Kibice Piłka nożna
Ranking kibiców gości na Bukowej od 2000 roku – miejsca 20-11
Dołączając do akcji #zostanwdomu i przeglądając stare zdjęcia dla zabicia czasu, zacząłem ponownie odświeżać fotki kibiców gości, którzy dawniej gościli w Katowicach na naszej legendarnej Trybunie Północnej (i nie tylko). Przez ostatnie 20 lat, sporo topowych ekip na Bukową zawitało, przez co widowisko do dziś wspominamy jako klasyk. Były również i ekipy, które liczbą nie „wbiły” się w ranking, ale ich wizyta jest do dziś pamiętna, jak np. Widzew Łódź, który wytargał kawałek naszej flagi „GKS Katowice” z buldogiem.
Postanowiłem stworzyć ranking, który obejmuje czas od wiosny 2000 roku i został uszeregowany według liczby kibiców gości. Oczywiście proszę potraktować to jako zabawę i z przymrużeniem oka, ze względu na oczywisty fakt, że Trybuna Północna została w 2011 roku zburzona, przez co później dużo topowych ekip nie miało możliwość pokazania się w konkretnej liczbie. W ostatnich latach daje się też we znaki policja i wojewoda. Warto pamiętać także, że przez rok nie było trybuny dla gości. Od 2008 roku, również pomimo istnienia legendarnego sektora gości, bilety na nasz stadion dla „odwiedzających” zostały ograniczone do 1000 osób, a stało się tak po awanturze z GKS-em Jastrzębie, gdy spotkanie zostało przerwane. W kilku przypadkach liczbę do rankingu danej ekipy zrobiły zgody, ale oczywiste jest, że sztamę się ma po to, aby ją wspierać. Liczby podaję na podstawie tego, jak oceniły się poszczególne ekipy gości. Sami ocenicie w komentarzach, kto przyjechał konkretnie, a kto ewentualnie „przekręcił licznik”. Nie zajmując już Waszego czasu, zapraszam do wspominania.
Wyróżnienie: Lech Poznań, wiosna 2003
Nim zacznę od dwudziestej pozycji, muszę wyróżnić fanów Lecha, którzy z przyczyn zwykłego liczbowego plebiscytu w formie zabawy nie są w TOP 20.
Kolejorz na tamte czasy, przyjeżdżając w 620 osób, pokazał wszystkim, jak zaczyna odjeżdżać polskiej scenie kibicowskiej pod każdym względem. Ich liczby wyjazdowe, oprawy i młyn u siebie robił takie wrażenie, że każda ekipa, która miała z nimi możliwość rozegrania spotkania na trybunach, ogromnie się mobilizowała i z nami nie było inaczej. Na samym meczu ich ogólna prezentacja, była jednym z najlepszych, jakie osobiście widziałem. Podział na barwy w formie pelerynek i kapitalne racowisko w tym konkretny doping, było czymś, czego „na raz” jeszcze nie widziałem. Warto wspomnieć, że Pyry na tym meczu, jechali Piotrowi Dziurowiczowi przez zablokowanie transferu naszego piłkarza do ich klubu oraz „pozdrawiali” naszego nowego pseudo sponsora Dospel, za co zdobyli nasz szacunek. Dla fanów Lecha jest to rekord w Katowicach, którego długo nie będą mieli okazji pobić. Jeszcze rok później, zagraliśmy z Lechem w naszym ostatnim sezonie Ekstraklasy, jednak wtedy KKS przyjechał w 180 osób i zasiadł na trybunie głównej.
20. Wisła Płock, jesień 2007
Na wstępie trzeba jasno zaznaczyć. Pomimo rekordu Nafciarzy, którzy przyjechali do nas w 200 osób, nie mieliby najmniejszej szansy być w rankingu. Jednak swoją robotę zrobiła ich ówczesna zgoda Torcida, która wsparła ZKS w 450 osób, przez co łącznie dopingowali swoich kopaczy w 650 głów. Ogólna liczba była sporym pozytywnym zaskoczeniem. Wcześniej fani z Płocka pojawiali się w Katowicach w bardzo skromnych liczbach lub wcale. Jak życie pokazało, zgoda Wisły z Górnikiem niedługo później przeszła do historii.
18. Cracovia, jesień 2004
Pasy, podobnie jak Nafciarze, wykręcili rekord w Katowicach. Pierwszy raz od 1983 roku była okazja rozegrania meczu ligowego GKS – Cracovia. Craxa na najbliższym wyjeździe w ekstraklasie zawitała w 700 osób w tym 100 fanów tyskiego GKS-u. Dla naszych ultrasów był to bardzo prestiżowy mecz, czego efektem była foliowa oprawa „Pierońskie Hanysy”.
18. Legia Warszawa, wiosna 2004
Na zakończenie sezonu 2003/2004 Legia, pogodzona z mistrzem Polski dla Wisły Kraków, udała się na ostatni wyjazd do Katowic. Nie przeszkodziło to Legii pokazać się w 700 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie Sosnowiec.
17. GKS Jastrzębie, wiosna 2008
W tamtym okresie ciśnienie z dwóch stron było ogromne. Nawarstwiło się one również faktem, że była okazja zagrać w 2006 roku jeszcze w 2. lidze. Kibice z Jastrzębia chcieli się pokazać w bardzo dobrej liczbie, ale konflikt naszych działaczy z Jastrzębiem wyszedł najgorzej jak mógł – kibice gości nie mogli się pojawić. Następna okazja nastąpiła właśnie w 2008 roku. Goście po ogromnej mobilizacji zorganizowali pociąg specjalny i przyjechali w 750 osób w tym ich dawne zgody Chemik Kędzierzyn-Koźle oraz Hutnik Kraków.
14. Górnik Zabrze, jesień 2008
Mecz w ramach Pucharu Polski. Już wtedy relacje z Torcidą były bardzo dobre, czego efektem było przybicie zgody rok później. Górnik na wtorkowym wyjeździe obecny w 800 osób.
14. Górnik Zabrze, jesień 2002
Były to derby przyćmione fatalną wieścią o przejęciu naszego klubu przez Dospel, a co najgorsze zmianą nazwy klubu. Kibice Górnika pojawili się w 800 osób, ale pomimo złych relacji w tamtym okresie, uszanowali nasz problem, z którym mógłby zmagać się każdy klub w Polsce i nie było „okolicznościowych” pocisków. Górnik pod względem ultras zaprezentował się bardzo solidnie. Jako pierwsza ekipa w Polsce, utworzyli na wyjeździe dwustronną kartoniadę w postaci napisu „KSG” i krzyża w barwach.
14. Legia Warszawa, wiosna 2002
Mecz, który każdy GieKSiarz weźmie ze sobą do grobu. Fantastyczne widowisko na boisko zapewnili piłkarze, przez co lubimy wspominać to spotkanie. Legioniści pojawili się łącznie w 800 osób i tradycyjnie, mogli liczyć na konkretne wsparcie Zagłębia.
13. Wisła Kraków, wiosna 2003
Kolejny piłkarski pojedynek, wspominany jako jeden z najlepszych w ostatnich dwudziestu latach. Wtedy po pokonaniu Wisły, marzenia o mistrzostwie Polski nie jednemu wróciły do głowy. Ostatecznie zajęliśmy trzecie miejsce i po ośmiu latach wróciliśmy do europejskich pucharów (niestety z wiadomym skutkiem). Fani Białej Gwiazdy do Katowic przyjechali w 900 osób, tworząc kartoniadę w asyście pirotechniki. Ogólnie bardzo dobra prezentacja.
12. ŁKS Łódź, jesień 2009
Po 10 latach ŁKS znów przyjechał do Katowic, przez co ogromna była mobilizacja po obu stronach. Rodowici Łodzianie, pomimo środowego terminu, pokazali się konkretnie. Zawitali w 937 osób w tym 375 GKS Tychy. Doping po obu stronach był rewelacyjny, jednak po każdej straconej bramce przez łodzian, Blaszok jeszcze bardziej podkręcał decybele. Była to najlepsza liczba w historii ŁKS-u na naszym stadionie.
11. Śląsk Wrocław, wiosna 2000
Gdyby mnie ktoś zapytał o najbardziej kompletny kibicowski mecz ostatnich 20 lat, w którym było wszystko, co kibic kocha, bez wahania wskazałbym na ten pojedynek. W mojej osobistej ocenie Blaszok wystawił w tym dniu najkonkretniejszy w historii młyn, jeśli chodzi o doping. O szalikach nawet nie wspomnę, trzeba obejrzeć zdjęcia, które każdy zna, a było już lato. W tym sezonie wraz ze Śląskiem mieliśmy ogromny maraton do pokonania, którego prawie żadna polska ekipa nigdy nie miała na rozkładzie – 23 wyjazdy. Podczas tego spotkania obydwie ekipy były o krok od awansu do elity, więc ciśnienie było zarówno na boisku, jak i trybunach. WKS przyjechał w 950 osób, co na tamte czasy było liczbą mega konkretną. Po rozłożeniu jednej z największych sektorówek w Polsce „Cała Polska w cieniu Śląska”, trybuna gości wyglądała rewelacyjnie, a Śląsk potwierdził to dopingiem.
Eric Cantona
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!










.










Kejta
28 marca 2020 at 03:01
Mialem tylko 13 lat ale pamietam mecz ze Slaskiem jak dzis i akcje naszych na flage Slaska hehe