Blaszok Felietony Hokej Kibice Klub Piłka nożna SK 1964
Jak przez trzy lata wyglądała „współpraca” Marka Szczerbowskiego z kibicami?
Na naszej stronie pojawił się w lutym tekst kibiców GKS Katowice (tutaj), który został napisany łącznie przez kilkunastu fanów. Wbrew temu, co niektórzy sugerowali, nie byłem jego współautorem, moja rola ograniczyła się jedynie do językowej korekty. Dziś chciałbym przedstawić Wam moje spojrzenie na aktualną sytuację, które mam nadzieję, nakreśli Wam szerszy kontekst obecnego konfliktu.
W zeszłym tygodniu grupy kibicowskie przedstawiły tylko krótką informację skierowaną do naszych kibiców odnośnie do tego, że zdecydowaliśmy się na bojkot domowych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że część z Was mogła być skołowana, szczególnie po medialnych atakach, które zostały na nas przypuszczone. Tym bardziej podziękowania dla Was za dostosowanie się do kibicowskich apeli. Znamienne, że duża część osób chciałaby rzekomo usunąć „kibolstwo” ze stadionu, a jak „kibolstwo” samo się z niego na pewien czas usunęło, to… też źle.
Pisanie wstępu ma taki plus, że zazwyczaj robi się to… na samym końcu. Ja już wiem, jak długa czeka Was lektura. Pokazywałem tekst kilku osobom przed publikacją i one same z siebie podrzucały: „ale czemu nie napisałeś o X”, „zapomniałeś o Y”. Rzeczywiście o wielu kwestiach zapomniałem, ale nie chciałem temu artykułowi dodawać kolejnych akapitów. Jeśli zbierze się więcej „zapomnianych” spraw lub dojdą nowe (oby nie, ale trudno wierzyć, że będzie normalnie), to po prostu… powstaną kolejne teksty. Starałem się też nie powielać poruszanych wcześniej na naszej stronie tematów. W zależności od kontekstu raz pisałem w liczbie pojedynczej, a raz mnogiej. Za wszelkie niedopatrzenia i błędy (w tym te ortograficzne) winę ponoszę jedynie ja.
Napisałbym miłej lektury, ale tak przecież nie będzie. To nie będzie miły tekst i nie sprawił mi żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie. Wy także nie będziecie czerpać radości z czytania, ale widać tak czasem musi być. Najbardziej przeraża mnie jednak, że to zapewne nie koniec.
Zamykamy Blaszok
Marek Szczerbowski po objęciu funkcji prezesa zaczął spotykać się z poszczególnymi grupami – sportowcami, pracownikami, członkami Klubu Biznesu, były piłkarzami. Przyszedł też czas na spotkanie z kibicami. Dużym zaskoczeniem była dla nas obecność na nim dwóch osób – Justyny Zaręby (sekretarki, która potem zrobiła spektakularną karierę, awansując na dyrektorkę) oraz Roberta Góralczyka. Szybko wyjaśniła się obecność tego ostatniego, ponieważ prezes praktycznie na wstępie zaczął od tego, że zapewne jesteśmy ciekawi tego… ile zarabiali i ile będą teraz zarabiać piłkarze. Nas to nigdy nie interesowało, temat ucięliśmy, nim dyrektor sportowy zdążył się odezwać (i mimo tego, że spotkanie było dość długie, to siedział na nim cicho do samego końca). „Najlepsze” miało jednak dopiero nadejść. W trakcie rozmowy prezes stwierdził, że analizował słabą frekwencję (tutaj w mojej głowie pojawiła się myśl, że zaraz zaproponuje ciekawe rozwiązanie marketingowe na to, by temu zaradzić), wobec czego wpadł na pomysł, by… zamknąć Blaszok, a wszystkich kibiców zebrać na Trybunie Głównej i dzięki temu zaoszczędzić pieniądze na organizacji meczu. Tak – na pierwszym spotkaniu z kibicami prezes, zamiast zaproponować działania zmierzające do zwiększenia frekwencji, rzucił pomysłem zamykania trybun.
Prezes na białym koniu i trudne spotkania
Nasi przedstawiciele nie raz i nie dwa spotykali się z prezesem oraz wyznaczonymi przez niego pracownikami. Za każdym razem odbywało się w to w normalnej atmosferze, w którym dobro GKS Katowice było stawiane na szczycie. Czasem wydawało się wręcz, że druga strona nas rozumie, ale potem prawie za każdym razem coś szwankowało. Trudno roztrząsać tutaj każdy przypadek osobno, ale chciałbym wspomnieć o czymś, co nas niezmiernie irytowało.
Prezes miał taką taktykę, że na pierwsze spotkania w danym temacie (np. odnośnie do karnetów) wyznaczał poszczególnych pracowników klubu, którzy mieli nam przedstawić wymyślone przez niego absurdalne pomysły (np. karnety na Blaszok w drugiej lidze za około 400 złotych). Potem następowało kolejne spotkanie, na którym obecny był już prezes, który rugał przy nas pracowników i składał już normalną propozycję. Taktyka wjeżdżania na białym koniu była groteskowa i później zaczęliśmy mówić, że my przyjdziemy dopiero na to drugie spotkanie, bo szkoda naszego czasu i nerwów na pierwsze. Podobną taktykę próbował stosować w późniejszym czasie Łukasz Czopik.
Jak trudne były działania przy prezesie, niech zobrazuje fakt, że po awansie do pierwszej ligi chcieliśmy od razu ruszać z promocją karnetów, ale sam prezes i pracownicy klubu nie chcieli działać od razu, tylko twierdzili, że muszą odpocząć… po zdobytym (!) awansie. Tak jakby to oni ten awans wywalczyli na boisku. Na szczęście jeszcze wtedy udało nam się postawić na swoim, czego efektem było natychmiastowe sprzedanie kilkuset karnetów na pierwszą ligę.
Pozorowanie działań
Jakbym miał wskazać jeden punkt, który nas najbardziej różnił, to byłoby działanie. My zawsze byliśmy gotowi do działania i promowania klubu, wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji, każdego małego sukcesu czy zwycięstwa. Niestety często napotykaliśmy na ścianę niezrozumienia. Z jednej strony winne wszystkiemu było sformalizowanie najdrobniejszych działań przez karty spraw (m.in. przez to często na meczu nie było GieKSika, bo rozbijało się o brak podpisu pod kwotą kilkudziesięciu złotych). Z drugiej jednak strony nie można wszystkiego zrzucić tylko na karb karty spraw czy prezesa. Dla przykładu obrazującego problem – organizowaliśmy zapisy na dzielnicach i FC na bilety/karnety, przyjeżdżaliśmy z listami i pieniędzmi do klubu, ale w nim – mimo kilku osób w dziale biletowym – nie było nikogo, kto zająłby się nabiciem wejściówek. W klubie wychodzono z założenia, że niech każdy sobie sam kupi, po co oni mają to robić. To brzmi tak absurdalnie, ale właśnie tak wyglądało – robiliśmy wszystko od początku do końca i zamiast dziękuję, słyszeliśmy, że nikt w klubie się tym nie zajmie.
Innym pozorowaniem działania było zatrudnienie Michała Fortuńskiego, który w przeszłości był… rzecznikiem prasowym sosnowieckiego SLD. W GieKSie został zatrudniony na stanowisku dyrektora ds. sprzedaży, marketing i komunikacji. Mimo rocznej obecności w klubie nie wykazał się żadnym sukcesem, a o jego wysokich zarobkach huczały klubowe korytarze…
Płacenie za darmowe bilety dla dzieci
16 września 2021 roku na meczu z Arką Gdynia wywiesiliśmy na Blaszoku transparent: „Na mecz z Banikiem sami zrobiliśmy frekwencję, wy dalej siedzicie i umywacie ręce”. Prawdę napisał w swoim tekście Maciej Grygierczyk, który odezwał się wtedy do mnie z prośbą o rozwinięcie tematu, ale odmówiłem, bo zdecydowaliśmy się nie wychodzić jeszcze poza nasze środowisko, ciągle wierząc, że jesteśmy w stanie zmienić urzędniczą mentalność wśród pracowników klubu. Dziś możemy już napisać, co mieliśmy wtedy na myśli. Nie chodziło nam jedynie o samą frekwencję – która na meczu z Banikiem była wyłącznie naszą zasługą – ale o całokształt naszej „współpracy” przy tym spotkaniu. Skupię się na najważniejszych rzeczach, bo opisywanie całości zaniedbań i pretensji do klubu, nie zmieściłoby się w jednym tekście.
Przede wszystkim już na starcie był ogromny problem, bo klub nie potrafił w PZPN tak poprzesuwać pozostałych spotkań, by można było zagrać z Banikiem, choć przy tego typu okazjach jest to normalna praktyka (z czego korzystał także nasz klub w przeszłości). Bardzo nieładnie traktowano wtedy klub z Ostravy, komunikując się z nim jak z niechcianym petentem Ostatecznie sprawę „uratował” Filip Szymczak, a dokładniej powołanie dla niego do młodzieżowej reprezentacji kraju, które pozwoliło nam na przełożenie ligowego spotkania.
Dla nas od samego początku miał to być mecz nie tylko dla kibiców, ale także dla dzieci. Niestety nasza wizja, by wpuścić najmłodszych za darmo na obiekt, napotkała silny opór w klubie. Zarząd uważał, że może się na to zgodzić, o ile… my jako kibice zapłacimy za te bilety. Wychodzili z założenia, że lepiej mieć puste miejsca na stadionie niż dać je najmłodszym. Patowa sytuacja trwała co najmniej kilkanaście dni, w pewnym momencie byliśmy gotowi wyłożyć pieniądze, ale ostatecznie w klubie poszli po rozum do głowy i zgodzili się wpuścić najmłodszych za darmo. Efektem było ponad 700 (!) dzieci. Tutaj trzeba oddać klubowi, że gdy zobaczyli, jak świetnym to było pomysłem, to na kolejne spotkania dzieci do 13. roku życia mogły wchodzić za darmo.
Warto także zaznaczyć, że cały dochód z biletów trafił do klubu, a wszelkie atrakcje, których jak pewnie pamiętacie, było multum, zapewniło stowarzyszenie kibiców wraz z kibicami z dzielnic i FC (szeroko pojęta ekipa wyjazdowa). To tylko dzięki tym osobom mecz wyszedł tak świetnie, a dzieci miały co robić. Było kilka dmuchańców, didżej, dodatkowe stanowiska cateringowe, ugoszczono kibiców z Ostravy. Za zgodowe torty dla piłkarzy obu klubów także płacili kibice. Całość wydatków, także tych promujących mecz, wyniosła około 30 tys. złotych.
Na sam koniec, gdy dzień lub dwa po meczu rozliczałem się za bilety z dzielnic i FC, zostałem praktycznie wprost (przynajmniej tak uważają świadkowie, w tym ludzie z klubu) oskarżony o przywłaszczenie kilkuset złotych. Jak się okazało, błąd był po stronie pracownika spółki, który źle wyliczył należną kwotę, a z naszej strony wszystko się zgadzało. Wtedy podchodziłem do tego na zasadzie, że może ktoś ma po prostu taki „specyficzny” charakter, że łatwo oskarża, a potem nie przeprasza. Dziś bliżej mi ku temu, że takie podejście do kibiców zostało w klubie dosłownie wyhodowane. Prezes przyszedł do klubu z tezą, że kibice na nim zarabiają i to przeniknęło na pracowników niższego szczebla.
Złamanie umowy i ukaranie chorego dziecka
Utrata zaufania do klubu i zawierania z nim jakichkolwiek umów, związana jest także z przewijającym się tematem w mediach i jednym z punktów porozumienia dotyczącym „pieniędzy z biletów z sektora gości”. Jeden z dziennikarzy, który skompromitował się już wcześniej (tutaj), zasugerował, że pieniądze miały rzekomo trafiać do stowarzyszenia kibiców. To nie jest prawda. Ten punkt porozumienia ma inną historię. Przed rundą jesienną poprzedniego sezonu zawarliśmy z klubem dżentelmeńską umowę, że dochód z biletów z sektora gości trafi na wybrany cel charytatywny. Wspólnie z klubem wybraliśmy pomoc jednemu choremu dziecku, które jest naszym kibicem. Po zakończonych spotkaniach podliczono, że będzie to kwota ponad 16 tys. złotych.
I wtedy się zaczęło… Najpierw klub zdecydował się odliczyć od tej kwoty podatek i VAT (to tak na marginesie do medialnych sensacji, że bilety były sprzedawane w drugim obiegu), co wzbudziło w nas duży niesmak, bo wcześniej nie było o tym mowy. To nie był jednak koniec – następnie zaczęto odliczać… kary nałożone przez PZPN, w tym także np. 2000 złotych za to, że piłkarze przybili po domowym meczu z GKS-em Tychy piątki z dziećmi z sektora drugiego (klub nie tylko od tej, ale także od innych kar nigdy się nie odwołał). Po wszystkich odliczeniach kwota pomocy zmalała do około… 5 tys. złotych. Jakby tego było mało, to pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na święta Bożego Narodzenia. Karty sprawy oraz przeboje związane z pomniejszaniem kwoty doprowadziły do przeniesienia tematu na styczeń. W międzyczasie sprawę ze strony klubu (po odejściu Grzegorza Górskiego, którego próbowano obarczyć winą za zaistniałą sytuację) przejął Maciej Blaut.
Z przekazywanych nam informacji wynikało, że blokadę ze strony klubu spowodował Łukasz Czopik, który później próbował doprowadzić do spotkania z nami, na którym rzekomo chciał przedyskutować ostateczną kwotę wsparcia, ale wiążąc ją ze sprawami związanymi z rundą wiosenną. Na to z naszej strony nie było zgody – powiedzieliśmy, że nie możemy dyskutować o przyszłości, jeśli klub nie potrafi się wywiązać z tak prostej, wydawałoby się umowy. Osobiście czułem ogromne obrzydzenie na samą myśl, że chore dziecko było przedmiotowo wykorzystywane przez klub i grało się jego zdrowiem. Pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na gali „Złote Buki”, ale ostatecznie trafiły kilka tygodni później w kwocie 10 tys. złotych. Ze strony klubu panowało jeszcze zdziwienie, że nie doceniamy tego, że kwota była prawie dwa razy wyższa niż 5 tys. złotych, które wyliczył sobie wcześniej klub (niezgodnie z naszymi wspólnymi ustaleniami) i nikt nie umiał zrozumieć, że dziecku zabrano ponad 6 tys. złotych. Czy ktoś się teraz dziwi, dlaczego nie mamy zamiaru angażować się w żadne kwestie związane z biletami na sektor gości oraz że czujemy dużą nieufność do jakichkolwiek umów z klubem?
Zmarnowane mistrzostwo i chwalenie się nie swoimi działaniami
Nawiązując do antykibicowskiego nastawienia w klubie i szukania wszędzie spisków, warto wspomnieć o sytuacji, w której postanowiliśmy jako kibice rozpocząć rywalizację dzielnic i FC na domowych spotkaniach hokeja, by pobudzić frekwencję i sprawić, że nudne spotkania sezonu zasadniczego nabiorą należytej oprawy. To się udało – byliśmy chwaleni w całej Polsce za dodanie kolorytu trybunom. W specyficzny sposób docenił to także prezes Szczerbowskim, który… przypisał sobie wszystkie zasługi. W kilku wywiadach odnosił się do tego, że w mistrzowskim sezonie sekcja hokeja na lodzie miała rekordową frekwencję i rekordowe przychody z biletów. Nie zająknął się jednak ani słowem, czyje działania miały na to wpływ. Nie byłem osobą, która z naszego środowiska była zaangażowana w ten temat, więc tylko mogę sobie wyobrazić, co czuło te kilka osób, które tydzień w tydzień boksowało się z pracownikami klubu o takie banały jak wydruk biletów, plakatów czy filmów promujących mecz. Byłem z tym jednak na bieżąco, bo na jednej z naszych wewnętrznych grup, zdawano relacje, jak to wygląda i jakie są problemy. Często wręcz chwytałem się za głowę, ale najbardziej zapamiętałem, gdy jedna z osób relacjonowała, że w klubie zrobiono spotkanie, na którym pracownicy głowili się… w jaki sposób możemy próbować ich oszukać na biletach.
Przy hokeju nie można nie wspomnieć o braku wykorzystania zdobytego Mistrzostwa Polski. Sam fakt, że spontaniczną fetę organizowali pod Spodkiem kibice, a dyrektorka działu organizacji ograniczyła się jedynie do poinformowania kibiców, że to jest „nielegalne zbiorowisko” (miała zapewne na myśli zgromadzenie), mówi wiele. Mimo to pracownicy jej działu próbowali ogrzać się w blasku mistrzostwa, ale szybko zostali wyproszeni ze schodów katowickiego Spodka. Klub zrobił, wyłącznie z powodu nacisków miasta, wewnętrzne spotkanie dla polityków. Nie zadbano w ogóle o zwykłych kibiców, a jedyną możliwością zobaczenia pucharu na żywo było… przyjście na mecz siatkarzy do Spodka. Życie kibica GieKSy nie należy do obfitującego w sukcesy, więc wykorzystywanie każdego najmniejszego sukcesu jest dla naszej społeczności na wagę złota. Tak było między innymi z awansem na zaplecze Ekstraklasy, kiedy zorganizowaliśmy fetę pod Spodkiem, wracając z wyjazdowego meczu z Ostródy. Pracownicy klubu o niczym nie wiedzieli i w niczym nie pomogli.
Pogrzebanie najlepszej społecznej akcji GKS Katowice
To punkt, który mnie najbardziej boli, bo jestem jednym z pomysłodawców projektu i drugą osobą w kolejności, która włożyła w to najwięcej czasu. Pierwszą była oczywiście Olga Bieganowska, którą prezes zwolnił w 2020 roku. Dodajmy, że Olga tego czasu na projekt poświęciła dużo, dużo więcej niż ja, ale uważam, że mam prawo nazywać się jednym z ojców tej akcji.
Tegoroczna edycja miała być jubileuszową dziesiątą. Z ramienia klubu został do niej wyznaczony Aleksander Matusek. Tutaj też należy nakreślić kontekst, że w klubie w pewnym momencie doszli do wniosku, że może mamy rację i trzeba mieć dział marketingu. Przez ponad dwa miesiące nasi przedstawiciele spotykali się z pracownikami klubu, w końcu ci mieli ogłosić nazwisko nowego szefa marketingu. Gdy okazało się, że po tych wszystkich spotkaniach zdecydowano się na Lyja, heh… musielibyście widzieć nasze miny. Szczególnie że pracownicy klubu, którzy dokonali takiego wyboru, wprost przyznawali, że nie sprawdził się on jako rzecznik prasowy.
Niestety, patrząc na to, że klub potwierdził swoje kłamstwo w ostatnich dniach, że projekt był gotowy do odpalenia, to najpewniej będę musiał się do tego odnieść w osobnym, dużo obszerniejszym tekście. Co mi w ogóle nie sprawia przyjemności, bo boli mnie każda litera i zdanie, kiedy o tym piszę. Sam Lyjo też zebrał swoje po internetowej dupie za zawalenie projektu i kompletnie nie rozumiem, dlaczego pracownicy działu komunikacji wystawiają go ponownie na lincz. Szczególnie iż sam zainteresowany wie, jak bardzo zawalił.
Na razie nie chcę wchodzić w to szczegółowo, ale jeśli prawdą byłoby, że klub był gotowy na odpalenie projektu i nie chciał go robić z kibicami (rzekomo z powodu meczu z Widzewem), to przecież powinien był go zorganizować samemu. My byliśmy jedynie współorganizatorami, odpowiadaliśmy za wąską działkę, która nie była niezbędna do realizacji projektu (zapewnialiśmy koordynatorów na każdej lokalizacji). Niemniej wychodzi na to, że przez zachowanie kibiców, klub postanowił ukarać… dzieci, choć rzekomo był gotowy na start akcji. Absurdalne i pozbawione logiki tłumaczenie. W zamian przyłączono się do Dzielnicowych Mistrzostw Katowic organizowanych przez MOSiR. Jak relacjonowało nam kilka osób to na tych turniejach, przez brak wyobraźni i doświadczenia organizatorów, doszło do ekscesów na tle (o, ironio!) kibicowskim.
Po ogłoszeniu bojkotu klub robi to, o co walczyliśmy od lat
Nie mam zamiaru odnosić się do frekwencji na niedzielnym meczu z Termaliką, bo każdy, kto widział zdjęcia lub był na stadionie, zdaje sobie sprawę, że nie było na meczu 1021 widzów (jak to zostało podane przez klub). Prostowanie medialnych bzdur jakoby dochód z tego meczu był dużo wyższy niż z kibicami, nie ma sensu, bo to oczywistość, że tak nie było. Rozdano bardzo dużo biletów najmłodszym, ściągnięto młodych piłkarzy AMG czy sportowców innych sekcji. I… bardzo dobrze, bo właśnie takich działań od klubu oczekiwaliśmy, o takie działania apelowaliśmy od samego początku, ale nie wiedzieć czemu, zaczęto je realizować, dopiero gdy ogłosiliśmy bojkot.
Choć dla osób postronnych może to wydawać się dziwne, dla nas takim nie jest. Pamiętacie, gdy napisaliśmy tekst o organizacyjnej klapie na jednym z domowych spotkań (tutaj)? Po jego publikacji pracownicy klubu próbowali dociec, kim jest jego autor i to na tym się skupiali, a nie na poprawieniu swoich zaniedbań. Pamiętacie tekst grupy kibiców z tego roku, który pisało kilkunastu fanów, a którym wspominałem na wstępie (tutaj)? Po jego publikacji klub na moment ruszył z działaniami marketingowymi, choć pary nie starczyło na wiele, ale między innymi dzięki temu mamy przy Bukowej dmuchańca dla dzieci. Za każdym razem najpierw przedstawialiśmy coś w klubie, próbowaliśmy do tego namówić prezesa, ale większość działań została podjęta, dopiero gdy zdecydowaliśmy się publicznie skrytykować klub. Dopiero wtedy prezes uruchamiał kartę sprawy i znajdowały się pieniądze. Na szczęście przez te lata pracownicy klubu dostali od nas gotowca do tego, by wreszcie godnie i efektywnie promować klub. Faktem jednak pozostaje (nawet biorąc wydumaną liczbę 1021 kibiców), że była to najmniejsza frekwencja na inauguracyjnym domowym meczu w historii klubu.
Kilka sprostowań odnośnie do medialnych publikacji
Na sam koniec chciałbym sprostować kilka nieprawdziwych informacji, które pojawiły się w mediach w ostatnim czasie. Nie będę się odnosił do każdego tekstu z osobna, szczególnie że większość z nich jest na żenującym poziomie. Dużo w nich emocji, chęci wywołania burzy, ale mało faktów. Niektórzy dziennikarze, nawet gdy dostali wgląd do korespondencji mailowej pomiędzy nami i klubem (co na marginesie uważam za załamanie wszelkich reguł przez pracowników klubu i między innymi dlatego uznaję, że żadne wcześniejsze dżentelmeńskie ustalenia już nie obowiązują), dalej popełniają błędy merytoryczne.
De facto jedyny tekst, w którym autor próbował zadać sobie trud odnośnie do przedstawienia całej sytuacji, był ten Macieja Grygierczyka ze „Sportu”. Jest w nim kilka błędów, ale wynikających głównie z tego, że autor nie mógł o pewnych rzeczach wiedzieć. Trzeba też oddać Grygierczykowi, że zwrócił się do mnie z prośbą o komentarz, ale odmówiłem, bo skupialiśmy się na niedzielnym meczu (informacja o bojkocie nie była naszym oświadczeniem, tylko informacją wewnętrzną dla kibiców, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że rozniesie się szeroko w mediach). Nie ze wszystkim się zgadzam, bo np. przedstawienie sukcesów sportowych klubu pod wodzą prezesa można równocześnie zbić, przedstawiając sportowe porażki klubu w tym okresie (brak awansu piłkarzy, najwyższe dotacje miejskie na poszczególne sekcje nieprzekładające się (oprócz hokeistów) na najwyższe miejsce w swoich ligach itd.), niemniej to prawo autora.
Przede wszystkim, wbrew temu, co napisano w kilku miejscach i co sugerował także rzecznik prasowy, to sklep kibiców Blaszok nie przedłużył umowy z klubem, a nie klub wypowiedział ją sklepowi. To może nie byłoby tak ważne, gdyby nie próbowano osadzić całego konfliktu w kontekście rzekomej utraty wpływów przez nasze środowisko. Dlatego chciałbym, aby było to jasne. Klub próbował narzucić sklepowi Blaszok zapis umożliwiający mu zerwanie umowy z dnia na dzień, bez żadnego okresu wypowiedzenia, co przy prowadzeniu tak specyficznej działalności, było nie do zaakceptowania.
Prezes w jednym z wywiadów, a także kilku dziennikarzy zwracało uwagę, że w mailach z klubem odnośnie do „porozumienia” podpisywaliśmy się „Stowarzyszenie SK 1964”, nie podpisując się z imienia i nazwiska. Tak rzeczywiście było, ale już nikt nie chce zauważyć (także sam prezes), że to klub pierwszy napisał do nas maila, w którym podpisał się… „Z poważaniem, GKS GieKSa Katowice S.A. [email protected], +48 (32) 254 89 14”. I taka stopka widniała w każdej kolejnej wiadomości. Zauważyliśmy to od razu i specjalnie zagraliśmy według dziwnych reguł narzuconych przez klub. Niemniej nikt na Bukowej nie miał wątpliwości, z kim pisze, skoro co jakiś dołączano do korespondencji… mój prywatny adres mailowy. Jednakże, aby rozwiać wątpliwości – każdego maila pisałem ja, Piotr Koszecki. Oczywiście po konsultacji z zarządem i członkami stowarzyszenia.
Nieprawdą jest także informacja, że to my dodaliśmy do korespondencji wiceprezydentów Miasta Katowice: Waldemara Bojaruna i Bogumiła Sobulę oraz przewodniczącego Rady Nadzorczej Andrzeja Norasa. To zrobił nagle klub w drugim mailu, nie informując nas o tym wcześniej, po prostu dodając „Do wiadomości” kolejnych adresatów. Takie sytuacje dobrze obrazują działania klubu, który z jednej strony rzekomo próbował dojść z nami do porozumienia, a z drugiej zachowywał się w sposób nieprofesjonalny (choć wszystko przebiło wspomniane przeze mnie wcześniej udostępnienie tej korespondencji skompromitowanemu „dziennikarzowi”). Odpowiedzieliśmy na to w taki sam sposób – dodając Wojciecha Cygana (członka zarządu PZPN), Marcina Janickiego (szefa PLP) oraz Dariusza Łapińskiego (krajowego koordynatora projektu SLO w PZPN, którego jednym z zadań jest budowanie relacji na linii kibice-klub).
Sprowadzanie kwestii konfliktu kibiców z klubem do samego porozumienia jest nie na miejscu. To jedno z wielu działań, które napotykaliśmy w ostatnim czasie, które ma za zadanie uprzykrzyć życie kibicom. Sami widzicie, że ten tekst, jak i wcześniejsze, które ukazywały się na naszej stronie, porusza dużo szerszy zakres tematów. Do samego porozumienia zapewne niedługo odniesiemy się na łamach naszych mediów, bo jest tam kilka rzeczy wymagających odkłamania, niemniej to nie kwestia porozumienia jest powodem konfliktu i bojkotu.
Nie sposób także pozostawić bez komentarza słynnego stwierdzenia, że „kibice są od kibicowania”. Kto, jak nie my, jest lepszym przykładem, że to tylko pusty banał? Przecież zarówno odbudowując klub w 2005 roku, jak i później uwalniając go od Ireneusza Króla, musieliśmy zrobić dużo więcej niż tylko „kibicować”. W innym wypadku nie mielibyśmy na piłkarskiej mapie Polski GKS-u Katowice.
Na koniec
Po prostu dziękuję za doczytanie do samego końca. Cała GieKSa razem!
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Gizik
26 lipca 2022 at 19:45
Dzięki za takie zaangażowanie w swoim imieniu. Osobiście odczuwam ogromną gorycz z powodu tej całej sytuacji. Kocham ten klub, chodzę od dziecka na każdy mecz hokeja a to co serwuje zarząd po sezonie mistrzowskim (jak i w trakcie) to systematyczne plucie w twarz kibica. Mam nadzieję, że uda nam się przetrwać to wszystkoi stosunkowo szybko wyjdziemy zwycięsko z tej batalii.
Nerwusik
26 lipca 2022 at 19:46
Przez 8 klas ,nie przeczytałem tyle co tutaj.oczy krwawią
Bgc
26 lipca 2022 at 20:11
Tego się nie da czytać, a najgorsze jest to, że wiem, że to wszystko prawda. Marek Szczerbowski to zakompleksiony człowiek który na złość mamie odmrozi sobie uszy (niszczy GieKSe na złość kibicom). Dla mnie to niepojęte jak ktoś taki kto od lat ślizga się na stanowiskach urzędniczych i zawsze w stosunku do niego są różne kontrowersje mógł objąć taki klub jak GKS Katowice
Dariusz_Szczekociny
26 lipca 2022 at 20:16
Dzięki za całe informacje ja już widziałem jak nic nie robili w sprawie Mistrza Polski wiedziałem że coś jest nie tak i że nic nie robią z tak wielkim sukcesem! Banda do wyrabania! Mam nadzieję że zarząd jeszcze pójdzie po rozum i zrobi coś żeby się to wszystko poukładało.
GieKSiorz
26 lipca 2022 at 22:35
Niestety takich smutnym czasów dozylismy znowu, to jakieś fatum lub celowe działanie? tak to jest jak klub miejski jest kurwidolkiem dla pociotków, znajomych itd, którym nie zależy na Gieksie,prezes który jeździ na cicha,chop z marketingu z SLD z sosnowca to jest dramat, graffiti robi firma z gliwic która sympatyzuje z piastem co to kurwa jest???!!!ten czerwony szkodnik tzw prezes,moim zdaniem robi od lat na szkodę klubu i dąży tym samym do konfrontacji z kibicami którzy mają ten klub w sercu,moim zdaniem prowokuje różne sytuacje żeby przedstawić siebie jako biedny, zapracowany itd,mecz z widzewem dziwne że inne mecze podwyższonego ryzyka bez kibiców gości a tutaj prosze tak jakby ktoś liczył że będzie się działo i będzie to można wykorzystać i od tamtego czasu zaraz lawina działań antykibice? dla ludzi którzy mimo bojkotu chodzą choć nie wiem czy to kibice Gieksy,a może przebrani na potrzeby propagandy przez Marka.sz? Powiem szczerze wam że mi było by wstyd wpisywać się w propagandę tego szkodnika,za co za darmowy karnet,wate cukrowa, niektórzy pisza na różnych forach że w końcu z „kibolami” naczelny boski prezes robi porządek , popatrzcie obiektywnie i przeczytajcie powyższy tekst,tak jest super, doprawdy? będziecie niepotrzebni do celów propagandowych to o was zapomni albo odbije sobie darmowa watę, dmuchawce dla dzieci, darmowe karnety w inny sposób
GieKSiorz
26 lipca 2022 at 22:47
A gdzie jest Krupa, Pieczyński takie dupne kibice Gieksy?!czy aby Gieksy bo przyzwalanie na takie rzeczy to wygląda jak sabotaż!!!w UM widzą że wszystko jest tak super, to chyba ślepi są, nie widzą niszczenia klubu,braku walki o wyższa frekwencje, brak kompetencji ludzi zatrudnionych przez pana”prezesa”,braku profesjonalizmu i można wymieniać jeszcze, albo UM pasuje to?czysta komunistyczna, lewacka propaganda uprawiana przez czerwonego szkodnika,i te niektóre media tak broniące i szkalujące kibiców, nie wspomnę o obiektywnej ocenie bo z nikim nie komunikują się tylko z „guru, najlepszym z najlepszych” markiem sz, który pokazał jaki to „fachowiec” jako dyrektor stadionu śląskiego z którego go wyjebali za nieudolność,zakompleksiony czerwony karaluch , kawał ch….
dar26ber
26 lipca 2022 at 22:51
Dzięki Kosa za ten artykuł i wyjaśnienie kilku spraw.
Cezarea
27 lipca 2022 at 01:14
Nie potrafię zrozumieć jakim cudem kibice GKS-u nie potrafią sobie poradzić z chłopkiem-roztropkiem jakim jest Szczerbowski. Wieczny aparatczyk, wiecznie w jakiś strukturach, jednak niesamowicie mierny i bez żadnego autorytetu. I to nie on jest problemem, a problemem jest słabe Stowarzyszenie Kibiców, bo to żaden przeciwnik jest (w kategoriach rozgrywek w klubowych korytarzach). Król przy nim to był genialny strateg i waga ciężka.
Cezarea
27 lipca 2022 at 01:27
Pójdę nawet dalej, choć będzie to niepopularna opinia, bo przecież Szczerbowski jest częscią katowickiego establishmentu od lat, pomimo swoich lewackich korzeni. Ta cała klika złożona z Bojarunów, Witków czy innych Krup to musi mieć niezłą polewę z kibiców GieKSy przy każdej pitej wódce razem. Niestety dla nich SK1964 to nadal tylko i wyłącznie „chłopaczki w spodenkach”.
Konfucjusz
27 lipca 2022 at 01:49
No, w końcu lekkie rozjaśnienie, już trzeba było publicznie wcześniej.
Kejta
27 lipca 2022 at 05:19
A tymczasem klub daje dzisiaj newsa o sprzedazy biletow na mecz z Sosnowcem i nie ma juz cos takiego jak bilet na blaszok hehe bo kibice sa od kibicowania a my od zawsze robilismy duzo wiecej zeby uratowac ten klub przed upadkiem o dla tego teraz nie mamy szacunku od wladzy
Pan Katowice64
27 lipca 2022 at 08:47
Artykuł daje dużo do myślenia, ale….. przepadnie bez większego rozgłosu. My jako kibice nie mamy obecnie ŻADNEJ SIŁY PRZEBICIA. A Marek ma pełne poparcie UM. Jesteśmy na przegranej pozycji. Bojkot tego nie zmieni a jeszcze pogorszy sytuację.
Kato
27 lipca 2022 at 13:37
Miasto Katowice jest miastem/stolicą województwa i ma inne cele w/g władzy.
Tutaj wdała się polityka i o ile w miastach ościennych dba się i wspiera lokalną społeczność, tak w Katowicach pominięto społeczność. Nie dotyczy to tylko sportu i Klubów ale wszystkich dziedzin życia. Miasto nie radzi sobie z parkingami, a ma z ambicjami kibiców którzy chcą widzieć GIEKSE w wielkiej chwale. Widać to dla dowodu po radości władzy z majstra w hokeju.
Władza nie ma pojęcia jak ten sukces zagospodarować.
Smutne to, ale my kibice mamy jeszcze siłę przekazu, tylko musimy konsekwentnie mówić jednym zdaniem.
Do boju GKS Katowice!
Cała Kibicowska GIEKSA Razem!
Grzesiek
27 lipca 2022 at 21:16
Czy kiedyś będzie normalnie w Naszej GieKSie?Wycięliśmy wrzoda w postaci Króla ale na jego miejscu pojawił się następny.Smutne.ps.Kosa dziękuję za rozjaśnienie sprawy…
stary kibic
30 lipca 2022 at 20:57
W każdej dzielnicy jest kibic, jest grupa i w niej siła, zebrać się stworzyć np stowarzyszenie wybrać liderów lokalnych i działać dla miasta Katowic oraz GKS.
Przyjemne z pożytecznym. Jak mieszkańcy zauważa pozytywne działania to i w najbliższych wyborach samorządowych liderzy z dzielnic mogą powalczyć o miejsce w radzie miasta.
Przecież żadna partia polityczna w Katowicach nie liczy tyle osób co nas wszystkich.
Taki pomysł na porządek w mieście i na bukowej.