Piłka nożna Prasówka
GieKSa gromi spadkowicza z ekstraklasy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Wisła Płock 4:1 (2:0).
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice zobaczyli festiwal na boisku. Zespół Rafała Góraka rozbił Wisłę Płock 4:1
GKS Katowice na mecz z Wisłą Płock zaprosił posiadaczy biletów na Fest Festival. Ci, którzy skorzystali na pewno nie żałowali, bo piłkarze odegrali niezły piątkowy koncert z pełnymi emocji zwrotami akcji.
Piątkowy wieczorny mecz GKS Katowice z Wisłą Płock rozpoczął się z pięciominutowym opóźnieniem spowodowanym transmisją z transmisją na Polsacie meczu siatkówki. Biorąc pod uwagę, że kibice na spotkanie tych drużyn czekali przez siedem lat, ta zwłoka nie miała już większego znaczenia.
Na trybunach od początku spotkania panował dość imprezowy klimat, co być może częściowo związane było z faktem, że klub zaoferował bezpłatne wejściówki posiadaczom biletów na odwołany niemal w ostatniej chwili Fest Festiwal.
Prawdziwy festiwal urządzili sobie jednak sami piłkarze. GKS rozgrywał świetne spotkanie i dostarczył widzom wielu wrażeń. W 17 minucie piłka po raz pierwszy wpadła do płockiej bramki, ale arbiter odgwizdał spalonego, który zamienił w analizę VAR, a tę w rzut karny za zagranie ręką przez jednego z obrońców. Do jedenastki podszedł Sebastian Bergier i trafił piłką w słupek (to drugi zmarnowany karny GieKSy w drugim kolejnym meczu), a dobitka Grzegorza Rogali zza pola karnego została wybroniona przez Krzysztofa Kamińskiego.
Dla bramkarza Wisły był to dopiero początek trudnych chwil i ostatni uśmiech szczęścia. W 28 minucie nie miał nic do powiedzenia przy główce Marcina Wasielewskiego po podaniu Oskara Repki, a kilkadziesiąt sekund później golkiper popełnił bardzo poważny błąd próbując piąstkować piłkę spadającą na poprzeczkę, a w efekcie zbijając ją pod nogi stojącego tuż przed linią bramkową Arkadiusza Jędrycha. Goście nie zamierzali jednak paść na łopatki i w doliczonym czasie gry pierwszej połowy dwukrotnie mógł się wykazać Dawid Kudła.
Jeśli fanom wrażeń mogło być za mało, to początek drugiej odslony musiał ich zadowolić w zupełności. W ciągu pięciu minut padły dwa kolejne gole – najpierw wynik podwyższyli katowiczanie po mocnym uderzeniu Grzegorza Rogali, a później skrócili dystans płocczanie strzałem głową Łukasza Sekulskiego. A potem akcje sunęły raz za razem w obie strony, ale to Wisła była bliższa złapania kontaktu.
Z tej wymiany akcji znów górą wyszła GieKSa. W 78 minucie Rafał Górak dokonał podwójnej zmiany. Na boisko weszli Alan Bród i Adrian Danek. Ten drugi od razu pobiegł w pole karne i potężnym strzałem strzelił dla gospodarzy gola numer cztery!
Dzięki efektownemu zwycięstwu GKS na początku czwartej kolejki awansował na drugie miejsce w tabeli!
sportdziennik.com – Moc GieKSy! „Nafciarze” rozgromieni
Drugie z rzędu domowe zwycięstwo katowiczan. Gładko rozprawili się ze spadkowiczem z Płocka.
Przez cały poprzedni sezon nie zdarzyło się, by GKS odniósł dwa z rzędu domowe zwycięstwa. W tym ledwie co rozpoczętym potrzebował do tego dwóch pierwszych spotkań. W drugiej kolejce pokonał 3:1 Chrobrego Głogów, dołującego, a w piątkowy wieczór poszedł za ciosem i z jeszcze wyższym kwitkiem odprawił płocczan. Dla spadkowicza była to pierwsza w sezonie porażka, wcześniej zanotował 3 remisy 1:1.
Na pierwszy plan wysunęli się obrońcy. To ich łupem padły wszystkie cztery bramki zdobyte przez GieKSę, autorstwa kolejno Marcina Wasielewskiego, Arkadiusza Jędrycha, Grzegorza Rogali i wprowadzonego z ławki Adriana Danka. Wasielewski, Rogala i Danek to wahadłowi. Trzeba przyznać, że dokonali niecodziennego wyczynu.
Skoro była mowa o golach obrońców, to drogę do siatki znalazł też Bartosz Jaroszek, ale wtedy skończyło się nie bramką, lecz rzutem karnym. GKS-u nie złamał, a został zmarnowany jeszcze przez Sebastiana Bergiera – i to przy stanie 0:0. Piłka po jego strzale odbiła się od słupka. Była to druga z rzędu (w Lublinie – Jakub Arak), a już piąta w tym roku niewykorzystana „jedenastka” przez katowiczan, także jakież ma to teraz znaczenie?
GieKSa na starcie sezonu może się podobać, ma na koncie 7 punktów… Trener Rafał Górak ma powody do zadowolenia, a patrząc statystycznie, to dla niego szczególny czas. Poprowadził katowiczan już po raz 226. i przebił najlepszego dotąd pod tym względem w dziejach Piotra Piekarczyka. Legendarnego „Orzecha” będzie teraz dystansować – kolejny występ za 10 dni, kiedy to jego drużyna zmierzy się na wyjeździe z beniaminkiem z Pruszkowa.
wisla-plock.pl – Pierwsza przegrana
Nieco lepiej w spotkanie weszła Wisła Płock. Nie były to co prawda bardzo groźne ataki, jednak można wyróżnić zablokowany strzał Beniamina Czajki z obrębu pola karnego, czy też zbyt lekką główkę Marcina Biernata. Nafciarze bardzo dobry, szybki kontratak przeprowadzili w dziesiątej minucie. Niestety Nikola Srećković uderzał niezbyt czysto, a piłka i tak została zablokowana. Gospodarze odpowiedzieli natomiast próbą z dystansu Oskara Repki. Zdecydowanie niecelną. Chwilę potem nasza kolejna akcja zaczęła się od doskonałego przerzutu Fabiana Hiszpańskiego. Na koniec Łukasz Sekulski wystawił futbolówkę do Mateusza Szwocha, jednak i on został zablokowany. Niestety mocniej zakotłowało się w naszym polu karnym po kwadransie. Krzysztof Kamiński dwukrotnie interweniował, ale piłka i tak wylądowała w siatce, choć gol ten nie został uznany. Przy tej samej akcji po analizie VAR arbiter podyktował jednak rzut karny dla gospodarzy po zagraniu ręką przez Beniamina Czajkę. Do ustawionej na jedenastym metrze piłki podszedł Sebastian Bergier. Napastnik trafił jednak w słupek, a zaraz potem kapitalną interwencją popisał się jeszcze nasz golkiper. Nie ma gola!
Zaraz potem widowiskowym zwodem popisał się Adrian Błąd, który został jednak pod polem karnym sfaulowany. Sam poszkodowany z tego stałego fragmentu gry uderzył. Płasko i prosto w Krzysztofa Kamińskiego. Niestety po niespełna pół godziny gry gospodarze wyszli już na prowadzenie. Oskar Repka miękko wrzucił w pole karne, gdzie ładnym wykończeniem popisał się Marcin Wasielewski. Kilka minut później GKS Katowice podwyższył to prowadzenie. Dośrodkowanie z rzutu wolnego, główka jednego z przeciwników i naszego niepewnie interweniującego golkipera pokonał Arkadiusz Jędrych. Nafciarze starali się do końca pierwszej połowy zaatakować, jednak brakowało nam albo konkretów, albo próby (jak na przykład Fryderyka Gerbowskiego) były blokowane. Groźniej było dopiero przed gwizdkiem. Dawid Kudła wybronił jednak strzał na bliższy słupek Nikoli Srećkovicia.
W drugą połowę, mimo aż trzech przeprowadzonych zmian, nie udało nam się wejść dobrze. Szybko bowiem gospodarze zdobyli trzecią bramkę. Dobrze rozprowadzony atak i mocnym strzałem po bliższym rogu Krzysztofa Kamińskiego zaskoczył Grzegorz Rogala. Na szczęście dosłownie chwilę potem zmniejszyliśmy straty. Z lewego skrzydła dośrodkował wprowadzony na boisko Paweł Chrupałła, a skutecznie główkował Łukasz Sekulski. W kolejnej akcji o włos od zdobycia kontaktowej bramki był Marcin Biernat, który uderzał głową po centrze Fabiana Hiszpańskiego. Świetną interwencją popisał się niestety Dawid Kudła. Po godzinie gry przed szansą stanął także David Niepsuj. Dobry kontratak Nafciarzy, jednak uderzenie bocznego defensora było zdecydowanie za lekkie, a w dodatku w sam środek bramki gospodarzy.
Przeciwnicy odpowiedzieli za to niezłym, jednak niecelnym wolejem Oskara Repki. W siedemdziesiątej minucie z dystansu potężnie uderzył natomiast Paweł Chrupałła. Niestety nad bramką. Następnie mieliśmy kilka akcji z obu stron, aż na kilkanaście minut przed ostatnim gwizdkiem gospodarze znów podwyższyli wynik. Z prawego skrzydła po bliższym rogu huknął wprowadzony z ławki Adrian Danek. Do końca nic już się nie zmieniło, także za sprawą interwencji naszego bramkarza (jak przy próbie Mateusza Marca). Ponieśliśmy więc pierwszą porażkę w tym sezonie.
portalplock.pl – Niezły początek, ale potem katastrofa. Wisła wysoko przegrywa w Katowicach
[…] To Wisła weszła lepiej w spotkanie, choć bardzo dobrej okazji do zdobycia bramki brakowało. Po kwadransie inicjatywę przejęli gospodarze i nawet strzelili bramkę, ale dobijający piłkę w zamieszaniu Bartosz Jaroszek był na wyraźnym spalonym. Do akcji wkroczył VAR, który wskazał zagranie ręką. Sędzia Krasny uznał, że Beniamin Czajka zagrał ręką i katowiczanie ustawili piłkę na 11. metrze. Strzał Sebastiana Bergiera zatrzymał się jednak na słupku, po chwili dobitkę Krzysztof Kamiński odbił dobitkę w bardzo dobrym stylu i było 0:0.
GieKSa przejęła jednak inicjatywę i po niespełna pół godziny gry strzeliła bramkę. Świetne dośrodkowanie Oskara Repki wykorzystał Marcin Wasielewski. Uprzedził Adama Chrzanowskiego i świetnym „szczupakiem” pokonał Kamińskiego. Koszmar bramkarza Wisły dopiero się rozpoczynał.
Zaledwie 4 minuty później było już 2:0. Gospodarze egzekwowali rzut wolny z dość daleka. Wbitą na skraj pola karnego piłkę podbił jeden z piłkarzy Gieksy. Futbolówka leniwie opadała w bramkę Wisły pod samą poprzeczkę. Wydaje się, że Kamiński nie potrafił się zdecydować – łapać czy przenosić futbolówkę nad poprzeczką. Skończyło się na odbiciu jej w siatkarskim stylu, ta spadła pod nogi Arkadiusza Jędrycha i było 2:0.
Wisła na kilka minut całkowicie zgasła, choć w doliczonym czasie gry podopieczni Marka Saganowskiego pokazali oznaki życia. Nikola Srećković uderzył groźnie, ale Dawid Kudła był na posterunku. Jeszcze lepszą interwencją popisał się przy strzale głową Łukasza Sekulskiego.
Szkoleniowiec Nafciarzy nie miał wielkiego wyboru. Musiał reagować, bo wydarzenia boiskowe kompletnie nie układały się po myśli jego podopiecznych. Na drugą połowę nie wyszli już Adam Chrzanowski, Filip Lesniak i Fryderyk Gerbowski. Na boisku zameldowali się Paweł Chrupałła, autor 2 bramek w meczu z KTS-em Weszło, Jakub Grić i Adrian Szczutowski. Nowi zawodnicy nie zdążyli dobrze dotknąć piłki, a było 3:1. Grzegorz Rogala huknął ze skraju pola karnego po krótkim słupku i zaskoczył Kamińskiego. Wydaje się, że i w tej sytuacji bramkarz Wisły powinien zachować się lepiej.
Nafciarze ruszyli do ataku i na kilkadziesiąt minut przejęli inicjatywę. Już w 50. minucie Łukasz Sekulski zdobył bramkę i wydawało się, że Wisła pójdzie za ciosem. Gotowało się w polu karnym GKS-u, ale nie udało się zdobyć drugiej bramki.
Gospodarze podwyższyli za to na 4:1. Kapitalnym strzałem, pod samą poprzeczkę, popisał się Adrian Danek i ustalił wynik spotkania. Bezradni goście nie byli w stanie już nic więcej zrobić. Warto jednak odnotować, że dwie świetne interwencje (już przy wyniku 4:1) odnotował Krzyszof Kamiński, choć to z żadnym stopniu nie zmazuje jego pomyłek, zwłaszcza przy drugiej bramce.
polsatsport.pl – GKS Katowice przerwał serię Wisły Płock. Pięć goli przy Bukowej
GKS Katowice przerwał serię remisów (trzy mecze po 1:1) Wisły Płock, pokonując „Nafciarzy” 4:1. Kuriozalną interwencją popisał się Krzysztof Kamiński przy bramce na 2:0 dla katowiczan.
Wydawało się, że gol, otwierający wynik meczu, padnie już w 17. minucie. Wszystko za sprawą ogromnego zamieszania pod bramką zespołu gości. Strzały oddawali Antoni Kozubal i Mateusz Mak – oba obronił Kamiński. Piłka w końcu wpadła do bramki płocczan po strzale Bartosza Jaroszka.
Po interwencji VAR sędzia Sebastian Krasny postanowił nie uznać trafienia, dyktując jednak „jedenastkę”. Ręką w polu karnym zagrał 23-letni obrońca Wisły Płock Beniamin Czajka. Rzutu karnego nie wykorzystał Sebastian Bergier. Wrocławianin trafił w słupek, jednak chwilę później piłka trafiła pod nogi Grzegorza Rogali. Świetną interwencją popisał się jednak Kamiński.
W 28. minucie spotkania GKS w końcu objął prowadzenie. Znajdujący się w okolicy 20. metra Oskar Repka świetnie odnalazł nabiegającego w polu karnym Marcina Wasielewskiego, który pokonał golkipera Wisły.
Zaledwie cztery minuty później padła bramka na 2:0. Kuriozalną interwencją popisał się Krzysztof Kamiński. Gdy wydawało się, że 32-latek mógł na spokojnie złapać wolno lecącą piłkę, ten postanowił sparować ją przed siebie. Nie trafił jednak czysto w „futbolówkę”, która trafiła pod nogi kapitana GKS Arkadiusza Jędrycha. Ten trafił do siatki, podwyższając prowadzenie swojego zespołu.
Już minutę po rozpoczęciu drugiej połowy silnym strzałem Kamińskiego zaskoczył Grzegorz Rogala. W 50. minucie honorową bramkę dla Wisły zdobył głową Łukasz Sekulski, obsłużony dobrym dośrodkowaniem Pawła Chrupałły. W 78. minucie w najlepszy możliwy sposób ze swoimi kibicami przywitał się wprowadzony z ławki rezerwowych Adrian Danek. Napastnik strzelił pięknego gola od poprzeczki.
infokatowice.pl – GieKSa gromi spadkowicza z ekstraklasy
GieKSa rozegrała kolejne bardzo dobre spotkanie na własnym stadionie i w pełni zasłużenie pokonała grającą jeszcze w zeszłym sezonie w ekstraklasie Wisłę Płock 4:1.
Od początku spotkania przewagę na boisku uzyskali gospodarze. Pierwszą okazję do zdobycia bramki katowiczanie mieli w 17 min. Co prawda Bartosz Jaroszek umieścił piłkę w siatce, gol nie został jednak uznany z powodu pozycji spalonej. W tej samej akcji sędzia dopatrzył się zagrania ręką jednego z obrońców i po konsultacji z VAR-em podyktował rzut karny. Do jedenastki podszedł Sebastian Bergier, trafił jednak w słupek. Ta sytuacja tylko podrażniła Trójkolorowych. W 26 min. ładną sztuczką techniczną przed polem karnym popisał się Błąd. Obrońcy ratowali się w tej sytuacji faulem, ale strzał z rzutu wolnego wykonany przez samego poszkodowanego trafił w ręce Kamińskiego. Dwie minuty później kibice na Bukowej w końcu doczekali się bramki dla swojej drużyny. Po dobrym dośrodkowaniu do piłki doskoczył Wasilewski i mocnym uderzeniem z głowy nie dał golkiperowi gości żadnych szans. Cztery minuty później Bukowa ponownie eksplodowała. Co prawda Kamiński odbił lecącą do bramki piłkę, ale trafiła ona pod nogi Jędrycha, który z najbliższej odległości wpakował ją do siatki. W doliczonym czasie gry dali o sobie znać także zawodnicy Wisły, którzy dwukrotnie byli blisko pokonania Kudły, ten jednak w obu przypadkach popisał się świetnymi interwencjami i po 45 minutach GieKSa zasłużenie prowadziła 2:0.
Druga odsłona nie mogła się zacząć dla GieKSy lepiej. Już w 47 min. dynamiczną akcją popisał się Kozubal, który odegrał do Rogali, a ten podwyższył wynik spotkania. W 49 min. blisko kontaktowego gola byli przyjezdni, futbolówkę lecąc w stronę bramki zablokował na szczęście Komor. Minutę później Kudła po trafieniu Sekulskiego musiał jednak wyciągać piłkę z siatki. W 57 min. mogło być już tylko 3:2, lecz tym razem bramkarz GieKSy nie dał się zaskoczyć. Kolejne minuty to przewaga gości, katowiczanie umiejętnie się jednak bronili, a w 78 min. przepiękną bramką popisał się wprowadzony kilkadziesiąt sekund wcześniej Adrian Danek i było już 4:1. Takim też wynikiem zakończyło się całe spotkanie, choć podopieczni trenera Rafała Góraka mieli jeszcze okazje do zdobycia kolejnych bramek.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze