Dołącz do nas

Hokej Prasówka Siatkówka Stadion Szachy

Wielosekcyjny przegląd doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia: Łopaty poszły w ruch!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki, hokeja oraz szachów GieKSy.

Piłkarki pauzowały ze względu na przygotowania reprezentacji Polski do spotkań eliminacji Mistrzostwa Świata. Następny mecz nasze Panie rozegrają u siebie w ostatni weekend października z Medykiem Konin. Piłkarze rozegrali w minionym tygodniu jedno spotkanie w ramach Fortuna I Liga z Skrą Częstochowa. GieKSa zremisowała 0:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Oficjalnie rozpoczęto budowę nowego stadionu GieKSy przy ulicy Upadowej.

W trzeciej kolejce PlusLigi siatkarze przegrali 1:3 z Aluron CMC Warta Zawiercie. Kolejny mecz drużyna zagra w piątek z beniaminkiem w LUK Lublin, na wyjeździe.

Hokeiści rozegrali dwa mecze: w czwartek w Katowicach przegrali z Zagłębiem Sosnowiec 0:2. W niedzielę zespół wygrał z jednym z pretendentów do Mistrzostwa Polski JKH GKS Jastrzębie 5:2. Nasza drużyna jest w dalszym ciągu liderem  rozgrywek z przewagą dwóch punktów nad KH Energa Toruń.

 

PIŁKA NOŻNA

infokatowice.pl – Dzisiaj rozpoczęła się symboliczna budowa stadionu miejskiego w Katowicach. Wyciętych zostanie około 500 drzew

Dzisiaj rozpoczęła się symboliczna budowa stadionu miejskiego w Katowicach. Wyciętych zostanie około 500 drzew. Prezydent Katowic wraz z przedstawicielami NDI oraz kibiców wbił pierwszą łopatę na budowie obiektu. Powstanie stadion na 15 tys. miejsc, hala sportowa i zaplecze treningowe.

„Jestem przekonany, że ten obiekt stanie się kolejną wizytówką miasta. Uważam, że stadion wpisze się w krajobraz Katowic i stanie się rozpoznawalny. Będzie widoczny z autostrady A4” – mówi Marcin Krupa prezydent Katowic. „Chcemy by był to obiekt funkcjonalny, skrojony na miarę potrzeb Katowic ale przede wszystkim nowoczesny i dobrze wkomponowany w miasto – dodaje prezydent, który podkreśla – niewątpliwym atutem realizacji inwestycji w tym miejscu jest możliwość rewitalizacji kolejnego obszaru naszego miasta” – dodaje.

[…] Inwestycja została podzielona na dwa etapy. Pierwszy z nich, realizowany przez NDI, to budowa stadionu, hali widowiskowo-sportowej, oraz placu głównego, dwóch pełnowymiarowych boisk szkoleniowych i parkingów dla autokarów i samochodów osobowych. Rozpocznie się także zagospodarowanie terenu wokół stadionu wraz z budową dróg, chodników i tras rowerowych.

„Wbicie pierwszej łopaty jest zawsze symbolicznym wydarzeniem na budowie” – mówi Małgorzata Winiarek Gajewska, Prezes Grupy NDI. „Cieszymy się na rozpoczęcie budowy Stadionu Miejskiego w Katowicach i możliwość kontynuacji współpracy z samorządem Katowic. Zrealizowaliśmy dla Miasta przebudowę Centrum w strefie Rondo-Rynek, a niedawno zakończyliśmy budowę dwóch basenów w Brynowie i Szopienicach. Budujemy ważny węzeł drogowy DK 81/86. Dla naszego oddziału NDI Południe 2021 rok jest szczególnie ważny ponieważ oddział obchodzi 10 lecie swojego istnienia i rozpoczęcie budowy tak ciekawego obiektu z pewnością umocni jego pozycję na Śląsku”  – dodaje prezes NDI.

Działka pod inwestycje kosztowała 302 tys. zł.

„Jako Katowiczanin, którym jestem z pokolenia na pokolenie, cieszę się że miasto rozpoczyna budowę obiektu, z którego mam nadzieję,  wszyscy będziemy niedługo dumni. Stadionu i hali, z której korzystać będziemy wszyscy mieszkający w Katowicac”h – powiedział Piotr Koszecki prezes Stowarzyszenia Kibiców “SK 1964”. „ Moją obecność tutaj odbieram jako uhonorowanie dla wszystkich kibiców GieKSy, którzy przez te wszystkie lata robili wszystko, by ten stadion powstał” – dodaje.

Pierwszy etap inwestycji obejmujący budowę stadionu, hali sportowej, dwóch boisk treningowych, miejsc parkingowych oraz niezbędnej infrastruktury drogowej – zgodnie z harmonogramem powinien zakończyć się z końcem sierpnia 2024 r. W ramach drugiego etapu budowy kompleksu, do istniejących już wtedy obiektów, dołączą 4 dodatkowe boiska treningowe, pole do praktyki bramkarskiej, dodatkowe drogi i miejsca parkingowe. Pierwsza faza inwestycji kosztować będzie ok. 205 mln zł, natomiast druga szacowana na podstawie kosztorysu inwestorskiego – ok. 42 mln zł. Finansowanie budowy kompleksu sportowego będzie pochodziło z budżetu miasta oraz ew. obligacji.

 

sportdziennik.com – Łopaty poszły w ruch!

Choć niejeden kibic GieKSy stracił już nadzieję, dzisiaj dokonało się: na katowickiej Załęskiej Hałdzie wbita została symboliczna łopata pod budowę kompleksu sportowego z 15-tysięcznym stadionem i 3-tysięczną halą! Kosztować będzie 205 mln zł, budowa potrwa co najmniej 3 lata.

Chłodny, ale suchy poranek 14 października 2021 roku przejdzie do historii Katowic i GKS-u. Dzisiaj na Załęskiej Hałdzie, przy ulicy Upadowej, w sąsiedztwie autostrady A4, rozpoczęła się budowa nowego stadionu, który wejdzie w skład kompleksu sportowego. Obok 15-tysięcznika, tworzyć go będzie 3-tysięczna hala, boiska treningowe i niezbędna infrastruktura towarzysząca. Tu, gdzie dziś jest „ściernisko”, za niecałe 3 lata – 31 sierpnia 2024, jak przewiduje umowa – gotowy do użytku będzie nowy dom dla GieKSy i nowa wizytówka stolicy Górnego Śląska.

Symboliczne pierwsze łopaty w miejscu, gdzie zlokalizowany będzie środek boiska, wbili dzisiaj prezydent miasta Marcin Krupa, prezes stowarzyszenia kibiców „SK 1964” Piotr Koszecki oraz Małgorzata Winiarek-Gajewska prezes firmy NDI, która zbuduje obiekt za 205 milionów złotych brutto, bo na tyle opiewa wartość kontraktu.

[…] W ostatnich latach mieli oni prawo zwątpić, że dożyją takiego dnia, czego kumulacją był medialny spór z projektantem, firmą RS Architekci, która niecałe 2 lata temu przedstawiła kosztorys inwestorski rażąco przekraczający założony przez miasto budżet. Wystarczył kwartał, by strony zamiast przekrzykiwać się w prasie, dogadały się i podzieliły projekt na dwie fazy. Realizacja tej pierwszej właśnie się zaczęła. Ta druga – obejmująca kolejne boiska treningowe, infrastrukturę towarzyszącą – na razie pozostaje planem na dalszą przyszłość. Jej koszt szacowany jest wstępnie na 42 mln zł.

Na razie GKS zostaje przy Bukowej, ale zyskał piękną perspektywę wyprowadzki do nowego domu, który będzie służył nie tylko piłkarzom, bo również siatkarzom.

[…] 14 893 WIDZÓW – taką pojemność będzie mieć dokładnie nowy katowicki stadion. Sektor gości pomieści 773 osoby.

2792 MIEJSCA to z kolei pojemność hali sportowej

205 MILIONÓW ZŁOTYCH brutto kosztować będzie budowa kompleksu

252 MIEJSCA POSTOJOWE dla aut znajdą się na parkingu. 11 miejsc przewidziano dla autobusów.

 

dziennikzachodni.pl – Dlaczego na rozpoczęciu budowy stadionu nie było prezesa GKS Katowice? Znamy odpowiedź

Na inauguracji budowy nowego stadionu GKS Katowice przemawiali prezydent miasta Marcin Krupa, prezes realizującej inwestycję Grupy NDI Małgorzata Winiarek-Gajewska oraz prezes Stowarzyszenia Kibiców „SK 1964” Piotr Koszecki. Dlaczego nie było szefa klubu z Bukowej Marka Szczerbowskiego?

To była zastanawiająca nieobecność. Na wyczekiwanym od wielu lat rozpoczęciu budowy nowego stadionu GKS Katowice nie pojawił się prezes Marek Szczerbowski. Z klubu pojawiła się za to ekipa medialna oraz grupa kibiców. Ich przedstawiciel Piotr Koszecki przemawiał obok prezydenta miasta Marcina Krupy i prezes zarządu Grupy NDI Małgorzaty Winiarek-Gajewskiej.

Dlaczego władze klubu nie były reprezentowane w takim momencie? Zapytaliśmy o to prezydenta Katowic.

– Popełniliśmy faux pas, zapomnieliśmy zaprosić władze klubu. Uświadomiłem to sobie wchodząc na podest, z którego przemawialiśmy… Wtedy zorientowałem się, że nie ma z nami nikogo z klubu. Ale nie wiem, może prezes jest na urlopie? Nie wiem, naprawdę, jak to się stało – przyznał Marcin Krupa.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Zawiercianie oddali tylko seta

Silny zespół Aluron CMC Warty Zawiercie kroczy od zwycięstw do zwycięstwa. „Jurajscy rycerze” do tej pory pozwolili swoim rywalom na wygranie po jednym secie w każdym meczu. Podopieczni trenera Igora Kolakovicia mają wysokie aspiracje w tym sezonie i do końca będzie trwała walka o czołową „4”.

Thomas Rousseaux od początku tygodnia zaczął trenować, zaś w Zawierciu pojawił się już w wyjściowym składzie. I nie zawiódł oczekiwań i zaprezentował niezłe umiejętności, ale z meczu na mecz powinno być lepiej. Duet Rousseaux – Jakub Szymański świetnie się uzupełniali, ale jego koledzy również wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Stąd też w 1. secie katowiczanie od stanu 15:15 wypracowali 4 „oczka” przewagi i skrzętnie jej pilnowali. Jakub Jarosz był nieuchwytny dla rywali, a ponadto katowiczanie stawiali solidne zasieki. Wygrana tej odsłony nie było zaskoczeniem, bo goście prezentowali równą grę i popełnili znacznie mniej błędów.

W zespole Warty pod koniec 1. seta w roli rozgrywającego pojawił się Maximiliano Cavanna, zastępując Miguela Tavaresa. Z kolei Mateusz Malinowski wszedł za Dawida Konarskiego na pozycję atakującego. W 2. odsłonie przy stanie 4:6 na parkiecie zamiast Facundo Contego pojawił się Piotr Orczyk. To była niezwykle trafna decyzja, bo wzmocnił siłę ataku, ale przede wszystkim uspokoił przyjęcie. Ste rozstrzygnął się w samej końcówce. Gospodarze doprowadzili do remisu 20:20, za chwilę Malinowski popisał się asem serwisowym. Udany atak Orczyka i dwa autowe ataki Szymańskiego oraz punkt Urosa Kovacevicia zakończył tę partię.

A kolejna była nieudana w wykonaniu gości, choć początkowo wynik oscylował wokół remisu. Jednak gospodarze z każdą akcją nabierali pewności. Po błędzie Piotra Haina objęli prowadzenie 16:12 i skrzętnie je powiększali. Trener Grzegorz Słaby dokonywał zmian na pozycjach, ale niewiele wskórał. Serbski przyjmujący grał równo przez całe spotkanie, a do niego dołączyli Orczyk z Malinowskim. Gospodarze 4. seta rozpoczęli w imponującym stylu, bo od prowadzenia 5:0 i 8:2, ale  trener Słaby dokonał zmiany. Miejsce Ma’a na rozegraniu ponownie zajął Jakub Nowosielski i goście zaczęli odrabiać straty. Niemal do samego kończyła się twarda walka, ale znów w końcowych fragmentach gospodarze byli dokładniejsi i zdołali doprowadzić do wygrania seta. Tym samym gospodarze sprawili prezent prezesowi klubu, który obchodził urodziny.

Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:1 (21:25, 25:20, 25:19, 25:21)

 

HOKEJ

sportdziennik.pl – Zagłębie Sosnowiec utarło nosa liderowi

Sosnowiczanie niezwykle cenny komplet punktów zdobyli w pełni zasłużenie.

[…] Od pierwszego gwizdka uwidoczniła się spora przewaga gospodarzy, lecz nie została udokumentowana. Patryk Wronka 2-krotnie znalazł się w dogodnej sytuacji, ale nie zdołał posłać krążka do bramki. Z kolei Anthon Eriksson w 17 min trafił w słupek. Katowiczanie 2 razy grali w osłabieniu, jednak bez większego kłopotu się obronili. Goście w obu przypadkach grali zbyt nerwowo i chaotycznie, by poważnie zagrozić bramce Johna Murraya.

Sosnowiczanie zdecydowanie lepiej zaprezentowali w 2. odsłonie i zaczęli śmiało atakować i katowicki bramkarz musiał się wykazać refleksem. Gdy w 23:58 min do boksu kar powędrował Mateusz Rompkowski, goście uzyskali prowadzenie. Martin Przygodzki odważnie wjechał w tercję rywala i podał do podążającego za nim Jarosława Rzeszutki. Ten błyskawicznie uderzył i Murray nie miał żadnych szans. Sosnowiczanie jeszcze kilka minut grali jak równy z równym, ale potem znów zarysowała się przewaga gospodarzy. Bartosz Fraszko i Grzegorz Pasiut mieli wręcz idealne sytuacje do zdobyci goli, ale po raz kolejny górą był Kotuła.

Goście mieli trudne momenty gdy na ławie kar najpierw przebywał Tomasz Kozłowski, a potem Armen Choperia, jednak zdołali się wybronić. Na 1,7 sek. przed przerwą sędzia liniowy dostrzegł 6 sosnowiczan na lodzie i Zagłębie otrzymało karę techniczną. Trener Klich, były sędzia, nie szczędził gorzkich słów pod adresem swoich byłych kolegów, ale hokeiści Zagłębia zaczynali ostatnią tercję w osłabieniu.

Wybronili osłabienie i rozpoczął się twardy bój. Jedni i drudzy już nie kalkulowali i szukali swoich szans na zdobycie gola. Obaj bramkarze byli nie do pokonania. Im bliżej końca gospodarze grali niezwykle nerwowo. Na niespełna 2 min przed końcem trener Płachta wycofał bramkarza i Martin Przygodzki posłał krążek do pustej bramki. Hokeiści Zagłębia odnieśli sensacyjne zwycięstwo, ale w pełni zasłużone, bo zagrali z niezwykłą ambicją.

 

Aż leciały iskry…

Katowiczanie w czwartek dość nieoczekiwanie przegrali z Zagłębiem 0:2. Z kolei obrońcy tytułu mistrzowskiego wygrali na własnym lodzie z GKS-em Tychy.

Tym razem rolę się odwróciły. Katowiczanie na własnym lodzie pewnie wygrali, bo wykazali się znacznie lepszą skutecznością. W meczach czołowych drużyn trudno wytypować zwycięzcę.

Jastrzębianie pojawili się w Katowicach w nieco uszczuplonym gronie. Zabrakło Rusłana Baszirowa, który został zawieszony za bójkę w meczu z Tychami. Z kolei Mateusz Bryk, czołowy defensor zespołu, ma kłopoty z kolanem i dzisiaj będzie diagnoza jak długo będzie pauzował. Jednak te nieobecności podziałały na drużynę mobilizująco i zespół JKH GKS-u szybko prowadzenie po akcji braci Łukasza i Radosława Nalewajków.

Zdecydowanie lepiej powinni się zachować obrońcy gospodarzy, bo dopuścili do strzału lewoskrzydłowego gości. Ta strata gola sprawiła, że gospodarze zwiększyli tempo akcji i groźne ataki sunęły na bramkę Michała Kielera. Gdy Maciej Urbanowicz w boksie kar Bartosz Fraszko wyrównał. Natomiast Fin Joona Monto wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Kieler miał problemy z opanowaniem krążka i Monto go przechwycił i skierował do siatki. Ta pierwsza odsłona mogła się podobać, bo oba zespoły się nie oszczędzały.

Gospodarze w 2. tercji osiągnęli przewagę i stworzyli wiele okazji do zdobycia. Patryk Wronka nie skierował krążka do pustej bramki (29 min), zaś Fraszko tuż przed końcową syreną był sam na sam z Kielerem, ale spudłował. Jednak międzyczasie gospodarze 3 razy posyłali do siatki rywali. Mathias Lehtonen, jako jeden z grupy specjalnej, wykorzystał przewagę, zaś potem Fraszko i Mateusz Bepierszcz w odstępie zaledwie 16 sek. podwyższyli wynik meczu. Goście odpowiedzieli jednym trafieniem, ale przebywali zdecydowanie mniej w strefie rywala.

W 44 min Igor Smal zaatakował Horzelskiego i to był atak na głowę. A po chwili wywiązała się bójka z Witalisem Pawłowsem. Obaj zakończyli udział w tym meczu. To starcie podgrzało atmosferę nie tyko na lodzie, ale również na trybunach. Oba zespoły za wszelką cenę chciały zmienić wynik meczu, ale tym razem obyło się bez bramek.

 

SZACHY

rmf24.pl – Jan-Krzysztof Duda odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. „Nikt nie osiąga sukcesu sam”

Prezydent Andrzej Duda odznaczył arcymistrza szachowego Jana-Krzysztofa Dudę Złotym Krzyżem Zasługi za wybitne osiągnięcia sportowe i promowanie Polski na arenie międzynarodowej. Odznaczenia otrzymali także członkowie jego sztabu. Uroczystość odbyła się w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.

Na początku sierpnia arcymistrz Duda, po wygranej w półfinale z mistrzem świata Magnusem Carlsenem i w finale z Rosjaninem Siergiejem Karjakinem, został pierwszym w historii polskim triumfatorem turnieju o Puchar Świata w szachach. Sukces ten dał mu prawo uczestnictwa w przyszłorocznym turnieju kandydatów, który wyłoni przeciwnika mistrza świata w walce o tytuł.

Wielce szanowni odznaczeni, drogi Team-Duda. Zawsze mówię do Piotra Dudy, panie Janie-Krzysztofie, że trzeba solidarności. Że góra z górą się nie zejdzie, Duda z Dudą – zawsze. Ogromnie się cieszę, że ten wspaniały sukces, który udało się państwu osiągnąć, mogę dzisiaj w imieniu Rzeczpospolitej podkreślić jeszcze poprzez nadanie naszemu arcymistrzowi i państwu, jego współpracownikom, tych odznaczeń. Sukces jest rzeczywiście ogromny, chociaż pan Jan-Krzysztof jest jeszcze bardzo młody. To największy sukces od czasów naszych wielkich mistrzów, którzy reprezentowali Polskę jeszcze przed drugą wojną światową, zdobywali drużynowo złote medale na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku. Pana kariera, pana rozwój jest niesamowity. Puchar Świata i wcześniejsze kolejne laury są znaczące. Chcielibyśmy i tego życzymy, żeby zajął pan pierwsze miejsce w świecie – powiedział Andrzej Duda.

[…] Jan-Krzysztof Duda urodził się 26 kwietnia 1998 r. w Krakowie. W szachy gra od piątego roku życia. Zdobył m.in. tytuł mistrza świata do lat 10 (w 2008 roku), mistrza Europy do lat 14 (2012). Od 2013 roku jest arcymistrzem. W 2014 r. wywalczył złoty medal ME w szachach szybkich, a w 2018 został wicemistrzem świata w szachach błyskawicznych. W barwach reprezentacji Polski wywalczył brązowe medale w ubiegłorocznej olimpiadzie szachowej online oraz w drużynowych mistrzostwach świata w Chanty-Mansyjsku (2017).

W październiku 2020 roku podczas turnieju w Stavanger wygrał z mistrzem świata Carlsenem, przerywając jego serię 125 partii klasycznych bez porażki. Obecnie klasyfikowany jest na 15. miejscu w rankingu FIDE.

Dzisiaj Złotymi Krzyżami Zasługi odznaczeni zostali także członkowie jego sztabu z krakowskiej AWF, której studentem jest 23-letni arcymistrz: dr hab. Małgorzata Siekańska, zajmująca się psychologią sportu, dr Kordian Lach, koordynujący przygotowania fizyczne utalentowanego szachisty oraz Adam Dzwonkowski, szef Duda-Team, który podziękował w imieniu odznaczonych i pokrótce przypomniał karierę szachisty z Wieliczki.

Zaczęła się ona tak naprawdę… w kościele, kiedy mama wysłuchała przypowieści o talentach. Przez następne 18 lat Janek udowadniał wielokrotnie, że pokłady jego talentu są chyba większe niż soli w kopalni w Wieliczce, gdzie mieszka. Pracując z nim, mamy nadzieję, że to jest dopiero początek jego wspaniałej kariery – podkreślił Dzwonkowski.

W 2016 roku Duda został odznaczony przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi za osiągnięcia sportowe i popularyzację dyscypliny, a dwa lata później odebrał Puchar Prezydenta dla najlepszego szachisty kraju w roku stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

Prezydent Andrzej Duda i jego małżonka Agata Kornhauser-Duda otrzymali od odznaczonych unikatową figurkę konia szachowego, wyrzeźbioną w soli z kopalni w Wieliczce.

 

sport.interia.pl – Jan-Krzysztof Duda – szachowy Robert Lewandowski

– Szachista, który ćmi papierosa, zapada się w fotel i leniwie przesuwa figury, to obraz z krzywego zwierciadła. Stereotyp krzywdzący, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Szachista to dziś także atleta – mówi Interii Kordian Lach, trener odpowiadający za przygotowanie fizyczne arcymistrza Jana-Krzysztofa Dudy.

[…] Ma pan pod ręką niezłego nauczyciela. Nie każdy może liczyć na porady jednego z najlepszych szachistów świata.

– To ja jestem po to, by pomagać Jankowi, a nie odwrotnie. Znam szachy na takim poziomie, że doradzać nie musi mi arcymistrz. Czasem zastanawiam się, czy nauka gry w szachy nie powinna zostać wprowadzona do programu szkół podstawowych. Choćby dla tych dzieci, które nie mogą ćwiczyć na lekcjach wychowania fizycznego. Jako pracownik AWF w Krakowie uważam, że taka szachowa specjalizacja dla nauczycieli WF-u na uczelniach mogłaby powstać. Dałaby to nauczycielom narzędzie do zaangażowania tych, którzy nie ćwiczą. Sport jest wciąż w Polsce mocno niedoceniany. A przecież w czasach, gdy oknem na świat jest dla nas ekran komputera, mamy głęboki deficyt ruchu. Trzeba się ruszać, choćby po to, żeby mieć potem siłę przed tym komputerem wysiedzieć wiele godzin.

Jak Jan-Krzysztof Duda na przykład?

– Partia szachowa trwa czasem pięć godzin. Rywale poddani są ekstremalnemu wysiłkowi intelektualnemu i fizycznemu. Ktoś słaby tego nie wytrzyma. Nie wysiedzi, straci koncentrację i przegra. Rozumieją to dziś wszyscy szachiści. A ci z topu przede wszystkim.

[…] Jak Janek trafił do pana?

– To był, zdaje się, pomysł jego ówczesnego trenera Leszka Ostrowskiego, mamy Wiesławy Dudy i Adama Dzwonkowskiego, który czuwał nad rozwojem Janka. Zdawali sobie sprawę, że turnieje szachowe to bardzo duży wysiłek, nie tylko intelektualny, ale i fizyczny. Janek chodził wtedy do gimnazjum. To był ostatni moment, by wypracować u niego nawyk i potrzebę ruchu. Musiał się wzmocnić. Być silny. Siedzenie przez 5-6 godzin przy szachownicy nadweręża mięśnie posturalne, nie mówiąc o tym, że zawodnik musi mieć sprawny umysł. Kiedy człowiek jest wyczerpany fizycznie, przestaje myśleć sprawnie i logicznie. Pamięć go zawodzi.

Trener Janka Kamil Mitoń opowiadał, że w finale Pucharu Świata w Soczi Janek pokonał Sergieja Karjakina, bo lepiej fizycznie zniósł trudy trzech tygodni zaciętej rywalizacji. W półfinale ograł mistrza świata Magnusa Carlsena, także dlatego, że był od niego mniej zmęczony. Wychodzi na to, że szachista musi być silny fizycznie.

– Widziałem migawki z finału z Soczi i Rosjanina, który padał na twarz ze zmęczenia. Tak, szachista światowej czołówki musi być sprawny i silny. Gdyby Janek nie zaczął trenować pływania i biegania jako nastolatek, a tylko rozwijał swój umysł przy szachownicy, w pewnym momencie kariery mogłoby mu czegoś zabraknąć. Mógłby poczuć zmęczenie. W człowieku musi istnieć harmonia między ciałem i umysłem.

Janek się nie buntował? Musiał się uczyć, grać w szachy, a tu jeszcze kazali mu biegać i pływać. Czy on miał normalne dzieciństwo?

– Najważniejsze było to, żeby zdobyć jego zaufanie do współpracy. Tak jak mieli jego zaufanie pan Ostrowski, czy Dzwonkowski. Oni przekonali go do treningu fizycznego, ale ja też chciałem, żeby Janek poczuł, jaki jest w tym sens. W szkole miał indywidualny tok nauczania, trening szachowy to praca z trenerem. Wokół Janka nie było wielu ludzi, nie otaczał go tłum rówieśników. Był wtedy dość zamknięty w sobie. Trzeba było do niego dotrzeć. Nie chciałem, żeby cokolwiek robił na siłę. I chyba udało się. Stworzyliśmy wokół niego zgrany team. A czy miał dzieciństwo jak inni? Miał inne. Dlatego jest tu, gdzie jest.

[…] Gdyby pan miał opowiedzieć o atutach Janka…

– … to nasz wywiad trwałby jeszcze długo. Motywacyjnie Janek jest fenomenem, który porównałbym do samego Roberta Lewandowskiego. Często trenerzy szukają nowinek, zachwycają się jakimiś przełomowymi metodami, tymczasem u podstaw sukcesu w sporcie jest pracowitość, systematyczność i konsekwencja. Świadomość, że nie ma drogi na skróty, że trzeba przejść jakąś drogę krok po kroku. To wymaga poświęcenia. Nie każdy jest na to gotowy. Było pewnie w polskiej piłce paru graczy, którzy, można by uważać, że byli bardziej utalentowani niż Lewandowski, ale dokonali innych wyborów. Ktoś woli skoczyć na piwo z kolegami, co nie jest grzechem. Ale ktoś inny w tym czasie idzie do siłowni lub robi dodatkowy trening. Umie znaleźć przyjemność w tym, czemu się poświęcił. Imprezy to przyjemności łatwe i szybkie. Nad innymi trzeba się napracować i nie są pewne. Jedna kontuzja potrafi przekreślić szanse sportowca. Ale te inne przyjemności mogą przynosić wiele satysfakcji. To kwestia motywacji. Ja nazwałbym Janka „szachowym Lewandowskim” właśnie ze względy na motywację do sportu. Wybitne jednostki potrafią się poświęcić. I zaryzykować.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Lipa

    18 października 2021 at 10:41

    Prezesik taka figura i ważna postać, że nawet jego ziomki z urzędu miasta o nim zapomnieli.. ????????
    W dodatku oficjalnie się do tego przyznali.
    Jest jebniecie. Haha

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga