Felietony
Użądlić głupotę
Szybko się denerwuję. Szybko się denerwuję tym bardziej, kiedy ktoś w sprawach dla mnie naprawdę ważnych bezpodstawnie je krytykuje, dokonuje przekłamań, słownych manipulacji, a swój osobisty acz kreowany na stonowany i wyważony osąd buduje jedynie na własnej niechęci i antypatiach.
Sprawa budowy nowego stadionu dla GKS-u Katowice będzie w najbliższych miesiącach sprawą budzącą wiele emocji, dyskusji i pewnie konkretnych działań ze strony kibiców. To oczywiste, kiedy w grę wchodzi inwestycja za około 160 milionów złotych. I dobrze – dyskutujmy, spierajmy się, wymieniajmy argumenty. Róbmy to jednak w cywilizowany sposób, ze zrozumieniem postulatów drugiej strony.
Ze zrozumieniem postulatów Stowarzyszenia Kibiców GKS-u Katowice ma najwyraźniej duży problem dziennikarz TVS – Grzegorz Żądło. W opublikowanym wczoraj tekście na swojej autorskiej stronie www.katowice24.info (nazwa może sugerować, że jest to portal zrzeszający kilkunastu dziennikarzy, jednak w rzeczywistości jest to strona prowadzona i redagowana jedynie przez Grzegorza Żądło) prezenter jasno daje do zrozumienia, że budowa nowego obiektu przy Bukowej1 nie ma najmniejszego sensu. Oczywiście nie mam pretensji o to, że redaktorowi nie jest na rękę realizacja tej inwestycji. Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego tekst Grzegorza Żądło jest dla mnie stekiem bzdur, chciałbym przypomnieć o jednej ważnej rzeczy.
Jest wtorek, 19-sty dzień lutego 2013-ego roku. Krzysztof Pieczyński (obecnie świeżo upieczony radny miasta Katowice) publikuje na Facebooku wpis poświęcony wyjazdowi jednego z juniorów na obóz przygotowawczy wraz z pierwszą drużyną. Pod wpisem rozgorzała dyskusja na tematy około-klubowe. Chodziło głównie o zasadność nazwania jednej z ulic w Katowicach ulicą Górniczego Klubu Sportowego „Katowice”. Prawdziwą lawinę komentarzy, negatywnych „lajków” oraz zapewne prywatnych wiadomości wysyłanych później do zainteresowanego rozpoczął wspomniany wyżej Grzegorz Żądło. Umyślnie i z premedytacją zmieniając kilka liter w dumnej nazwie „GIEKSA”. Zapominalskich (choć mam nadzieję, że wśród kibicowskiej braci mało kto o tym zapomniał) odsyłam tutaj -> http://www.gieksa.pl/grzegorz-zadlo.
Wspominam o tej sytuacji nieprzypadkowo. Według mnie ma (i musi mieć) to ogromny wpływ na ocenę tekstu redaktora TVS opublikowanego w dniu wczorajszym. Bo jeśli ktoś otwarcie ukazuje swoją niechęć do kibiców GieKSy i obraźliwie oraz prowokująco przekręca klubową nazwę, to w swoich tekstach dotyczących tychże kibiców i klubu obiektywny być nie może. Te kilkadziesiąt linijek pisemnych żali i bezsensownych frekwencyjnych wyliczeń ma dokładnie taką samą wartość jak np. tekst kibica GieKSy o zasadności budowy nowego stadionu dla Chorzowskiego Ruchu. Wiadomo, że jeśli ja napisałbym jako kibic GieKSy tekst o tym, że w Chorzowie nie powinno budować się nowego stadionu, to zostałbym przez kibiców zza miedzy zignorowany, a co najwyżej wyśmiany. Po prostu nie potrafiłbym obiektywnie patrzeć na ich sprawę. Tak jak Grzegorz Żądło nie potrafi obiektywnie spojrzeć na potrzebę budowy nowego stadionu dla trójkolorowych. Oślepia go nienawiść.
Tekst nielubianego wśród fanów GKS-u dziennikarza zaczyna się między innymi od słów o rzekomym szantażu, dokonywanego przez kibiców przed drugą turą wyborów samorządowych. Szantaż to mocne, kontrowersyjne słowo. Problem w tym, że nietrafione. Kampania pod hasłem „Stadion dla Katowic” nie jest żadnym szantażem, ponieważ nie ganiamy za kandydatami na prezydenta miasta krzycząc jednocześnie „zróbcie stadion albo będzie to i to”. Nie, my po prostu przypominamy już teraz, po praktycznie zakończonych wyborach (czy prezydentem zostanie Marcin Krupa czy Andrzej Sośnierz – wymagania w stosunku do każdego z nich będą identyczne), że nadszedł czas na realizację inwestycji tak długo odkładanej w czasie. Teraz, gdy w Katowicach kończy się tyle tak ważnych, dużych i ciekawych projektów, przyszedł czas na budowę stadionu. I jak wspomniałem – działania kibiców nie są próbą szantażu, a jedynie powrotem do słów i obietnic sprzed lat, ale i miesięcy (przygotowywanie projektów, spotkania na linii UM-SK1964, publikacje medialne itd.)
Idźmy dalej, bo wraz ze zgłębianiem kolejnych linijek tekstu redaktora Żądło robi się równie nieprzyjemnie. Najpierw jeden z moich ulubionych zabiegów – wypominanie dotowania klubu przez miasto, ratowanie go przed upadkiem i wyprowadzaniem z długów. Szkoda tylko, że redaktor TVS nie wspomina, że długi powstały wskutek oddania przez miasto klubu w ręce złodziei z Centrozapu z Ireneuszem Królem na czele, przed czym kibice przestrzegali jeszcze przed podpisaniem stosownych umów. Nie wspominając już o tym, że to głównie fani trójkolorowych przepędzili te kreatury z Bukowej. Może redaktor TVS tego nie pamięta, nie wiem.
Kolejnym tematem poruszanym w tekście jest frekwencja. Autor tekstu zakłada, że skoro teraz frekwencja na Bukowej oscyluje w granicach 2,500 to jest to najlepszy dowód na to, że nowy stadion nie jest potrzebny. Każdy, kto choć trochę śledzi losy GKS-u w ostatnich latach, kto chociaż raz był w ostatnich miesiącach na meczu rozgrywanym przy Bukowej doskonale zrozumie, że takie założenie jest po prostu głupie.
„Wyciągając więc średnią z trzech sezonów, wychodzi 2786 osób na jednym meczu. Pytam więc dla kogo ten stadion?” Po pierwsze – jeśli już, to jest to średnia z dwóch i pół sezonu, a nie z trzech (Żądło pisze o dwóch poprzednich i obecnym sezonie, którego dopiero przecież półmetek za nami). Po drugie, wbrew temu co pisze redaktor, jest to liczba wyrwana z kontekstu. Bo jest to średnia liczba widzów z sezonów nr 5, 6 i 7 na zapleczu ekstraklasy. Dla przypomnienia – naszymi rywalami w tym okresie były między innymi drużyny z: Ząbek, Niecieczy, Stróży, Brzeska, Niepołomic, Chojnic, Głogowa, Suwałk, Siedlec czy Bytowa. Podejrzewam, że statystyczny kibic którejkolwiek z drużyn ekstraklasowych nawet nie potrafiłby dopasować do nazw tych miejscowości nazw klubów. To pierwsza sprawa. Druga to oczywiście wyniki, zawirowania wokół klubu, które nie zachęcały do przychodzenia na mecze.
Odpowiadam więc na pytanie postawione w cytowanym fragmencie – stadion ma być dla 10 000 kibiców, którzy obejrzeli mecz z Tychami w IV lidze, dla 10 000 osób, które świętowały awans do 3 ligi (!!!), dla tych kilku tysięcy osób, które zapełniają Bukową, gdy tylko pojawi się chociaż trochę lepszy piłkarsko i kibicowsko rywal (Zawisza, ŁKS Łódź, Arka Gdynia, GKS Tychy, Stomil Olsztyn).
Bo nie sztuką jest wyciągać jakieś durne wyliczenia frekwencyjne. Sztuką jest spojrzeć na problem szerzej. A fakty są takie, że obecnie stadion jest przestarzały, drużyna gra chujowo, a wysiadając z zaparkowanego pod stadionem samochodu wpadamy w kałużę błota. Więc nie ma się co dziwić, że obecnie frekwencja jest niska. Od 7 lat nie mamy żadnego sukcesu, nawet jednego fajnego meczu w Pucharze Polski z ekstraklasowym przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia. Trwamy w sportowym gównie, na starym stadionie, zbierając baty od drużyn z wiosek. Kto chciałby to regularnie oglądać przez 7 lat? Kto poza tymi średnio 2786 masochistami, którzy tydzień w tydzień i tak przychodzą na Bukową i jeżdżą na wyjazdy?
Nowy stadion to impuls, na jaki czekamy niczym tonący na wdech powietrza. Nowy stadion to nowe możliwości dla działu marketingu, klubu biznesu, miasta Katowice i środowiska katowickiego sportu – kto wie, czy na stadionie nie znalazłoby się miejsce dla zawodników Kleofasu albo zapaśników GKS-u Katowice? Może będzie też miejsce na ogólnodostępny basen, siłownię, klubową kawiarenkę? Nowy stadion to ukłon w stronę bardzo bogatej historii KLUBU MIASTA. Nowy stadion to wreszcie już nie tylko ciekawa propozycja – to realna potrzeba.
„Z rozbawieniem obserwuję dyskusję, w której przewija się rózna liczba krzesełek na oczekiwanym przez kibiców stadionie. 15 tys. to oczywiście minimum. Przydałoby się 21 tys. a docelowo 25 tys. ! Przy obecnej frekwencji, udałoby się go zapełnić przez cały sezon. Kibicami z wszystkich meczów.”
Ten fragment cytuję, ponieważ jest niezwykle istotny. Istotny dla zrozumienia, że dziennikarska rzetelność i poinformowanie to dla autora tekstu sprawy obce. Gdzie trwają niby takie dyskusje? W komentarzach na onecie? Przecież kwestia ilości miejsc na nowym stadionie jest zamknięta od miesięcy, kiedy to Miasto Katowice po konsultacjach ze Stowarzyszeniem Kibiców zatwierdziło projekt na 21 282 miejsca. Projekt, za który zapłacono kilka milionów złotych.
W dalszej części tekstu autor „leci już po całości” – wróżenie ukończenia Stadionu Śląskiego i organizowanie tam, a nie na Bukowej wszelakich imprez kulturalnych, sugerowanie pojemności nowego stadionu na 10 000 miejsc (dla porównania miasta o wiele mniejsze od stolicy Górnego Śląska – Tychy: 15 300 miejsc, Bielsko Biała: 15 292 miejsc) czy wreszcie stawianie wyżej w hierarchii priorytetów takich inwestycji jak ścieżki rowerowe czy parki i skwery…
Powyższych już nawet nie chce się komentować. Ręce opadają.
Piotr Koszecki popełnił niedawno świetny felieton traktujący o potrzebie budowy stadionu w Katowicach. Jednym z najważniejszych jego fragmentów jest ten przypominający, że kibice nie protestowali, gdy budowano za ich pieniądze siedzibę dla NOSPR, Centrum Kongresowe czy praktycznie bez żadnego planu i konsultacji z mieszkańcami zaczęto przebudowywać rynek. I to jest właśnie w tym wszystkim najdziwniejsze, że my jako ci stereotypowi źli, głupi i niepotrzebni kibole rozumiemy potrzebę realizacji tych inwestycji. Rozumiemy, że dzięki nim miasto się rozwija, zwiększa swój prestiż, staje się ciekawsze i przyjemniejsze dla mieszkańców (kto jeszcze nie zwiedzał okolic Muzeum Śląskiego i NOSPR – szczerze polecam udać się na spacer, ja byłem zachwycony!).
Osobiście mam to szczęście, że mogę po mieście poruszać się samochodem – nie muszę zatem korzystać z komunikacji miejskiej czy ścieżek rowerowych. Do siedziby NOSPR pójdę pewnie kilka razy w życiu, a Centrum Kongresowe zobaczę od środka tylko na zdjęciach. Jednak to wszystko nigdy nie spowoduje, że powiem, że te inwestycje (nawet jeśli miasto będzie do nich dopłacać) są niepotrzebne czy błędne.
Natomiast ludzie zawistni, którzy nie utożsamiają się z jakąś ideą za wszelką cenę będą ją atakować, zamiast zaakceptować i postarać się zrozumieć racje drugiej strony. Nie wiem skąd u byłego redaktora Dziennika Zachodniego taka złośliwość, arogancja i ignorancja. Może te wszystkie cechy podpowiedziała mu żona, będąca na co dzień rzecznikiem prasowym ugrupowania o nazwie Forum Samorządowe i Piotr Uszok. A może było to spowodowane słabą ilością wejść na stronę i związanej z tym chęcią podreperowania liczby kliknięć? Może autor tekstu chciał nas tylko wkurwić? Nie wiem, ale liczę na to, że jak już ten nowy stadion powstanie (a wierzę w to, że w końcu powstanie) to cofnięcie akredytacji Grzegorzowi Żądle z lutego 2013 roku będzie w klubie i na nowym obiekcie tak samo stałą i zastrzeżoną decyzją jak zarezerwowanie dla Jana Furtoka na zawsze numeru 9.
Na koniec chciałbym zauważyć, że mimo iż otwarcie i stanowczo krytykuję tekst Grzegorza Żądło to jest coś, co nas oraz nasze teksty łączy – oba są pisane ze szczerą niechęcią do drugiej strony…
Marcin Gruszczyński
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Fjodor
22 listopada 2014 at 11:04
Świetny felieton. Brawo!
JaB
22 listopada 2014 at 11:33
Super felieton.
Katowiczanin
22 listopada 2014 at 12:02
Trafione w sedno! Nierzetelne dziennikarstwo to prawdziwa plaga…
harry64
22 listopada 2014 at 13:55
Trafiony, zatopiony!!! I kto tu jest prawdziwym dziennikarzem?
Gratulacje za bardzo dobry tekst.
polo
22 listopada 2014 at 14:56
Swietny felieton Marcin !!
GRZEGORZ
22 listopada 2014 at 17:01
Zgadzam się- budowa molochu przy Bukowej, do której prowadzi jedna, wąska dróżka jest nieporozumieniem.
Janus
22 listopada 2014 at 17:37
Sama prawda Marcin, pstryczek w nos tym dziennikarskim bredniom
jarek
22 listopada 2014 at 17:45
Swietny felieton
fan-club dortmund
22 listopada 2014 at 20:18
tekst dobry zobrazowany sytuacja i choc tez osobiscie nie jestem zwolennikiem slepej budowy—czytaliscie jakie straty przynosza nowe stadiony???–TO JEDNAK JAKOS TRZEBA te sytuacje w koncu rozwiazac i cos postanowic…choc patrzac na stadion syfiarzy i tak wydaje mi sie ze gramy na ….dobrym obiekcie…a na temat pana Zadlo to moze by tak odwiedzic go pare razy w redakcji…w koncu to centrum katowic wiec jako pewnie wzorowy smierdziel mialby wiele do powiedzenia,wiec moze naprawde regularne odwiedziny i wspolne jedzenia sniadania w bufecie zakladowym zlagodziloby jego temperament…no nie zeby mu od razu zlamac pioro……albo moze podac tel jego sluzbowy…podzwonimy pogadamy..dawac panowie
____
22 listopada 2014 at 20:54
ciekawe czy Żądło tak samo sprzeciwia się budowie stadionu swojego widzewka :)))
BIGI
22 listopada 2014 at 21:05
Swietnie napisane Marcino!
Gregg
23 listopada 2014 at 02:01
Panowie prosze o stworzenie petycji do prezesa tv silesia z jak najwieksza iloscia podpisow o usuniecie redaktorzyny za brak rzetelnosci i brak profesjonalizmu.