Piłka nożna
Rywal pod Lupą: Martin Baran
W tym tygodniu przyjrzymy się bliżej doświadczonemu słowackiemu obrońcy Znicza Pruszków – Martinowi Baranowi, znanemu z występów na boiskach Ekstraklasy w barwach Jagiellonii Białystok i Polonii Warszawa. Zawodnikowi, który podczas swojej kariery musiał zmagać się z wieloma przeciwnościami losu, zwłaszcza na samym jej początku, kiedy był bliski rezygnacji z dalszej gry w piłkę.
Martin Baran urodził się w Presovie, trzecim co do wielkości mieście na Słowacji i to tam stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki. Jest wychowankiem miejscowego klubu Tatran Presov, najstarszego słowackiego klubu, który powstał jeszcze w XIX wieku (1898 r.) W seniorskim zespole zadebiutował w wieku 20 lat. Jego premierowy mecz w Słowackiej ekstraklasie przypadł na spotkanie 1. kolejki sezonu 2008/09 w meczu wyjazdowym z Artmedią Petrzalka. Trener Tatrana Roman Pivarnik wystawił Barana w pierwszej jedenastce i dał mu rozegrać pełne 90 minut. Debiut dla młodego obrońcy niestety nie był do końca udany, ponieważ jego zespół przegrał po golu z rzutu karnego, straconym w końcówce spotkania. Martin Baran wystąpił potem w kolejnych dwóch spotkaniach ligowych z Rużomberokiem i Żiliną, ale klub jeszcze przed zamknięciem letniego okna transferowego zdecydował się wypożyczyć go do grającego na zapleczu ekstraklasy FK LAFC Lučenec.
Po spędzeniu rundy jesiennej na wypożyczeniu w drugiej lidze Baran wrócił do swojego macierzystego klubu i przekonał do siebie trenera, dzięki czemu wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie Tatrana. Jego dobra gra nie umknęła uwadze skautom z lig zagranicznych i po młodzieżowego reprezentanta Słowacji zgłosiła się turecka Kasimpasa. Klub znad Bosforu zdecydował się wyłożyć za obrońcę 250 tys. euro i transfer do świeżo upieczonego beniaminka tureckiej Superligi stał się faktem.
Tureckie piekło
Pierwsze miesiące w nowych barwach dla Martina Barana były bardzo optymistyczne. Słowak był na dobrej drodze, by stać się podstawowym obrońcą Kasimpasy. Podczas przygotowań do sezonu grał w praktycznie każdym meczu towarzyskim. Trener Besim Durmus po udanym okresie przygotowawczym wystawił go także w pierwszej jedenastce na inaugurację sezonu, którą Kasimpasa rozgrywała na wyjeździe z Bursasporem. Jego zespół przegrał ten mecz 1:2, ale ówczesny szkoleniowiec Kasimpasy nie stracił ani trochę zaufania do słowackiego defensora, wystawiając go od pierwszej minuty w kolejnych 4 spotkaniach. Wtedy nadszedł przełomowy moment i początek problemów Martina Barana na tureckiej ziemi. Zawodnik został powołany na mecze eliminacji do mistrzostw Europy U-21 i już na początku zgrupowania otrzymał wiadomość, że z klubu po 4 porażkach na starcie ligi zwolniony został trener Besim Durmus. Zastąpił go Yilmaz Vural, który od razu sprowadził do klubu kilku nowych zawodników. Pozycja Barana w drużynie automatycznie się zmieniła i po powrocie do klubu z przerwy na kadrę, wystąpił jedynie 6 minut w domowym meczu przeciwko Galatasaray. Później było już tylko gorzej. Obrońca został praktycznie całkowicie skreślony przez nowego trenera i miał ogromne problemy, by w ogóle załapać się do kadry meczowej. Z racji, że Kasimpasa nie posiadała drużyny rezerw zawodnik poza udziałem w treningach, do końca sezonu nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu. Zawodnik trafił więc od początku sezonu 10/11 na roczne wypożyczenie do rodzimego Tatrana Presov, gdzie w końcu mógł zacząć odbudowywać swoją formę. Po sezonie spędzonym na Słowacji zawodnik, mając wciąż ważny kontrakt z Kasimpasą, miał wrócić do Turcji. Menedżer piłkarza poinformował go jednak, że trener zespołu nie widzi go w swoich planach i zawodnik może zostać znów gdzieś wypożyczony. Baran pozostał więc na Słowacji i czekał na telefon z ofertą od swojego menedżera. Mijały tygodnie, a reprezentujący interesy piłkarza Karol Csonto w dalszym ciągu nie znalazł mu żadnego klubu, po czym… przestał się odzywać i odbierać telefonów od piłkarza. Baran postanowił więc wrócić do Kasimpasy, gdzie niestety usłyszał, że nie stawił się w klubie na początku okresu przygotowawczego i jego umowa z klubem przestała być ważna. Dodatkowo fakt, że okno transferowe zostało zamknięte, oznaczało dla Słowaka, co najmniej pół roku bez grania. W zimie zdesperowany Baran zdecydował wyjechać się na testy do Malezji, gdzie spodobał się trenerowi i dzieliły go już od podpisania kontraktu tylko formalności. Dokładniej to jedynie wysłanie certyfikatu piłkarza z Turcji. Nikt jednak takowego certyfikatu do Malezji nie wysłał i po zamknięciu okna transferowego stało się jasne, że Martin Baran kolejne pół rok pozostanie bez klubu.
Jednak nie koniec…
Blokowanie zawodnika przez turecki klub wpłynęło na niego destrukcyjnie i Baran postanowił skończyć z grą w piłkę. Twierdził, że jeżeli stracił już rok, a Turcy w dalszym ciągu nie chcą oddać jego certyfikatu, dalsze kontynuowanie kariery nie ma najmniejszego sensu. Wtedy niespodziewanie pojawiła się iskierka nadziei. Okazało się, że Turcy nie wysyłając do Malezji jego certyfikatu, udowodnili, że w dalszym ciągiem jest on prawnie zawodnikiem Kasimpasy. Zawodnik całą sprawę skierował do FIFA, żądając wypłacenia pieniędzy za półtora roku kontraktu, który jednak okazał się ciągle ważny.
Zawodnik postanowił dać sobie ostatnią szansę i zaczął przygotowywać się indywidualnie. Wtedy skontaktował się z nim jego kolega Juraj Balaz, ówczesny piłkarz Polonii Bytom, która na mus szukała środkowego obrońcy. Martin Baran mówił później w wywiadach, że była to dla niego ostatnia szansa. Twierdził, że jeżeli wtedy nie udałoby mu się związać z klubem ze Śląska, zakończyłby swoją przygodę z piłką i poszedł do normalnej pracy. Na szczęście Baran szybko przekonał do siebie trenera Polonii Bytom i pozostało znów tylko i aż czekać na papiery z Turcji. Tym razem udało się go uzyskać, ale pojawił się inny problem… Na klubie z Bytomia ciążył zakaz transferowy, ale na szczęście na tydzień przed zamknięciem okienka transferowego PZPN czasowo go uchylił i Martin Baran w końcu mógł wrócić do piki na poważnie.
Gdyby nie tureckie perypetie kariera zawodnika mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej, bo Martin Baran był jednym z najlepiej zapowiadających się obrońców na Słowacji na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku.
Występy przeciwko GieKSie
Martin Baran w trakcie swojej dotychczasowej kariery miał możliwość pięciokrotnego rywalizowania z GieKSą. Nie były to zbyt udane konfrontacje dla słowackiego defensora, bo tylko raz zdarzyło mu się wyjść z nich zwycięsko. Mowa oczywiście o ostatnim takim spotkaniu, kiedy na inaugurację aktualnie trwającego sezonu udało mu się ze Zniczem Pruszków, wywieźć trzy punkty z Bukowej. Co ciekawe w żadnym ze spotkań rozgrywanych przeciwko GKS-owi, zespołom Barana nie udało się zachować czystego konta. Za każdym razem GieKSa znajdowała receptę na rozmontowanie bloku defensywnego, w którym znajdował się Słowak. Nie mamy oczywiście nic przeciwko, jeśli ta statystyka będzie miała swoją kontynuację już w niedzielę.
Wszystkie mecze Barana przeciwko GieKSie:
2011/12
GKS Katowice – Polonia Bytom 2:0 (grał 90 minut)
2012/13
GKS Katowice – Polonia Bytom 4:2 (grał 23 minuty)
2016/17
Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice 0:2 (grał 90 minut)
2017/18
GKS Katowice – Odra Opole 1:1 (grał 90 minut)
2019/20
GKS Katowice – Znicz Pruszków 1:3 (grał 90 minut + żółta kartka)
Bilans: 1 wygrana, 1 remis, 3 porażki – 383 minuty i żółta kartka
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze