Piłka nożna
Gra obronna, czyli sala samobójców
Po bramkarzach przechodzimy do analizy formacji obronnej. Na początek liczby: w 16 meczach tego roku GKS stracił 25 bramek, co daje średnią 1,56 bramki na mecz. Łatwo dojść do wniosku – oczywiście to uproszczenie – że jedna bramka strzelona w każdym meczu nie dałaby nawet remisu (dwie strzelone dałyby zwycięstwo). Z taką statystyką, a także faktem, że tylko w dwóch z tych szesnastu meczów udało się zachować czyste konto – nie dziwi, że udało się wygrać tylko dwa spotkania.
Podstawowy blok obronny tworzyli w tej rundzie Alan Czerwiński (prawa strona), Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski (stoperzy) i Rafał Pietrzak (lewa flanka).
Prawa obrona
Na tej pozycji od początku rundy grał Alan Czerwiński. Od zarania dziejów mówiliśmy, że ten zawodnik nie nadaje się na obronę, nie ma umiejętności defensywnych kompletnie, a najpierw trener Rafał Górak, a potem Kazimierz Moskal konsekwentnie go na obronie wystawiali, co skutkowało nieraz katastrofą. Ponoć gdy pierwszy raz Czerwiński był obserwowany w Rekordzie Bielsko-Biała, to akurat przypadkiem zagrał w obronie, bo wcześniej grał w pomocy (taka krąży historia po mieście). I wizja tego zawodnika jako obrońcy została. Generalnie ta runda w wykonaniu Alana nie była tak tragiczna jak poprzednie, ale nie ustrzegł się poważnych błędów zwłaszcza na początku wiosny. Od zawsze jego piętą achillesową były pojedynki 1 na 1 i to się potwierdziło co do joty już w ciągu pierwszy trzech meczów. Najpierw w Nowym Sączu dał się ograć „na raz”, dzięki czemu gdy już jechał na czterech literach po nieudanym wślizgu za boisko, rywal spokojnie strzelał gola. W meczu z Bełchatowem natomiast w ciągu trzech minut dwa razy identycznie dał się ograć Michałowi Makowi, który dośrodkowując w pole karne zaliczył asysty. Gdy po meczu zapytaliśmy Maka, czy cieszył się, że będzie znów grał przeciw Czerwińskiemu (wspominając katastrofalny mecz z Bełchatowa), ten tylko się uśmiechnął…
Po meczu z Bełchatowem trener posadził Alana na ławce rezerwowych i w Legnicy dał szansę Dominikowi Sadzawickiemu. Sadza grał w GieKSie po przyjściu za czasów trenera Góraka, ale potem poszedł w odstawkę. Spotkanie z Miedzą było więc znakomitą okazją do przypomnienia się kibicom. Niestety Dominik nie podołał temu zadaniu. Zagrał bardzo słabo, a przy pierwszym golu przegrał i piłkarsko, i czysto fizycznie z rywalem, który strzelił bramkę. W związku z tym jego udział w tym momencie zakończył się na jednym meczu.
Z Łęczną do składu powrócił Czerwiński, grał także z Arką. Zawodnik w tych meczach nie popełnił karygodnych błędów, ale nie było w ogóle tego, za co go chwalimy – czyli włączania się do akcji ofensywnych. Grał bojaźliwie, notował rekordową ilość podań do tyłu do Mateusza Kamińskiego. Możliwe, że także to zauważył trener Moskal, bo w Rybniku znów zabrakło Alana.
Na kolejne dwa mecze ponownie wskoczył Sadzawicki. Jak się później okazało – były to dwa mecze na zero z tyłu. Wielkiej roli w braku utraty bramki Sadza nie odegrał, z ROW Rybnik zagrał poprawnie, ale był jednym z najmniej wyróżniających się zawodników. W Ząbkach miał sporo problemów z szybkim Łukaszem Sierpiną, ale też nie popełnił karygodnych błędów.
Po wyjazdowej trylogii na mecz u siebie z Kolejarzem wrócił Czerwiński. Przy kuriozalnym golu Wojciecha Trochima nie miał wielkiego udziału, zaliczył natomiast świetną asystę przy golu Michała Zielińskiego. To dało nadzieję, że będzie próba gry do przodu w następnych meczach. I tak mogło być w Niepołomicach – kolejna świetna centra, ale fatalnie spartaczył ją Tomasz Wróbel. Coś zacięło się w meczu z Olimpią, gdzie jednak cała drużyna zagrała bardzo słabo.
Gdy stało się jasne, że GKS nie gra już o nic, trener postanowił spróbować czegoś nowego i na mecz z Niecieczą postawił na młodego Aleksandra Januszkiewicza. Zawodnik jak na debiut spisał się dobrze, był aktywny, próbował swoich sił także w akcjach ofensywnych. Niestety miał spory udział w utracie bramki, gdzie najpierw stracił piłkę, potem źle zastawiał pułapkę ofsajdową, w końcu dał uciec rywalowi. Zrzuciliśmy to na karb zmęczenia – to było widać. W meczu w Olsztynie natomiast po pół godzinie ujrzał drugi żółty kartonik i musiał przedwcześnie opuścić boisko. Zastąpił go na tej pozycji… Radosław Sylwestrzak i nic dobrego z tego nie wniknęło.
Nie poruszamy w tym artykule postawy Alana Czerwińskiego w pomocy – na to przyjdzie czas. Zasygnalizujemy tylko, że grając na prawej pomocy zaliczył naprawdę udane momenty, jak choćby gol z Tychami. O tym wkrótce.
Środkowi obrońcy
Tutaj – jak pisaliśmy – podstawowymi zawodnikami byli Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski. A jednak z powodu urazu Jurkowskiego jeszcze w okresie przygotowawczym na początku rundy z Kamińskim grał Adrian Napierała.
I taki duet wybiegł w Nowym Sączu. W pierwszych spotkaniach – także z Bełchatowem – większych błędów stoperzy nie popełnili, ale trzeba przyznać, że nie byli pewni. Z Okocimskim dawali puszczać często piłkę w uliczkę, nie uchronili zespołu przed utratą bramki z Brunatnymi nie ratowali sytuacji po błędach Czerwińskiego. Kiksów jednak nie było – ot zwykłe sytuacje boiskowe, choć dać sobie strzelić gola po kontrze najsłabszemu zespołowi ligi na swoim boisku chluby nie przynosi.
W meczu z Miedzią mieliśmy „one man show”, czyli performance Mateusza Kamińskiego. Zawodnik nie grał źle, ale miał niesamowitego pecha. Dwa gole samobójcze i honorowe zachowanie po meczu, kiedy cały zespół został oblany wiadrem pomyj pod sektorem gości a Kamyk pokazywał, że to jego wina.
W spotkaniu z Łęczną do składu wrócił Jurkowski, który zastąpił Napierałę. Aż do meczu z Tychami ten duet grał w każdym meczu – z wyjątkiem spotkania z Puszczą, kiedy na to jedno spotkanie Jurkowskiego znów zastąpił Napierała.
Był to zły okres naszych zawodników. W meczu z Łęczną mimo że udało się uniknąć większych błędów, to zaskakiwała nerwowość i elektryczność obu stoperów. Dodatkowo Jurkowski tak niefortunnie interweniował w polu karnym, że wyłożył piłkę rywalowi, który strzelił bramkę. Katastrofalnie obaj spisali się w Gdyni, gdzie po w dużej mierze indywidualnych błędach stoperów, rywale strzelili trzy bramki. Zaskakująco kilka dni później Kamyk i Jurkowski… świetnie zagrali z ROW. Grali pewnie dobrze i skutecznie, skutkiem tego było czyste konto po stronie strat. Również gola nie straciliśmy w Ząbkach, choć tutaj więcej było szczęścia niż rozumu – rywale ostrzeliwali poprzeczkę czy oddawali strzały tuż obok bramki. Nie zmienia to faktu, że to był dobry mecz obrońców.
Dobry obraz posypał się w meczu z Kolejarzem. Tragiczna postawa i stanięcie w polu karnym przy golu Trochima do dziś śni się kibicom po nocach. Niewytłumaczalne było zachowanie naszych zawodników, którzy może i założyli, że piłka opuściła boisko, ale to nie zwalnia ich od grania do gwizdka. Najwięcej mieli pretensji do sędziego, a nie do samych siebie. Kolejny beznadziejny mecz zdarzył się w Grudziądzu. Zawodnicy ofensywni rywali robili z naszymi obrońcami co chcieli. I tutaj katowiczanie stracili kuriozalną bramkę, kiedy to nagle w polu karnym lub tuż przed nim znalazło się czterech kompletnie niepilnowanych zawodników rywala. Wyglądało to tak, jakby żaden z obrońców nie wiedział, jakie ma zadania w polu karnym. Przypominamy jednak, że przy golu Roberta Szczota zawodnicy z pomocy kompletnie olali kwestię pomocy kolegom z defensywy, więc nie tylko na stoperach ciążyła odpowiedzialność. Jurkowskiemu nerwowość została w meczu z Niecieczą, gdzie momentami chyba myliły mu się pola karne i na przykład przepuszczał piłkę pod nogami we własnej szesnastce niczym napastnik w polu karnym rywala. Zawalił powrót przy straconej bramce. Kamyk natomiast strzelił swoją trzecią bramkę samobójczą w rundzie.
W meczach ze Stomilem i Tychami GKS stracił w sumie sześć bramek i duża część z nich była udziałem stoperów. W obu meczach grał Kamiński, w Olsztynie z Jurkowskim, w derbach z Napierałą. Nie ma sensu opisywać traconych bramek, ale znów należy powiedzieć, że rywale bez problemu rozmontowywali nasze defensywy.
W ostatnim meczu w Płocku z Jurkowskim zagrał Radosław Sylwestrzak i spisał się poprawnie.
Lewa obrona
Tutaj bezdyskusyjnie rządził i dzielił Rafał Pietrzak. Zagrał we wszystkich meczach oprócz tego z Bełchatowem i Miedzią (wszedł w drugiej połowie jako pomocnik). Różne miał momenty w tej rundzie – faktem jest, że ciężko jest wyjść ponad przeciętność czy raczej… słabość całej drużyny. Na minus na tym etapie rozwoju dla zawodnika są kwestie powrotów. Zapędza się w akcje ofensywne, ale często nie ma siły wrócić. Problem w tym, że wówczas brakuje w zespole asekuracji. Zabrakło go na przykład przy golu Okocimskiego na Bukowej. Po meczu z Arką pisaliśmy wręcz „Czasem można się zastanawiać, czy lewy obrońca w ogóle jest zainteresowany obroną. W tym spotkaniu nieraz jego stroną gdynianie przeprowadzali akcje, a Pietrzak gdzieś tam kilka metrów dalej truchtał sobie niezainteresowany”. A z Kolejarzem: „Gdzie był lewy obrońca przy pierwszej bramce? Prawdopodobnie cały czas przy polu karnym przeciwnika”. Te opisy mówią same za siebie.
W meczu z Łęczną kapitalnie włączył się do ofensywy i to nie na skrzydle, a w środku, i strzelił swojego jak na razie jedynego gola w GKS Katowice, a sytuację wykorzystał jak rasowy napastnik.
Generalnie notował przeciętne lub poprawne występy, a z Olimpią był jedynym, który pokazał cień ambicji. W międzyczasie podpisał nowy kontrakt z GieKSą, ale nie przełożyło się to na jakieś świetne występy. Ale i tak w perspektywie całej rundy był jednym z najlepszych zawodników, czy raczej najmniej złych.
Na lewej stronie zastąpił go w meczach z Bełchatowem i Miedzią Bartłomiej Chwalibogowski. Niestety zawalił jeśli chodzi o pilnowanie zawodników w polu karnym. Był aktywny z Bełchatowem, ale to rywale strzelali bramki w wyniku braku krycia.
Podsumowanie
Obrona poza bardzo dobrym (ROW), czy średnimi meczami (np. Dolcan, Chojniczanka) spisywała się generalnie bardzo słabo. Kuriozalne błędy, nerwowość, przegrywane pojedynki 1 na 1, brak powrotów i asekuracji, samobójcze bramki, krycie na kilometrowy radar we własnym polu karnym – to wszystko oglądaliśmy w tej rundzie w wykonaniu defensorów GKS.
Problemem w sezonie, jak i na nadchodzące rozgrywki jest brak zmienników. Kompletny brak. Bo na prawej stronie jest wybór Alan Czerwiński (nie nadaje się), Dominik Sadzawicki (przeciętny bardzo) czy Aleksander Januszkiewicz (musi się jeszcze bardzo dużo uczyć). Na stoperze dla wymienionej – przeciętnej piłkarsko – dwójki, alternatywą mógł być Adrian Napierała, który jest coraz mniej zwrotny i w ogóle prawdopodobnie nie będzie już czynnym zawodnikiem w GKS. Wycofywanie Radosława Sylwestrzaka czy Kamila Cholerzyńskiego będzie już kombinowaniem. Na lewej stronie póki co jest Rafał Pietrzak, ale po odejściu Chwalibogowskiego już zupełnie pozostanie bez zmiennika. Chyba, że powróci Bartosz Sobotka z wypożyczenia.
Wzmocnienia na obronę są więc niezbędne – zarówno, żeby zastąpić tych podstawowych zawodników, którzy nie gwarantują jakości, jak i po to, by byli w zespole jacykolwiek zmiennicy. Bo jak na razie to taki skład obrony tylko prosi się, aby dostawać bramkę za bramką…
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































Najnowsze komentarze