Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka

Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: GKS Katowice. Rok hańby

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, hokeja na lodzie GieKSy.

Piłkarze, przegrali kolejny mecz na Bukowej – tym razem z Bytovią 1:2. Prasówkę po tym meczu znajdziecie tutaj.

Piłkarki rozegrały ligowy mecz w Żywcu z Mitechem w którym wygrały 2:1 (1:0).

Siatkarze zaplanowali pierwszy trening w hali we wtorek 13 sierpnia.

Hokeiści uczestniczyli w turnieju w Parubie, w ramach którego dwa mecze wygrali i dwa przegrali.

 

PIŁKA NOŻNA

tylkokobiecyfutbol.pl – GieKSa górą w Żywcu

Drugi z rzędu meczu u siebie i druga minimalna porażka Mitech w nowym sezonie Ekstraligi. Tym razem górą była katowicka GieKSa, która mimo czerwonej kartki dla Karoliny Koch wygrała 1:2.

Od początku przyjezdne przeważały, co udokumentowały już w 30. minucie spotkania za sprawą gola Anny Konkol. Do przerwy Mitech też miał swoje szanse, lecz wynik nie uległ zmianie. Dopiero w drugiej części gry pierwszego gola w górniczych barwach zdobyła czarnogórska pomocniczka Nadia Stanovic. Po pół godziny gry drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę zdobyła Karolina Koch. Szybko to podziałało na Mitech, bo już sto sekund później kontaktowego gola zdobyła Weronika Smaza. Później obie ekipy miały swoje okazje, lecz więcej goli jednak dziś nie padło.

 

sportowebeskidy.pl – Po „cegle” niespodzianka blisko

[…] Gospodynie nie były w niedzielę faworyzowane, ale zamierzały podjąć przysłowiową rękawicę. W pierwszej połowie dzielnie przeciwstawiały się rywalkom, mogły nawet objąć prowadzenie, gdy po rzucie rożnym nad bramką z okolic „16” uderzyła Ewelina Prokop. Katowiczanki także nie próżnowały. Raz Katarzynę Siejkę uchroniła poprzeczka, przy innej z szans przeważające przyjezdne nie zachowały dostatecznego spokoju w sytuacji sam na sam z bramkarką. Gola piłkarki GKS doczekały się w 30. minucie, kiedy to akcję sfinalizowała na „długim” słupku Anna Konkol.

Zaliczka zdobyta przed pauzą tuż po powrocie obu ekip na murawę zwiększyła się. Nadja Stanović przymierzyła z dystansu tak dokładnie, że zanotowała efektowne trafienie. W 54. minucie Mitech mógł nawiązać kontakt w wyniku, lecz Renata Warunek spudłowała po „centrze” Petry Zdechovanovej. Kolejna okazja dla żywieckiej drużyny nadarzyła się już, gdy katowiczanki grały w osłabieniu po drugiej żółtej i w konsekwencji czerwonej kartce dla Karoliny Koch. W 75. minucie Weronika Smaza indywidualnie przebiła się między defensywę GKS-u, zmuszając Jessicę Ludwiczak do kapitulacji. I choć w finalnym kwadransie podopieczne Piotra Kota solidnie „szarpały”, to ich zamierzenia nie miały wystarczającego elementu zaskoczenia.

 

sportdziennik.com – GKS Katowice. Rok hańby

GieKSa nie zdołała wziąć na bytowianach rewanżu za tragiczną porażkę z maja i wciąż czeka na zdobycie pierwszego II-ligowego punktu przy Bukowej. W sobotę pogrążył ją… wnuk Franciszka Sputa.

To jest nieprawdopodobne. Po sobotniej porażce z Bytovią stało się jasne, że seria GKS-u bez domowej wygranej trwać będzie ponad rok. 18 sierpnia 2018 roku przy Bukowej poległy Wigry, potem katowiczanie nie odnieśli zwycięstwa w żadnym z 18 kolejnych meczów, a powody do radości mieli tylko raz – gdy w Pucharze Polski wyeliminowali po karnych Pogoń Szczecin. Najbliższa szansa na przełamanie tego impasu – za 9 dni z Olimpią. Ten rok już zapisał się czarnymi zgłoskami w historii klubu, a przegrana z bytowianami stanowiła tylko statystyczne ukonstytuowanie tego stanu.

[…] Gospodarzy pogrążył jednak nie on, a Michał Rutkowski, czyli… wnuk Franciszka Sputa, legendarnego golkipera GieKSy. 25-letni obrońca trafił lewą nogą pod poprzeczkę, gdy tor lotu dorzuconej przez Ferugę piłki niefortunnie głową przedłużył Radek Dejmek. Rutkowski nie ukrywał radości. Choć jest rodowitym katowiczaninem, to sympatyzuje raczej z niebieską częścią miasta. W sezonie 2017/18 był zresztą zawodnikiem Ruchu, z którego przeniósł się do Soły Oświęcim. Feruga przekonywał na naszych łamach, że Rutkowski zagra jeszcze kiedyś w wyższej lidze niż II. Na razie walczy o miejsce w składzie Bytovii. Przy Bukowej wszedł na boisko z ławki – tuż przed przerwą zmienił Adriana Liberackiego, który doznał urazu po starciu z Szymonem Kiebzakiem.

[…] Bytowianie po spadku świetnie odnajdują się na razie w nowej rzeczywistości. Co innego – katowiczanie. 3 punkty w trzech kolejkach, dwie domowe porażki (wcześniej ze Zniczem) to start grubo poniżej oczekiwań. Drużyna nie gra źle, ale w sobotę stwarzała sobie zbyt mało klarownych sytuacji. Tę jedyną stuprocentową wykorzystała – Kiebzak zabawił się na prawym skrzydle z rywalami i wyłożył piłkę Marcinowi Urynowiczowi, który ze stoickim spokojem, płaskim strzałem wykorzystał okazję. To jednak było za mało.

[…] Można wysnuć wniosek, że zawodzą na razie ci, których można było uważać za potencjalnych liderów – Adrian Błąd, Arkadiusz Woźniak czy Łukasz Wroński. W sobotę wszyscy trzej zostali zmienieni, w 65 min na boisku nie było już żadnego z nich.

– Nie zeszli z boiska dlatego, że wspaniale na nim wyglądali. Oczekujemy od nich więcej. Dostali zmiany, niech młodzież naciska. Nieważne, że kiedyś, w pewnym czasie, coś grali. Trzeba być w dobrej dyspozycji tu i teraz – przyznawał szkoleniowiec GieKSy, przed którą wyjazd do Stargardu, domowy mecz z Olimpią i kolejna podróż – do Łęcznej. Albo drużyna pójdzie w górę, albo już na samym starcie sezonu będzie musiała gonić peleton.

 

HOKEJ NA LODZIE

hokej.net – Pierwsze zwycięstwo GieKSy

Hokeiści GKS-u Katowice od zwycięstwa rozpoczęli etap meczów sparingowych i udział w turnieju o Puchar RT Torax. Podopieczni Risto Dufvy pokonali Draci Šumperk 2:1.

Spotkanie lepiej rozpoczęli katowiczanie, którzy byli dobrze poukładani w obronie i aktywni w ataku.

[…] Po przerwie lepiej radził sobie zespół „Smoków”, co udokumentował golem Daniela Vachutki. W 28. minucie mogli prowadzić 2:0, ale rzutu karnego nie wykorzystał Daniel Spratek. Robin Rahm pokazał klasę i popisał się świetną interwencją.

Katowiczanie wyciągnęli wnioski i z minuty na minutę zaczęli grać coraz lepiej. W 30. minucie znaleźli sposób na Waneckiego, ale sędzia dopatrzył się spalonego w polu bramkowym. Chwilę później nie było już żadnych wątpliwości, a zasłużone gratulacje od swoich kolegów odebrał Tuukka Rajamäki. Fiński snajper wpisał się na listę strzelców wówczas, gdy jego zespół grał w liczebnym osłabieniu.

W trzeciej tercji jego wyczyn skopiował niezwykle aktywny w tym spotkaniu Grzegorz Pasiut i trzy punkty trafiły na konto GieKSy.

 

Pewne zwycięstwo GieKSy

Hokeiści GKS-u Katowice odnieśli drugie zwycięstwo w turnieju o Puchar RT Torax. Podopieczni Risto Dufvy pokonali Debreczyn EAC 5:2.

Fiński trener zgodnie z zapowiedziami zastosował rotacje. W bramce postawił na Michala Kielera, a w ataku zagrali Oula Uski, Marcin Wiśniewski i Łukasz Dybaś.

Katowiczanie w przekroju całego spotkania okazali się zespołem lepiej poukładanym i dojrzalszym. W pierwszej tercji trzykrotnie wychodzili na prowadzenie.

[…] W kolejnych dwóch odsłonach GieKSa kontrolowała przebieg spotkania i szukała okazji do podwyższenia prowadzenia.

[…] Trzeba jednak przyznać, że prowadzenie katowiczan mogło być bardziej okazałe. Dobre okazje mieli Oskar Krawczyk i Teddy Da Costa, ale nie zdołali znaleźć sposobu na golkipera ekipy z Debreczyna. Reprezentant Francji w samej końcówce nie wykorzystał rzutu karnego.

 

Poważna kontuzja Łopuskiego

Mikołaj Łopuski nie będzie miło wspominał pierwszych treningów na lodzie. 33-letni skrzydłowy doznał urazu, który eliminuje go z gry na kilka miesięcy. „Miki” na jednych z zajęć doznał urazu kolana. Po konsultacjach lekarskich zdecydowano, że wychowanek Stoczniowca Gdańsk przejdzie jutro zabieg artroskopii kolana. Do gry wróci dopiero w grudniu.

[…] Warto zaznaczyć że to drugi uraz w ekipie GKS-u Katowice. Podczas przygotowań na sucho kontuzji kolana doznał 21-letni obrońca Tomasz Skokan.

 

Jastrzębianie obronili trofeum

Hokeiści JKH GKS-u Jastrzębie z kompletem zwycięstw wygrali turniej o Puchar RT Torax w Porubie. Podopieczni Roberta Kalabera w czwartym meczu pokonali GKS Katowice 4:1 i obronili trofeum sprzed roku.

Wynik spotkania w 9. minucie otworzył Dominik Jarosz, który wykorzystał dobre podanie Macieja Urbanowicza.

Katowiczanie odpowiedzieli błyskawicznie. Już 41 sekund później Jussi Makkonen minął obrońców rywala i zaskoczył Ondřeja Raszkę.

Na dobrą sprawę losy spotkania rozstrzygnęły się w drugiej tercji. Przewagę zyskali jastrzębianie i udokumentowali ją dwiema bramkami.

[…] Na cztery minuty przed końcową syreną trener Risto Dufva zagrał va banque i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu i nie przybliżył katowiczan do wyrównania. Chwilę później krążek w pustej bramce umieścił Artem Iossafov.

 

Porażka po rzutach karnych

Hokeiści GKS-u Katowice na zakończenie turnieju o Puchar RT Torax przegrali po rzutach karnych z gospodarzami tych zmagań 1:2. Ostatecznie podopieczni Risto Dufvy zajęli trzecie miejsce. Czeski pierwszoligowiec już od pierwszego wznowienia szybko ruszył do przodu, ale w katowickiej bramce bardzo dobrze spisywał się Michał Kieler, który zatrzymał uderzenia Hudečka, Dundáčka, Zdenka i Jáchyma.

Tymczasem na prowadzenie jako pierwsza wyszła GieKSa. W 11. minucie wynik spotkania otworzył Kamil Paszek, który poprawił uderzenie Damiana Tomasika.

Ekipa z Poruby wyrównała sześć minut później, wykorzystując okres gry w przewadze (na ławce kar przebywał Jaakko Turtiainen).

Walka na lodowisku była tak twarda i zacięta, że nie wytrzymała jej jedna z pleksiglasowych osłon. Mecz został przerwany na kilkanaście minut. Gdy zespoły wróciły do gry, było jeszcze ciekawiej.

Do końca regulaminowego czasu gry wynik już się nie zmienił, a o losach spotkania przesądziła seria rzutów karnych. W ósmej serii decydujący cios zadał Jan Káňa.

HC Poruba zajęła więc drugie miejsce w turnieju, katowiczanie uplasowali się na najniższym stopniu podium.

 

infokatowice.pl – GieKSa zakończyła turniej w Porubie. Już za tydzień pierwszy mecz Pucharu Wyszechradzkiego

W ramach rozgrywanego w tym tygodniu w Ostrawie turnieju o Puchar RT TORAX GieKSa pokonała czeskiego trzecioligowca Draci Sumperk i półfinalistę ostatniego sezonu Erste Ligi, węgierski Debreceni EAC i musiała uznać wyższość gospodarzy HC RT Torax Poruba (czeska II liga) i JKH GKS-u Jastrzębie, z którym katowiczanie zmierzą się ponownie już w najbliższy piątek w ramach Pucharu Wyszechradzkiego.

[…] Na turnieju w Porubie zobaczyliśmy za to 15 nowych hokeistów. Zmieniony został także trener: Kanadyjczyka Toma Coolena zastąpił Fin Risto Dufva. Jeśli dodamy do tego, że mecze w ramach ostrawskiego turnieju były pierwszymi sparingami Trójkolorowych w okresie przygotowawczym, a wcześniej hokeiści trenowali głównie na siłowni i dopiero przed kilkoma dniami rozpoczęli treningi na lodzie, nie można było oczekiwać od nich ani wiele energii ani zgrania.

To że katowiczanie są dopiero na początku drogi najwyraźniej widać było w piątkowym spotkaniu na tle GKS-u Jastrzębie, które przed sezonem dokonało jedynie niewielkich korekt w składzie. Nie może więc dziwić, że pojedynek zakończył się wysokim i zasłużonym zwycięstwem przeciwnika (1:4). Sami hokeiści zdają sobie jednak sprawę, ile przed nimi pracy i są optymistami:

 – Zespół wygląda naprawdę obiecująco, jest w nim sporo potencjału, co pokazaliśmy zwłaszcza w drugim meczu, strzelając aż pięć bramek. Oczywiście cały czas się poznajemy, proces budowania kolektywu jeszcze trochę potrwa – powiedział fiński napastnik Tuukka Rajamaki.

[…] Choć katowiczanie dopiero zaczynają budowę nowej drużyny, już w najbliższy piątek rozpoczną zmagania w ramach Pucharu Wyszechradzkiego, najważniejszego w tym sezonie sprawdzianu na arenie międzynarodowej. Swój pierwszy mecz GieKSa rozegra w Jastrzębiu z GKS-em i będzie to doskonała okazja do rewanżu za porażkę w Porubie. Następnie, jeszcze przed rozpoczęciem ligi, katowiczan czekają dwa kolejne wyjazdowe pojedynki na Słowacji (HK Nitra) i na Węgrzech (Ferencvarosi TC).

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga