnie z klubem wybraliśmy pomoc jednemu choremu dziecku, które jest naszym kibicem. Po zakończonych spotkaniach podliczono, że będzie to kwota ponad 16 tys. złotych.

I wtedy się zaczęło… Najpierw klub zdecydował się odliczyć od tej kwoty podatek i VAT (to tak na marginesie do medialnych sensacji, że bilety były sprzedawane w drugim obiegu), co wzbudziło w nas duży niesmak, bo wcześniej nie było o tym mowy. To nie był jednak koniec – następnie zaczęto odliczać… kary nałożone przez PZPN, w tym także np. 2000 złotych za to, że piłkarze przybili po domowym meczu z GKS-em Tychy piątki z dziećmi z sektora drugiego (klub nie tylko od tej, ale także od innych kar nigdy się nie odwołał). Po wszystkich odliczeniach kwota pomocy zmalała do około… 5 tys. złotych. Jakby tego było mało, to pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na święta Bożego Narodzenia. Karty sprawy oraz przeboje związane z pomniejszaniem kwoty doprowadziły do przeniesienia tematu na styczeń. W międzyczasie sprawę ze strony klubu (po odejściu Grzegorza Górskiego, którego próbowano obarczyć winą za zaistniałą sytuację) przejął Maciej Blaut.

Z przekazywanych nam informacji wynikało, że blokadę ze strony klubu spowodował Łukasz Czopik, który później próbował doprowadzić do spotkania z nami, na którym rzekomo chciał przedyskutować ostateczną kwotę wsparcia, ale wiążąc ją ze sprawami związanymi z rundą wiosenną. Na to z naszej strony nie było zgody – powiedzieliśmy, że nie możemy dyskutować o przyszłości, jeśli klub nie potrafi się wywiązać z tak prostej, wydawałoby się umowy. Osobiście czułem ogromne obrzydzenie na samą myśl, że chore dziecko było przedmiotowo wykorzystywane przez klub i grało się jego zdrowiem. Pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na gali „Złote Buki”, ale ostatecznie trafiły kilka tygodni później w kwocie 10 tys. złotych. Ze strony klubu panowało jeszcze zdziwienie, że nie doceniamy tego, że kwota była prawie dwa razy wyższa niż 5 tys. złotych, które wyliczył sobie wcześniej klub (niezgodnie z naszymi wspólnymi ustaleniami) i nikt nie umiał zrozumieć, że dziecku zabrano ponad 6 tys. złotych. Czy ktoś się teraz dziwi, dlaczego nie mamy zamiaru angażować się w żadne kwestie związane z biletami na sektor gości oraz że czujemy dużą nieufność do jakichkolwiek umów z klubem?

Zmarnowane mistrzostwo i chwalenie się nie swoimi działaniami

Nawiązując do antykibicowskiego nastawienia w klubie i szukania wszędzie spisków, warto wspomnieć o sytuacji, w której postanowiliśmy jako kibice rozpocząć rywalizację dzielnic i FC na domowych spotkaniach hokeja, by pobudzić frekwencję i sprawić, że nudne spotkania sezonu zasadniczego nabiorą należytej oprawy. To się udało – byliśmy chwaleni w całej Polsce za dodanie kolorytu trybunom. W specyficzny sposób docenił to także prezes Szczerbowskim, który… przypisał sobie wszystkie zasługi. W kilku wywiadach odnosił się do tego, że w mistrzowskim sezonie sekcja hokeja na lodzie miała rekordową frekwencję i rekordowe przychody z biletów. Nie zająknął się jednak ani słowem, czyje działania miały na to wpływ. Nie byłem osobą, która z naszego środowiska była zaangażowana w ten temat, więc tylko mogę sobie wyobrazić, co czuło te kilka osób, które tydzień w tydzień boksowało się z pracownikami klubu o takie banały jak wydruk biletów, plakatów czy filmów promujących mecz. Byłem z tym jednak na bieżąco, bo na jednej z naszych wewnętrznych grup, zdawano relacje, jak to wygląda i jakie są problemy. Często wręcz chwytałem się za głowę, ale najbardziej zapamiętałem, gdy jedna z osób relacjonowała, że w klubie zrobiono spotkanie, na którym pracownicy głowili się… w jaki sposób możemy próbować ich oszukać na biletach.

Przy hokeju nie można nie wspomnieć o braku wykorzystania zdobytego Mistrzostwa Polski. Sam fakt, że spontaniczną fetę organizowali pod Spodkiem kibice, a dyrektorka działu organizacji ograniczyła się jedynie do poinformowania kibiców, że to jest „nielegalne zbiorowisko” (miała zapewne na myśli zgromadzenie), mówi wiele. Mimo to pracownicy jej działu próbowali ogrzać się w blasku mistrzostwa, ale szybko zostali wyproszeni ze schodów katowickiego Spodka. Klub zrobił, wyłącznie z powodu nacisków miasta, wewnętrzne spotkanie dla polityków. Nie zadbano w ogóle o zwykłych kibiców, a jedyną możliwością zobaczenia pucharu na żywo było… przyjście na mecz siatkarzy do Spodka. Życie kibica GieKSy nie należy do obfitującego w sukcesy, więc wykorzystywanie każdego najmniejszego sukcesu jest dla naszej społeczności na wagę złota. Tak było między innymi z awansem na zaplecze Ekstraklasy, kiedy zorganizowaliśmy fetę pod Spodkiem, wracając z wyjazdowego meczu z Ostródy. Pracownicy klubu o niczym nie wiedzieli i w niczym nie pomogli.

Pogrzebanie najlepszej społecznej akcji GKS Katowice

To punkt, który mnie najbardziej boli, bo jestem jednym z pomysłodawców projektu i drugą osobą w kolejności, która włożyła w to najwięcej czasu. Pierwszą była oczywiście Olga Bieganowska, którą prezes zwolnił w 2020 roku. Dodajmy, że Olga tego czasu na projekt poświęciła dużo, dużo więcej niż ja, ale uważam, że mam prawo nazywać się jednym z ojców tej akcji.

Tegoroczna edycja miała być jubileuszową dziesiątą. Z ramienia klubu został do niej wyznaczony Aleksander Matusek. Tutaj też należy nakreślić kontekst, że w klubie w pewnym momencie doszli do wniosku, że może mamy rację i trzeba mieć dział marketingu. Przez ponad dwa miesiące nasi przedstawiciele spotykali się z pracownikami klubu, w końcu ci mieli ogłosić nazwisko nowego szefa marketingu. Gdy okazało się, że po tych wszystkich spotkaniach zdecydowano się na Lyja, heh… musielibyście widzieć nasze miny. Szczególnie że pracownicy klubu, którzy dokonali takiego wyboru, wprost przyznawali, że nie sprawdził się on jako rzecznik prasowy.

Niestety, patrząc na to, że klub potwierdził swoje kłamstwo w ostatnich dniach, że projekt był gotowy do odpalenia, to najpewniej będę musiał się do tego odnieść w osobnym, dużo obszerniejszym tekście. Co mi w ogóle nie sprawia przyjemności, bo boli mnie każda litera i zdanie, kiedy o tym piszę. Sam Lyjo też zebrał swoje po internetowej dupie za zawalenie projektu i kompletnie nie rozumiem, dlaczego pracownicy działu komunikacji wystawiają go ponownie na lincz. Szczególnie iż sam zainteresowany wie, jak bardzo zawalił.

Na razie nie chcę wchodzić w to szczegółowo, ale jeśli prawdą byłoby, że klub był gotowy na odpalenie projektu i nie chciał go robić z kibicami (rzekomo z powodu meczu z Widzewem), to przecież powinien był go zorganizować samemu. My byliśmy jedynie współorganizatorami, odpowiadaliśmy za wąską działkę, która nie była niezbędna do realizacji projektu (zapewnialiśmy koordynatorów na każdej lokalizacji). Niemniej wychodzi na to, że przez zachowanie kibiców, klub postanowił ukarać… dzieci, choć rzekomo był gotowy na start akcji. Absurdalne i pozbawione logiki tłumaczenie. W zamian przyłączono się do Dzielnicowych Mistrzostw Katowic organizowanych przez MOSiR. Jak relacjonowało nam kilka osób to na tych turniejach, przez brak wyobraźni i doświadczenia organizatorów, doszło do ekscesów na tle (o, ironio!) kibicowskim.

Po ogłoszeniu bojkotu klub robi to, o co walczyliśmy od lat

Nie mam zamiaru odnosić się do frekwencji na niedzielnym meczu z Termaliką, bo każdy, kto widział zdjęcia lub był na stadionie, zdaje sobie sprawę, że nie było na meczu 1021 widzów (jak to zostało podane przez klub). Prostowanie medialnych bzdur jakoby dochód z tego meczu był dużo wyższy niż z kibicami, nie ma sensu, bo to oczywistość, że tak nie było. Rozdano bardzo dużo biletów najmłodszym, ściągnięto młodych piłkarzy AMG czy sportowców innych sekcji. I… bardzo dobrze, bo właśnie takich działań od klubu oczekiwaliśmy, o takie działania apelowaliśmy od samego początku, ale nie wiedzieć czemu, zaczęto je realizować, dopiero gdy ogłosiliśmy bojkot.

Choć dla osób postronnych może to wydawać się dziwne, dla nas takim nie jest. Pamiętacie, gdy napisaliśmy tekst o organizacyjnej klapie na jednym z domowych spotkań (tutaj)? Po jego publikacji pracownicy klubu próbowali dociec, kim jest jego autor i to na tym się skupiali, a nie na poprawieniu swoich zaniedbań. Pamiętacie tekst grupy kibiców z tego roku, który pisało kilkunastu fanów, a którym wspominałem na wstępie (tutaj)? Po jego publikacji klub na moment ruszył z działaniami marketingowymi, choć pary nie starczyło na wiele, ale między innymi dzięki temu mamy przy Bukowej dmuchańca dla dzieci. Za każdym razem najpierw przedstawialiśmy coś w klubie, próbowaliśmy do tego namówić prezesa, ale większość działań została podjęta, dopiero gdy zdecydowaliśmy się publicznie skrytykować klub. Dopiero wtedy prezes uruchamiał kartę sprawy i znajdowały się pieniądze. Na szczęście przez te lata pracownicy klubu dostali od nas gotowca do tego, by wreszcie godnie i efektywnie promować klub. Faktem jednak pozostaje (nawet biorąc wydumaną liczbę 1021 kibiców), że była to najmniejsza frekwencja na inauguracyjnym domowym meczu w historii klubu.

Kilka sprostowań odnośnie do medialnych publikacji

Na sam koniec chciałbym sprostować kilka nieprawdziwych informacji, które pojawiły się w mediach w ostatnim czasie. Nie będę się odnosił do każdego tekstu z osobna, szczególnie że większość z nich jest na żenującym poziomie. Dużo w nich emocji, chęci wywołania burzy, ale mało faktów. Niektórzy dziennikarze, nawet gdy dostali wgląd do korespondencji mailowej pomiędzy nami i klubem (co na marginesie uważam za załamanie wszelkich reguł przez pracowników klubu i między innymi dlatego uznaję, że żadne wcześniejsze dżentelmeńskie ustalenia już nie obowiązują), dalej popełniają błędy merytoryczne.

De facto jedyny tekst, w którym autor próbował zadać sobie trud odnośnie do przedstawienia całej sytuacji, był ten Macieja Grygierczyka ze „Sportu”. Jest w nim kilka błędów, ale wynikających głównie z tego, że autor nie mógł o pewnych rzeczach wiedzieć. Trzeba też oddać Grygierczykowi, że zwrócił się do mnie z prośbą o komentarz, ale odmówiłem, bo skupialiśmy się na niedzielnym meczu (informacja o bojkocie nie była naszym oświadczeniem, tylko informacją wewnętrzną dla kibiców, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że rozniesie się szeroko w mediach). Nie ze wszystkim się zgadzam, bo np. przedstawienie sukcesów sportowych klubu pod wodzą prezesa można równocześnie zbić, przedstawiając sportowe porażki klubu w tym okresie (brak awansu piłkarzy, najwyższe dotacje miejskie na poszczególne sekcje nieprzekładające się (oprócz hokeistów) na najwyższe miejsce w swoich ligach itd.), niemniej to prawo autora.

Przede wszystkim, wbrew temu, co napisano w kilku miejscach i co sugerował także rzecznik prasowy, to sklep kibiców Blaszok nie przedłużył umowy z klubem, a nie klub wypowiedział ją sklepowi. To może nie byłoby tak ważne, gdyby nie próbowano osadzić całego konfliktu w kontekście rzekomej utraty wpływów przez nasze środowisko. Dlatego chciałbym, aby było to jasne. Klub próbował narzucić sklepowi Blaszok zapis umożliwiający mu zerwanie umowy z dnia na dzień, bez żadnego okresu wypowiedzenia, co przy prowadzeniu tak specyficznej działalności, było nie do zaakceptowania.

Prezes w jednym z wywiadów, a także kilku dziennikarzy zwracało uwagę, że w mailach z klubem odnośnie do „porozumienia” podpisywaliśmy się „Stowarzyszenie SK 1964”, nie podpisując się z imienia i nazwiska. Tak rzeczywiście było, ale już nikt nie chce zauważyć (także sam prezes), że to klub pierwszy napisał do nas maila, w którym podpisał się… „Z poważaniem, GKS GieKSa Katowice S.A. [email protected], +48 (32) 254 89 14”. I taka stopka widniała w każdej kolejnej wiadomości. Zauważyliśmy to od razu i specjalnie zagraliśmy według dziwnych reguł narzuconych przez klub. Niemniej nikt na Bukowej nie miał wątpliwości, z kim pisze, skoro co jakiś dołączano do korespondencji… mój prywatny adres mailowy. Jednakże, aby rozwiać wątpliwości – każdego maila pisałem ja, Piotr Koszecki. Oczywiście po konsultacji z zarządem i członkami stowarzyszenia.

Nieprawdą jest także informacja, że to my dodaliśmy do korespondencji wiceprezydentów Miasta Katowice: Waldemara Bojaruna i Bogumiła Sobulę oraz przewodniczącego Rady Nadzorczej Andrzeja Norasa. To zrobił nagle klub w drugim mailu, nie informując nas o tym wcześniej, po prostu dodając „Do wiadomości” kolejnych adresatów. Takie sytuacje dobrze obrazują działania klubu, który z jednej strony rzekomo próbował dojść z nami do porozumienia, a z drugiej zachowywał się w sposób nieprofesjonalny (choć wszystko przebiło wspomniane przeze mnie wcześniej udostępnienie tej korespondencji skompromitowanemu „dziennikarzowi”). Odpowiedzieliśmy na to w taki sam sposób – dodając Wojciecha Cygana (członka zarządu PZPN), Marcina Janickiego (szefa PLP) oraz Dariusza Łapińskiego (krajowego koordynatora projektu SLO w PZPN, którego jednym z zadań jest budowanie relacji na linii kibice-klub).

Sprowadzanie kwestii konfliktu kibiców z klubem do samego porozumienia jest nie na miejscu. To jedno z wielu działań, które napotykaliśmy w ostatnim czasie, które ma za zadanie uprzykrzyć życie kibicom. Sami widzicie, że ten tekst, jak i wcześniejsze, które ukazywały się na naszej stronie, porusza dużo szerszy zakres tematów. Do samego porozumienia zapewne niedługo odniesiemy się na łamach naszych mediów, bo jest tam kilka rzeczy wymagających odkłamania, niemniej to nie kwestia porozumienia jest powodem konfliktu i bojkotu.

Nie sposób także pozostawić bez komentarza słynnego stwierdzenia, że „kibice są od kibicowania”. Kto, jak nie my, jest lepszym przykładem, że to tylko pusty banał? Przecież zarówno odbudowując klub w 2005 roku, jak i później uwalniając go od Ireneusza Króla, musieliśmy zrobić dużo więcej niż tylko „kibicować”. W innym wypadku nie mielibyśmy na piłkarskiej mapie Polski GKS-u Katowice.

Na koniec

Po prostu dziękuję za doczytanie do samego końca. Cała GieKSa razem!

15 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

15 komentarzy

  1. Avatar photo

    Gizik

    26 lipca 2022 at 19:45

    Dzięki za takie zaangażowanie w swoim imieniu. Osobiście odczuwam ogromną gorycz z powodu tej całej sytuacji. Kocham ten klub, chodzę od dziecka na każdy mecz hokeja a to co serwuje zarząd po sezonie mistrzowskim (jak i w trakcie) to systematyczne plucie w twarz kibica. Mam nadzieję, że uda nam się przetrwać to wszystkoi stosunkowo szybko wyjdziemy zwycięsko z tej batalii.

  2. Avatar photo

    Nerwusik

    26 lipca 2022 at 19:46

    Przez 8 klas ,nie przeczytałem tyle co tutaj.oczy krwawią

  3. Avatar photo

    Bgc

    26 lipca 2022 at 20:11

    Tego się nie da czytać, a najgorsze jest to, że wiem, że to wszystko prawda. Marek Szczerbowski to zakompleksiony człowiek który na złość mamie odmrozi sobie uszy (niszczy GieKSe na złość kibicom). Dla mnie to niepojęte jak ktoś taki kto od lat ślizga się na stanowiskach urzędniczych i zawsze w stosunku do niego są różne kontrowersje mógł objąć taki klub jak GKS Katowice

  4. Avatar photo

    Dariusz_Szczekociny

    26 lipca 2022 at 20:16

    Dzięki za całe informacje ja już widziałem jak nic nie robili w sprawie Mistrza Polski wiedziałem że coś jest nie tak i że nic nie robią z tak wielkim sukcesem! Banda do wyrabania! Mam nadzieję że zarząd jeszcze pójdzie po rozum i zrobi coś żeby się to wszystko poukładało.

  5. Avatar photo

    GieKSiorz

    26 lipca 2022 at 22:35

    Niestety takich smutnym czasów dozylismy znowu, to jakieś fatum lub celowe działanie? tak to jest jak klub miejski jest kurwidolkiem dla pociotków, znajomych itd, którym nie zależy na Gieksie,prezes który jeździ na cicha,chop z marketingu z SLD z sosnowca to jest dramat, graffiti robi firma z gliwic która sympatyzuje z piastem co to kurwa jest???!!!ten czerwony szkodnik tzw prezes,moim zdaniem robi od lat na szkodę klubu i dąży tym samym do konfrontacji z kibicami którzy mają ten klub w sercu,moim zdaniem prowokuje różne sytuacje żeby przedstawić siebie jako biedny, zapracowany itd,mecz z widzewem dziwne że inne mecze podwyższonego ryzyka bez kibiców gości a tutaj prosze tak jakby ktoś liczył że będzie się działo i będzie to można wykorzystać i od tamtego czasu zaraz lawina działań antykibice? dla ludzi którzy mimo bojkotu chodzą choć nie wiem czy to kibice Gieksy,a może przebrani na potrzeby propagandy przez Marka.sz? Powiem szczerze wam że mi było by wstyd wpisywać się w propagandę tego szkodnika,za co za darmowy karnet,wate cukrowa, niektórzy pisza na różnych forach że w końcu z „kibolami” naczelny boski prezes robi porządek , popatrzcie obiektywnie i przeczytajcie powyższy tekst,tak jest super, doprawdy? będziecie niepotrzebni do celów propagandowych to o was zapomni albo odbije sobie darmowa watę, dmuchawce dla dzieci, darmowe karnety w inny sposób

  6. Avatar photo

    GieKSiorz

    26 lipca 2022 at 22:47

    A gdzie jest Krupa, Pieczyński takie dupne kibice Gieksy?!czy aby Gieksy bo przyzwalanie na takie rzeczy to wygląda jak sabotaż!!!w UM widzą że wszystko jest tak super, to chyba ślepi są, nie widzą niszczenia klubu,braku walki o wyższa frekwencje, brak kompetencji ludzi zatrudnionych przez pana”prezesa”,braku profesjonalizmu i można wymieniać jeszcze, albo UM pasuje to?czysta komunistyczna, lewacka propaganda uprawiana przez czerwonego szkodnika,i te niektóre media tak broniące i szkalujące kibiców, nie wspomnę o obiektywnej ocenie bo z nikim nie komunikują się tylko z „guru, najlepszym z najlepszych” markiem sz, który pokazał jaki to „fachowiec” jako dyrektor stadionu śląskiego z którego go wyjebali za nieudolność,zakompleksiony czerwony karaluch , kawał ch….

  7. Avatar photo

    dar26ber

    26 lipca 2022 at 22:51

    Dzięki Kosa za ten artykuł i wyjaśnienie kilku spraw.

  8. Avatar photo

    Cezarea

    27 lipca 2022 at 01:14

    Nie potrafię zrozumieć jakim cudem kibice GKS-u nie potrafią sobie poradzić z chłopkiem-roztropkiem jakim jest Szczerbowski. Wieczny aparatczyk, wiecznie w jakiś strukturach, jednak niesamowicie mierny i bez żadnego autorytetu. I to nie on jest problemem, a problemem jest słabe Stowarzyszenie Kibiców, bo to żaden przeciwnik jest (w kategoriach rozgrywek w klubowych korytarzach). Król przy nim to był genialny strateg i waga ciężka.

  9. Avatar photo

    Cezarea

    27 lipca 2022 at 01:27

    Pójdę nawet dalej, choć będzie to niepopularna opinia, bo przecież Szczerbowski jest częscią katowickiego establishmentu od lat, pomimo swoich lewackich korzeni. Ta cała klika złożona z Bojarunów, Witków czy innych Krup to musi mieć niezłą polewę z kibiców GieKSy przy każdej pitej wódce razem. Niestety dla nich SK1964 to nadal tylko i wyłącznie „chłopaczki w spodenkach”.

  10. Avatar photo

    Konfucjusz

    27 lipca 2022 at 01:49

    No, w końcu lekkie rozjaśnienie, już trzeba było publicznie wcześniej.

  11. Avatar photo

    Kejta

    27 lipca 2022 at 05:19

    A tymczasem klub daje dzisiaj newsa o sprzedazy biletow na mecz z Sosnowcem i nie ma juz cos takiego jak bilet na blaszok hehe bo kibice sa od kibicowania a my od zawsze robilismy duzo wiecej zeby uratowac ten klub przed upadkiem o dla tego teraz nie mamy szacunku od wladzy

  12. Avatar photo

    Pan Katowice64

    27 lipca 2022 at 08:47

    Artykuł daje dużo do myślenia, ale….. przepadnie bez większego rozgłosu. My jako kibice nie mamy obecnie ŻADNEJ SIŁY PRZEBICIA. A Marek ma pełne poparcie UM. Jesteśmy na przegranej pozycji. Bojkot tego nie zmieni a jeszcze pogorszy sytuację.

  13. Avatar photo

    Kato

    27 lipca 2022 at 13:37

    Miasto Katowice jest miastem/stolicą województwa i ma inne cele w/g władzy.
    Tutaj wdała się polityka i o ile w miastach ościennych dba się i wspiera lokalną społeczność, tak w Katowicach pominięto społeczność. Nie dotyczy to tylko sportu i Klubów ale wszystkich dziedzin życia. Miasto nie radzi sobie z parkingami, a ma z ambicjami kibiców którzy chcą widzieć GIEKSE w wielkiej chwale. Widać to dla dowodu po radości władzy z majstra w hokeju.
    Władza nie ma pojęcia jak ten sukces zagospodarować.
    Smutne to, ale my kibice mamy jeszcze siłę przekazu, tylko musimy konsekwentnie mówić jednym zdaniem.
    Do boju GKS Katowice!
    Cała Kibicowska GIEKSA Razem!

  14. Avatar photo

    Grzesiek

    27 lipca 2022 at 21:16

    Czy kiedyś będzie normalnie w Naszej GieKSie?Wycięliśmy wrzoda w postaci Króla ale na jego miejscu pojawił się następny.Smutne.ps.Kosa dziękuję za rozjaśnienie sprawy…

  15. Avatar photo

    stary kibic

    30 lipca 2022 at 20:57

    W każdej dzielnicy jest kibic, jest grupa i w niej siła, zebrać się stworzyć np stowarzyszenie wybrać liderów lokalnych i działać dla miasta Katowic oraz GKS.
    Przyjemne z pożytecznym. Jak mieszkańcy zauważa pozytywne działania to i w najbliższych wyborach samorządowych liderzy z dzielnic mogą powalczyć o miejsce w radzie miasta.
    Przecież żadna partia polityczna w Katowicach nie liczy tyle osób co nas wszystkich.
    Taki pomysł na porządek w mieście i na bukowej.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Žilina jest jak żmija

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wraz z tryumfem Hiszpanii na mundialowych boiskach dobiegł końca maraton nocnych meczów za oceanem, a uczestniczący w nich piłkarze udali się na zasłużone urlopy. Natomiast nasi ulubieńcy są już zwarci i gotowi, aby rozpocząć rozgrywki, które będą nas przyprawiać o zdecydowanie szybsze bicie serca niż sam Mundial. Jednak zanim z kopyta ruszy Ekstraklasa, GKS napisze pierwszy i – mamy nadzieję – jeden z wielu rozdziałów w Lidze Konferencji Europy. Jak wysoka jest pierwsza przeszkoda, jaką los postawił na naszej drodze? O MŠK Žilina opowiedział nam Piotr Słonka, użytkownikom Twittera szerzej znany jako BuckarooBanzai – pasjonat piłki nożnej, groundhopper, wnikliwy obserwator futbolu w wydaniu ukraińskim, czeskim i właśnie słowackim. W ubiegłym sezonie na meczach MŠK bywał częściej niż niejeden niedzielny kibic na stadionie swojej lokalnej drużyny, więc to właśnie jego poprosiliśmy o przybliżenie sylwetki pierwszego rywala GieKSy w kwalifikacjach Ligi Konferencji.

Na ile łaskawy był dla nas los przydzielając nam MŠK Žilina jako pierwszą przeszkodę na drodze do Ligi Konferencji Europy?
W ubiegłym sezonie widziałem na żywo kilkanaście meczów MŠK, a po raz pierwszy pojechałem do Żyliny 17 lat temu na decydujący o wejściu do Ligi Europy mecz z Partizanem. Od tego czasu co najmniej kilka razy w roku bywam na tym stadionie, a jeśli jestem w Polsce, to nawet kilkanaście. Wielokrotnie próbowałem scharakteryzować ten zespół, jednak nie jest to łatwe. Na ten moment Žilina jest przede wszystkim zespołem niekompletnym, w permanentnej budowie, wielokrotnie wyprzedawanym i uzupełnianym nowymi piłkarzami. Zdarzało się, że kluczowe zmiany kadrowe zachodziły w trakcie kampanii eliminacyjnej do europucharów. Podobnie może być i w tym sezonie. Priorytetem zarządu jest zarabianie na piłkarzach, aczkolwiek dziś nie widzę tam gracza o wysokim potencjale sprzedażowym. Jest za to kilku bardziej doświadczonych zawodników, którzy mają gwarantować stabilizację zespołu, jednak są to gracze przeciętni nawet na ligę słowacką. Dlatego moim zdaniem to GKS jest faworytem – o ile w pierwszym meczu scenariusze mogą być różne, to ostateczny awans powinien stać się udziałem GieKSy. Žilina jest jak żmija, która może ukąsić każdego, ale koniec końców te rany nie powinny być dla GKS-u zabójcze.

Ubiegły sezon ligi słowackiej zakończył się bezdyskusyjnym tryumfem Slovana Bratysława, a Žilina skończyła dopiero na czwartym miejscu. Jak w porównaniu do Ekstraklasy oceniasz potencjał całej ligi, jej mistrza i naszego najbliższego rywala?
Na Słowacji mamy ligę z hegemonem w postaci Slovana, który pędzi niczym TGV, a gonią go kiepskie ciuchcie, które co rusz trzeba reperować. Nie przysparza to kibicom zbyt wielu emocji. Sam mistrz Słowacji byłby wysoko w tabeli Ekstraklasy, jednak ciężko to ocenić, skoro w swojej lidze gra zazwyczaj na 30% możliwości, których pełnię pokazuje dopiero w Europie. W lidze nie musi wrzucać czwartego biegu, o piątym nawet nie wspominając. Nawet mecze na szczycie są po prostu nudne. Piłkarze z Bratysławy mogą przespać większą część meczu i przycisnąć dopiero w końcówce, co i tak zwykle wystarcza do zwycięstwa. Na tym tle Žilina wypada znacznie słabiej i gdyby chciała nawiązać rywalizację, to musiałaby zmienić politykę transferową. Ma wprawdzie super akademię, lepszą niż wiele polskich klubów, bardzo dobrze pracując z młodymi zawodnikami, którzy przez rezerwy trafiają do pierwszego zespołu i szybko wypływają na szersze wody. Samymi młodymi talentami nie utrzymałaby się jednak w Ekstraklasie. Mając natomiast budżet, jakim dysponują polskie kluby, mogłaby szybko podnieść swój poziom.

Przepustkę do Europy MŠK zdobył dzięki tryumfowi w krajowym pucharze. Jak w Żylinie oceniono ubiegły sezon, który w lidze nie poszedł po ich myśli?
Drużyna na boisku prezentowała się chimerycznie – chociażby z Rakowem w pewnych fragmentach wyglądała bardzo dobrze, by ostatecznie przegrać w dwumeczu 1:6. Podobnie zresztą było ostatnio z Hajdukiem – w pierwszej połowie w Splicie mogli trafić do siatki, co się jednak nie udało i skończyło się stratą dwóch goli. Nawet z ligowymi outsiderami zdarzało im się gubić punkty. Tak się jednak zdarza drużynom opartym na młodzieży – często brakuje stabilności. Czwarte miejsce w lidze nie było więc rozpatrywane w klubie jako porażka, bo filozofia klubu się nie zmienia. Z kolei wygrany finał Pucharu Słowacji, rozgrywany właśnie w Żylinie, był wielkim świętem dla klubu, który od wielu lat nie włożył nic do gabloty. Ten sukces przykrył nienajlepszy sezon w lidze.

Wspomniałeś już o dwóch pojedynkach, które mogą interesować kibiców GieKSy. Pierwszy to ubiegłoroczna rywalizacja w kwalifikacjach LKE z innym zespołem z Polski, czyli Rakowem. Tuż przed tym spotkaniem rozmawiałem z Michałem Cybulskim z Częstochowy, który ostrożnie podchodził do słowackiego rywala. Tymczasem Medaliki bez większych problemów pokonały tę przeszkodę.
Žilina mogła objąć prowadzenie w pierwszej połowie meczu w Częstochowie, jednak typowo dla siebie zmarnowała dogodne sytuacje. Słowacy nie byli jednak w stanie grać całego meczu na tak wysokich obrotach i w drugiej połowie gospodarze zrobili swoje. Mecze, w których Żylina atakuje od pierwszego do ostatniego gwizdka zdarzają się, ale należą do wyjątków. Najczęściej są to krótkie okresy, w których przejmują inicjatywę. Jeśli więc nie wykorzystuje się wypracowanych w tym czasie sytuacji, to kolejnych może już nie być. MŠK chce grać ofensywnie, próbuje atakować i dawać radość kibicom. Często przekłada się to jednak na dziury w obronie i tak też było z Rakowem.

Tymi samymi słowami można by scharakteryzować kolejny dwumecz, o którym chciałem porozmawiać, a więc niedawną rywalizację z Hajdukiem.
Scenariusz był bardzo podobny. W pierwszej połowie meczu w Splicie Słowacy mieli dwie doskonałe okazje na gola, których jednak nie wykorzystali, a kilka chwil później przegrywali już 0:2 i nie wyglądali zbyt dobrze. Strata przed rewanżem była więc spora i mimo że u siebie od początku grali lepiej, to pierwszego gola zdobył Hajduk. Po przerwie dominowała już jednak Žilina: padły dwa gole, był też strzał w poprzeczkę i jedna doskonała sytuacja, niewykorzystana przez Roginicia. Było to jednak za mało, aby odrobić straty z Chorwacji.

Z jednej strony wygrana z Hajdukiem może świadczyć o dobrej dyspozycji MŠK, z drugiej jednak nasi kibice mogą w nią powątpiewać, skoro o sile rażenia Žiliny decyduje Marko Roginić, który przed laty w ataku pierwszoligowej GieKSy delikatnie mówiąc nie zachwycał.
Żylina bazuje na wychowankach, co szczególnie nasiliło się w okresie kowidowym, kiedy mocno ograniczono wysokość pensji zawodników. Zespół budowano na bardzo młodych graczach, a piłkarzy bardziej doświadczonych można było policzyć na palcach jednej ręki. Wyjątkiem było okienko transferowe przed poprzednim sezonem i to właśnie wtedy sprowadzono Marko Roginicia. Dziwiłem się temu ruchowi, oceniając go jako krok w tył dla klubu. Tymczasem Chorwat okazał się graczem idealnie sprofilowanym pod potrzeby zespołu. Z przodu wygląda bardzo dobrze – jak na warunki ligi słowackiej jest szybki, nie unika walki fizycznej z obrońcami, a do tego jest w miarę skuteczny. Mimo że czasem zawodzi w prostych sytuacjach, to w ataku MŠK prezentuje się zdecydowanie lepiej niż obwoływany przed laty wielkim talentem Dawid Kurminowski. Z drugiej strony świadczy to o poziomie ligi słowackiej, w której dobre noty zbiera zawodnik zupełnie niewyróżniający się w polskiej 1. lidze.

Skoro tak, to czy dla słowackiego piłkarza transfer do Polski jest celem i spełnieniem sportowych ambicji? A jeśli tak rzeczywiście jest, to co w Żylinie robi Fabian Bzdyl, który wybrał odwrotny kierunek?
Zdecydowanie, transfer do Polski jest kierunkiem, o którym myśli wielu zawodników z ligi słowackiej, szczególnie w ostatnim okresie, gdy Ekstraklasa pnie się do góry w europejskich rankingach. Sam nie mogę się nadziwić i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że dziś mamy szansę wprowadzić dwa zespoły do Ligi Mistrzów, a w europejskich pucharach gramy coraz więcej i coraz lepiej. Dlatego dla każdego zawodnika ze Słowacji transfer do Polski to sportowy awans. Z kolei Fabian Bzdyl nie grał zbyt dużo w Cracovii, mimo że zadebiutował dość wcześnie, bo w wieku 16 lat. Transfer do Żyliny był moim zdaniem najlepszym na tamten moment wyborem, bo pokazuje się tu z bardzo dobrej strony. Doskonale odnajduje się w środku, nie ustępując pola starszym zawodnikom. Pod względem umiejętności piłkarskich zachwyca tutejszych obserwatorów i zanosi się, że w przyszłości będzie jednym z droższych transferów wychodzących. Dlatego mimo że zamiana Polski na Słowację może się wydawać krokiem w tył, to Bzdyl znalazł tu świetne warunki do rozwoju i pokazania swoich umiejętności. Žilina jest doskonałym oknem wystawowym dla takich graczy jak Fabian – często zaglądają tu skauci z Włoch, Niemiec czy krajów Beneluksu. Jego nazwisko z pewnością znalazło się w notesach niejednego z nich. W Żylinie wiedzą jak pracować z młodymi zawodnikami.

Wspomniałeś wcześniej, że dziś nie ma w Žilinie „gwiazd” z wielkim potencjałem sprzedażowym. Na kogo więc, oprócz Bzdyla i Roginicia, zwracać szczególną uwagę w pojedynku z GieKSą?
Poprzednia generacja młodych talentów została w zasadzie w całości wyprzedana, a do gry powoli wchodzi kolejna: Bzdyl, František Kóša czy Rumun Andrei Florea. Sztab stawia sobie za cel promowanie takich zawodników, którzy dostają sporo szans, nawet z bardziej renomowanymi przeciwnikami. Oprócz Roginicia z przodu jest jeszcze Michal Faško, a za ich plecami gra z kolei Miroslav Káčer – mózg drużyny, który odpowiada za współpracę wszystkich formacji. Jest to piłkarz kluczowy dla systemu gry Žiliny. Z kolei dyspozycja dnia młodzieży zawsze pozostaje pewną niewiadomą.

Jak oceniasz sam fakt, że piąty pucharowy slot dla Polski zgarnęła właśnie GieKSa?
Oglądałem w całości kilka ostatnich meczów GKS-u w poprzednim sezonie. Jako osoba śledząca europejskie rankingi chciałem, aby do pucharów awansowały zespoły z wysokimi współczynnikami. Najważniejsze dzieje się jednak na boisku, którego odzwierciedleniem jest tabela. GKS zapracował na to piąte miejsce. Poza tym w Katowicach zawsze jest doskonała atmosfera – trybuny praktycznie wypełnione kibicami w żółtych barwach, głośno reagującymi na boiskowe wydarzenia, co dodaje kolorytu telewizyjnej transmisji. Fani jeżdżą też za tym klubem na wyjazdy i nie inaczej będzie w czwartek. Byłem na waszym starym stadionie, pamiętam GKS z historycznych meczów. Nie waham się powiedzieć, że macie status legendy w polskich realiach i życzę wam, aby GKS nawiązał do najlepszych czasów, pracował na swój ranking i za rok znów awansował do europejskich pucharów, pokazując super formę, którą mam nadzieję zobaczyć w najbliższych meczach przeciwko Żylinie i kolejnym rywalom. Wiem, że o awans do fazy ligowej może być ciężko, ale jeśli zagracie na swoim najwyższym poziomie, jak wiosną z Lechem czy Rakowem, to nie jesteście bez szans.

Spora liczba kibiców GieKSy wybiera się w czwartek do Żyliny. Jak w tym aspekcie prezentuje się nasz rywal?
Jeśli uda się dojść do porozumienia, to jest szansa, że miejscowi oddadzą GieKSie całą trybunę za jedną z bramek, podobnie jak było w przypadku Rakowa. Barwy obu klubów są podobne, więc stadion będzie się pięknie prezentował pod względem wizualnym. Niemniej jednak, niezależnie od tego ile miejsc dostaną kibice GKS-u, to i tak tylko oni będą słyszani w trakcie meczu. Od wielu lat kibice MŠK są w konflikcie z zarządem. Po awansie klubu do Ligi Mistrzów w 2010 roku właściciel wprowadził kolosalne podwyżki cen biletów. Doprowadziło to do wielkiej kłótni i mimo weryfikacji cen wejściówek konfliktu nie zażegnano. Nie tylko ultrasi, ale i zwykli kibice przestali przychodzić na stadion. Było kilka prób pojednania, ale do dziś się to nie udało. Na mecze chodzi około 2 tysięcy widzów, wśród nich sporo dzieci i młodzieży, która próbuje pociągnąć doping, natomiast wciąż wygląda to słabo.

Jaki twoim zdaniem przebieg będzie miał czwartkowy mecz i kto ostatecznie wyjdzie zwycięsko z całej konfrontacji?
Moim zdaniem Žilina zacznie bardzo mocno i wiele będzie zależało od tego, jak ułoży się początek meczu. GKS będzie faworytem, ale jeśli gospodarze zdobędą jednego lub dwa gole, uzyskując wyraźną przewagę, to szanse na awans mogą się wyrównać. Jeżeli jednak GieKSa przetrwa początek bez dotkliwych strat, to z czasem przejmie inicjatywę i będzie dyktować warunki, zarówno w czwartkowym meczu, jak i w całej rywalizacji. Zakładam remis lub minimalne zwycięstwo GieKSy na Słowacji i spokojne doprowadzenie do awansu w rewanżu w Katowicach. Przewaga GKS-u nad MŠK będzie moim zdaniem większa niż Hajduka w poprzedniej rundzie.

Jaki wynik padnie więc w czwartek?
1:0 dla GKS-u.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie możemy tak działać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.

Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.

Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.

Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo  mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.

Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.

Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.

Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Piłka to gra momentów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Gdy GieKSa straciła gola na 0:3 to ręce mi opadły najniżej jak się da, a niesmak i złość była potężna. Po rozegraniu niezłej pierwszej połowy, stracenie trzech bramek w siedem minut zakrawało o skandal i totalną rozsypkę. Już byłem załamany po tych dwóch golach, ale po odwołaniu bramki przez VAR poczułem ulgę. Ulgę na razie wynikającą z tego, że unikamy kompromitacji.

Potem było już trochę lepiej. Wisła już tak nie napierała, a GKS strzelił gola i mógł to spotkanie wyrównać. Niestety ostatecznie liczy się efekt, a ten był niekorzystny. Zespół przegrał drugi mecz z rzędu na początek sezonu i tytuł mojego poprzedniego felietonu jest już nieaktualny. Ale mimo wszystko – patrzę szerzej – lepiej przegrać 1:2 niż 0:3, bo taka wtopa dla psychiki zespołu byłaby dużo gorsza na tym etapie.

Cudów od tej drużyny nie wymagam, ale chciałbym, żeby była rzetelna i mitycznie „powtarzalna”. Na razie ta powtarzalność to niekoniecznie ta, o którą nam chodzi. Czyli jakiś meltdown – większość pierwszej połowy w Żilinie oraz pierwsze dwadzieścia minut drugiej w Krakowie. Sprokurowany rzut karny. W końcu – wynik meczu. Oba mecze w pewnych aspektach podobne, choć różne.

Najgorsze albo najlepsze (już sam nie wiem) w tym wszystkim jest to, że GKS nie zagrał na Wiśle jakiegoś złego meczu. Wystarczy spojrzeć na trzy ostatnie wyjazdy z poprzedniego sezonu – Kielce, Gliwice, Szczecin. Uważam, że spotkanie z Wisłą w wielu aspektach było lepsze od każdego z nich. W pierwszej połowie mieliśmy swoje znakomite sytuacje, w końcówce też mogliśmy po raz drugi strzelić gola Wiśle. Znów gdyby wyjąć te feralne powiedzmy 10 minut to moglibyśmy uznać, że nie jest źle, a i wynik mógłby być pozytywny.

Problem polega na tym, że piłka to gra momentów. Możesz przez 80 minut grać dobry mecz, ale jeśli nie jesteś skuteczny, a przeciwnik swoje 10 minut wykorzysta, to przegrasz. Wisła grała solidnie przez całe spotkanie, była dynamiczna żwawa, a jak im nagle zaczęło wychodzić i wchodzić wszystko, to było po meczu. Żadna filozofia, taka jest piłka. My popełniliśmy katastrofalne błędy, a oni wykorzystali sytuacje. Za to oni takich błędów nie popełnili.

No właśnie – te stracone bramki to była katastrofa. Znów nie popisał się Gabriel Kobylak, który nie wiedzieć czemu sparował lekką i prostą wydawałoby się piłkę – chyba jej nie wiedział. No a potem niezrozumiałe zachowanie Marcina Wasielewskiego, który objął w pół przeciwnika stojącego tuż przed bramką. Nie wiem, o czym myślał Marcin, ale chyba się po prostu zapomniał. Karny więcej niż ewident i było 1:0. A po chwili nasi środkowi obrońcy zachowywali się tak, jakby Sanchez był na spalonym, więc go odpuścili. Problem był taki, że zaraz piłka poszła do przodu i to ona wyznaczała linię spalonego – nasi zawodnicy już się nie cofnęli i niepilnowany piłkarz Wisły trafił do siatki. Ostatecznie przyznam, że dość specyficzna sytuacja, ale nie popisali się nasi stoperzy. I naprawdę miałem wielkie „uff”, że po chwili jednak nie było 3:0.

Niektórzy zawodnicy nie prezentują się najlepiej na początku sezonu. Bramki tracimy – to jedno. Nie dają nam zbyt wiele wahadła, Borja Galan i Marcin Wasielewski są kompletnie nieefektywni. Bartek Nowak póki co nie jest sobą. Ilja niestety póki co nie ogarnął się i w dotychczasowych dwóch meczach nie dał wiele drużynie. Mowa bardziej o meczu w Krakowie, bo w Żilinie w pierwszej połowie był mocno odcięty od gry. Debiut Pau Resty – przeciętny.

Jest też chyba coś w tym, że nowi zawodnicy muszą się nauczyć pewnych zasad. Ale może dotyczy to też niektórych starych? Nasi zawodnicy czasem wyglądają tak, jakby nie zakładali, że przeciwnik może zastosować taki aspekt piłki nożnej jak pressing czy inny doskok. Stoją z piłką przy nodze, bez takiej czujności, bez takiego napięcia – podbiega przeciwnik i wygarnia futbolówkę spod nóg. To się zdarza choćby Bartoszowi Wolskiemu, a przecież techniczni zawodnicy właśnie są na to narażeni bardziej, gdy zapominają o pressingu rywala. Z Bartka będziemy mieli jeszcze wiele pożytku, ale tych taktycznych niuansów musi się jeszcze nauczyć.

Chciałbym pochwalić za to Kacpra Łukasiaka, uważam, że ten zawodnik zagrał naprawdę dobre zawody i wygląda na to, że właśnie sobie wywalcza miejsce w podstawowym składzie. Pracował na szerokości, doskakiwał, jest aktywny i agresywny, choć nie przesadza z tą agresją. No i Szymon Bartlewicz wszedł i zdobył swego gola.

Tak więc GKS przegrał ten mecz w dużej mierze na własne życzenie. Gdyby nie te głupstwa w obronie, z taką grą – nawet mimo mankamentów – była szansa na remis, a może nawet zwycięstwo. To są rzeczy, które absolutnie nadal wymagają pracy, bo z tym pressingiem to nie pierwszyzna, a i jak rywal włącza wyższy bieg, to my zwykle się gubimy – tak było w poprzednim sezonie, tak jest i teraz.

Z rzeczy pobocznych, ale pewnie też istotnych. Absolutnym skandalem jest doliczenie do tego meczu tylko czterech minut. Sam sobie to sprawdziłem na relacji z Canal Plus – od podyktowania karnego do strzału minęło dokładnie 2,5 minuty, a od trzeciego gola, do wznowienia gry po jego anulowaniu około 5,5 minuty. Same te dwie sytuacje to już 8 minut. A do tego przecież 10 zmian. To nie jest błąd typu karny czy coś w tym stylu, ale przecież do cholery jakieś tam kolegium sędziów powinno się przyjrzeć takiej sytuacji, bo wygląda na to, że sędzia skrócił to spotkanie o co najmniej 5 minut! A GieKSa przecież nacierała i wcale nie jest tak niemożliwe, że w tym czasie nie strzeliłaby gola.

Tym samym przegrywamy czwartą ligową inaugurację z rzędu. Przerywamy passę ligowych meczów bez porażki. Już na wstępie.

Jednak było, minęło. Zawaliliśmy ten mecz po całości, podobnie jak ten w Żilinie. Ale dziś jest poniedziałek, zaczyna się nowy tydzień i nowe wyzwania. W sporcie i piłce nie zawsze wszystko idzie gładko. Mieliśmy swoje euforie i radości na koniec poprzedniego sezonu, teraz trochę zimnej wody się na nasze twarze wylało. Jednak póki co nie zdarzyła się kompletnie żadna katastrofa. Mecz ligowy to jeden z wielu, a straty ze Słowakami można odrobić. Naprawdę więc wiele w kwestii mentalnej, ale też w kontekście „ułożenia” tego sezonu będzie zależało od czwartkowego meczu. Tam już nie będzie miejsca na potknięcie. GKS zagra w końcu na swoim stadionie, a wiemy, że u siebie wygląda to inaczej. I jeśli zdołamy tę Żilinę przejść – nastroje znacząco się poprawią.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga