Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Stadion droższy o 37 baniek

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Piłkarze GieKSy przegrali w trzeciej kolejce Fortuna I Ligi w wyjazdowym spotkaniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała 0:1. Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. Zespół poznał rywali w rozgrywkach Pucharu Polski. W 1/32 finału drużyna zmierzy się z rezerwami Pogoni Szczecin, spotkanie zostanie rozegrane na przełomie sierpnia i września, dokładny termin zostanie podany wkrótce. Piłkarki w ramach przygotowań do nowego sezonu rozegrały mecz sparingowy z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 5:0 (1:0). Do drużyny dołączyła Weronika Kamala. Stacja TVP Sport będzie transmitować spotkanie drugiej kolejki Ekstraligi Kobiet pomiędzy Czarnymi Sosnowiec i GKS-em Katowice. Mecz zostanie rozegrany we wtorek 23 sierpnia o godzinie 17:30.

Siatkarze do treningów wrócą trzeciego sierpnia. Wczoraj hokeiści rozpoczęli przygotowania do sezonu 2022/23. W wieku 82 lat zmarł Artur Hartman sześciokrotny medalista Mistrzostw Polski w hokeju z GieKSą.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Z Czarnych Sosnowiec do GKS-u Katowice

GKS Katowice ogłosił swoje kolejne letnie wzmocnienie. Nową piłkarką ekstraligowca została Weronika Kamala, która reprezentowała ostatnio Czarnych Antrans Sosnowiec.

18-latka w minionym sezonie nie rozegrała żadnego meczu w Ekstralidze. Regularnie występowała jednak w rezerwach sosnowieckiego klubu, gdzie zanotowała 17 występów w III lidze, strzelając jedną bramkę.

Teraz utalentowana pomocniczka o występy na najwyższym szczeblu będzie walczyć w barwach „GieKSy”

– Do składu zespołu dołączyła młoda pomocniczka, która dzięki regularnej pracy ma szansę na rozwinięcie skrzydeł i podniesienie swojego poziomu. Weronika już wcześniej miała okazję trenować z naszym zespołem i przyglądaliśmy się wtedy jej możliwościom, co pomogło nam w podjęciu decyzji o zakontraktowaniu zawodniczki – powiedziała Aleksandra Noras, menedżer sekcji piłki nożnej kobiet katowickiej ekipy cytowana przez klubową stronę.

Wcześniej śląski zespół zakontraktował Nicole Zając i Patrycję Kozarzewską. GKS opuściły natomiast Matylda Bujak – nowa piłkarka Sportisu KKP Bydgoszcz, Zuzanna Witek, która przeszła do Czarnych Antrans Sosnowiec, a także Emilia Zdunek oraz Alicja Dyguś, które przeniosły się do Pogoni Szczecin.

 

bts.rekord.com.pl – GKS Katowice – Rekord B-B 5:0 (1:0)

Trudy trzeciego tygodnia przygotowań dały się bielszczankom wyraźnie we znaki. Nawarstwiające się zmęczenie, kilka kontuzji w zespole, spowodowały że przez większą część spotkania nie były w stanie dotrzymać kroku wyżej notowanym katowiczankom. Ekipa ze stolicy Górnego Śląska na nieco więcej pozwoliła „rekordzistkom” dopiero w końcowych 20-stu minutach pierwszej połowy. W tym czasie testowana napastniczka obiła poprzeczkę bramki GKS-u. Parę razy katowicką defensywę nękała Wiktoria Nowak, a Katarzyna Moskała oddała groźny, niestety niecelny, strzał z ostrego kąta.

Po przerwie przewaga czwartej drużyny Ekstraligi ubiegłego sezonu nie podlegała już żadnej dyskusji, co zresztą w pełni dokumentuje końcowy rezultat. Dwa sprawdziany z zespołami z wyższej półki (środowe 1:1 z AZS UJ – przyp. TP), rozegrane w raptem trzy dni, to na ten moment trochę zbyt wysoko ustawiony próg wymagań dla I-ligowych „rekordzistek”.

 

24kurier.pl – Rezerwy Pogoni wylosowały GKS Katowice

Trzecioligowe rezerwy Pogoni Szczecin w pierwszej rundzie Pucharu Polski na szczeblu centralnym zagrają z pierwszoligowym GKS Katowice. Pierwsza drużyna portowców do rywalizacji włączy się dopiero w drugiej rundzie Pucharu Polski.

Trzecioligowcy z Twardowskiego prawo gry w tegorocznej edycji Pucharu Polski zapewnili sobie dzięki triumfowi w pucharze na szczeblu wojewódzkim. Szczecinianie okazali się najlepszym zespołem Pomorza Zachodniego, eliminując m.in. Flotę Świnoujście i Świt Skolwin, aby w finale pokonali beniaminka III ligi Vinetę Wolin 2:0

– Dla nas to fajna przygoda. W ubiegłym sezonie wygraliśmy wojewódzki Puchar, co dało nam przepustkę do pokazania się szerszej publiczności. Starcie z zespołem z I ligi na pewno będzie dobrą weryfikacją naszych umiejętności – mówi obrońca Pogoni II Wojciech Lisowski.

Pucharowy przeciwniki rezerw Pogoni udanie rozpoczął sezon w I lidze. Wygrał wyjazdowy mecz z ŁKS 2:0 i zremisował ze spadkowiczem z ekstraklasy Termaliką Nieciecza 3:3. Portowcy jeszcze nie rozpoczęli sezonu. Pierwszy mecz w swoje grupie III ligi rozegrają 6 sierpnia z Jarotą w Jarocinie, a przed Pucharem Polski będą już po pięciu ligowych kolejkach.

 

sportdziennik.com – Komentarz „Sportu”. Jaka moc bojkotu?

Decyzję o bojkotowaniu meczów przy Bukowej jedni określą słowem „Zły prezes!”, drudzy – „Źli kibole!”, ale w obu przypadkach byłoby to spłycenie tematu. Kiedy wokół GieKSy zrobi się normalnie?

Wczoraj na łamach „Sportu” głos w sprawie GieKSy zabrał Marcin Krupa. Prezydent Katowic wyraził nadzieję, że decyzja fanatyków o bojkocie i nieuczestecniczeniu w meczach przy Bukowej jest chwilowa, podkreślił poparcie dla prezesa Marka Szczerbowskiego oraz przekonywał, że miasto jako właściciel jest zadowolone z sytuacji sportowej i finansowej klubu. Dodał, że cieszy się ze stabilizacji, jaką wreszcie cechuje się GKS. Być może niektórzy czytelnicy, kibice, byli zawiedzeni, spodziewając się bardziej smakowitych kąsków z ust prezydenta, podczas gdy nie powiedział w zasadzie niczego nowego. Tyle że – niech nie umknie to naszej uwadze – nowe są okoliczności, decyzja o bojkocie w geście sprzeciwu wobec rządom Marka Szczerbowskiego została ogłoszona przez kibiców raptem 8 dni temu. Marcin Krupa jasno stanął tu po stronie innej niż kibice, chwaląc jednocześnie atmosferę panującą na Bukowej podczas niedzielnego spotkania z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza i przyznając, że czasem milej jest uczestniczyć w wydarzeniu sportowym tak, niż być świadkiem „wulgaryzmów czy kibolskich zachowań”.

Tu trochę kuchni: prezydenta zahaczyłem o GieKSę przy okazji poniedziałkowej prezentacji… muzycznego programu obchodów urodzin miasta. Nie pierwszy raz prosiłem o jakąś krótką wypowiedź podczas briefingu prasowego związanego z zupełnie innym tematem. Nigdy nie odmówił, nigdy też nie miałem wrażenia, by temat klubu piłkarskiego zapalał u niego samego czy u jego medialnych służb lampkę, nakazywał bardziej niż zwykle ważyć słowa. Może to tylko moja opinia, ale to świadczy, że w mieście na hasło „GKS” albo „kibice GKS-u” nie staje się z automatu na baczność. W gruncie rzeczy: trudno się temu dziwić. To tylko wykładnik mocy sprawczej szeroko pojętego piłkarskiego środowiska na samorząd. W poprzednim sezonie, według portalu 90minut.pl, średnia frekwencja na domowych spotkaniach GieKSy wyniosła 2200 widzów. W poprzednich wyborach do rady miasta więcej głosów niż 2200 uzyskało aż 13 radnych, a przecież nie wszyscy kibice odwiedzający Bukową to katowiczanie: jeździ się tu też z Jaworzna, Mysłowic, Imielina, Zabrza, Rybnika czy Ostrawy. Potrzeba jak najszybszego zażegnania konfliktu z kibicami nie jest publicznie artykułowana nawet teraz, gdy coraz bliższa staje się perspektywa wyborów samorządowych. O ile nie zostaną o kilka miesięcy odłożone, bo i o takim scenariuszu się słyszy, to dojdzie do nich już jesienią przyszłego roku.

Klub podał, że frekwencja na meczu z Bruk-Betem wyniosła 1021 osób. Trzymając się tych danych, wychodzi zatem nieco ponad połowę mniej niż średnia z poprzedniego sezonu. Rozmawiając nieoficjalnie z zaangażowanymi kibicami, słyszę, że zadali sobie trud policzenia publiki na podstawie zdjęć i ich zdaniem na meczu nie było więcej niż 700 osób, w tym „krewni i znajomi królika”, podopieczni akademii, drużyna piłkarek, sporo vip-ów, ludzi z branży. W ten sposób, podważając frekwencję, fanatycy tworzą oczywiście obraz siły bojkotu i wytykają klubowi kolejne błędy. Tyle że również im można wytknąć hipokryzję. Nie przeszkadzało im jakoś, gdy można było podejrzewać klub o podobne praktyki w przeszłości. Pamiętam, gdy po kilku pierwszych miesiącach kadencji Marka Szczerbowskiego umówiliśmy się na wywiad i w swoim gabinecie pokazywał mi dane z sezonu 2018/19. Sporo było tam frekwencji 3-cyfrowych. Ile razy taką ogłosił klub? Ani razu; poniżej tysiąca nie zjechał nigdy.

O bojkocie, całej tej sytuacji, jedni powiedzą: „Zły prezes!”, a drudzy: „Źli kibole!” i w obu przypadkach będzie to równie absurdalne spłycenie problemu, bo każda ze stron ma swoje racje.

Powtarzam, że jeśli kibice chcą, by zaczęto w mediach traktować ich w pełni poważnie, a nie z pogardą, politowaniem czy wyśmiewaniem, to muszą po prostu zacząć gadać. Wyjść do mediów. Nie twierdzę, że do mnie, bo znam swoje miejsce w szeregu. Ale minął ponad tydzień i nadal tak naprawdę nie wiemy, o co dokładnie im chodzi. Jakie mają warunki, po których spełnieniu bojkot zostanie zawieszony. Im dłużej nie będzie to podawane do publicznej wiadomości, tym bardziej w wielu obserwatorach tej sytuacji urośnie przekonanie, że po prostu coś ukrywają. Panowie, skoro nie piszecie swojej historii, to nie dziwcie się, że ktoś czyni to za was.

Do mediów przedostał się projekt porozumienia między klubem a kibicami, niezaaprobowany przez stowarzyszenie kibiców „SK1964”, które nie chce zgodzić się choćby na branie odpowiedzialności – finansowej, prawnej – za kary nakładane przez organy związkowe czy administracyjne za zachowanie widzów na trybunach. Rozumiem tu klub i rozumiem też kibiców, bo trudno ręczyć za każdego przybyłego na stadion; za to, że pan Kowalski rzuci sobie petardę z sektora nr 5.

Ta kość niezgody tylko dowodzi, jak bardzo te relacje na linii klub – kibice popękały. Przecież w normalnym klubie, przy normalnych relacjach fanatyków z zarządem, wszystko da się dogadać. Klub ma swoje racje, obawy i potrzeby, a kibice – swoje, nie zawsze mieszczące się 100-procentowo w granicach prawa. To normalna praktyka, że gdy poświecą sobie pirotechniką, to potem płacą za to rachunek. Ale do tego trzeba normalności, zaufania. A wokół GieKSy klimat jest taki, że to zaufanie w tej konfiguracji ludzkiej wydaje się już nie do odbudowania.

Fanatyków GieKSy ocenia się teraz wyłącznie przez pryzmat meczu z Widzewem, kiedy ostrzelany został sektor gości, co skutkowało zamknięciem Bukowej na 4 spotkania i karą finansową. Co tu kryć, rzecz haniebna. Nie rozumiem, czemu „SK1964” mimo wyraźnych próśb klubu i magistratu nie odcięło się od tamtych zdarzeń, choć tak po prawdzie, to nie rozumiem też, jakie konkretne owoce miałby wydać tego typu dyplomatyczny zabieg.

Kto chce, może cały czas przypominać o tej zadymie, acz nie jest to w pełni sprawiedliwe. Była to akcja chuligańska, a pod kątem zwykłej, przyziemnej „ultraski” miałem zawsze o kibicach dobre zdanie. Nieraz na Bukową przyjeżdżały mniejsze kibicowskie ekipy i im bardziej usiłowały sprowokować gospodarzy do słownego boksowania, tym mocniej, tym głośniej z „Blaszoka” wspierano swoją drużynę. Jasne, że kultury rodem z opery nie było, ale stadion to stadion. Zmierzam do tego, że na Bukowej znacznie częściej niż rzadziej panowała naprawdę świetna atmosfera, niezależnie od frekwencji, dlatego sprowadzanie „Blaszoka” tylko i wyłącznie do „kibolstwa” nie jest uczciwe, skoro częściej widowisku dodawał niż ujmował.

Sam w świetle obecnej wiedzy i milczenia kibiców mam problem z bojkotem. Pisaliśmy już w „Sporcie” o zarzutach kibiców względem zarządu, nie będziemy już powtarzać tych argumentów o kulejącym marketingu, zwolnieniach pracowników, wpadkach wizerunkowych itd. Nie wiem, czy te wszystkie minusy marketingowe, zarządcze, są powodem dostatecznie dużym, by bojkotować to, co dla klubu sportowego jest kluczowe i co ostatnio układa się należycie, czyli występy drużyn, mecze, dobre wyniki. Do tego dorzucić można nieprzeszkadzające w tym finanse czy zupełnie poprawną jak na I-ligowe standardy komunikację, stronę internetową, media społecznościowe, na czele z dobrą telewizją.

Mam przekonanie, że za kadencji prezesa Szczerbowskiego złapano w GieKSie sportową stabilizację, sięgnięto po hokejowe mistrzostwo Polski, piłkarze zrobili awans do I ligi, stają się coraz lepszym zespołem, trener Rafał Górak ma długi kontrakt, może pracować w spokoju. Po niemal dekadzie miotania się, zwalniania szkoleniowców, podejmowania nerwowych decyzji, teraz jest inaczej.

Czasem w rozmowach ze znajomymi dzielę się też opinią, z którą zagorzałym kibicom pewnie trudno się zgodzić, bo zawsze będą od swojego klubu wymagać. Ale dopóki w Katowicach nie będzie nowego stadionu, to ten klub jest poniekąd na „stendbaju”. Trudno tu o wielkie nakłady na marketing, kwestie pozasportowe, bo sufit jest nisko. Tak – to również wina Wasza, kibiców, że na Bukową chodzi Was tylu, ilu chodzi. Do kogo macie o to pretensje? Doskonale wiecie, co jest w obecnej sytuacji GKS-u najlepszym marketingiem: wyniki, ale nawet nie zawsze one, a po prostu cel. Stawka. Emocje. Zdajmy sobie sprawę, że po raz ostatni 4000 widzów na ligowym meczu GieKSy (tak, pamiętam mecz z Banikiem, organizowany w sporym zakresie przez kibiców, ale był on towarzyski, specyficzny) zasiadło w maju 2019, gdy po porażce z Bytovią spadała z I ligi! To było jak finał. Ludzie przyszli, bo grało się o coś. O utrzymanie.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w tym sezonie GKS gra o awans. To nie jest drużyna gwiazd, ale Rafał Górak i Robert Góralczyk zbudowali tu fajną bandę. Z Kudłą, Jaroszkiem, Błądem, Tanżyną, Jędrychem; zawodnikami niezmanierowanymi, którym raczej trudno źle życzyć. Jeśli będą w czołówce tabeli, jeśli będą wyniki, jeśli będzie perspektywa walki co najmniej o baraże, to ludzie przyjdą. Mimo bojkotu – tym bardziej ogłoszonego i prowadzonego w takiej formie, którą trudno zrozumieć kibicom mniej „kumatym”.

*tekst napisany przed publikacją artykułu „Jak przez trzy lata wyglądała „współpraca” Marka Szczerbowskiego z kibicami?” na stronie kibiców gieksa.pl

 

Stadion droższy o 37 baniek

Katowicka rada miasta uchwaliła zmiany w budżecie, związane m.in. ze wzrostem kosztów budowy nowego kompleksu sportowego.

Już nie na 248,8, a 285,9 milionów złotych brutto określony został całkowity koszt budowy nowego stadionu, hali i dwóch boisk treningowych w Katowicach przy ul. Upadowej w sąsiedztwie autostrady A4. Na wczorajszej sesji rady miasta uchwalono zmiany w budżecie na 2022 rok oraz wieloletniej prognozie finansowej, których składową był m.in. stadion. Za przyjęciem poprawek do budżetu było 21 radnych, 7 wstrzymało się. Za przesunięciami w WPF opowiedziało się 20 radnych, 8 wstrzymało się: byli to radni Koalicji Obywatelskiej oraz niezrzeszony Dawid Durał. Głosowanie przebiegło bardzo sprawnie, nie będąc poprzedzone jakąkolwiek dyskusją.

Sytuacja na rynku budowlanym i inflacja nie mogła zostać bez wpływu na cenę nowego stadionu, który zdrożał o 37 mln zł brutto. Nowa, blisko 286 mln, tak jak zakładano pierwotnie zostanie pokryta z wyemitowania 150-milionowych obligacji oraz środków własnych, których będzie jednak nie 98,8 mln, a już 135,9 mln zł. Obserwując krajobraz gospodarczy trudno wykluczyć, że na tym koniec.

Widzimy, jak skoczyły koszty budowy tej infrastruktury od momentu otwarcia kopert z ofertami w postępowaniu przetargowym. Stało się to w kwietniu 2021 roku. Założony wtedy przez miasto budżet, 230 mln zł brutto, już został przekroczony o ponad 55 milionów, a oferta złożona przez głównego wykonawcę, NDI, wzrosła o 80 mln, bo pierwotnie wynosiła 205,2 mln zł brutto. Niektórzy wręcz śmiali się nerwowo, widząc wówczas, jaką ofertę – 305 mln zł brutto – przedstawiło Bielskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego, ale dziś inwestor, miasto Katowice, zapewne przyjęłoby taką cenę w ciemno. Minęło ledwie 15 miesięcy…

Budowa stadionu, hali i 2 boisko treningowych wraz z infrastrukturą towarzyszącą ruszyła na Upadowej w październiku ub. roku.

Prace toczą się. Jak informuje najnowszy Biuletyn Informacyjny Urzędu Miasta Katowice: „Trwa wykonywanie podbudowy pod drogę od ulicy Bocheńskiego, makroniwelacje pod parkingi oraz roboty związane z sieciami wodociągowymi, kanalizacyjnymi, teletechnicznymi i elektrycznymi. Prace związane są również z budową obiektów technicznych przy boiskach terenowych. Rozpoczęło się uzdatnianie gruntu pod halę sportową i stadion”.

Inwestycja ma zakończyć się w 2024 roku (wykonawca ma na to 3 lata, umowa została podpisana 31 sierpnia 2021). Trybuny stadionu pomieszczą blisko 15 tys., a hali – blisko 3 tys. widzów.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Jeden z… „mafii”

Kolonia polskich trenerów współpracujących z innymi reprezentacjami siatkarskimi wciąż się powiększa.

Swego czasu była mafia włoska, a teraz jest polska – tak pół żartem, pół serio mówi się w siatkarskim środowisku o naszych statystykach, pracujących w reprezentacjach różnych krajów. Jednym z nich jest Damian Musiak, związany na co dzień – jako drugi trener – z GKS-em Katowice. Od połowy maja znajduje się on w sztabie szkoleniowym reprezentacji Australii. Jego przygoda wciąż trwa, bo drużynę tę czekają jeszcze dwa turnieje.

Dla Musiaka praca w okresie letnim z innymi reprezentacjami to nie nowość. Wcześniej spędził 2 sezony z reprezentacją Belgii, a ostatnie 3 z narodowym zespołem Białorusi. Oczywiście, musiał to uzgodnić z władzami GKS-u. Te nie widziały żadnych przeszkód, bo przecież takie wyzwania to zdobywanie nowych doświadczeń, co bez wątpienia może procentować w codziennym klubowym szkoleniu.

– Mateusz Nykiel, statystyk z Olsztyna, zatelefonował do mnie z informacją, że Australijczycy potrzebują do sztabu szkoleniowego tego rodzaju specjalisty i czy przypadkiem nie jestem zainteresowany – wyjaśnia początek swojej tegorocznej sportowej przygody trener Musiak.

– W czasie krótkiej rozmowy z trenerem reprezentacji Davidem Prestonem uzgodniliśmy szczegóły naszej współpracy, więc w połowie maja siedziałem w samolocie do Canberry, stolicy Australii. Tam w wielofunkcyjnym, świetnie wyposażonym ośrodku sportowym, mieliśmy pierwszy etap przygotowań. Nie ukrywam, że ucieszyłem się z tej posady, bo przecież dla mnie to nowe, a zarazem kolejne doświadczenie. Po 2 tygodniach treningów wyruszyliśmy w sportową podróż. Z Australii podróż na pierwszy turniej eliminacyjny do Brazylii trwała 54 godziny. Potem graliśmy na kolejnych kontynentach, najpierw w Sofii, a potem w Osace.

W Europie, po zakończeniu rywalizacji, zostaliśmy dłużej, w sumie uzbierało się 20 dni, i przygotowywaliśmy do występu w Japonii. Stamtąd do Australii już jest znacznie bliżej, bo 8-9 godzin lotu. Cała ekipa była długo poza domem, ale wynikało to logistyki. Nie było sensu, również ze względów ekonomicznych, by za każdym razem wracać do Australii.

Praca w nowym środowisku to spore wyzwania, nie może być zatem mowy o nudzie czy zmęczeniu. Mam okazję poznawać inne metody szkoleniowe, inne spojrzenie na naszą dyscyplinę, a ponadto spotkać nowych ludzi i wymieniać z nimi doświadczenia zawodowe. W sumie niewiele było czasu dla siebie, a i wypoczynek jest też dość specyficzny, tak daleko od własnego domu…

Siatkarze Australii podczas tegorocznej edycji Ligi Narodów byli zajęli ostatnie miejsce z dorobkiem zaledwie dwóch punktów.

– Szczerze? Nikt w ekipie australijskiej nie robił z tego powodu tragedii – dodaje szkoleniowiec. – W drużynie następuje zmiana pokoleniowa i w tegorocznej Lidze Narodów pojawiliśmy się drugim, a może nawet i trzecim składem. W reprezentacji było wielu młodych chłopaków, którzy jeszcze nie mieli okazji grać w profesjonalnym klubie. Dla nich rywalizacja na tym szczeblu to było zupełnie coś nowego i w ciągu tych 2 miesięcy zebrali nowe, bezcenne doświadczenie. Zdobyliśmy zaledwie 2 punkty, wygrywając z Bułgarami na ich boisku w Sofii.

Potem żartowaliśmy, że mamy taki sam dorobek jak w poprzednim sezonie, choć wówczas zespół był zdecydowanie silniejszy. Australijczycy nie ukrywają, że marzą o występie w igrzyskach w Paryżu, bo ten turniej dla nich ma największy prestiż.

Oczywiście, droga do tego daleka, bo przecież trzeba najpierw zdobyć kwalifikacje do eliminacji olimpijskich (decyduje ranking FIVB – przyp. red.), a potem przejść je szczęśliwie. Najpierw czekają mnie jednak inne wyzwania. Niebawem wylatuję do Seulu (rozmowa była na 2 dni przed odlotem – przyp. red.), gdzie rozegrany zostanie turniej challengerowy – w naszym przypadku o utrzymanie w siatkarskiej elicie. Natomiast dla kilku innych reprezentacji, m.in. Czech, Turcji czy gospodarzy o awans. A potem przenosimy się do Bangkoku, by rozegrać Puchar Azji. Jego wyniki zadecydują, czy Australia wystąpi w eliminacjach olimpijskich.

Początkowo te zawody był planowane w Chinach, ale ze względu na sytuację covidową przeniesiono je do Tajlandii.

Musiak zdobywa nowe doświadczenie, które na pewno zaprocentują w czasie sezonu w PlusLidze. Trochę się martwi, że nie będzie na początku przygotowań GKS-u, ale ma nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Początek zajęć to przede wszystkim praca nad motoryką, a to w „GieKSie” domena Piotra Karlika, trenera personalnego. Oczywiście, nad całością czuwają trener Grzegorz Słaby oraz fizjoterapeuta Grzegorz Rzetecki.

– Chyba jakoś będę musiał „wykupić” swoją nieobecność – śmieje się sympatyczny trener. – Podczas tegorocznej Ligi Narodów nasza grupa szkoleniowa była nader liczna, co najlepiej świadczy o sile naszej ligi oraz jak jesteśmy postrzegani przez siatkarski świat. Nic, tylko się cieszyć, że inne nacje sięgają po specjalistów z naszego kraju.

Michał Winiarski jest trenerem głównym reprezentacji Niemiec, Jakub Gniado odpowiada za przygotowanie fizyczne, zaś Dominik Posmyk (obaj Aluron CMC Warta Zawiercie) za statystyki. Wojciech Janas (pracował w Skrze oraz reprezentacji kraju) jest trenerem przygotowania motorycznego w drużynie Iranu, która tak dobrze spisywała się w tegorocznej edycji LN. Natomiast Bogdan Szczebak (Jastrzębski Węgiel) był jednym ze współpracowników Marka Lebedewa w reprezentacji Słowenii.

– No i jak tu nie mówić o siatkarskiej mafii? – śmieje się Musiak. – Ale tak na poważnie – to nie tylko sympatyczne spotkania na sportowym szlaku, ale również współpraca. Wymieniamy się informacjami, pomagamy sobie nawzajem, bo to specyficzna praca; wspólnie tworzymy taki rodzimy team. To niezwykle ważne w tej pracy.

To sympatyczne, że kilku naszych fachowców w okresie letnim znajduje prace w innych reprezentacjach. Jak wynika z naszych informacji, podczas mistrzostw świata, które będą rozgrywane w Katowicach, Gliwicach oraz Lublanie, to grono może jeszcze się powiększyć. I niech tak będzie, bo korzyści z tego może wynieść cała nasza rodzima siatkówka.

 

HOKEJ

hokej.net – Zmarł Artur Hartman. Trzykrotny mistrz Polski z GieKSą

Smutne wieści napłynęły z Katowic. Nie żyje Artur Hartman, były zawodnik katowickich klubów: Startu, Górnika i GKS-u oraz Zagłębia Sosnowiec. Miał 82 lata.

Artur Hartman swoją przygodę z hokejem rozpoczął w drużynie AZS-u Katowice. Największe sukcesy święcił jednak z GKS-em Katowice, z którym zdobył w sumie sześć medali mistrzostw Polski.

W 1965, 1968 i 1970 sięgnął po tytuł mistrzowski, w 1967 i 1969 na jego szyi zawisł srebrny medal, a w 1966 brązowy.

W sezonie 1970-71 zadebiutował w barwach Zagłębia Sosnowiec, w którym spędził cztery sezony. W debiutanckim sezonie w barwach Zagłębia uzyskał historyczny awans do pierwszej ligi strzelając w całym sezonie 6 goli.

– W 1974 zakończył hokejową karierę w Zagłębiu Sosnowiec. Potem zajął się szkoleniem młodzieży w sosnowieckim klubie. Następnie podjął pracę na kopalni KWK Sosnowiec jako górnik, aby potem przejść na zasłużoną emeryturę. Od 1981 roku mieszkał w Katowicach – wspomina Krzysztof Wojtanowski, kronikarz Zagłębia Sosnowiec.

Rodzinie oraz najbliższym Artura Hartmana składamy najszczersze kondolencje. Cześć jego pamięci!

 

Minister sportu potwierdza. Będą pieniądze dla polskich ekip występujących w europejskich pucharach

Kamil Bortniczuk w rozmowie z Interią potwierdził, że jeszcze w te wakacje prezydent Andrzej Duda podpisze projekt dotyczący zmiany ustawy o Polskiej Organizacji Turystycznej (POT). Polskie kluby sportowe walczące na arenie międzynarodowej otrzymają więc stosowne dofinansowanie.

To dobre informacje dla występujących w Hokejowej Lidze Mistrzów GKS-u Katowice i Comarch Cracovii, a także dla Re-Plast Unii Oświęcim, która będzie polskim przedstawicielem w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego.

Przypomnijmy, że idea tego rozwiązania została przedstawiona już w styczniu. Program Wsparcia Mistrzów miał na celu pomóc polskim klubom skuteczniej rywalizować na arenach międzynarodowych oraz promować polskie marki i regiony.

Realizacja tego zadań będzie odbywać się na podstawie umowy z ministrem sportu i turystyki, który będzie mógł udzielić Polskiej Organizacji Turystycznej dotacji z budżetu państwa.

Z kolei POT ma współpracować z klubami sportowymi w ramach takich dyscyplin, jak: piłka nożna, koszykówka, piłka ręczna, siatkówka, hokej na lodzie i najprawdopodobniej tenis stołowy.

Projekt ministerstwa sportu i Polskiej Organizacji Turystycznej wyszedł już z Senatu, wkrótce będzie głosowany w Sejmie. Ustawa po podpisaniu przez Pana prezydenta wejdzie w życie jeszcze w wakacje tego roku – powiedział w rozmowie z Interią Kamil Bortniczuk, minister sportu i turystyki.

 

Amerykański napastnik na testach w GieKSie

Na treningu GKS Katowice pojawił się amerykański napastnik, który miał już okazję występować na polskich taflach. O kogo chodzi?

Devin Penzeca, bo o nim mowa, przez półtora roku z powodzeniem występował w pierwszoligowym Opolu HK. W poprzednim sezonie w 14 meczach zdobył 49 punktów za 23 bramki i 26 asyst. Natomiast sezon wcześniej w 7 meczach zainkasował 23 punkty.

Gdy 10 grudnia Polskę obiegła informacja o wycofaniu się opolskiego klubu z rozgrywek Młodzieżowej Hokej Ligi, 25-letni napastnik musiał poszukać sobie nowego pracodawcy. Trafił do szwedzkiego Söderhamn/Ljusne HC (Division 2 – piąty poziom rozgrywkowy). Tam w 14 meczach zdobył 31 punktów za 16 bramek i 15 asyst.

Panzeca w przeszłości był już testowany w Zagłębiu Sosnowiec i Comarch Cracovii. Czy tym razem przekona do siebie klub z Polskiej Hokej Ligi?

 

Ruszyły oficjalne przygotowania GieKSy

Hokeiści GKS-u Katowice oficjalnie rozpoczęli przygotowania do sezonu 2022/2023. Z zespołem trenują już wszyscy zawodnicy posiadający ważne kontrakty.

Bazą mistrzów Polski jest lodowisko „Jantor”, gdzie przyjdzie im rozgrywać też mecze Hokejowej Ligi Mistrzów. Wcześniej trenowali indywidualnie według specjalnie przygotowanych rozpisek. Dziś najpierw przeszli testy kondycyjne, a później trenowali już na lodzie.

Na zajęciach pojawili się wszyscy świeżo pozyskani gracze, a więc fiński obrońca Niko Mikkola, szwedzcy napastnicy Christian Blomqvist i Hampus Olsson oraz pierwszy Japończyk w historii GieKSy Shigeki Hitosato.

– W naszej kadrze zostało wielu chłopaków z poprzedniego sezonu. Fajnie, bo już się znamy, ale mam nadzieję, że nowi zawodnicy szybko się zaaklimatyzują i stworzymy drużynę, która będzie jeszcze lepsza niż ta z zeszłego sezonu – wyjaśnił Bartosz Fraszko, jeden z liderów katowickiego zespołu.

GieKSa będzie łączyć zajęcia na lodzie z pracą w siłowni. Rozegra też pięć meczów sparingowych. Przypomnijmy, że podopieczni Jacka Płachty dwukrotnie zmierzą się z Comarch Cracovią (10 i 16 sierpnia) i GKS-em Tychy (12 i 26 sierpnia), a raz skrzyżują kije z Re-Plast Unią Oświęcim (23 sierpnia).

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Fjodor

    2 sierpnia 2022 at 12:35

    Kto napisał ten tekst w „Sporcie”? M. Grygierczyk? Powiedziałbym nawet, że dość wyważony…

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dokąd zmierzacie Szoszoni?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 23 latach GKS Katowice wraca do Europy. Niezwykłym faktem jest to, że trafiając na tak bliskiego geograficznie rywala jak MŠK Žilina, GieKSa zagra w pucharach z przeciwnikiem oddalonym zaledwie jedną czwartą odległości od miejsca, w którym te puchary drużyna sobie w lidze zapewniła. Jeśli Baltika Kaliningrad nie wywalczyła kiedyś pucharów w ostatniej serii gier z Łucz Energią Władywostok, to zapewne próżno szukać takiej sytuacji w annałach europejskiej piłki.

W lidze wyjazd 150 kilometrów kwalifikujemy jako nie najbliższy, ale bliski. Przecież to mniej niż choćby do Wrocławia, a przecież tam to jest szast prast i jest się na miejscu. Tak więc logistycznie wypadło dla GKS idealnie – brak konieczności lotu, a i dla kibica jest to wycieczka bardzo łatwa. Pamiętajcie tylko, że jeśli będziecie przekraczać granice w Zwardoniu, to odcinek autostrady D3 (Skalite – Svrčinovec) jest zamknięty i trzeba jechać wioseczkami i miasteczkami m.in. przez Oszczadnicę. Wiadomo – jeśli chodzi o przygodę dla kibiców, to lepszy byłby Hajduk, ale przygody zostawmy sobie po prostu na następne rundy.

MŠK Žilina to drugi po Slovanie Bratysława najbardziej utytułowany klub Słowacji. Został założony w 1908 roku pod węgierską – w wyniku madziaryzacji – nazwą Zsolnai Testgyakorlók Köre (Klub Gimnastyczny w Żilinie). Później nazwa zmieniana była kilkukrotnie, choć w latach 1919-1948 była bliska obecnej – ŠK Žilina. Zresztą tak samo nazywał się w latach 1990-1995 i właśnie wtedy dodana została literka „M”, czyli „Miejski”. Pierwsze sukcesy klub odniósł w latach 1928 i 1929 w nieoficjalnych rozgrywkach zdobywając Mistrzostwo Słowacji. To był czas, kiedy istniała Czechosłowacja i był okres, w którym najlepsze drużyny słowackie grały w fazie play-off o mistrzostwo łączonego kraju. W omawianych latach nie miało to jednak miejsca.

W lidze czechosłowackiej zespół grał przez 30 sezonów, a najwyższym miejscem z tamtego czasu było czwarte w sezonie 1946/47. Wielkimi zgłoskami zapisał się początek lat 60. W pierwszej w historii edycji Pucharu Czechosłowacji ówczesne Dynamo Żilina dotarło aż do finału, gdzie w Ołomuńcu uległo praskiej Dukli 0:3. Jako, że Dukla zdobyła mistrzostwo, Słowacy dostali przepustkę do Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam to zrobili niemałą furorę, dochodząc aż do ćwierćfinału, choć były to czasy, że aby dotrzeć na ten szczebel wystarczyło przejść… jedną rundę.

W dwumeczu Żilina trafiła na grecki Olympiakos. W pierwszym meczu w Pireusie goście mimo dwukrotnego tracenia prowadzenia, w 87. minucie jednak dopięli swego, gdy Julius David po raz trzeci trafił do siatki. W rewanżu Słowacy wygrali 1:0 po golu Vladimira Pisarika.

Prawdziwa bomba miała miejsce w ćwierćfinale. Dynamo trafiło na broniącą pucharu Fiorentinę i w pierwszym meczu to właśnie klub z Żiliny sensacyjnie wygrał to spotkanie 3:2, wprawiając w osłupienie byłego wicemistrza świata, węgierskiego trenera Nandora Hidegkutiego, mającego swego czasu swój epizod na ławce w… Stali Rzeszów. W rewanżu jednak faworyt odrobił straty i wygrał 2:0.

Ciekawostka! Bramkarzem Żiliny w tych spotkaniach był zawodnik nazywający się… František Plach. Tak, to nie przypadek – był to dziadek obecnego golkipera Piasta Gliwice, mającego to samo imię, co świadczy, że była to persona poważana i szanowana w rodzinie. Kontuzjowanemu od marca wnukowi słynnego dziadka życzmy dobrej rekonwalescencji i dalszego dochodzenia do siebie po marcowym urazie kolana.

W nowożytnej historii, czyli grze już w stricte w lidze słowackiej – po rozpadzie Czechosłowacji – MŠK Žilina odniosła sporo sukcesów. Siedmiokrotnie zdobyli mistrzostwo, choć pięć z tych tytułów przypadło na pierwszą dekadę XXI wieku. Dodatkowo dwukrotnie zdobyli Puchar Słowacji i cztery razy byli finalistą. To właśnie zdobycie pucharu w tym roku dało piłkarzom Pavola Staňo przepustkę do kwalifikacji Ligi Europy.

Pavol Staňo to postać w polskiej piłce aż nadto znana. Jako piłkarz rozegrał aż 243 mecze w ekstraklasie i zdobył 23 bramki. Występował w Polonii Bytom, Jagiellonii, Koronie, Podbeskidziu i Termalice.

W XXI wieku Słowacy zagrali niezliczoną ilość spotkań w europejskich pucharach. Raz nawet awansowali do Ligi Mistrzów, gdy w decydujących bojach dwukrotnie wygrali ze Spartą Praga, ale w grupie już poszło im fatalnie – przegrali wszystkie sześć meczów, a z Marsylią polegli u siebie aż 0:7. Jeśli chodzi o pojedynczy mecz to na pewno słowaccy kibice wspominają triumf na Villa Park w 2008 roku, kiedy to niedoceniany przybysz z Europy środkowej wygrał z Aston Villa 2:1, co oklaskiwał z ławki trenerskiej dobrze znany w Polsce Dusan Radolsky. Co ciekawe Żilina, która teraz przecież przegrała dwumecz z Hajdukiem, wyeliminowała Chorwatów w 2009 roku w eliminacjach do Ligi Europy. Z ciekawszych wyników na uwagę zasługuje zwycięstwo z luksemburskim Dudelange… 5:4 oraz niesamowita końcówka dwumeczu z Worskłą Połtawa z 2015 roku. Żilina w pierwszym spotkaniu wygrała 2:0, taki sam wynik, tyle że na korzyść Ukraińców był po 90 minutach rewanżu. W dogrywce Worskła strzeliła na 3:0, ale w doliczonym czasie goście ze Słowacji zdołali strzelić gola dającego awans – wtedy jeszcze bramki na wyjeździe były premiowane. Potem Żilina nawet wygrała pierwszy mecz z Athletikiem Bilbao 3:2 (przegrywając 0:2 do przerwy!), ale w rewanżu Baskowie ugrali 1:0.

W poprzednim sezonie doszło w końcu do starcia MŠK Žilina z polskim klubem, mianowicie Rakowem Częstochowa. Medaliki nie zostawiły złudzeń Słowakom wygrywając 3:0 u siebie i 3:1 na wyjeździe. W dwumeczu tym debiutował w europejskich pucharach Oskar Repka, dla którego pierwsze starcie było dopiero drugim meczem w ogóle w barwach Rakowa, po inauguracji przeciw GKS Katowice. Choć proforma dodajmy, że w 1997 roku Żilina zmierzyła się w Pucharze Intertoto z Odrą Wodzisław, a było to o tyle ciekawe, że teoretycznie niemająca szans na Puchar UEFA Odra została właśnie zgłoszona do rozgrywek „Pucharu Lata”. Intertoto odbywało się wówczas jeszcze w trakcie trwania poprzedzającego sezonu i na finiszu ligi wodzisławianie jednak do Pucharu UEFA się dostali – kosztem GieKSy. Odra zremisowała z Żiliną 0:0, a trenerem gości było – co za zaskoczenie – Dusan Radolsky.

1 maja 2026 MŠK Žilina zdobyła swój trzeci Puchar Słowacji. W rozegranym u siebie, czyli na Stadioniem pod Dubnom, drużyna wygrała z FC Košice 3:1. Bramki zdobyli Michal Fasko, Filip Kasa i Marko Roginić. Tym samym trofeum wróciło do Żiliny po 14 latach. Co ciekawe z rywalem z Koszyc zespół zmierzy się w pierwszej kolejce nowego sezonu i pojedynek ten odbędzie się pomiędzy dwoma meczami z GKS Katowice.

Przez lata przewinęło się przez ten klub wielu nie tylko znanych zawodników, ale przede wszystkim znanych nam – polskim kibicom. Z racji bliskości do polskiej granicy, wielu słowackich zawodników czy trenerów mieliśmy okazję gościć na terytorium naszego kraju, ale przecież też Polacy zaznaczyli swój ślad w klubie spod Małej Fatry.

Obecnie barw słowackiego klubu broni Fabian Bzdyl, młodzian z Cracovii, który jednak nie miał okazji zagrać na Nowej Bukowej w przegranym przez Pasy 1:2 meczu. W przeszłości w Żilinie grał jeszcze Dawid Kurminowski i robił tam niemałą furorę – strzelając w 52 meczach aż 27 bramek i mając na koncie tytuł króla strzelców w sezonie 2020/21 z 19 trafieniami na koncie. No i największa obecnie gwiazda Jakub Kiwior, który z Železiarne Podbrezová trafił właśnie do Żiliny i rozegrał tam 50 meczów. Dobre występy zaowocowały transferem do Spezii, a potem piłkarz zdobył kontrakt życia w Arsenalu. Obecnie broni barw FC Porto.

A piłkarze, którzy grali w Żilinie oraz w polskich rozgrywkach: Aleš Besta strzelił nam kiedyś bramkę w meczu Górnika z GieKSą, gdy rozpoczynała się i umacniała ówczesna zgoda, a na Roosevelta, na starym jeszcze stadionie, przy 20 tysiącach kibiców mieliśmy piłkarskie święto. W Polsce grali lub grają przecież Wahan Biczachczjan, Roman Gergel, Ľubomír Guldan, Róbert Jež, Dušan Kuciak, Samuel i Patrik Mrázowie, Ján Mucha, Róbert Pich, František Plach, Ivan Trabalik czy Kristian Vallo.

Zdecydowanie największą karierę w światowej piłce zrobił Milan Škrinjar, reprezentant Słowacji, wychowanek tego klubu, który rozegrał niemal dwieście meczów w Interze Mediolan, a grał też w PSG. Zawodnik obecnie gra w Fenerbahçe i sposobi się do gry o Ligę Mistrzów z Górnikiem Zabrze. Polscy kibice mogą pamiętać Stanislava Sestaka, który niegdyś w Bratysławie w dwie minuty strzelił dwie bramki reprezentacji Polski w eliminacjach do Mundialu 2010 odwracają losy spotkania. No i oczywiście Martin Dúbravka, wieloletni bramkarz Newcastle United. Ostatnio grał w Burnley, a pod koniec czerwca został ogłoszony zawodnikiem Tottenhamu.

MŠK Žilina ma też powiązania z GieKSą. Jedno przeszłe, jedno obecne. Oliver Praznovsky grał w GKS przez dwa sezony. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w formie był zawodnikiem bardzo solidnym. Katowicki Senderos strzelił cztery bramki dla naszego zespołu. Potem m.in. przez cztery lata grał w Chrobrym Głogów. No i obecny zawodnik – Marko Roginić. Chorwat w GieKSie był przez półtora sezonu i rozegrał 43 mecze zdobywając zawrotne 3 bramki – przeciw ŁKS, Łęcznej i Tychom – co ciekawe wszystkie na wyjeździe. Potem właśnie trafił do zespołu z Lubelszczyzny.

Nazwa stadionu MŠK Žilina wprost nawiązuje do wzgórza Dubeň znajdującego się nieopodal – po drugiej stronie rzeki Wag, a widocznego z samego obiektu. Analogicznie więc z wieży widokowej na górze tejże, widać stadion, jak i całą piękną panoramę miasta. Na tym jednak widoki się nie kończą, gdyż Żilina znajduje się nieopodal Małej Fatry ze swoimi wysokimi szczytami i bardzo wymagającymi podejściami na Wielki Krywań, Stoh czy Wielki Rozsutec, szpizczastą górę widoczną świetnie choćby z naszej Magurki Radziechowskiej w Beskidzie Żywieckim. Swoją drogą obiekt ten tak do złudzenia przypomina stadion Górnika Łęczna, że wspomniany Roginić, gdy zmieniał barwy klubowe musiał mieć w głowie niezłe zamieszanie i zastanowienie, czy aby na pewno transfer doszedł do skutku i nadal nie dźwięczyły mu w głowie tony głosu Krzysztofa Cugowskiego.

Drużyna i trenerzy Żiliny mieli duże aspiracje przed meczami z Hajdukiem. Pavol Staňo zapowiadał, że zespół chce grać swoją i odważną piłkę. Czy jednak te słowa mogły się ziścić? Piłkarze ze Słowacji w Splicie nie zaprezentowali się najlepiej, choć mimo to mieli swoje stuprocentowe okazje, których nie wykorzystali Hranica i Roginić, a jeden z obrońców Hajduka nieomal zaliczył „estońską sztuczkę”, bo bramkarz znajdował się za światłem bramki, ale po przeciwległej stronie i podanie do pustaka… minimalnie minęło lewy słupek. Tak, chorwacki obrońca zrobił to co należy, czyli nie zagrał w światło bramki, ale serce kibicom Torcidy podeszło do gardła, a nasi południowi sąsiedzi mieli nadzieję. Märtenowi Kuuskowi życzymy wszystkiego dobrego w barwach Dumy Stolicy!

Fani z Żiliny nie byli pocieszeni. W sieci pojawiło się utyskiwanie na postawę zespołu w tym meczu, ale też kibice zwracali uwagę na szerszy kontekst, czyli zarówno brak wzmocnień, jak i kontynuację słabej gry z końcówki poprzedniego sezonu.

„Kpiną jest to, że na Europę nie zostało wystawione ani jedno wzmocnienie, ale to nie jest niespodzianka w ostatnich latach”

„Wynik z przebiegu meczu powinien brzmieć 6:1. Zero obrony”

„Możemy się cieszyć, że z tak nędzną grą, mamy taki wynik. Z drużyny, która miała tytuł w garści, zajęliśmy czwarte miejsce na wiosnę, a puchar był cudem”

„Strasznie słaby występ wczoraj. Atak to katastrofa, Roginič i Faško wypadli z formy, czuję się jakbyśmy ich tam nie mieli”

„Žilina = obolałe oczy, nieszczęście”.

Trudno się dziwić frustracji kibiców, bo rzeczywiście – mimo, że drużyna awansowała do pucharów, to wiosna do dobrych nie należała. Sezon zasadniczy (22 kolejki) Żilina zakończyła na 3. miejscu z sześciopunktową stratą do lidera. Bilans 11-7-4 nie wyglądał najgorzej. Grupa mistrzowska to jednak były cztery zwycięstwa i sześć porażek. W ostatnich pięciu kolejkach sezonu drużyna przegrała czterokrotnie. To skutkowało wypadnięciem poza podium i strefę pucharów, dlatego tak ważne było zdobycie Pucharu Słowacji.

Patrząc na składy z meczu z Rakowem sprzed roku, widać, że w zespole doszło do kilku przetasowań. W pierwszym meczu grało czterech, a w drugim pięciu zawodników, których już w klubie nie ma. Przede wszystkim odszedł młody, zdolny Ghańczyk Samuel Gidi, który trafi do Cincinati i w Major Leauge Soccer rozegrał już (na raty – 2 pobyty) 23 mecze, grając m.in. przeciw takim gwiazdom jak Leo Messi. To była ważna postać, bo w Żilinie zawodnik rozegrał ponad sto meczów. No ale odeszli też tacy piłkarze jak Ľubomír Belko (Viking), Samuel Kopásek (Pardubice, a dosłownie wczoraj wypożyczony do Lechii Gdańsk), Adrián Kaprálik (Holstein Kiel) czy Dávid Ďuriš (Rosenborg).

Popularni Szoszoni kilka lat temu nie mogli być jednak pewni, że ich klub nadal będzie znajdował się na piłkarskiej mapie Słowacji. Krótko bowiem po ogłoszeniu w Europie pandemii, trzy tygodnie po przerwaniu rozgrywek – MŠK Žilina ogłosiła komunikat z enigmatycznym określeniem „postawienia klubu w stan likwidacji”. Powodem była fatalna sytuacja finansowa. Klub w związku z nią chciał obciąć siedemnastu najlepiej zarabiającym piłkarzom aż 80 procent pensji, na co zawodnicy nie chcieli przystać, choć byli gotowi na zrzeczenie się pewnej części wynagrodzenia. W związku z odmową piłkarze dostawali wypowiedzenia. Problem polegał na tym, że klub nie ogłaszał bankructwa, chciał po prostu ogarnąć finanse – sportowo w przypadku powrotu do rozgrywek, drużyna miałaby do nich przystąpić, tylko grając juniorami, ewentualnie tymi, którzy zgodziliby się na drastyczną obniżkę apanaży i zostali w klubie. Nasi Kurminowski i Kiwior byli wówczas młodymi zawodnikami, więc ich tak drastyczna obniżka pensji nie dotyczyła i w klubie zostali. Jednym z tych, który odszedł był obecny bramkarz Piasta Gliwice, który trafił do klubu w obliczu kontuzji Placha – Dominik Holec, który sam głośno wyrażał swoje niezadowolenie z tej 80-procentowej obniżki. Natomiast, że stara miłość nie rdzewieje pokazali inni zawodnicy, którzy wówczas rzeczywiście z klubu odeszli, ale dziś po kilku latach znów bronią barw MŠK Žilina – jak choćby Filip Kasa czy kapitan Miroslav Kacer.

A dlaczego w ogóle MŠK Žilina to Szoszoni? Przydomek i maskotka nawiązują do grupy plemion indiańskich. Plemiona te zamieszkujące m.in. tereny dzisiejszych stanów Wyoming i Idaho, zajmowały się głównie łowiectwem i zbieractwem. Ich głównym pożywieniem były orzeszki piniowe, ale ci, którzy mieli zdolność polowania, próbowali zdobyć zające wielkouche, ale także sarny, bizony czy antylopy. Była to grupa uboga, wedle relacji amerykańskich i brytyjskich traperów nie stanowili mocnej siły w tym regionie. Dodatkowo dochodziło do starć i nieporozumień ze względu na wybijanie przez traperów populacji bobra, która to była dla Szoszonów m.in. źródłem odzieży. Rząd USA próbował ogarnąć sytuację, stworzyć rezerwaty i dostarczać im środki na przetrwanie, ale wyglądało to różnie, a na pewno dość szorstko i dochodziło na tym tle do wielu nieporozumień.

Co ciekawe nie tylko amerykańskie, ale i afrykańskie wątki dotyczą naszego najbliższego rywala. W 2018 roku założono bowiem w Ghanie filię MŠK Žilina, mianowicie MŠK Žilina Africa FC. Klub zlokalizowany jest w Labadi na przedmieściach Akry i występuje na trzecim poziomie rozgrywkowym. W zakończonym sezonie zespół w czterozespołowej grupie play-off o awans zajął trzecie miejsce, w niefortunnym układzie punktów 6-6-6-0 (Czesław Michniewicz na Euro U-21 nie lubi tego). Drużyna wygrała dwa mecze i jeden przegrała, ale bilans bramkowy 2:2 nie pozwolił wywalczyć awansu na zaplecze. Między klubem-matką, a ghańską filią rzadko dochodziło do wymian piłkarzy, ale wspomniany wcześniej Samuel Gidi był właśnie tą perełką wyłowioną z afrykańskiego kraju. Zawodnik przyjął słowackie obywatelstwo i zagrał sześć meczów w młodzieżówce.

Swoją drogą nazwy trzecioligowych ghańskich drużyn są… specyficzne. True Life, Prestige, Immigration, Ghana Army, Third World, Still Believe, John Paintsil czy Mobile Phone People raczej przywołują skojarzenia z rozgrywek Red Boxa lub innych lig szóstek. Dla młodszych i niewtajemniczonych kibiców przypomnę, że np. John Painstil to po prostu były reprezentant Ghany w piłce nożnej, uczestnik Mundialu w 2006. Natomiast jeśli chodzi o filię lub (?) fancluby (?) to można tam znaleźć także choćby… Schalke 04 czy Besiktas Berlin.

Wróćmy do dwumeczu z Hajdukiem. W rewanżu Żilina zaczęła grać, ale… zbyt późno. Kiedy Van Hoorenbeeck strzelał dla gości bramkę do szatni, wydawało się, że wszystko jest pozamiatane. Pogoń Żiliny zakończyła się strzeleniem dwóch bramek, z czego tej drugiej w doliczonym czasie gry. Na więcej nie starczyło czasu. Pierwszą bramkę dla gospodarzy zdobył Roginić, natomiast dwukrotnie zawodnik ten tak szpetnie zmarnował stuprocentowe sytuacje, że naprawdę trudno się dziwić komentarzowi jednego z fanów zespołu: „Ale ten chłopak to drewno!”.

Kibice zwracali uwagę na dobrą postawę w drugiej połowie.

„Gdyby grali tak, jak przez ostatnie 30 minut to skończyłoby się 4:1”

„Dlaczego od początku nie grał Bzdyl?”.

Prawda. Fabian zastąpił kapitana Miroslav Káčera i wniósł mnóstwo ożywienia dla gry zespołu. Wypracował drugiego gola.

Kapitan zespołu Miroslav Káčer powiedział, że ma nadzieję, że w kolejne rundzie z tych sytuacji, które sobie wykreują, bramki będą już strzelać. Obrona GKS musi się więc mieć na baczności.

Bardzo ciekawy komentarz zawarł jeden z kibiców, który patrzy na szerszy kontekst:

„Po zwycięstwie w Pucharze Słowacji pan Antošík zapowiadał: „Tym razem chcemy odnieść sukces w Europie. Sprowadzimy dwóch nowych zawodników!”. Tymczasem znów zamieniliście to w przedsięwzięcie czysto biznesowe. Wystawialiście do gry piłkarzy, których chcieliście sprzedać. Z Polakami też odpadniecie, a potem nastąpi kolejna wyprzedaż – dokładnie tak jak ostatnim razem. Czy dziwi was, że cała Żylina i okolice kompletnie nie interesują się waszą drużyną piłkarską?”.

To daje obraz, że kibice są niezadowoleni nie tylko z braku wzmocnień, ale z permanentnych osłabień, ba – niektórzy przewidują odejścia zawodników jeszcze przed dwumeczem z GieKSą. Ktoś inny napisał:

„Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz Polacy wygnają nas z europejskich pucharów”

Całość pokazuje, że mimo triumfu w krajowym pucharze, nastroje kibiców w kontekście kilku ostatnich lat najlepsze nie są. Systematyczne porażki w pierwszych rundach europejskich pucharów są dla żilinian frustrujące. Mają oni nadzieję na przejście GKS, jednak zdania są podzielone – jedni uważają rewanżowy mecz z Hajdukiem za dobry prognostyk, inni mają dość sporo defetyzmu i przewidują porażkę.

Czy Adam Zreľák zagra przeciw swoim rodakom to zawsze jest niewiadoma, ale w przeszłości miał już tę okazję. W barwach Rużomberoka strzelił przeciwko Żilinie gola i zaliczył asystę.

Dla GKS Katowice europejskie puchary to wielka niewiadoma. Dodatkowo Katowiczanie nie trafiają na amatorów z San Marino czy Andory, jak to kiedyś bywało w przypadku polskich drużyn we wczesnych fazach. Trafiamy na drużynę z regionu, niesłabą i też nieprzesadnie mocną. Wydaje się, że liga słowacka jest nieco słabsza od polskiej, co by dawało pewną przewagę naszej drużynie. Z drugiej strony rywale są na europejskiej arenie dość ograni. Nie ma więc chyba co dywagować, kto jest faworytem tej potyczki. Na pewno rywal jest w zasięgu, a dwumecz Rakowa z poprzedniego roku wyraźnie to pokazał.

Źródła:
Wikipedia PL
Wikipedia EN
https://igol.pl/msk-zilina-likwidacja-co-oznacza/
Transfermarkt
https://sciezkimojegoswiata.pl/2020/09/26/vyhliadkova-veza-duben-czyli-wieza-widokowa-w-zylinie/
90minut.pl
https://www.mskzilina.sk/
Facebook – MŠK Žilina
Foto: https://img.uefa.com/imgml/stadium/uw/65053.jpg

Kontynuuj czytanie

Hokej Podcasty

Wywiad z Bartoszem Fraszko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.

Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!

Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):

Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej

PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej

Posłuchaj archiwalne podcasty:

Z klepy

Jesteśmy dostępni także na Spotify:.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Bliżej Żiliny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Hajduk Split wygrał w pierwszym meczu pierwszej rundy eliminacji Ligi Europy z MSK Żilina 2:0. Przegrany tego dwumeczu będzie rywalem GKS Katowice w II rundzie eliminacji Ligi Konferencji.

Pierwszą bramkę zdobył w 22. minucie Roko Brajković, pięknym technicznym strzałem z kilkunastu metrów pokonując Jakuba Badzgona. Drugie trafienie zaliczył Dalisson, który przeprowadził indywidualną akcję i płaskim strzałem zza pola karnego podwyższył prowadzenie swojego zespołu.

Hajduk był zespołem dominującym i stworzył sobie jeszcze kilka sytuacji, jednak Żilina również miała swoje okazje – m.in. znakomitych sytuacji sam na sam nie wykorzystali Timotij Hranica i Marko Roginić.

Rewanż odbędzie się w czwartek 16 lipca o 20:30 w Żilinie.

Pierwszy mecz drugiej rundy eliminacji Ligi Konferencji GKS Katowice rozegra na wyjeździe 23 lipca.

Hajduk Split – MSK Żilina 2:0
Bramki: Brajković (22), Dalisson (49).
Hajduk: Silić – Acapandie, Maresić, Van Horenbeeck, Hrgović, Brajković (79. Hodak), Pajaziti, Pukstas, Dalisson (79. Del Moral), Melnjak (73. Huram), Sego (86. Livaja).
Żilina: Badzgon – Paliscak, Kasa (63. Minarik), Narimanidze, Hranica (82. Datko), Kaceer (71. Adang), Bzdyl, Kasko (63. Ilko), Kosa (63. Florea), Bari, Roginić.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga