Piłka nożna Prasówka
Media o meczu GieKSa-Sandecja: Bez błysku, bez strzału
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Sandecja Nowy Sącz.
gazetakrakowska.pl – Sandecja Nowy Sącz kolekcjonuje remisy. Nie dała się „GieKSie”
[…] To gościom jakby bardziej zależało na udanym wejściu w to spotkanie. Szczęścia próbował Mas, ale jego próba strzelecka została zblokowana. Uderzenie z ostrego kąta oddał Toporkiewicz, ale i tym razem bez efektu – skutecznie interweniował golkiper gospodarzy.
Katowiczanie jakby jeszcze nie do końca otrząsnęli się po wtorkowej porażce z Wisłą w Krakowie (1:2), gdy długo prowadzili, a dwa decydujące ciosy zadane przez Fernandeza miały miejsce w odstępie czterech minut. W 20. minucie po wybiciu piłki przed pole karne, zdołał dopaść do niej Walski i ładnym strzałem ostemplował poprzeczkę GKS. Odpowiedź katowiczan przyszła po chwili. Urynowicz kropnął z dystansu nieznacznie się myląc. Gracze Dudka ponownie pokazali się w 27. minucie spotkania. Po zagraniu z boku od Kosakiewicza główkował Słaby. Kudła był jednak na posterunku kapitalnie interweniując.
W odróżnieniu od meczu w Opolu trener Sandecji nie zdecydował się na dokonanie jakiejkolwiek zmiany w przerwie spotkania (wtedy uczynił to trzykrotnie). W 57. minucie Toporkiewicz przytomnie wypatrzył Masa, ale nowy napastnik sądeczan (podpisał umowę 1 sierpnia) nie popisał się pudłując w dogodnej sytuacji. W końcowych minutach spotkania to GKS, na szczęście dla „Biało-Czarnych”, trafił jedynie w słupek.
„Duma Krainy Lachów” nie dała się zespołowi trenera Rafała Góraka, ale obecnie mając raptem pięć punktów wywalczonych w sześciu kolejkach, nie ma co myśleć o wejściu do ligowej czołówki. Póki co gracze z miasta nad Dunajcem „stoją” z boku i jedynie przyglądają się najlepszym, ale warto pamiętać o tym, że każdy z dotychczasowych meczów tego sezonu rozgrywali na obcym terenie.
sportslaski.pl – Bez błysku, bez strzału. „GieKSa” remisuje z Sandecją
Remis po słabym widowisku przy Bukowej. GKS Katowice dzieli się punktami z Sandecją Nowy Sącz. W piątek to goście byli bliżsi przechylenia szali zwycięstwa na swoją korzyść.
[…] Goście prowadzeni przez trenera Dariusza Dudka nie pozwolili nawet na moment rozwinąć skrzydeł GKS-owi, a sami wykreowali sytuacje, z których wykorzystać powinni co najmniej jedną.
Michał Walski z Sandecji był jednym z graczy, który uparcie uprzykrzał życie próbującym zawiązać jakikolwiek składny atak gospodarzom. Kilka razy przeciął kluczowe podanie, czyścił środek pola, a przy odrobinie szczęścia mógł cieszyć się z gola. Jego uderzenie w poprzeczkę bramki Dawida Kudły było jedną z niewielu ozdób widowiska przy Bukowej.
Osłabienia w środku pola GKS-u sprawiły, że gra piłkarzy trenera Rafała Góraka była pozbawiona błysku i kreatywności. Katowiczanie byli dla gości do bólu przewidywalni. Psuli ostatnie podania, nie wypracowywali czystych pozycji strzeleckich. Mecz skończyli bez choćby jednego celnego uderzenia. Do tej pory, choć podopieczni trenera Góraka nie zawsze punktowali, ich mecze oglądało się z przyjemnością. W piątkowy wieczór „GieKSa” wypadła wyjątkowo bezbarwnie.
Co ciekawego
– Rafał Figiel, Adrian Błąd i Daniel Tanżyna – taka trójka zasiadła obok siebie na… trybunie krytej. Każdy z nich z kontuzją. Do składu po pauzie za czerwoną kartkę obejrzaną w Bielsku-Białej wrócił Bartosz Jaroszek, choć odrobinę poprawiając sytuację kadrową w ekipie trenera Rafała Góraka.
– Pierwsza połowa nie porwała. „GieKSa” nie potrafiła rozmontować dobrze pracującej defensywy Sandecji, nie oddając ani jednego celnego strzału na bramkę gości.
– Groźniejsza przed przerwą była Sandecja. Najpierw kapitalnie z dystansu przymierzył Michał Walski, ale piłka obiła poprzeczkę tuż przy spojeniu z słupkiem. Kilka minut później po dośrodkowaniu z narożnika boiska głową z bliska uderzał Kamil Słaby, ale wyciągnął się do piłki Dawid Kudła wybijając ją na kolejny korner.
– W 42. minucie boisko powinien opuścić Damian Chmiel. Powinien, ale arbiter oszczędził zawodnika Sandecji, nie pokazując mu drugiej żółtej kartki za wślizg od tyłu w nogi jednego z katowiczan.
– Goście, skupieni głównie na defensywie, groźniejsi byli również po zmianie stron. Świetną okazję mieli w 68. minucie, Maciej Mas nie trafił do bramki w prostej sytuacji, którą stworzył mu Krzysztof Toporkiewicz. Ten sam zawodnik wcześniej obił poprzeczkę bramki Kudły.
– Dopiero w 86. minucie to katowiczanie zbliżyli się do zdobycia gola choć wciąż… nie mieli na koncie celnego uderzenia. Po rzucie wolnym piłka odbita się od pleców Michała Kołodziejskiego i wylądowała na słupku bramki Dawida Pietrzkiewicza.
– Po intensywnym tygodniu katowiczanie dostaną czas na odpoczynek. Kolejny mecz o punkty zagrają dopiero w przyszłą niedzielę, mierząc się w Rzeszowie z tamtejszą Resovią.
sandecja.pl – Podział punktów w Katowicach
[…] Po nieco spokojnym początku z obu stron w 10. minucie podaniami z pierwszej piłki przedrzeć w pole karne chcieli się Damian Chmiel oraz Maciej Mas, drugi z wymienionych zdołał oddać strzał, ale został skutecznie zablokowany. W 16. minucie długie podanie od Dawida Pietrzkiewicza na lewej stronie otrzymał Krzysztof Toporkiewicz, młodzieżowiec popędził po skrzydle, zbiegając do środka boiska oddał uderzenie z ostrego kąta, z którym bez problemu poradził sobie Dawid Kudła.
GKS od czasu do czasu przenosił ciężar gry pod naszą bramkę, jednak podopiecznym Rafała Góraka brakowało skuteczności, aby poważniej zagrozić Dawidowi Pietrzkiewiczowi. Najlepszą okazję do zdobycia gola miał w 20. minucie Michał Walski, defensywa gospodarzy wybiła futbolówkę przed pole karne, gdzie dobrze ustawiony pomocnik naszego zespołu uderzył bez zastanowienia, obijając poprzeczkę. Miejscowi chcieli odpowiedzieć szybko i już w kolejnej akcji Marcin Urynowicz spróbował swoich sił z dystansu, myląc się nieznacznie. W 27. minucie świetnie z narożnika boiska dośrodkował Łukasz Kosakiewicz, głową uderzał Kamil Słaby i tylko kapitalna interwencja Dawida Kudły uratowała GKS przed utratą gola.
Po upływie pół godziny gry miejcowi pokusili się o akcję ofensywną i strzał głową, po którym piłka poszybowała tuż obok prawego słupka naszej bramki. Na kolejny strzał trzeba było poczekać około dziesięć minut, gdy w 41. minucie z dystansu uderzał Elhadji Maissa Fall, niestety niecelnie. Sześćdziesiąt sekund przed końcem regulaminowego czasu gry pierwszej połowy kapitalne podanie w obręb „szesnastki” otrzymał zawodnik GKS-u, który zdążył przyjąć piłkę, na szczęście kapitalną interwencją popisał się tutaj Tomasz Boczek. Oba zespoły do szatni zeszły więc przy stanie 0:0, warto tutaj pochwalić defensywną grę podopiecznych Dariusza Dudka, którzy nie pozwolili rywalowi na oddanie celnego strzału.
W przerwie żaden z trenerów nie zdecydował się na zmiany, w związku z czym obie drużyny rozpoczęły w takich samych zestawieniach, jak na początku meczu. W 52. minucie Patryk Szwedzik dostrzegł, że daleko od bramki wyszedł Dawid Pietrzkiewicz i chciał go zaskoczyć próbą z okolic 40. metra, jednak nie trafił w światło bramki, a ponadto golkiper „Biało-Czarnych” w porę wrócił na swoje miejsce, kontrolując lot piłki. W 57. nasz zespół powinien wyjść na prowadzenie, prostopadłe podanie Krzysztofa Toporkiewicza trafiło do Macieja Masa, napastnik „Sączersów” uderzył w kierunku bramki i futbolówka zatrzymała się na poprzeczce, dobijać chciał Damir Šovšić, jednak został zablokowany.
Świetną akcję na lewej flance przeprowadził w 67. minucie Krzysztof Toporkiewicz, dośrodkowując idealnie na nogę znajdującego się na piątym metrze Macieja Masa, niestety zawodnik w biało-czarnej koszulce spudłował będąc na fantastycznej pozycji. Groźnie pod bramką naszego zespołu zrobiło się w 86. minucie, w narożniku pola karnego faulowany był zawodnik rywali, gospodarze mieli rzut wolny, po którym piłka przeszła przez całe pole karne i odbiła się od słupka wychodząc w pole gry. Do końcowego gwizdka wynik nie uległ zmianie i oba zespoły podzieliły się punktami.
sportdziennik.com – Puste trybuny, pusto w sieci
Osłabiona GieKSa nie była w stanie oddać celnego strzału na bramkę sądeczan, którzy dwa razy obili poprzeczkę bramki gospodarzy, ale nie odnieśli pierwszej w sezonie wygranej.
Trzeci raz w dobie bojkotu, prowadzonego przez fanatyków przeciwko rządom prezesa Marka Szczerbowskiego, GieKSa wybiegła na niemalże pustą Bukową walczyć o ligowe punkty, czyniąc to przy akompaniamencie grupki około 100 kibiców Sandecji i zaprzyjaźnionymi fanami GKS-u Tychy. „Piłka bez kibiców i Blaszoka to nie jest to co zawsze…” – napisał nawet Lukas Podolski, mieszkający w okolicy gwiazdor Górnika Zabrze, wrzucając na Twittera zdjęcie stadionu.
Katowiczanie przystąpili do tego meczu, mając problemy kadrowe. Z powodu kontuzji brakowało Adriana Błąda, Rafała Figla i Dominika Kościelniaka, a wracający do zdrowia Oskar Repka zasiadł jedynie wśród rezerwowych, dlatego pierwszy raz od 4 miesięcy w wyjściowym składzie znalazło się miejsce dla Marcina Stromeckiego. Do jedenastki wrócił też po pauzie za czerwoną kartkę Bartosz Jaroszek i… szybko odczuli to rywale, bo defensor GKS-u bez pardonu faulował Dawida Pietrzkiewicza czy Krzysztofa Toporkiewicza.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że jednym z ciekawszych wydarzeń pierwszej połowy była… awaria fragmentu ledowej bandy reklamowej, w którą uderzyła piłka na wysokości sektora A pustego „Blaszoka”. Bliżej objęcia prowadzenia byli goście, z powodu modernizacji stadionu grający na wyjazdach i wypatrujący pierwszego w sezonie zwycięstwa. Michał Walski kropnął z dystansu i piłka odbiła się od poprzeczki, zaś po rzucie rożnym Damira Sovsicia i główce Tomasza Boczka efektowną paradą błysnął Dawid Kudła.
Opiekun sądeczan Dariusz Dudek, który przed 3 laty w roli trenera GieKSy spadł z I ligi, mógł tylko łapać się za głowę, ale i cieszyć się, że jego zawodnicy we własnym polu karnym nie dopuszczają osłabionych gospodarzy do tego, by stworzyli poważniejsze zagrożenie.
W II połowie katowiczanie mogli dwukrotnie mówić o wielkim szczęściu. Najpierw Maciej Mas po prostopadłym podaniu Toporkiewicza obił poprzeczkę, która znów okazała się sprzymierzeńcem drużyny Rafała Góraka, później akcja tego samego duetu zakończyła się świetną centrą z lewej flanki i pudłem Masa z dosłownie kilku metrów, ze środka pola karnego. „K… mać, GieKSa grać” – popłynęło z pustawych trybun.
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice mocno się wynudzili. Ich zespół zremisował z Sandecją Nowy Sącz 0:0
Piłkarze GKS Katowice zagrali wyjątkowo bezbarwnie i zremisowali z Sandecją Nowy Sącz 0:0. Emocje były tylko w końcówce, a kibice znów zasiedli tylko na trybunie głównej. Na Blaszoku wciąż trwa bojkot.
Piątkowy wieczór na Bukowej nie przyniósł wielkich emocji. GKS Katowice zremisował z Sandecją Nowy Sącz 0:0 i to goście byli chyba bardziej zadowoleni ze zdobycia punktu, bo to właśnie na utrzymaniu takiego wyniku najwyraźniej skoncentrowali się podopieczni Dariusza Dudka.
Pomimo takiej taktyki Sandecja mogła pokusić się o więcej, ale Dawida Kudłę i jego kolegów dwukrotnie ratowała poprzeczka. Katowiczanie też jednak w końcówce zdołali obić słupek Sandecji. Kibice, których pojawiło się tylko 631, dość szybko dali do zrozumienia, że gra nie przypada im do gustu i ostatni gwizdek przyjęli z wyraźną ulgą.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Zreľáka i Szkurina brałbym w ciemno
Mimo że wciąż wracamy myślami do czwartkowego zwycięstwa z MŠK Žilina, które odbiło się szerokim echem w mediach sportowych, to naszą uwagę przykuwa już ligowy pojedynek z Radomiakiem. Zarówno my, jak i nasz rywal, otwieraliśmy sezon meczem z beniaminkiem z Krakowa, jednak to Zieloni spisali się lepiej, pokonując u siebie Wieczystą. Teraz z dużymi oczekiwaniami przyjeżdżają do Katowic. Jak dobrze przygotowani są do sezonu? Gdzie szukać ich mocnych i słabych stron? Zapytaliśmy Rafała Jończyka z „Pod Gołębnikiem”.
Cieszę się, że znowu możemy się spotkać przy okazji naszego meczu w Ekstraklasie, choć w sytuacji, gdy niemal pół ligi było zagrożone spadkiem, także i Radomiak długo nie mógł być pewny utrzymania. Jak wspominasz ubiegły sezon, a szczególnie jego końcówkę?
Cały ubiegły sezon był dla nas niczym rollercoaster. Dużo się działo, niekoniecznie dobrych rzeczy, zwłaszcza w rundzie wiosennej. Sytuacja pozaboiskowa odbijała się na formie sportowej drużyny i nie ukrywam, że po meczach z Piastem i Zagłębiem pojawiły się obawy. Gra wyglądała fatalnie, zwłaszcza w Gliwicach pod wodzą Kiko Ramireza. Ucieszyłem się, gdy zastąpił go Bruno Baltazar, bo bardzo dobrze wspominam jego pierwszy pobyt w Radomiu. Złapał on serię trzech zwycięstw, co oddaliło od nas widmo spadku. Zagraliśmy bardzo emocjonujący mecz u siebie z Widzewem, okraszony zwycięską bramką Luquinhasa w doliczonym czasie gry. Dzięki temu sama końcówka sezonu była już spokojna, ale był taki moment, że obawy o ligowy byt były duże. Udało się jednak go zapewnić na trzy kolejki przed końcem. Mimo ostatnich porażek z mistrzem i wicemistrzem Polski dziesiąte miejsce uznaję za bardzo dobry wynik.
Chciałem ci pogratulować, bo dokładnie taką pozycję Radomiaka typowałeś przy okazji naszej ostatniej rozmowy. Patrząc na obraz całego sezonu możecie być w pełni zadowoleni z takiego zakończenia?
W pewnym momencie wydawało się, że uda się wycisnąć więcej, bo jedno czy dwa zwycięstwa pozwalały podłączyć się do gry o pierwszą szóstkę. Były mecze, po których tych punktów powinno było być więcej, ale ostatecznie uważam, że dziesiąte miejsce dobrze oddaje możliwości Radomiaka, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym.
Do nowego sezonu Zieloni przystępują nieco odmienieni. Podstawowa zmiana to trener, który o ile mi wiadomo, doskonale mówi po niemiecku, ale w odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie zna portugalskiego. Widać już jego pomysł na zespół?
Z trenerem Tomaszem Kaczmarkiem komunikacja jest bardzo dobra, co nie jest bez znaczenia z dziennikarskiego punktu widzenia. Do pierwszych ocen pracy sportowej będzie można się przymierzać po 4-5 meczach o stawkę, bo sparingi, mimo że prawie wszystkie przegrane, nie są do tego odpowiednią miarą. Wielu kibiców krytykowało zespół patrząc na same wyniki, ja natomiast byłem na prawie wszystkich sparingach i widziałem, że praktycznie ani razu nie graliśmy optymalnym składem. Trener testował różne rozwiązania, nie mając do dyspozycji wszystkich zawodników, bo niektórzy dołączyli do zespołu później. Postawa zespołu w najbliższych meczach pozwoli nam powiedzieć więcej o pracy Tomasza Kaczmarka.
Nietypowo dla Radomiaka, na liście transferów przychodzących jest zadziwiająco wiele polskich nazwisk. Pewien trend się odwraca?
Radomiak jest postrzegany jako zespół typu „multikulti”, ale już od jakiegoś czasu zarząd szuka lepszego balansu w szatni pomiędzy Polakami i zawodnikami z zagranicy. Pozyskani w tym okienku gracze wydają się ciekawymi wzmocnieniami. Kryspin Szcześniak zaliczył bardzo dobre wejście, z Wieczystą był jednym z najlepszych zawodników i z miejsca wywalczył sobie pierwszy skład. Podoba mi się również transfer Kacpra Karaska, pozyskanego z Motoru. Liczę, że ten zawodnik da nam w tym sezonie trochę radości. Rywalizacja na jego pozycji jest dość duża, a dzisiaj pierwszym wyborem trenera jest Abdoul Tapsoba, natomiast Kacper z pewnością podniesie poziom rywalizacji.
Mimo to nadal sukcesywnie przeczesujecie południowe rynki w poszukiwaniu wzmocnień. Niedawno ogłoszono transfer Ronaldo za rekordową dla Radomiaka kwotę. Brzmi imponująco.
Ronaldo Lumungo Afonso to skrzydłowy, który został już zgłoszony do rozgrywek, więc jest szansa, że zadebiutuje w niedzielę. Na przedmeczowej konferencji trener Kaczmarek przyznał, że ma jeszcze dwa znaki zapytania w kadrze i sądzę, że jednym z nich jest właśnie Ronaldo. Tego zawodnika cechuje przede wszystkim szybkość, w zeszłym sezonie zanotował po pięć bramek i asyst w drugiej lidze portugalskiej, strzelonych wprawdzie rywalom z dołu tabeli, jednak jeśli przypomnimy sobie, że Capita przed transferem do Radomia również nie imponował liczbami, to możemy się spodziewać podobnej historii w przypadku Ronaldo. Sztab widzi w nim potencjał i talent do oszlifowania.
Wspomniałeś Capitę, którego żegnaliście przed wiosennym meczem z GieKSą. Bartek Jędrzejczak z twojej redakcji mówił wtedy, że dziurę po nim trudno będzie załatać. Udało się to zrobić w tym okienku?
W końcówce ubiegłego sezonu brak Capity był odczuwalny, chwilami nawet bardzo. Na ten moment nie mamy zawodnika o podobnej charakterystyce, a nie widzieliśmy jeszcze w akcji Ronaldo Lumungo. Potrzebujemy zawodnika z odpowiednim przyspieszeniem, który mógłby niepokoić rywali kontratakami i szybkimi wyjściami za linię obrony. W okresie przygotowawczym wpadł mi w oko Ché Nunnely, nowy nabytek, u którego widać potencjał, umiejętność dryblingu i szybkość, która powinna cechować naszych skrzydłowych. Uważam, że w przyszłości może rozwinąć się na tyle, że będzie wzbudzał zainteresowanie klubów zagranicznych.
Jakkolwiek nie byłaby montowana kadra Radomiaka, to kiedy trzeba dać coś ekstra, to na posterunku jest „Joao” Grzesik, wybrany zawodnikiem pierwszej kolejki Ekstraklasy. Jesienią dyskutowaliśmy o jego szansach na powołanie do kadry, którego ostatecznie się nie doczekał. Jaka jest dziś jego rola w Radomiu?
Wygląda na to, że Jankowi służy gra na skrzydle – najlepsze liczby osiągał i największe zainteresowanie mediów w kontekście kadry wzbudzał grając właśnie w pomocy. Runda wiosenna była w jego wykonaniu nieco słabsza, bo znów wrócił do gry w obronie, raz prawej, a raz lewej. Z Wieczystą znowu zagrał w drugiej linii, zaliczając bramkę i asystę. Wydaje się więc, że przekwalifikowanie go na pomocnika jest korzyścią dla drużyny, zwłaszcza że mamy dobrze obsadzone boki obrony w postaci Zié Ouattary i Conrado. Janek będzie więc mógł eksponować swoje walory ofensywne i liczę, że w tym sezonie jeszcze wiele bramek i asyst zaliczy.
Wspomniałeś już, że nie warto analizować wyników sparingów. Możemy się jednak bliżej przyjrzeć ligowemu meczowi z beniaminkiem z Krakowa. Wydaje się, że było to łatwe i spokojne zwycięstwo.
Widzę jeszcze kilka elementów do poprawy, zwłaszcza w obronie, ale wygląda na to, że klaruje się pierwsza jedenastka, która będzie w stanie skutecznie rywalizować w Ekstraklasie. Luquinhas będzie raczej grał wyżej, na pozycji 8 lub 10, a gdy skrzydła złapią optymalną formę, to będą mocne. W meczu z Wieczystą nasza gra wyglądała naprawdę przyzwoicie i nie pozwoliliśmy rywalom na wiele. Jeśli w kolejnych meczach będziemy prezentować się podobnie, to powtórka z ubiegłego sezonu jest bardzo prawdopodobna, a okolice 10 miejsca będą spokojnie w naszym zasięgu. Każde miejsce powyżej znów ocenię jako bardzo dobry wynik.
Wasz pierwszy rywal skupia na sobie uwagę mediów i kibiców, bo potencjał, zwłaszcza finansowy, jest tam ogromny. Czy równie mocni okażą się sportowo? Przed tygodniem to Radomiak zagrał tak dobrze czy Wieczysta tak słabo?
Rywale zaprezentowali się dobrze z przodu, problemy pojawiały się natomiast przede wszystkim w środku obrony. Czeka ich sporo pracy nad defensywą – jeśli to poprawią, to niejednemu w lidze urwą punkty. Uważam, że ten sezon będzie podobny do zeszłorocznego i sporo drużyn będzie zamieszanych w walkę o utrzymanie, a Wieczystą zaliczam do zespołów, które raczej się utrzymają, ale będą w tej grupie i na razie ligi nie zawojują.
Obok Bruk-Betu i Motoru Radomiak był ekipą, z którą w ubiegłym sezonie wygraliśmy oba mecze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Mecz w Katowicach był bardzo emocjonujący, nawet dla postronnych widzów. Spotkanie mogło się podobać, nam wprawdzie mniej, bo przegraliśmy 2:3, ale oglądaliśmy kilka bardzo ładnych bramek z obu stron. Z kolei w rewanżu mieliśmy ogromny niedosyt po porażce 0:1. Z przebiegu meczu byliśmy mimo wszystko drużyną lepszą, jeśli nie na tyle by wygrać, to przynajmniej nie przegrać. Dość nieszczęśliwa porażka po bramce Arkadiusza Jędrycha, który dobijał swój własny strzał.
Mam wrażenie, że w tamtym okresie sami wytrącaliście sobie z ręki atuty, bo na takiej nawierzchni po prostu nie da się grać kombinacyjnie w piłkę. Z tego też powodu byliśmy świadkami afery, po której z funkcji trenera zrezygnował Gonçalo Feio.
Nie chcę już do tego wracać, bo wszyscy w Radomiu chcemy zostawić za sobą wszystkie te negatywne, pozasportowe sprawy z ostatniego półrocza. Chcemy wreszcie oczyścić atmosferę po tamtych wydarzeniach i w nowy sezon wchodzić z wyczyszczonymi głowami. Trener Feio jesienią zdobył dla Radomiaka kilka cennych punktów, wiosna była już zdecydowanie słabsza. Po meczu z Katowicami doszło do szeroko opisywanego incydentu pomiędzy trenerem i radnym Dariuszem Wójcikiem, po którym trener pożegnał się z Radomiem. Pozostaje życzyć mu powodzenia w dalszej pracy i zostawić już ten temat za sobą.
Jedna rzecz łączy GieKSę i Radomiaka – u siebie wyglądamy zdecydowanie lepiej niż na wyjazdach. Nasze ostatnie zwycięstwo w delegacji przypadło właśnie na Radom, stąd cieszę się, że w niedzielę spotkamy się przy Nowej Bukowej. A Ty czego spodziewasz się po GieKSie, patrząc przez pryzmat dotychczas rozegranych przez nas spotkań?
GKS wygląda coraz lepiej z meczu na mecz. Druga połowa rewanżu z Žiliną mogła się podobać, a mnie szczególnie rzuciła się w oczy dobra gra Bartka Wolskiego. Ponadto uważam, że zdecydowana przewaga GKS-u nad Radomiakiem leży w linii ataku – Adam Zreľák i Ilja Szkurin z dobrej strony pokazali się w czwartek, dając jakość z przodu. Moim zdaniem w Radomiu potrzebujemy napastnika na tym poziomie, choć wiem, że zarząd i sztab mają na ten temat inne spojrzenie.
To ciekawe, bo akurat linia ataku jest najmocniej dyskutowaną formacją w Katowicach i wielu kibiców domaga się wzmocnień na tej pozycji.
W ciemno wziąłbym wymianę Zreľáka i Szkurina na dwóch dowolnych napastników z naszej kadry. Na dobrego napastnika trzeba zabezpieczyć niemałe pieniądze, zarówno na transfer, jak i wynagrodzenie. Radomiak obraca się w takich realiach finansowych, że bazuje na zawodnikach darmowych, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Nawet takim zawodnikom trzeba jednak proponować odpowiednio wysokie stawki, aby przekonać ich do gry w Radomiu. Liczba napastników dostępnych dla nas jest więc ograniczona.
Trener Kaczmarek z uznaniem wypowiadał się o rosnącej formie GieKSy. Jaki twoim zdaniem mecz zobaczymy w niedzielę przy Nowej Bukowej?
Zwycięstwa takie jak z Žiliną budują pewność siebie i atmosferę. Tomasz Kaczmarek zwrócił też uwagę, że dwa mecze o stawkę więcej po stronie GKS-u na tym etapie sezonu nie są problemem, a wręcz atutem, bo jest więcej okazji na zgranie poszczególnych formacji. Mimo to myślę, że będzie to wyrównane, otwarte spotkanie, podobne do jesiennego meczu w Katowicach. Widzę formę zwyżkową w Radomiu, więc uważam, że nie przegramy, a po cichu liczę nawet na zwycięstwo. Łatwo jednak nie będzie i nawet jeśli przegramy, to nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Faworytem tego meczu jest GKS.
Jaki wynik obstawiasz w niedzielę?
Jestem przekonany, że padną bramki, a remis 1:1 lub 2:2 nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Sercem typuję jednak zwycięstwo Radomiaka 2:1.
Piłka nożna
Górak: Nie możemy tak działać
Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.
Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.
Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.
Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.
Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.
Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.
Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.
Felietony Piłka nożna
Sierp i młot
O ile w drugiej rundzie przyszło nam się zmierzyć z geograficznym sąsiadem, to teraz trafiamy na rywala terytorialnie mocno egzotycznego. Choćby dlatego, że Izrael jest krajem azjatyckim, położonym na Bliskim Wschodzie. Katowiczanie będą więc mierzyli się z zespołem z innego kontynentu, z kraju targanego kontrowersjami i polityką, którego również historia piłkarska jest nierozerwalnie związana z zawirowaniami tej części świata.
Izrael był członkiem Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku. W 1964 drużyna narodowa sięgnęła nawet po Puchar Azji, kiedy to na swoich boiskach w czterozespołowym turnieju – format grupy i trzy mecze – pokonała Indie, Koreę Południową i Hong Kong. W 1970 roku Izrael awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku, gdzie przegrał z Urugwajem, ale za to zremisował ze Szwecją i Włochami. Drużyna spod znaku Gwiazdy Dawida była jedynym przedstawicielem Azji na tym Mundialu.
Narastały jednak napięcia na kontynencie. Uczestnictwo Izraela w azjatyckiej piłce nie było w smak innym państwom, głównie arabskim i muzułmańskim. Inne kraje bojkotowały rywalizację z Izraelem i mecze po prostu się nie odbywały. Na początku lat 70. otwarcie domagano się wykluczenia Izraela ze struktur azjatyckich. W końcu pod wpływek nacisków w 1974 formalnie wykluczono ten kraj ze struktur kontynentalnej federacji.
Izrael musiał szukać piłkarskiego miejsca dla siebie, choć tak naprawdę już wcześniej zdarzało mu się grać choć w eliminacjach strefy UEFA. W każdym razie już wkrótce grywali raz to w Europie, a na dłuższy czas zagościli w Oceanii. Było to o tyle problematyczne, że rywalizując z Australią i Nową Zelandią mogli co prawda jeszcze wygrywać, ale w barażu interkontynentalnym, a taki grali z Kolumbią, musieli uznać – choć minimalnie – wyższość rywala.
W związku z tymi niekomfortowymi okolicznościami, Izrael starał się o przyjęcie do UEFA i w 1994 roku stał się pełnoprawnym członkiem europejskiej federacji. Izrael od tamtego czasu jest więc od egidą UEFA, ale protesty istnieją nadal, trzy lata temu w związku z zaognieniem konfliktu w Strefie Gazy, dwanaście federacji piłkarskich wystosowało do FIFA oficjalne pisma o wykluczenie Izraelu z rozgrywek piłkarskich, jednak światowa federacja umywała ręce i permanentnie „bada sprawę”.
Kluby w UEFA swoje mecze natomiast zaczęły grać już od 1992. Choć to też nie do końca jest prawda, bo w latach 1976-1994 zespoły z Izraela występowały w Pucharze Intertoto, pamiętnym tzw. Pucharze Lata, który w swoim logu miał znane miłośnikom bukmacherki „1X2”. Drużyny z Bliskiego Wschodu mierzyły się choćby z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków. W bardziej „poważnych rozgrywkach” izraelskie kluby zaczęły grać w 1992 i występują tam do dziś. Maccabi Tel Awiw, Hapoel Tel Awiw i Maccabi Hajfa potrafiły grać w Lidze Mistrzów, z czego ten ostatni klub trzykrotnie.
Samo to pokazuje, że zespoły z Izraela mają na polu Champions Leauge większe sukcesy niż polskie. Ale nawet patrząc na bezpośrednie potyczki w XXI wieku to Izraelczycy byli minimalnie lepsi. Legia Warszawa grała w Lidze Europy z Hapoelem Tel Awiw i wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe poległa 0:2. Śląsk Wrocław po wygranej 2:1 u siebie, w Petach Tikwie z Hapoelem Beer Szewa poniósł klęskę 0:4. W końcu rok temu Raków przy Limanowskiego uległ 0:1 Maccabi Hajfa, by na Węgrzech odrobić stratę i wygrać 2:0.
W obecnym sezonie Hapoel Beer Szewa nadal jest w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, gdzie po wygranej z Vikingurem zmierzy się z Crveną Zvezdą. W Lidze Europy Maccabi Tel Awiw wygrał 1:0 i aż 5:0 z Sheriffem Tiraspol i zagra dalej z CSKA Sofia. No i w Lidze Konferencji Beitar Jerozolima wygrał na wyjeździe 1:0 z AEK Larnaka, u siebie przegrał 2:3, ale awansował po karnych i w kolejnej rundzie zmierzy się z Austrią Wiedeń. Hapoel Tel Awiw – jak wiemy – wyeliminował Łudogorec Razgrad i zagra z GKS Katowice. Samo to zestawienie pokazuje, że na tym poziomie izraelski futbol klubowy jest mocny. Drużyny przeszły swoich rywali i to wcale nie uznawanych za słabeuszy. Spacerkiem więc dla kogokolwiek rywalizacja z drużynami z tego kraju nie jest.
Pamiętajmy przy tym, że powiedzenie samego „Hapoel” czy „Maccabi” nie wystarcza do zidentyfikowania klubu. W poprzednim sezonie Hapoelów w lidze było pięć, a klubów o nazwie Maccabi cztery. To i tak mało, bo w dawniejszych czasach 90 procent drużyn w lidze miało jedną z tych dwóch nazw – które to kluby próbował pogodzić (choć to słowo średnio tu pasuje) Beitar Jerozolima.
Nas oczywiście interesuje Hapoel Tel Awiw. Hapoel, czyli „robotnik”, co wywodzi się z tradycji, socjalistycznej tradycji wielu tego typu klubów. W czerwonym herbie zresztą ma on zawarty sierp i młot, jest także sylwetka właśnie robotnika, rodem wyjętego z piosenki „Wstawaj” polskiego zespołu Proletaryat. Hapoel i jego kibice zresztą nie odżegnują się od tych tradycji, dumnie prezentując symboliczne emblematy. Radykalne grupy kibicowskie otwarcie manifestują swoje skrajnie lewicowe poglądy. Wprost na swoich oprawach umieszczali wizerunki komunistycznych ikon jak Karol Marks czy Che Guevarra.
Klub został założony po raz pierwszy w 1923 roku, ale potem był rozwiązywany i ponownie zakładany. Należał do większej organizacji zwanej Hapoel, czyli jakoby związku sportowego, który z kolei wchodził w ramy Histadrutu, czyli związku zawodowego powstałego dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Po powstaniu niepodległego państwa w 1948 organizacja ta ze swoim socjalistycznym zacięciem stała się największym związkiem zawodowym w Izraelu. Zresztą w latach przedwojennych kluby pod egidą Maccabi czy Hapoel funkcjonowały także w Polsce.
W 1928 roku Hapoel Tel Awiw zdobył Puchar Palestyny, choć po proteście rywali z Maccabi Hasmonean Jerozolima dotyczącym gry nieuprawnionego zawodnika, trofeum zostało podzielone pomiędzy te dwa kluby. W 1934 roku zespół zdobył dublet wygrywając ligę i puchar, a w lidze wygrał wszystkie 14 meczów. Z racji nieistniejącego jeszcze wówczas niepodległego państwa, rozgrywki były prowadzone w tamach Brytyjskiego Mandatu Palestyny – gdzie już wtedy o wpływy walczyli Żydzi i Arabowie, którzy chcieli zdominować terytorium i utworzyć swoje państwo.
Napięta sytuacja powodowała, że Hapoel w sezonach 1934/35 i 1938/39 mimo prowadzenia w lidze nie zostawał mistrzem, ponieważ rozgrywki były przerywane. W pierwszym przypadku przerwa nastąpiła poprzez nieporozumienia na linii Hapoel (związek) i Maccabi World Union, czyli żydowską organizację sportową zrzeszającą członków z całego świata. Maccabi organizowało wówczas swoje „igrzyska” i weszło to w paradę z ligą. Były też poza tym spory polityczne i walka o władzę oraz pieniądze. W sezonie 1938/39 grano najpierw w 1938, jednak nasiliły się działania Wielkiego Powstania Arabskiego, w którym palestyńscy Arabowie sprzeciwiali się brytyjskim wpływom i masowej imigracji Żydów, więc doszło do reorganizacji rozgrywek. Postanowiono stworzyć ligę Tel Awiwu i tam Hapoel potwierdził swoją wyższość. Przez wiele lat uznawano te tytuły za nieobowiązujące z racji przerwania sezonu. Wkrótce jednak Izraelski Związek Piłki Nożnej uznał mistrzostwa Hapoelu, natomiast FIFA i UEFA w swoich statystykach często ich nie ujmują.
W latach 40. były kolejne tytuły, choć też w „dziwnych” przeorganizowanych rozgrywkach. Raz były to „mistrzostwa” drużyn z Hapoelu, innym razem znów rozgrywki były zbojkotowane przez kolejną organizację – Beitar – prawicowy ruch młodych rewizjonistów syjonistycznych. W 1944 Hapoel prowadził w finale pucharu z Hapoel Petach Tikva 1:0, ale mecz został przerwany w 89. minucie, gdyż jeden z piłkarzy rywali, który został wyrzucony z boiska przez sędziego, nie chciał opuścić placu gry.
W 1948 powstało państwo Izrael i sytuacja się unormowała. Hapoel nie musiał już rywalizować – tak jak wcześniej – z zespołami typu Palestinian Police Forces, czyli palestyńskie siły policyjne. Od tamtego czasu Hapoel Tel Awiw zdobył osiem mistrzostw oraz dziesięć Pucharów Izraela. W 1967 klub zdobył klubowy Puchar Azji pokonując w finale malezyjski Selangor i jest to jego największy sukces w historii. Dwa lata później dotarli do finału kontynentalnego pucharu, lecz tam ulegli irańskiemu Taj Teheran 1:2 – w tamtych czasach Izrael i Iran utrzymywały jeszcze stosunki dyplomatyczne. Co ciekawe w 1988 roku Hapoel zdobył mistrzostwo, by rok później po raz pierwszy w historii spaść do drugiej ligi, jednak banicja trwała tylko rok.
Prawdziwy kryzys nadszedł dla klubu w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2015 roku właścicielem klubu stał się Amir Kabiri, biznesmen i kolekcjoner sztuki, który chciał odbudować Hapoel. Poprzedni właściciele pozostawili jednak po sobie masę ukrytych długów i pod koniec 2016 roku dług ten osiągnął niemal 100 milionów szekli, które stanowiło równowartość 26 milionów dolarów. Hapoel zwrócił się do sądu z wnioskiem o upadłość i ustanowienie zarządcy, który zajmie się spłatą. W lidze automatycznie odjęto Hapoelowi dziewięć punktów.
Kabiri mówił wówczas, że poświęcił całe swoje życie Hapoelowi i zainwestował niemal wszystkie swoje pieniądze – sumując – 19 milionów dolarów. Stwierdził, że to bardzo trudna decyzja, ale postawienie klubu w stan upadłości i utrata swojego wpływu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.
Władze izraelskiej ekstraklasy zdecydowały się na przekazanie równowartości 315 tysięcy dolarów na pokrycie bieżących wypłat w klubie i umożliwienie Hapoelowi dalszej gry. Nie uchroniło to jednak zespołu z Tel Awiu przed spadkiem. Po rundzie zasadniczej zespół zajmował ostatnie miejsce – gdyby nie odjęte punkty – byłby piąty od końca. W grupie spadkowej Hapoel walczył dzielnie, trzy razy wygrywając i trzykrotnie remisując, ale nadal nie wystarczyło to do utrzymania. Zabrakło trzech punktów. Znów jednak absencja trwała tylko rok. Hapoel zdominował drugą ligę i w cuglach awansował z powrotem.
W 2023 roku Hapoel przejęła amerykańska grupa Mintzberg, mająca też na koncie inwestycję w angielski Plymouth Argyle. Pojawiły się mocarstwowe plany powrotu Hapoelu na czołowe miejsca i przede wszystkim do europejskich pucharów. Wszystko poszło jednak źle. Dość powiedzieć, że klub prowadziło w sezonie czterech szkoleniowców. Swoje dołożyła też kolejna wojna z Hamasem, która wybuchła w październiku, a więc w trakcie trwania sezonu. Rozgrywki zawieszono, a zagraniczni zawodnicy bali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do gry Hapoel stracił rytm i notował m.in. serię dziesięciu meczów bez zwycięstwa, a w prestiżowych derbach z Maccabi Tel Awiw przegrał aż 0:5. W grupie spadkowej zespół zanotował bilans 1-1-4 i po raz trzeci w historii spadł z ligi. Między dwoma ostatnimi spadkami drużyna była zespołem środka tabeli, zajmując miejsca w sezonie zasadniczym: 8, 5, 12, 6, 11, 11. Dla porównania w czasach przed kryzysem, czyli np. w sezonach 08/09 – 11/12, czterokrotnie z rzędy klub był wicemistrzem Izraela.
W każdym razie i teraz absencja potrwała zaledwie rok, zespół z przytupem awansował z powrotem. Nawiązując jeszcze do nazw – 12 z 16 zespołów tego sezonu drugoligowego nazywały się Hapoel.
W poprzednim sezonie, jako beniaminek, Hapoel Tel Awiw zakwalifikował się do europejskich pucharów po raz pierwszy od 12 lat. W sezonie zasadniczym zajęli czwarte miejsce z bilansem 15-6-5 (bramki: 46-26). W grupie mistrzowskiej zanotowali bilans 3-2-5 (bramki: 9-9), co wystarczyło do bezproblemowego utrzymania czwartego miejsca. Hapoel podobnie jak GKS Katowice skorzystał z tego, że drużyna z czołowych miejsc, czyli 1-3, zdobyła krajowy puchar, dzięki czemu jedno miejsce więcej w lidze dało przepustkę do eliminacji Ligi Konferencji.
W trakcie sezonu Hapoel został ukarany walkowerem i odjęto mu dwa punkty za zamieszki podczas derbów z Maccabi. W obecności 30 tysięcy widzów na Bloomfield Stadium kibice jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego odpalili i rzucili na boisko duże (około czterdzieści) ilości rac, świec dymnych i innych środków pirotechnicznych. Policja zwracała uwagę jednak, że nie tylko chodziło o rzucone rekwizyty na boisko, tylko o całą otoczkę meczu i to, co się działo w mieście w tym dniu.
„Zakłócanie porządku publicznego, zamieszki, rzucanie przedmiotami, granaty dymne, fajerwerki, ranni funkcjonariusze policji oraz uszkodzenia infrastruktury stadionowej – to nie jest mecz piłkarski, lecz poważne zakłócenie porządku publicznego i akt przemocy. W związku z zamieszkami i zagrożeniem życia ludzkiego przed zaplanowanym meczem piłkarskim na stadionie Bloomfield, Policja Izraela poinformowała drużyny, zarządy klubów oraz sędziów, że podjęła decyzję o niedopuszczeniu do rozegrania tego spotkania” – cytując za Jerusalem Post napisała w swoim oświadczeniu policja.
Decyzja ta nie uspokoiła sytuacji, sfrustrowani kibice również wychodząc ze stadionem i poza nim uczestniczyli w starciach. Trzydzieści osób zostało rannych, ośmioro z nich hospitalizowano. Stanowisko zabrały władze klubu:
„Izraelska policja podjęła jednostronną decyzję o odwołaniu meczu. Atmosfera była niesamowita – świetna oprawa wizualna, rodziny, 30 tysięcy ludzi. To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy na meczu piłkarskim pojawiają się race i granaty dymne. Po prostu nie rozumiem, jak od tego przeszliśmy do odwołania spotkania. To dla mnie niepojęte. Sport powinien być wartością nadrzędną. Serce mi pęka, że tylu ludzi wraca do domu z niczym na podstawie jednostronnej decyzji. Nikt niczego nie wyjaśnił, nikt nic nie powiedział – po prostu odwołali mecz, zanim piłkarze w ogóle wyszli na boisko” – mówił jeden z działaczy.
Zarzucono również, że policja miała już wcześniej swoje konkretne nastawienie do tego meczu.
„Z wstępnych dyskusji przed meczem wynikało, że policja przygotowywała się do wojny, a nie do wydarzenia sportowego. Szokujące wydarzenia przed stadionem oraz pochopna i skandaliczna decyzja o nieodbyciu meczu dowodzą jedynie tego, że izraelska policja przejęła kontrolę nad sportem”.
Konflikt z policją miał w tym temacie nie tylko klub, ale całe władze ligi. Zarzucali oni policji upokarzające traktowanie i brak chęci do rozmowy.
„Kiedy prosiliśmy o wyjaśnienia na bieżąco, spotkaliśmy się z poniżającym i upokarzającym traktowaniem, bez jakiegokolwiek dialogu – z takim samym traktowaniem zresztą mierzyli się przedstawiciele Związku Piłki Nożnej oraz władz ligi, którzy również próbowali cofnąć tę absurdalną decyzję. Kiedy poproszono komendanta okręgowego, Haima Sargrofa, o rozmowę z prezesem ligi Erezem Halfonem i prezesem Związku Piłki Nożnej Shino Zuaretzem, ten odmówił i oświadczył, że jego decyzja jest ostateczna. Mówił o licznych obrażeniach spowodowanych pirotechniką, ale w rzeczywistości większość poszkodowanych w tym incydencie ucierpiała z powodu brutalnej przemocy policji pod koniec meczu – co było bezpośrednim skutkiem skandalicznej decyzji o odwołaniu wydarzenia”.
Policji zarzucano też dużą brutalność, także wobec osób postronnych, w tym dzieci.
„Wszyscy widzieli te wstrząsające nagrania: dzieci tratowane przez konie, policjantów bijących kibiców na oślep. Policja przejęła kontrolę nad sportem, dlatego wzywamy najważniejsze postacie w izraelskim futbolu, aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, by położyć temu kres, inaczej nie będzie już tutaj żadnej piłki nożnej. Rozumie się samo przez się, że zarząd klubu potępia wszelkie formy przemocy i będzie walczył z osobami łamiącymi prawo, nawet jeśli noszą one mundury”.
Wkrótce sąd miał rozpatrzyć skargi kibiców na przekraczanie przez policję swoich uprawnień – kibice bowiem zaczęli nosić czerwone koszulki z przekreślonymi emblematami policji właśnie, a także Maccabi oraz prawicowym ruchem „Kach” i napisem „Ultras Hapoel against the scum”. „Scum” to po angielsku szumowiny i tak też Hapoel traktuje swoich wrogów. Policja dokonywała upokarzających przeszukań, zakazywała noszenia, a w niektórych przypadkach zakazywała wejścia na stadion. Kibice zarzucali atak na wolność słowa, podając przy tym przykłady, że działania policji nie były w jakikolwiek sposób związane z agresją czy aktami przemocy ze strony kibiców. Ostatecznie sąd uznał za bezprawne zakazywanie przez policję noszenia tych koszulek i wyrażania siebie w taki sposób.
Derby Tel Awiwu to spotkanie szczególne dla obu drużyn. Kluby o nazwie Maccabi reprezentowały raczej klasę średnią i kapitalistów, kibice Hapoelu nazywali ich „szejkami” lub „burżujami”, więc w starciu z klasą robotniczą rywalizacja ta wybiegała daleko poza sportowy charakter. Mecze derbowe traktowane były jako możliwość utarcia nosa bogaczom.
Między oboma klubami dochodziło na boisku i poza nim do różnych historii, które tylko zaogniały sytuację. Felix Halfon zawodnik Hapoelu w latach 90. przeszedł do Maccabi. Ówczesny reprezentant Izraela skusił się na proponowane przez głównego rywala pieniądze, choć sam potem twierdził, że był wypychany z klubu. Uznano go za zdrajcę i przez kilka lat zawodnik żył w dużym napięciu. Swoją drogą próbował przemycić kokainę – złapano go na lotnisku i skazano na 4,5 roku więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł 2 lata wcześniej. Po kilku lata został ranny w strzelaninie w jednym z klubów nocnych.
Najgoręcej było w listopadzie 2014. Eran Zahavi, były zawodnik Hapoelu, który również przeszedł do Maccabi, strzelił w wyjazdowym meczu derbowym bramkę z rzutu karnego na 1:1, po czym wykonał swoją cieszynkę „pistolety” w stronę kibiców Hapoelu. Po dziewięciu minutach jeden z kibiców Hapoelu wbiegł na boisko i zaatakował Zahaviego. Zawodnik Maccabi nie pozostawał bez reakcji i też się odwinął oraz kopnął intruza. Sędzia pokazał mu za to czerwoną kartkę, co wywołało furię wśród piłkarzy gości, którzy wręcz rzucili się na sędziego z pretensjami. Zawodnik schodził z boiska w akompaniamencie nienawiści kibiców, a trudności całej sytuacji nadawało to, że musiał zejść do tunelu za bramką właśnie tam, gdzie siedzieli najzagorzalsi sympatycy Hapoelu i to właśnie z tej trybuny wybiegł kibic-napastnik. Przerwa w grze trwała 12 minut. Sędzia wznowił grę, ale po upływie minuty kolejni kibice wtargnęli na boisko i atakowali rywali z Maccabi, w związku z czym arbiter zakończył mecz. Zweryfikowano go jako wynik 0:0 i nie przyznano żadnej drużynie punktów.
Oba zespoły spotkały się w tym roku kalendarzowym czterokrotnie. Najpierw w krajowym pucharze Maccabi pokonało Hapoel w rzutach karnych, a potem w lidze nastąpił rewanż i w na Bloomfield w sposób spektakularny wygrał Hapoel. Do doliczonego czasu gry utrzymywało się prowadzenie Maccabi, ale w 92. minucie po dośrodkowaniu Xande Silvy piękną główką popisał się Omri Altman. Dwie minuty później w zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki wepchnął Chico. Sędzia odgwizdał spalonego, ale po analizie VAR wskazał na środek boiska wywołując nieprawdopodobną wręcz euforię wśród piłkarzy i kibiców. W grupie mistrzowskiej Maccabi wygrało pierwszy mecz 1:0, w drugim było 1:1 i tu również w końcówce – bo w 87. minucie – Hapoel wyrównał.
Bardzo bogata i obszerna jest historia Hapoelu w europejskich pucharach. Choć klub ten w tym roku wraca na europejską arenę po 12 latach, wcześniej święcił sporo triumfów z wielkimi futbolu na naszym kontynencie. W sezonie 2001/02 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA eliminując po drodze Chelsea (2:0, 1:1) i Parmę (0:0, 2:1), ulegając dopiero Milanowi. Po tych meczach europejska prasa nazwała Hapoel „Czerwonym Dżinem”. W meczu z Chelsea swoje bramki u siebie zdobywali w samej końcówce – w 89. i 94. minucie, podobnie, jak w przytoczonym dreszczowcu z Maccabi. W Pucharze UEFA 2006/07 w fazie grupowej potrafili wygrać z PSG 4:2 i to na Parc de Princes. Wyższość Hapoelu musiały uznawać takie gwiazdy światowego futbolu jak Lampard, Terry, Zola, Şükür, Cannavaro czy Pauleta. W pojedynczych meczach lub dwumeczach Hapoel potrafił wygrywać też z takimi drużynami jak Rangers, Getafe, Lokomotiw Moskwa, HSV, Celtic, Salzburg, Benfica czy Legia.
To właśnie z Legią Warszawa Hapoel spotkał się w fazie grupowej Ligi Europy w sezonie 2011/12. W meczu przy Łazienkowskiej Izraelczycy objęli prowadzenie za sprawą Toto Tamuza, potem na prowadzenie wyprowadzili Wojskowych Daniel Ljuboja i Marcin Komorowski. Wyrównał Maharan Lala, ale w 89. minucie na 3:2 trafił Miroslav Radović i dał Legii zwycięstwo. W rewanżu już się cieszył Hapoel, który wygrał 2:0, a gole zdobyli Salim Tuama i Avihay Yadin. Mimo to Legia zajęła w grupie drugie miejsce, a Hapoel trzecie.
W Hapoelu grało kilku polskich zawodników. Były bramkarz reprezentacji Jarosław Bako rozegrał w tym klubie 85 meczów w latach 1993-96. W tym samym czasie 63 występy zanotował w klubie były wieloletni zawodnik Lecha Poznań Damian Łukasik. Wkrótce do Hapoelu trafił nasz były trener, a obecnie szkoleniowiec Wieczystej – Kazimierz Moskal, który rozegrał w klubie z Tel Awiwu 90 meczów. Jak specyficzna była gra w Izraelu i z jakimi ryzykami się wiązała opowiadał właśnie Moskal, mówiąc, że był świadkiem sytuacji w której jakiś człowiek w mundurze wojskowym otworzył ogień i zaczął strzelać do ludzi siedzących w kawiarni. To był też czas, w którym Sadam Husajn groził użyciem broni chemicznej, więc ludzie w panice kupowali folie do zabezpieczenia okien oraz maski przeciwgazowe. Raz w ciągu tygodnia w Tel Awiwie były trzy zamachy samobójcze w autobusach. Moskal kilkukrotnie zastanawiał się, czy aby bezpieczniej nie byłoby wrócić do Polski.
Na marginesie zaznaczmy też, że w Izraelu grała jednak z legend GKS Katowice, czyli Jerzy Wijas. Zawodnik w barwach Hapoelu Kfar Saba zdobył Puchar Izraela w ćwierćfinale eliminując w dwumeczu m.in. Hapoel Tel Awiw, a w finale grając pełne 120 minut przeciw Shimshon TLV.
Tel Awiw, a właściwie Tel Awiw-Jafa to miasto o populacji 475 tysięcy ludzi. Wchodząca w skład nazwy miasta Jafa, to jednocześnie port i nazwa obecnej dzielnicy miasta, która do 1949 roku stanowiła miasto odrębne. Początkowo Jafa wedle rezolucji ONZ miała wchodzić w skład państwa arabskiego (Tel Awiw w skład państwa żydowskiego), ale Arabowie odrzucili ten pomysł i wywołali wojnę domową. Żydzi zajęli Jafę, a Arabów wygnali. Izrael włączył właśnie Jafę do Tel Awiwu podobnie jak wioski Asz-Szajch Muwannis, Al-Dżammasin i Sumajl, które zostały opuszczone przez Arabów.
W wyniku kolejnej odsłony wojny, czyli od wspomnianego października 2023, UEFA nie dopuściła do rozgrywania oficjalnych rozgrywek międzynarodowych na terenie Izraela. W związku z tym Hapoel nie może grać na swoim stadionie Bloomfield, powstałym w 1962 roku, obecnie niemal 30-tysięcznym obiekcie. Wcześniej Hapoel grał na starym stadionie Basa.
Kibice Hapoelu są skrajnie lewicowi. Ultras Hapoel ’99 to główna grupa ultras tego klubu, która szczyci się swoją postawą antyfaszystowską i antyrasistowską. Ultrasi Hapoelu utrzymują kontakty z innymi europejskimi grupami o podobnych poglądach politycznych, takimi jak kibice niemieckiego Sankt Pauli, którzy z powodu swojego zamiłowania do skrajnej lewicy są chyba najbardziej znani. Jakiś czas temu relacje między ultrasami Hapoelu, a ich ziomkami z St. Pauli doprowadziły do napięć z grupą kibiców Beitaru Jerozolima o nazwie „La Familia” – jedną z najbardziej znanych organizacji skrajnie prawicowych w Izraelu. Obiekt treningowy Hapoelu stał się celem ataku, a władze Izraela uznały podpalenie za celowe. Radykalna frakcja La Familii, określająca się mianem „Strażników Tradycji” zdawała się przyznać do tego czynu za pośrednictwem swojego konta na Instagramie – opublikowano tam nagranie płonącego magazynu sprzętu drużyny młodzieżowej oraz zdjęcie pobliskiego graffiti z napisem: „Holokaust nie był jedynym momentem, w którym was spalono”. Podczas jednego z meczów drugiej ligi niemieckiej pomiędzy St. Pauli a Greuther Fürth, ultrasi z St. Pauli wyrazili poparcie dla swoich izraelskich przyjaciół, prezentując na trybunie południowej transparenty z hasłem: „Solidarity with Hapoel! Fuck Beitar! Fuck Nazis!”.
Nie pozostało bez odpowiedzi. Gdy Beitar mierzył się z Hapoelem w izraelskiej ekstraklasie, La Familia przygotowała transparent z agresywną ripostą: „Drogie St. Pauli, jeśli uważacie się za takich twardzieli, przyjedźcie i stańcie ramię w ramię z UH99 przeciwko nam – pieprzyć Antifę!”.
St. Pauli nie jest jednak jedynym klubem, z którym Hapoel utrzymuje przyjazne stosunki ze względu na upodobania polityczne. Ich ziomkami jest także Omonia Nikozja, którą pamiętamy ze transparentów podczas meczu z Legią mówiącym o tym, że w 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Warszawę, widniały też na stadionie symbole sierpa i młota oraz wizerunek Che Guevarry.
7 października 2023 w wyniku ataków Hamasu pod nazwą „Burza Al-Aksa” zginęli także kibice Hapoelu. Jedną z ofiar był Omer Hermesh – postać doskonale znana wszystkim sympatykom Hapoelu. Na jego grobie złożono, szaliki i inne rekwizyty z emblematami i klubowymi barwami. Podczas pogrzebu Hermesha kibice odśpiewali hymn swojego klubu. W wyniku ataków Hamasu zginęło 30 kibiców klubu, a kolejne osoby zostały uprowadzone i przetrzymywane jako zakładnicy.
Kibice Hapoelu w Izraelu są otwarci na Arabów i mają w swojej społeczności wielu z nich. Mimo ataków ze strony wroga kibice nie zamierzali zmieniać swojego tolerancyjnego – na swój sposób – podejścia. Także i członkowie mniejszości arabskiej brali udział w uroczystościach pogrzebowych. Jak powiedział Hermesh: „Możemy słynąć z ciętego języka, ale nie jesteśmy rasistami!”.
Na oficjalnej stronie Hapoelu jest podstrona – ściana pamięci – gdzie są wyszczególnione zmarłe osoby, ze zdjęciami i krótkimi notkami tychże kibiców Hapoelu.
Po dwumeczu z Łudogorcem kibice są przeszczęśliwy. Powrót po 12 latach do piłkarskiej Europy okazuje się jak na razie bardzo udany. Komentarze nie pozostawiały wątpliwości:
„Przez wiele lat nie mieliśmy tak zaangażowanych graczy”
„Nie ma to jak Hapoel Tel Awiw”
„To wspaniałe – wracamy do starych, dobrych czasów”
„Do boju, Hapoel! Jeśli lecicie na mecz wyjazdowy, pamiętajcie: nie przepadają za nami, a ich ultras to twardzi zawodnicy – uważajcie na siebie”.
„Do wszystkich wybierających się na mecz: uważajcie na polskich nazistów”.
No właśnie. W internecie już pojawiła się narracja o tym, jacy kibice GKS nie są skrajnie prawicowi. I choć oczywiście generalnie polskim kibicom trudno zarzucić lewicowość, to w porównaniu z kibicami niektórych krajów czy regionów świata i Europy, jako naród i kibicowska społeczność jesteśmy skrajnie daleko od… skrajności. Niestety narracja, przekłamana narracja, jest przez niektóre środowiska powielana. W zeszłym roku, gdy Raków grał z Maccabi Hajfa, na trybunach meczu – na Węgrzech zresztą – izraelscy kibice wywiesili transparent o treści „Murderers since 1939”, obarczając Polaków, a nie Niemców, za Holokaust. Chcielibyśmy wierzyć, że podobnych prowokacji unikniemy podczas tego dwumeczu.
Kibice Hapoelu mają alergię na wiele rzeczy – na faszyzm czy rasizm właśnie, na tych, co myślą inaczej niż oni. Mają także alergię na żółty kolor, który powoduje u nich spazmy. Dlatego też rywalizacja – zwłaszcza na Nowej Bukowej – będzie im przypominać ich potyczki z Maccabi Tel Awiw. No i dobrze. Niech mają namiastkę derbów w swoim mieście – bo choć trudno ocenić, jak będzie wyglądał mecz w Miszkolcu – z racji na neutralny teren – to w Katowicach szykuje się kolejne piłkarskie święto. Święto, w którym z racji różnic kulturowych i światopoglądowych – będzie naszej drużynie kibicować cała Polska.

Najnowsze komentarze