Piłka nożna
Wyjaśniamy wywiad prezesa Szczerbowskiego
Sporym echem odbił się w ostatnim czasie wywiad Macieja Grygierczyka z katowickiego „Sportu”, który porozmawiał z prezesem GieKSy Markiem Szczerbowskim. Sporo kwestii zostało poruszonych. Po przeczytaniu wywiadu do kilku kwestii wypadałoby się odnieść, ponieważ momentami ocieramy się o absurd.
Wigilia prezesa
Panie prezesie, dla przypomnienia – Wigilia to w Polsce normalny dzień pracujący. Dla wielu to normalne, że jest się wtedy w pracy.
Trener Górak i dyrektor Góralczyk. Czyli koncepcja planowana od dawna…
Bierze Pan odpowiedzialność za dyrektora i trenera, ponieważ była to Pana koncepcja. Bardzo ciekawe stwierdzenie, które aż się prosi o rozwinięcie. Fakty są takie:
3.06 Rafał Górak trenerem
9.06 Robert Góralczyk dyrektorem sportowym
10.06 Marcin Janicki odwołany z funkcji prezesa
26.08 Marek Szczerbowski prezesem
Trener Górak został mianowany na stanowisko w czerwcu. Prezes Janicki oficjalnie odszedł kilka dni później to, o jakiej długoterminowej koncepcji tutaj mówimy? Co najwyżej o dwutygodniowej, gdyby się uprzeć, że wpadł Pan na pomysł zatrudnienia Góraka i Góralczyka, zaraz po bramce Witana w meczu z Bytovią. Chętnie dowiemy się, kiedy tak naprawdę zaczął Pan pracować nad tą koncepcją i ile zajęło to czasu. Dobrze, że wyniki poszły w dobrą stronę, ponieważ coś nam się zdaje, że w przypadku złych wyników odpowiedź mogłaby być w stylu „Trenera wybrał poprzedni prezes”.
Decyzje personalne – uzasadnienie
Nie wnikamy w decyzje personalne na stanowiskach w klubie. To sprawa klubu, prezesa i osób, którzy wykonują swoje obowiązki. Stwierdzenie jednak, że szeroko Pan uzasadniał te decyzje, jest lekko na wyrost. Dla wielu kibiców pożegnanie się z rzecznikiem było przykrą niespodzianką. Dlaczego tutaj zabrakło odwagi, by szeroko uzasadnić taką decyzję?
Służbowe auta dla sekcji motoryzacyjnej – czyli zaczynają się absurdy
W jednym się zgadzamy. W klubie sportowym elementem jakości jest wynik sportowy. Jednakże elementem jakości w dziale medialnym jest, jak ten wynik sportowy zostanie pokazany i zaprezentowany kibicom. Jeśli uznajemy, że teraz wyniku sportowego nie ma, to prosilibyśmy o informację, w którym momencie Pan uzna, że wynik sportowy jest i można przywrócić samochody dla działu marketingu i komunikacji? Czy uznajemy, że awans do pierwszej ligi, to będzie już ten wynik sportowy czy może idziemy dalej i czekamy na Ekstraklasę?
Jeśli umowa przez lata była korzystna dla GieKSy i przynosiła korzyści dla obu stron to, jaki jest cel rezygnacji z niej? Wynik sportowy mają robić piłkarze. Dział medialny i marketingowy jest zupełnie od innych spraw.
Wykonuj pracę, ale za swoje – absurd numer 2
Jeden z większych absurdów. Podsumujmy więc, by wszystko było jasne. Firma motoryzacyjna przedstawia ofertę na wynajem aut. Z tego, co wiemy korzystną, porównywalną do tych, które były wcześniej. Auta użytkują pracownicy, przemieszczając się na imprezy związane z klubem, spotkania siatkarskie, hokejowe, piłkarskie. W pierwszych dniach urzędowania prezes stwierdza, że auta są niepotrzebne. Wszak prezes jeździ za swoje to i każdy pracownik może swoim.
Jeździmy na wyjazdy od wielu lat, czasem prywatnymi autami, czasem wypożyczanymi, zdarzyło nam się jechać pociągiem, zdarzyło busami, zdarzyło iść na piechotę. Nasz portal to kibice, a tu się okazuje, że pracownicy, by wykonać swoją pracę, również mają korzystać z prywatnych aut. Podpowiadamy – auto wypożyczone w ramach umowy z klubem jest dużo bezpieczniejsze niż prywatne, zwykle wysłużone modele. Czy naprawdę Pana dziwi, że pracownicy zarabiający około 2500 na rękę nie chcą użytkować swoich prywatnych aut? W wielu wypadkach wypożyczone samochody, to wiele lepszy komfort podróży, szczególnie gdy trzeba jechać w kilka osób. Śmieszne jest również stwierdzenie, że pracownicy działu medialnego śpią w drogich hotelach, skoro wielokrotnie jechali w takiej samej formie na mecze jak nasza redakcja, czyli wyjazd i powrót w dniu meczu. A skoro tak chętnie podróżuje Pan autem prywatnie i nie ma Pan żadnej refleksji, to mamy takie zapytanie: Czy moglibyśmy się z Panem wybrać na spotkanie jako redakcja? Czasem brakuje nam transportu. Liczymy na pozytywne rozpatrzenie naszej sprawy. Wszak razem wyjdzie taniej. I powtórzymy to kolejny raz: dział marketingu nie jest od równania do poziomu sportowego. Taki dział może co najwyżej równać do działów marketingu innych klubów. Przez Pańskie działania nie ma jak równać na tę chwilę, ponieważ nie ma odpowiednich narzędzi.
Jak to z tą frekwencją?
Opiera się Pan na jednostkowych przypadkach z przeszłości, które nie mają uzasadnienia w oficjalnie podanych liczbach. A jeśli są nieoficjalne, to dlaczego Pan – jako prezes klubu – podaje je do wiadomości? Poza tym wystarczy porównać nie te najgorsze frekwencyjne wpadki z przeszłości, ale np. średnią lub medianę. Ta jest obecnie najgorsza z ostatnich lat. Nawet na początku sezonu, gdy wynik był gorszy niż później, frekwencja była znośna – 2300, 1800 i 2000. Potem po Pana przyjściu doszło do kilku cięć i wszystko poleciało w dół (1400 Skra w lidze, 1162 Warta w Pucharze Polski). Następnie mieliśmy lekkie odbicie, ale dalej frekwencja tylko raz przekroczyła 2 tys. – na meczu z Elaną Toruń, którego na pewno nie napędziło żadne działanie marketingowe, tylko kwestie kibicowskie. Tak, frekwencja ciągle rośnie, ale trudno by było inaczej, skoro po Pana przyjściu sięgnęło dna, jakiego nie znaliśmy wcześniej. I rośnie za wolno, choć akurat mecz z Błękitnymi (który odbył się jednak po wywiadzie), daje nadzieję, że będzie coraz lepiej. Wspomina Pan też ciągle, że produkt tworzy frekwencje. Czy czołówka drugiej ligi to już ten produkt? Czy dopiero on będzie po awansie? A może w Ekstraklasie? Ba, my Pana za obecną frekwencję nie chcemy krytykować jakoś specjalnie mocno, bo spadek na pewno nie pomógł, ale na Boga – niech Pan po prostu przestanie opowiadać głupoty, które nie mają pokrycia w faktach i wbrew temu, co zapewne Pan myśli, nie wystawiają Panu dobrego świadectwa. To nie polityka, żeby na złe kwestie u siebie, odpowiadać” „a za czasów X i Y było tak i tak”…
Kącik legend czy kącik wstydu?
Oczekiwania? Legendy GieKSy na każdym spotkaniu, interakcja z kibicami, specjalne filmiki im poświęcone, otoczenie opieką na każdym kroku.
Traktowanie legend GieKSy przez wiele lat pozostawia wiele do życzenia. Nie będziemy tutaj krytykować prezesa, wręcz pochwalimy. Inicjatywa zjednoczenia legend jest jak najbardziej godna pochwalenia. Sposób, w jaki to zostało rozwiązane już jednak nie. Coś nam się wydaje, że legendy też nie mogą mieć za dobrze, wszak najważniejszy jest wynik sportowy.
Rzeczywistość?
Jeśli tak to ma wyglądać, to szczerze mówiąc, jako kibic czuje wielki wstyd. Sam Pan wielokrotnie powtarzał, ile znaczą legendy klubu i jak wiele przeżyć jest z nimi związanych. Czy nie uważa Pan, że taki kącik urąga trochę tym legendom? Panie prezesie czas to zmienić do końca i nie patrzyć na koszta. Nie patrzeć na tabelki w Excelu, a na poważnie zająć się legendami. Nie ma co patrzeć na to, jakie oczekiwania mają same legendy, trzeba samemu wyjść z inicjatywą i zmienić to na lepsze. Na razie pomysł był dobry, ale wykonanie fatalne. Radzimy wydrukować sobie to zdjęcie i zadać pytanie: czy naprawdę tak to ma wyglądać? Czy na takie powitanie zasługują legendy?
Klub biznesu – czyli dobrze czy nie do końca dobrze?
To sprawa, do której trzeba będzie wrócić za jakiś czas, bowiem ciężko to ocenić z perspektywy kadencji prezesa Szczerbowskiego. Od dawna docierały do nas sygnały, że klub Biznesu nie działa dobrze. Pojawiały się opinie, że po odejściu prezesa Janickiego wszystko „zeszło na psy”. Klub jedynie wyciąga pieniądze, ale nie daje niczego w zamian. Na porządku dziennym był brak kontaktu z wpłacającymi, ignorowanie wiadomości. Wiele firm zaprzestało współpracy ze względu na bierność działań. Skoro prezes teraz twierdzi, że jest dobrze, to jednak radzilibyśmy, żeby jednak sprawdzić jego działanie. My za parę miesięcy sprawdzimy, jak się mają kwestie w tym temacie.
***
Chętnie podyskutujemy o wszystkich kwestiach. Pierwszą propozycję już Pan zna. Chętnie skorzystamy z Pana prywatnego transportu na mecze. Może na Legionovię? Bo do Częstochowy jakoś dotrzemy. Jeśli w innej formie to chętnie porozmawiamy podczas wywiadu, ale takiego, którego nie dosięgnie piętno autoryzacji, gdy pojawią się niewygodne pytania.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.











produkt
5 marca 2020 at 09:39
Wszędzie tylko „produkt” i „produkt”. Co też takiego ten pan prezes produkuje? Chyba bzdury.
Suporterwnc
5 marca 2020 at 12:57
He, he- produkt- dobre???? I jeszcze „wnikliwa analiza”- te dwa slowa pojawily sie chyba z 15 razy podczas konferencji latem po jego przyjsciu. Ogolnie kibicowalem gosciowi- mam do niego jakis tam sentyment- za starego piyrwy groł w Kolejarzu na WNC- taki picuś- ale spoko. Ale od dluzszego czasu nie da sie go sluchac. Pierdoli takie glupoty, mota sie w zeznaniach, przeczy sam sobie. Widac zestresowany, zeby przypadkiem nie sprzedac kolegow z magistratu. Nie wierze temu typowi i tyle! W huja nas robi on i miasto. Wkurwia mnie to, bo- jak w miare idzie sportowo i to na kazdej plaszczyznie (fusbal, hokej, siata, fusbal dziewczyn)- to juz cos czuc, jakby zaczynalo capić. To tak jakby dupsko zaczelo bolec, ale na stolku trzeba wysiedziec. Moze od „wnikliwej ANALizy”??
tomassi
6 marca 2020 at 18:15
Produkuje takie głupoty że słuchać nie można.
Strasznie wnerwiający prezeso-produkt.
Jak będzie ten wywiad to zapytajcie go o sytuację pod kasami z ostatniego meczu
(Błękitni) pisałem o tym od razu po meczu.