Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Multisekcyjny przegląd mass mediów: GieKSa ograła beniaminka z Rybnika
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
Piłkarki, w drugiej kolejce rozgrywek ekstraligi kobiet wygrały u siebie z beniaminkiem ROW Rybnik 3:0 (2:0). Piłkarze, w sobotę rozegrali jedyny sparing (test-mecz z rezerwami Górnika został odwołany) przed rozpoczęciem sezonu, wygrywając 5:1 (2:1) z GKS-em Jastrzębie.
Siatkarze i hokeiści również rozgrywają mecze sparingowe w ramach przygotowań do rozgrywek w sezonie 2020/21: siatkarze przegrali dwa mecze z Aluron CMC Warta Zawiercie 0:4 oraz 1:2, hokeiści wygrali z GKS-em Tychy 2:1.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – Środkowy obrońca dołączył do GieKSy
Michał Kołodziejski, 27-letni środkowy obrońca podpisał kontrakt GKS-em Katowice na dwa lata..
[…] Do klubu trafił z imiennika GKS-u, ale z Bełchatowa. W minionym sezonie zagrał w 19 meczach. W swojej karierze reprezentował m.in. barwy Elany Toruń, GKS-u Tychy, czy Ruchu Chorzów.
Urynowicz i Wojciechowski na dłużej w GKS-ie
[…] Marcin Urynowicz podpisał z GKS-em Katowice roczną umowę z opcją przedłużenia. 24-letni pomocnik w minionym sezonie był ważnym piłkarzem GKS-u. Rozegrał 24 mecze, w których zdobył trzy gole.
Z kolei Wojciechowski został wypożyczony na kolejny sezon z LKS-u Goczałkowice-Zdrój. Władze GieKSy zapewniły sobie opcję pierwokupu 20-letniego obrońcy.
Dzień pięknych bramek
GKS Katowice rozbił imiennika z Jastrzębia w zamkniętym dla publiczności meczu kontrolnym przy Bukowej.
– Za nami bardzo ciężki tydzień treningów i na pewno musi znaleźć to odbicie na naszych zawodnikach – powiedział jeszcze przed sparingiem z GKS-em Katowice Paweł Ściebura, trener GKS-u Jastrzębie.
W sobotę w grze kontrolnej przy ul. Bukowej – pierwszoligowiec zebrał od występującego poziom niżej zespołu cięgi. Zespół Rafała Góraka dużo lepiej wyglądał pod względem fizycznym i na efekty nie trzeba było czekać. Warto jednak zaznaczyć, że gole dla „GieKSy” wynikały z ewidentnych błędów jastrzębskich obrońców i wyjątkowej precyzji graczy katowickich przy strzałach z dystansu.
W taki właśnie sposób gospodarze objęli prowadzenie, goście źle wybili piłkę i Michał Gałecki pokonał Grzegorza Drazika. Niedługo potem katowiczanie wywiedli w pole defensywę rywala i Filip Kozłowski z bliska wpisał się na listę strzelców.
Po ładnym podaniu Farida Alego i przytomnym zachowaniu Daniela Rumina jastrzębianie strzelili kontaktowego gola pod koniec pierwszej połowy, ale ostatni kwadrans meczu należał do miejscowych. Strzałem z ponad 20 metrów popisał się Szwedzik, piłka nim wpadła do bramki musnęła poprzeczkę. Leonid Otczenaszenko był bez szans, podobnie 10 minut później. Z ok. 25 metrów strzałem w okienko popisał się Bartosz Jaroszek.
Przypomnijmy, że w zeszłym tygodniu zawodnik ten rozwiązał kontrakt z… GKS-m Jastrzębie, a w sobotę przed sparingiem podpisał dwuletnią umowę, z opcją przedłużenia, z GKS-em Katowice. Strzelanie zakończył Szwedzik, który w 88 minucie spotkania z bliska wepchnął piłkę do siatki.
2×45.info – Raport II liga: Bytovia i Chojniczanka tracą najlepszych strzelców. Liszka i Adamek w Wigrach. Szereg wzmocnień w Olimpii
[…] Kolejne ruchy kadrowe w GKS-ie Katowice. Do klubu trafił Michał Kołodziejski z GKS-u Bełchatów (19 spotkań). Związał się ze śląskim klubem dwuletnim kontraktem. Taką samą umowę parafował Bartosz Jaroszek (GKS 1962 Jastrzębie, 28 meczów, dwie bramki).
Do Bełchatowa przeniósł się natomiast Łukasz Wroński. W poprzednim sezonie – w GKS-ie – zanotował 21 spotkań i zdobył jedną bramkę.
Stratą będzie też odejście Dawida Rogalskiego, który podpisał umowę z Resovią. Przez ostatni rok rozegrał 25 meczów i strzelił 10 goli.
Kontrakty na najbliższy sezon przedłużyli Radej Dejmek, Marcin Urynowicz i Arkadiusz Woźniak. Kolejny rok – na zasadzie wypożyczenia – spędzą też w GKS-ie, Bartosz Mrozek z Lecha Poznań i Zbigniew Wojciechowski z LKS-u Goczałkowice-Zdrój.
tylkokobiecyfutbol.pl – GieKSa ograła beniaminka z Rybnika
W pierwszy w tym sezonie piłkarki GieKSy zagrały przed własną publicznością i nie zawiodły. Pokonały aż 3:0 beniaminka z Rybnika.
To gospodynie od pierwszych minut przejęły prowadzenie gry, ROW nastawił się na kontrataki. Już w pierwszych minutach świetną okazję miała do Maciążka, lecz górą była jeszcze Dulak. GieKSa dominowała, miała okazję lepsze i gorsze, lecz worek z bramkami rozwiązał się dopiero 29. minucie. Wtedy to po znakomitym prostopadłym podaniu Parczewskiej wynik spotkania otworzyła Kozak. Osiem minut później było już 2:0, kiedy to po akcji lewym skrzydłem debiutancką bramkę w Ekstralidze zdobyła Maciążka. GieKSa w pełni kontrolowała grę.
Po zmianie stron ROW ruszył do ataku, nie mając nic do stracenia. Miał swoje okazje, lecz w dobrej formie była też defensywa gospodyń. GieKSa dalej atakowała, szalał szczególnie duet Kozak – Maciążka. ROW grał głównie długie piłki na silną Hagan, lecz bez bramkowych korzyści. Nie wykorzystane okazje się zemściły. W 80. minucie po podaniu Kozak wynik ustaliła strzelając swoją drugą bramkę w meczu Klaudia Maciążka. ROW szukał potem bramki honorowej bramki, lecz w bramce gospodyń na miejscu była Klimek.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – ROW Rybnik 3:0
[…] Piłkarki GKS Katowice pokonały ROW Rybnik 3:0 (2:0). Dla zespołu Witolda Zająca to pierwsza wygrana w tym sezonie – w inauguracyjnej kolejce katowiczanki zremisowały z Medykiem Konin, natomiast dla beniaminka Ekstraligi druga porażka.
Gospodynie miały przewagę od początku spotkania, ale wynik meczu otworzyła dopiero po pół godzinie gry Kinga Kozak, która otrzymała otwierające prostopadłe podanie od Kasandry Parczewskiej.
Dwa kolejne trafienia – pierwsze w Ekstralidze- były autorstwa Klaudii Maciążki. ROW najlepszą okazję miał w doliczonym czasie gry. ale w sytuacji sama na samą lepsza była bramkarka GKS.
SIATKÓWKA
siatka.org – Zawiercianie górą w sparingu z GKS-em Katowice
Sztaby szkoleniowe Aluronu CMC Warta Zawiercie i GKS-u Katowice umówiły się na rozegranie dwóch meczów kontrolnych. Pierwszy z nich odbył się w piątkowe popołudnie w Zawierciu. Rozegrano w sumie cztery sety i w każdym z nich triumfowali żółto-zieloni.
[…] Sparing rozpoczął się od zepsutej zagrywki Kwasowskiego i pierwszy punkt powędrował na konto gospodarzy. Skuteczny atak z krótkiej wyprowadził Patryk Czarnowski (5:3), ale za chwilę w kontrze ze środka zaprezentował się Jan Nowakowski (5:4). Na pierwsze trzypunktowe prowadzenie zawiercianie wyszli dzięki asowi serwisowemu Pawła Halaby (11:8). Autowa kiwka Kwasowskiego dała gospodarzom prowadzenie 13:9, ale później GKS zaczął odrabiać straty. Po ataku Wiktora Musiała katowiczanie tracili już tylko jeden punkt, a trener Aluronu CMC Warta poprosił o czas. Po raz pierwszy GKS uzyskał prowadzenie po wygranej walce na siatce w wykonaniu Nowakowskiego. W końcówce jednak zawiercianie odzyskali kontrolę nad przebiegiem gry i ostatecznie triumfowali 25:21.
Na początku drugiej partii zespoły grały punkt za punkt. Autowy atak Nowakowskiego dał dwupunktowe prowadzenie Aluronowi CMC Warta Zawiercie (12:10). Gdy Wiktor Musiał skutecznie obił blok rywali, mieliśmy remis 14:14. Dwa kolejne punkty również powędrowały na konto siatkarzy z Katowic i trener Igor Kolaković poprosił o przerwę. Świetny atak Grzegorza Boćka z prawego skrzydła doprowadził do remisu 18:18. Atakujący ekipy z Zawiercia zaprezentował również mocną zagrywkę i asem serwisowym zwiększył prowadzenie swojego zespołu do dwóch punktów (22:20). Ostatni punkt w tym secie zawiercianie zdobyli po nieudanej akcji Nowakowskiego (25:21).
W trzecim secie zawiercianie wyszli na prowadzenie 5:3 po ataku Piotra Orczyka i bardzo szybko przejęli kontrolę nad przebiegiem gry. Skuteczny atak Marcina Kani dał im przewagę 11:7, a po autowym ataku Musiała było już 13:9. O czas poprosił trener Grzegorz Słaby. Katowiczanie popełniali więcej błędów od rywali, a po jednym z nich Aluron CMC prowadził już 15:9. Gospodarze zdecydowanie zdominowali swoich rywali. Atak Malinowskiego po skosie powiększył przewagę do siedmiu punktów (17:10). Ostatecznie set zakończył się wygraną zawiercian 25:15.
Zgodnie z ustaleniami trenerów obu ekip rozegrano dodatkowy, czwarty set. Od początku lepiej radzili sobie zawiercianie. Po świetnej zagrywce Patryka Niemca prowadzili 8:4 i o czas poprosił szkoleniowiec GKS-u Katowice. Wiktor Musiał próbował nadrobić straty swojego zespołu, jednak błędy na zagrywce nie ułatwiały mu zadania. Udany blok zawiercian dał im prowadzenie 19:15. Rywale jednak nie odpuszczali i krok po kroku odrabiali punkty. Przy stanie 19:18 dla Aluronu o czas poprosił trener Kolaković. Atak Musiała doprowadził do remisu 19:19. W końcówce oba zespoły zaprezentowały zaciętą walkę, nie brakowało efektownych obron. Ostatecznie jednak ekipa z Zawiercia nie oddała rywalom ani jednego seta. Czwarta partia zakończyła się po zepsutym ataku Musiała.
Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 4:0 (25:21, 25:21, 25:15, 25:22)
Drugi sparing również dla Aluronu CMC Warta Zawiercie
W sobotę, tym razem w katowickiej hali w Szopienicach, spotkały się Aluron CMC Warta Zawiercie i GKS Katowice. Przypomnijmy, że w pierwszym sparingu lepsi okazali się zawiercianie. Tym razem podopieczni Igora Kolakovica również zeszli z boiska zwycięsko. Decyzją sztabów szkoleniowych spotkanie trwało trzy sety, skończyło się wynikiem 2:1.
Set numer jeden lepiej rozpoczęli zawiercianie, a w polu zagrywki stał Patryk Niemiec (4:0). Katowiczanie odrabiali straty. Po bloku na Patryku Czarnowskim zrobiło się już tylko 4:2. Dobra zagrywka Wiktora Musiała i błąd w ataku Mateusza Malinowskiego pozwoliły katowiczanom wyrównać na 7:7. Gra długo toczyła się punkt za punkt. Dopiero dobra zagrywka Miłosza Zniszczoła i kontra Jana Nowakowskiego pozwoliła GKS-owi odskoczyć na 15:13, a o przerwę poprosił Igor Kolaković. Zawiercianie w ustawieniu z Cavanną na zagrywce wyrównali na 16:16, a nawet wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Punktowa zagrywka gości spowodowała, że różnica na korzyść zawiercian wynosiła dwa oczka (20:18). Grzegorz Słaby zaprosił swoich zawodników do siebie. Autowy atak Pawła Halaby spowodował, że na tablicy zrobiło się 21:21. Dłuższa akcja zakończona atakiem dobrze spisującego się Piotra Orczyka dała piłkę setową ekipie z Zawiercia. Gra toczyła się na przewagi. Ostatecznie po bloku na Adrianie Buchowskim set padł łupem podopiecznych Igora Kolakovica.
Początek kolejnej partii był wyrównany. Katowiczanie po udanym ataku odskoczyli na 9:7, ale zawiercianie szybko odpowiedzieli udaną kontrą i na tablicy był znów remis. Długo toczyła się gra punkt za punkt. Kiedy podopieczni Igora Kolakovica odskoczyli na 16:14, o czas poprosił Grzegorz Słaby, po nim jednak na blok nadział się Adrian Buchowski i przewaga wzrosła do trzech punktów. GieKSa się nie poddawała i kiedy popisała się bardzo dobrym blokiem na tablicy pojawił się remis 20:20, zmusiło to Igora Kolakovica do zarządzenia przerwy. Znakomicie zaatakował Mateusz Malinowski, było 22:20 i to Grzegorz Słaby poprosił o czas. Katowiczanie znów wyrównali, kiedy to punktową zagrywką popisał się Wiktor Musiał, a błąd w ataku Orczyka dał punkt przewagi gospodarzom (23:22). Udana kontra GKS-u dała im piłki setowe (24:22). Zwycięstwo drużynie Grzegorza Słabego dał atak Adriana Buchowskiego.
Trzecia odsłona meczu, podobnie jak poprzednia, miała wyrównany początek (6:6). Zawiercianie zdołali odskoczyć na 14:12. Blok na Grzegorzu Boćku spowodował jednak, że znów był remis (16:16). Akcja Pawła Halaby dała znów dwupunktowe prowadzenie zawiercianom, co zmusiło Grzegorza Słabego do poproszenia o przerwę (19:17). Nic to nie dało, bowiem po niej atakiem zapunktował Piotr Orczyk. Katowiczanie w ustawieniu z Musiałem na zagrywce wyrównali na 22:22. Na ciekawy zabieg zdecydował się Igor Kolaković desygnując do gry na przyjęciu … Mateusza Malinowskiego. Wkrótce znów mieliśmy przerwę na życzenie trenera Słabego, kiedy to zespół z Zawiercia odskoczył na 24:22, a po chwili seta punktową zagrywką skończył Maximiliano Cavanna.
GKS Katowice – Aluron CMC Warta Zawiercie 1:2 (25:27, 25:23, 22;25)
HOKEJ NA LODZIE
sportdziennik.com – Spod bandy. Sparingi, sparingi…
Hokeiści GKS-u Katowice serię meczów kontrolnych rozpoczęli od wygranej z GKS-em Tychy 2:1.
Wprawdzie początek dla katowiczan nie był obiecujący, ale w miarę upływu ich akcje były coraz groźniejsze. W końcu Bartosz Fraszko w 28 min. zaskoczył gości i pokonał Johna Murraya. Przy drugim golu sprytnym uderzeniem popisał się Fin Miiko Franssila, wykorzystując przy tym błąd tyskiego golkipera. Goście zrewanżowali się indywidualną akcją Patryka Wronki.
Zespół STS-u Sanok w pierwszym meczu kontrolnym wygrali z Zagłębiem Sosnowiec 4:2. Grzegorz Klich, trener sosnowiczan, po końcowym gwizdku mocno utyskiwał na swoich zawodników, którzy nie zrealizowali założeń taktycznych. W drużynie jest kilku testowanych hokeistów, ale tylko Rosjanin Rusłan Baszirow stanął na wysokości zadania. Gospodarze zagrali niezwykle ambitnie i zasłużenie sięgnęli po zwycięstwo.
hokej.net – Pierwszy sparing, pierwsze zwycięstwo
Hokeiści GKS-u Katowice od zwycięstwa rozpoczęli dziś etap meczów sparingowych. Podopieczni Piotra Sarnika pokonali GKS Tychy 2:1 po golach Bartosza Fraszki i Miiki Franssili.
W pierwszej tercji dominowali tyszanie. To oni przebywali częściej w tercji rywali i kilkukrotnie zagrozili bramce Juraja Šimbocha. Doskonałą sytuację po podaniu Mroczkowskiego miał Cichy, ale nie zdołał skierować krążka do odsłoniętej bramki. Katowiczanie natomiast próbowali gry z kontrataku, ale mieli problem z zawiązaniem akcji ofensywnej. Z czasem jednak wyglądali coraz lepiej. W 18. minucie gry, Mateusz Adamus oddał strzał, który odbił się od jednego z graczy tuż przed bramkarzem, ale Murray nie dał się zaskoczyć. Chwilę przed końcem pierwszej tercji Jarosław Rzeszutko mógł dać swojej drużynie prowadzenie w sytuacji sam na sam, ale to bramkarz był górą.
Do drugiej tercji lepiej przystąpili katowiczanie. Z każdą minutą stawali się coraz groźniejsi, aż w 28. minucie Bartosz Fraszko objechał tyską obronę i wcisnął krążek za linię bramkową. Katowiczanie w 36. minucie mogli podwyższyć prowadzenie, ale tu znów zawiodła skuteczność w przewadze. Pod koniec drugiej tercji, po starciu z jednym z rywali Szymon Marzec zjechał do boksu z asystą kolegów, jednak wrócił na lód w trzeciej tercji.
Trzecia tercja zamieniła się w hokejowe szachy. Na lodzie bardziej dominowali katowiczanie, ale tyszanie też kilkukrotnie zagrozili rywalom. W 50. minucie gry Patryk Wronka minął defensorów rywali, przeciągnął bramkarza i umieścił krążek w siatce. Doczekaliśmy się szybkiej odpowiedzi gospodarzy, bo już ponad minutę później Miika Franssila wykorzystał błąd Johna Murraya i sprytnym zagraniem umieścił krążek w siatce. Na dwie minuty przed końcem, Szymon Marzec wywalczył krążek w tercji ataku i pognał w kierunku bramki, bramkarz odbił jego strzał pod kij Galanta, ale jemu również nie udało się pokonać Šimbocha. W ostatniej minucie Krzysztof Majkowski zdecydował się wziąć czas i wycofał bramkarza, lecz ten zabieg nie przyniósł korzyści.
GKS Katowice – GKS Tychy 2:1 (0:0,1:0,1:1)
PHL bez Kadry PZHL U23? To bardzo prawdopodobne
Tej informacji zabrakło w oficjalnym komunikacie spółki PHL po ostatniej wideokonferencji. Wszystko wskazuje na to, że do rozgrywek naszej ekstraligi przystąpi 10, a nie 11 drużyn.
Większość polskich klubów od samego początku była przeciwna, by w lidze grała Kadra PZHL U23. Jedni argumentowali to tym, że zespół nie prezentuje odpowiedniego poziomu, a inni tym, że sami zamierzają ogrywać młodych graczy i wyjazdy na mecze tego „selektu” zaburzą proces treningowy.
Te argumenty nie docierały jednak do Mirosława Minkiny. Ostatecznie prezes Polskiego Związku Hokeja na Lodzie i spółki PHL pozostał sam na placu boju i musiał wywiesić białą flagę. Zwyciężyły zdrowy rozsądek oraz strach przed możliwym paraliżem całych rozgrywek.
Nie da się ukryć, że start Kadry PZHL w Polskiej Hokej Ligi byłby szalenie ryzykowny z uwagi na wciąż obecną pandemię koronawirusa. Montowanie składu z zawodników z całego kraju, przyjazdy i powroty młodych graczy do klubów można porównać do stąpania po kruchym lodzie.
Z naszych informacji wynika, że projekt drużyny U23 w PHL został zawieszony do odwołania. Nie sądzimy, by w obecnej sytuacji ktokolwiek optował za grą tej drużyny w ekstralidze.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze