Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

“Twierdza Bukowa” ponownie obroniona

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Po przerwie związaną z meczami kobiecej reprezentacji Polski, Orlen Ekstraliga wznowiła rozgrywki. Nasza drużyna wygrała w kolejnym (17 kolejka) spotkaniu ligowym z KKP Bydgoszcz 2:0 (1:0). Następny mecz zespół rozegra na wyjeździe ze Sportową Czwórką Radom w sobotę, 22 kwietnia o godzinie 12:00. Drużyna męska, rozegrała w minionym tygodniu dwa spotkania: z Odrą Opole, przegranym 0:2 (0:2) oraz z Górnikiem Łęczna, wygranym 2:0 (2:0). Prasówkę po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ.  Piłkarze kolejne spotkanie rozegrają w Tychach z GKS-em, w niedzielę, 23 kwietnia o godzinie 12:40.

Siatkarze rozegrali pierwsze ze spotkań o zajęcie 11-12 miejsca PlusLigi, w którym wygrali 3:1 ze Skrą Bełchatów. Kolejne spotkanie zaplanowano na wtorek 18 kwietnia w Bełchatowie. Drużyny grają do dwóch zwycięstw.

Trwa podsumowanie sezonu w Polskiej Hokej Lidze: frekwencja na lodowiskach była minimalnie wyższa w porównaniu do sezonu 2021/22.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – “Twierdza Bukowa” ponownie obroniona

“Twierdza Bukowa” miała dzisiaj trudne zadanie. Liderujące rozgrywkom przez większą część sezonu piłkarki GKS Katowice mierzyły się ze Sportisem KKP Bydgoszcz. Bydgoszczanki potrzebują punktów jak ryba wody, zaś podopieczne Karoliny Koch wysyłają jasny sygnał, że celem jest złoty medal w tym sezonie.

Pierwsze 45. minut nie było porywającym widowiskiem Pomimo kilku ciekawych sytuacji z obu stron żadnej z drużyn nie udało się pokonać Kingi Seweryn z Katowic ani Moniki Walaszek z Bydgoszczy. Dopiero w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry pierwszej połowy na rajd zdecydowała się Kamila Tkaczyk, wyłożyła piłkę do Nicoli Brzęczek a ta ostatnia pokonała dobrze spisującą się jak do tej pory Walaszek.

W drugiej połowie jedynym wartym uwagi zdarzeniem była bramka Kamili Tkaczyk. Bramka, dodajmy, wielkiej urody. Pomocniczka gospodyń uderzyła wspaniale i pokonała Walaszek. Strzałów i ładnych akcji kibice przy ulicy Bukowej za wiele nie oglądali. Podopieczne Karoliny Koch wykonały zadanie i znów “Twierdza Bukowa” się obroniła.

 

sportdziennik.com – Najgorsza seria od 18 lat

Ostatnio katowiczanie równie długo czekali na zwycięstwo, gdy grali jeszcze w ekstraklasie.

Do sobotniego (20.00) spotkania z Górnikiem Łęczna katowiczanie przystąpią po serii 9 meczów bez wygranej. Po wtorkowej porażce z Odrą Opole (0:2) kibice dość ironicznie pytali na konferencji prasowej za pośrednictwem redakcji swojej strony internetowej, w jaki sposób trener Rafał Górak zaprosiłby na kolejny mecz przy Bukowej i czy pamięta ostatnie zwycięstwo GieKSy. – Tak, pamiętam – odparł szkoleniowiec, którego odejścia trybuny domagają się coraz głośniej. W internecie założona została nawet strona licznik-goraka.pl, z zainstalowanym licznikiem okraszonym opisem: „Od ostatniej wygranej trenera Rafała Góraka w lidze upłynęło…”. Dziś to już ponad 161 dni. Na początku listopada GKS ograł Chojniczankę 3:0. Potem był w stanie zremisować z Bruk-Betem, Podbeskidziem, Sandecją i Arką, a ulegając ŁKS-owi, Zagłębiu, Wiśle, Resovii i wspomnianej Odrze umiejscowił się na ostatnim miejscu w tabeli rundy rewanżowej.

Co ciekawe, Rafałowi Górakowi zdarzały się w Katowicach już równie złe serie. Dziewięcioma meczami bez zwycięstwa… zaczynał swoją pierwszą tu kadencję, czyli sezon 2011/12. Po drodze uległ w Pucharze Polski II-ligowej wtedy Puszczy Niepołomice po serii karnych, a wygranej doczekał się w 9. kolejce, 14 września, po rozbiciu 5:0 Górnika Polkowice.

9 występów bez pełnej puli zdarzyło się też „górakowej” GieKSie na przełomie sezonów 11/12 i 12/13. Zaczęła się w w maju w Szczecinie, obejmowała nawet pucharową porażkę 2:4 z Lubońskim KS, zawierała takich rywali jak Warta, Piast, Sandecja, ŁKS, Cracovia czy Łęczna, a skończyła – we wrześniu przy Bukowej z Kolejarzem Stróże, pokonanym 2:0 po dublecie Przemysława Pitrego, Chcąc znaleźć gorszą od obecnej ligową serię GKS-u w jednym sezonie, trzeba jednak cofnąć się w czasie sporo. Aż do ostatniego sezonu w ekstraklasie, czyli 2004/05, gdy targany problemami klub żegnał się z hukiem z elitą, nie wracając do niej po dziś dzień.

Od październikowej wygranej z Cracovią po golu Stanisława Wróbla z karnego do majowego zwycięstwa 2:0 z Zagłębiem Lubin (trafienia Tadeusza Bartnika i Wojciecha Krauzego), zespół prowadzony najpierw przez Mieczysława Broniszewskiego, a następnie Jana Furtoka, nie znalazł sposobu na 11 kolejnych rywali: Legię, Górnika, Wisłę, Groclin, Polonię W., Łęczną, Lecha, Płock, Pogoń oraz Amikę. Ta zła seria była nawet dłuższa – tuzin spotkań – gdyby uwzględniać jeszcze fazę grupową (kto pamięta tego potworka?) Pucharu Polski.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Katowiczanie bliżej 11. miejsca

Siatkarze GKS-u Katowice udanie rozpoczęli rywalizację o 11. miejsce w PlusLidze na zakończenie sezonu 2022/2023. We własnej hali nie dali większych szans PGE Skrze Bełchatów. Śląska ekipa pokonała podopiecznych Andrei Gardiniego w czterech setach. Spotkanie rewanżowe odbędzie się w najbliższy wtorek w Bełchatowie.

Atak z szóstej strefy Lukasa Vasiny otworzył czwartkowy pojedynek. Chociaż po kontrataku Wiktora Musiała Skra prowadziła 4:2, skuteczne zagranie Damiana Domagały i błąd Kooya wyrównały wynik (4:4). W kolejnych akcjach zespoły wymieniały się celnymi zagraniami, rezultat pozostawał na styku. Gdy przechodzącą piłkę skończył Dawid Gunia, Skra odskoczyła na 13:11 i o czas poprosił trener Słaby. W kolejnych akcjach skutecznie atakowali Sebastian Adamczyk i Jakub Szymański, a wynik ponownie się wyrównał (13:13). Gra nie miała większego tempa. Ze zmiennym szczęściem atakował Szymański. Raz za razem swoje akcje kończył Musiał. W końcówce po raz kolejny katowiczanie odrobili straty, przy stanie 21:21 interweniował trener bełchatowian. Chociaż po ataku Szymańskiego GKS miał piłkę setową, za sprawą zagrania Bartłomieja Janusa goście doprowadzili do gry na przewagi. Skrze nie udało się odwrócić biegu seta. Atak Domagały i as Szymańskiego dały ostatnie punkty katowiczanom.

Druga partia od początku toczyła się punkt za punkt. Większość akcji kończyła się w pierwszym uderzeniu. Żaden z zespołów nie był w stanie zbudować znacznej przewagi, zdarzały się błędy w polu zagrywki. Z czasem sytuacja na boisku nie ulegała zmianie. Po trzech z rzędu asach Domagały GKS wyszedł na prowadzenie 13:11 i o czas poprosił trener Gardini. Atak Guni i błędy gospodarzy pozwoliły bełchatowianom złapać kontakt punktowy (15:14). W kolejnych akcjach nieznaczna przewaga siatkarzy z Katowic utrzymywała się. Swoje akcje kończył Musiał (20:18). Gdy w końcówce przedłużoną wymianę zamknął celnym zagraniem z prawego skrzydła atakujący Skry, interweniował trener Słaby (21:20). Atak Szymańskiego i as Adamczyka skłoniły szkoleniowca gości do poproszenia o czas (23:20). Po przerwie podwójny blok zatrzymał Domagałę. Bełchatowianie tym razem nie zdołali odrobić wszystkich strat. Kontratak Gonzalo Quirogi zamknął seta.

W trzeciej odsłonie początkowo prowadzili goście, po nieudanym ataku Domagały Skra miała dwa punkty przewagi – 3:1. Gospodarze szybko odrobili straty i po asie Quirogi wyszli na prowadzenie 5:4. Akcje były krótkie, a wynik wciąż oscylował wokół remisu. Żaden z zespołów nie był w stanie wyjść na wyraźne prowadzenie. Skutecznymi zagraniami wymieniali się Domagała i Musiał (13:14). Trwała gra punkt za punkt, pojedyncze pomyłki nie wpływały znacząco na wynik. W końcówce po zerwanym ataku Szymańskiego interweniował trener Słaby (18:20). Po czasie katowiczanie walczyli, ale nie zdołali odrobić powstałych strat. Atak z szóstej strefy Vasiny i zagranie z przechodzącej piłki Miticia dały ostatnie punkty gościom.

Otwarcie seta numer trzy należało do gospodarzy, którzy szybko wyszli na prowadzenie 5:2. Kolejne ataki Kooya pozwoliły Skrze wyrównać, jednak po serii przy zagrywkach Quirogi ponownie przewagę odbudowali gospodarze (7:7, 10:7). Dopiero po przerwie dla trenera Gardiniego skutecznie zaatakował Janus. Po obu stronach siatki nie brakowało błędów. Gdy zablokowany został Musiał, ponownie interweniował bełchatowski szkoleniowiec (14:10). Gospodarze grali konsekwentnie utrzymując przewagę. Raz za razem punktował Domagała (17:13). Goście nie poddawali się, skutecznie funkcjonował bełchatowski blok. Gdy nie przebił się przez niego Szymański, interweniował trener Słaby (19:17). Przyjezdni walczyli do końca, jednak nie zdołali odrobić wcześniej powstałych strat. Po ataku Musiała Skra obroniła pierwszą piłkę setową. W kolejnej akcji Vasina zaserwował w aut, kończąc spotkanie.

MVP: Damian Domagała

GKS Katowice – PGE Skra Bełchatów  3:1 (26:24, 25:21, 22:25, 25:21)

 

HOKEJ

hokej.net – Ranking frekwencji w Europie: Najlepsze polskie kluby w drugiej setce

Średnia widownia na meczach Polskiej Hokej Ligi w ostatnim sezonie minimalnie wzrosła w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami. W europejskim rankingu frekwencji trzy polskie kluby zmieściły się w drugiej „setce”.

Sojusz Europejskich Klubów Hokejowych opublikował raport na temat frekwencji na meczach ligowych w ostatnim sezonie zasadniczym na Starym Kontynencie. Jego częścią jest ranking klubów i lig pod względem liczby widzów na meczach.

Wynika z niego, że w porównaniu z poprzednim sezonem średnia liczba kibiców na spotkaniach polskiej ligi wzrosła, ale minimalnie, bo tylko o 2,74 %. W liczbach jest to wzrost o 23 widzów – z 848 do 871. PHL w rankingu najwyższych klas rozgrywkowych w Europie zajęła pod względem frekwencji 15. miejsce.

W rankingu klubowym sklasyfikowano aż 359 klubów. Najwyższe miejsce wśród polskich zajął Marma Ciarko STS Sanok, który uplasował się na 188. pozycji ze średnią frekwencją 1 582 widzów. W drugiej „setce” są jeszcze sąsiadujące ze sobą – odpowiednio – na 196. i 197. miejscu TAURON Re-Plast Unia Oświęcim i GKS Tychy.

Co ciekawe, tych dwóch wielkich rywali różnił… jeden kibic. Średnia frekwencja na meczach w Oświęcimiu wyniosła bowiem 1 436, a w Tychach 1 435.

Kolejne polskie kluby zajęły miejsca: KH Energa Toruń 251., Comarch Cracovia 264., GKS Katowice 282., JKH GKS Jastrzębie 285., Zagłębie Sosnowiec 289., a Podhale Nowy Targ 310.

Przed rokiem i polskie kluby, i nasza liga były w rankingu wyżej, ale miało to związek z luźniejszymi w Polsce niż w wielu innych krajach ograniczeniami liczby widzów na meczach w związku z pandemią Covid-19. PHL zajmowała wówczas 12. miejsce, w rankingu klubowym 5 drużyn z naszego kraju znalazło się w drugiej „setce”, a najwyżej notowany STS Sanok był na 130. pozycji.

Na czele klasyfikacji od lat niewiele się zmienia. Wciąż najwięcej ludzi w Europie chodzi na mecze w Szwajcarii. Frekwencja w National League wzrosła o ponad 14 % w porównaniu z poprzednim sezonem, jeszcze częściowo dotkniętym ograniczeniami liczby widzów z powodu pandemii.

7 005 widzów średnio na meczach w szwajcarskiej ekstraklasie to drugi najwyższy wynik w historii rankingu. Rekord ustanowiła ta sama liga w ostatnim przedpandemicznym sezonie 2019-20 z wynikiem 7 074 fanów.

Drugie miejsce ze swoją rekordową frekwencją 5 964 zajęła szwedzka SHL, a trzecie niemiecka DEL, której mecze oglądało w ostatnim sezonie zasadniczym średnio 5 879 fanów.

Najchętniej oglądaną z trybun drugą klasą rozgrywkową w Europie jest szwedzka Hockey Allsvenskan ze średnią frekwencją 2 827, tuż przed niemiecką DEL z wynikiem 2 437. Więcej widzów niż na mecze PHL przychodzi na drugie ligi także w Szwajcarii, Czechach i Rosji (Wyższa Liga).

Na szczycie rankingu klubowego niezmiennie pozostaje szwajcarski klub SC Berno, choć trwający od 3 lat kryzys drużyny „Niedźwiedzi” odbija się na frekwencji. Ta spadła o ok. 1,5 tys. od czasu sprzed pandemii, ale wynik 14 750 widzów na mecz wystarczył, by już po raz 22. z rzędu móc się pochwalić największą widownią w Europie.

Na 2. miejsce z 7. awansował niemiecki klub Kölner Haie, który w 2001 roku był ostatnim innym niż SC Berno liderem rankingu. „Rekiny” z Kolonii w ostatnim sezonie dopingowało z trybun średnio 13 901 widzów. Trzecią pozycję zajął rosyjski Awangard Omsk.

W pierwszej „dziesiątce” klubowego zestawienia znalazło się 3 przedstawicieli Niemiec, po 2 Czech, Rosji i Szwajcarii oraz jeden ze Szwecji.

Raport pokazuje, że hokej jest sportem halowym z najwyższą frekwencją w Europie, a działacze cieszą się, że po zdjęciu ograniczeń covidowych liczba widzów wróciła do poziomu znanego z czasów przed pandemią.

– Ostatni sezon zasadniczy pokazał, że definitywnie mamy efekty pandemii za sobą – mówi Denis Vaucher, prezes szwajcarskiej National League i związku europejskich lig hokejowych Hockey Europe. – Jako Szwajcar jestem oczywiście bardzo szczęśliwy, że National League jest na czele zarówno na liście lig, jak i klubów. Ale też szwedzka SHL ustanowiła nowy rekord łącznej frekwencji. A nawet ważniejsze jest całkowite odbicie się europejskiego hokeja klubowego po Covid-19.

Ranking frekwencji lig europejskich (plus Liga Azjatycka):

1. Szwajcaria (NL) – 7 005 widzów

2. Szwecja (SHL) – 5 964

3. Niemcy (DEL) – 5 879

4. Czechy (Extraliga) – 5 582

5. Rosja (KHL) – 5 433

6. Finlandia (Liiga) – 4 334

7. Wielka Brytania (EIHL) – 3 182

8. Austria (ICEHL) – 2 343

9. Słowacja (Extraliga) – 2 305

10. Francja (Ligue Magnus) – 2 148

11. Norwegia (Fjordkraft) – 1 865

12. Dania (Metal Ligaen) – 1 632

13. Białoruś (Ekstraliha) – 918

14. Japonia/Korea Południowa (Liga Azjatycka) – 883

15. POLSKA(PHL) – 871

16. Węgry/Rumunia (Erste Liga) – 717

17. Holandia/Belgia (BeNeLiga) – 627

18. Austria/Włochy/Słowenia (Liga Alpejska) – 446

19. Łotwa/Litwa (OHL) – 343

20. Hiszpania (LNHH) – 299

21. Estonia (Hokiliiga) – 220*

22. Słowenia/Chorwacja/Serbia (IHL) – 126*

* w Słowenii i Estonii nie wszystkie kluby notują frekwencję

Ranking frekwencji klubów europejskich – Top 20 i miejsca polskich klubów:

1. SC Berno (Szwajcaria) – 14 750 widzów

2. Kölner Haie (Niemcy) – 13 901

3. Awangard Omsk (Rosja) – 11 527

4. ZSC Lions Zurych (Szwajcaria) – 11 459

5. Eisbären Berlin (Niemcy) – 11 278

6. SKA Petersburg (Rosja) – 10 969

7. Sparta Praga (Czechy) – 10 837

8. Adler Mannheim (Niemcy) – 10 225

9. Frölunda Göteborg (Szwecja) – 9 908

10. Dynamo Pardubice (Czechy) – 9 047

11. HC Fribourg-Gottéron (Szwajcaria) – 8 922

12. Dynama Mińsk (Białoruś/KHL) – 8 613

13. Ilves Tampere (Finlandia) – 8 216

14. Tappara Tampere (Finlandia) – 7 646

15. Düsseldorfer EG (Niemcy) – 7 615

16. Ak-Bars Kazań (Rosja) – 7 311

17. Färjestad Karlstad (Szwecja) – 7 296

18. IFK Helsinki (Finlandia) – 7 104

19. Lozanna HC (Szwajcaria) – 7 099

20. EV Zug (Szwajcaria) – 6 975

———————————————-

188. Marma Ciarko STS Sanok – 1 582

196. TAURON Re-Plast Unia Oświęcim – 1 436

197. GKS Tychy – 1 435

251. KH Energa Toruń – 807

264. Comarch Cracovia – 680

282. GKS Katowice – 538

285. JKH GKS Jastrzębie – 526

289. Zagłębie Sosnowiec – 492

310. TAURON Podhale Nowy Targ – 341

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    dzbanek

    18 kwietnia 2023 at 19:37

    2k to nawet nie jesteśmy w stanie pomieścić, ba nawet 1,5k.
    Tu jeszcze długo będziemy w końcówce rankingu.
    🙂

  2. Avatar photo

    Kato

    19 kwietnia 2023 at 08:52

    Dziewczyny idą po majstra? Całkiem możliwe, kibicuje z całego serca.
    Może być kolejna feta. Brawo!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion

Budżet Obywatelski – głosujemy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”. 

Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek. 

Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.

W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów). 

Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie do złamania

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zastanawiam się czasem, co i dlaczego mnie wkurza w tej naszej GieKSie. Skąd ta złość na przykład po meczach z Piastem i Zagłębiem. I już dobrze wiem, skąd.

Gdyby to była drużyna słaba jakościowo, z kiepskim trenerem, pewnie jakoś godziłbym się na to, że jesteśmy gdzieś w ogonie tabeli. Ot, uznawałbym, że po prostu grają na tyle, na ile potrafią i ostatecznie w związku z tymi umiejętnościami nie ma co mieć wielkich pretensji. Tak było w niektórych sezonach lata temu. Jeszcze w „starej” ekstraklasie na przykład.

Teraz jednak jest tak, że wiem, że GKS stać na wiele. Że ta drużyna ma potencjał, że poszczególni piłkarze są przecież w stanie po prostu dobrze grać w piłkę. Udowadniają to za każdym razem, gdy mecz rozgrywany jest przy Nowej Bukowej. Istnieją na razie dwa duże mankamenty – gra obronna i gra na wyjazdach. Tak jak pisałem – gdyby nie te przywary – bylibyśmy pewnie w czwórce. Ktoś powie, że przesadzam. Ale dlaczego? Przecież mając te minusy jesteśmy drużyną środka, a naprawdę nie ma specjalnie wielkiego dystansu pomiędzy ekipami z ekstraklasy.

Wiem więc, że ten potencjał zespół ma i stąd frustracja, gdy nie jest on wykorzystywany. Oczywiście świat nie jest idealny i potencjał nie równa się efekt. Natomiast złość dotyczy tego, że na wyjazdach nie wykorzystujemy go choćby w 20 procentach. W zasadzie nie wykorzystujemy go w ogóle.

Ale to tylko taki wstęp. Bo wczoraj graliśmy u siebie. Pisałem przed meczem o statystyce, która mówi, że w końcu u siebie przegramy, a już na pewno stracimy punkty. I było tego wczoraj blisko, ale tak jak zamieściłem w tytule przedmeczowego felietonu – GieKSa stoczyła niesamowitą batalię z tą statystyką. I to batalię zwycięską, a było przecież piekielnie trudno.

Piekielnie trudno wynikowo, bo jeśli o samą grę, to przecież ona była bardzo dobra i GKS był w tym spotkaniu drużyną zdecydowanie lepszą. Jednak utrata bramki w pierwszej minucie drugiej połowy, potem – wydawałoby się – opanowanie sytuacji na 2:1 i utrata tego prowadzenia. Niejedna drużyna by się podłamała. GKS jednak grał swoje, dążył, ciągle dążył do tego, żeby jednak wygrać. A zadanie w końcówce było tym trudniejsze, że Cracovia wcale nie cofnęła się do dramatycznego bronienia remisu, tylko zwietrzyła szansę na zwycięstwo. I w 89. minucie mieli strzał w poprzeczkę.

Ofensywa GieKSy bardzo się podobała. To nie było to mozolne, bezradne próbowanie jak w Gliwicach, Lubinie czy wcześniej w Lublinie. Tutaj Katowiczanie dochodzili do sytuacji, mieli swoje dynamiczne akcje i groźne strzały. Naprawdę trzy razy trafić w obramowanie bramki w pierwszej połowie mówi o tym, że brakowało tak bardzo niewiele, by objąć prowadzenie. W drugiej już wpadało. GKS znów był u siebie efektowny i skuteczny. Kapitalnie się na to patrzyło.

To był kolejny  tych meczów, w których miałem przeczucie, że GKS w końcu bramkę strzeli. Najpierw w przerwie – byłem o to absolutnie spokojny, z taką grą. Wiadomo, że bramka zaraz po przerwie wkurzyła, ale to się po prostu zdarza. Wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem GKS wyrówna, a nawet wyjdzie na prowadzenie. Wątpliwości nadeszły dopiero przy stanie 2:2, ale to już wynikało po prostu z małej ilości czasu do końca meczu. Zespół jednak konsekwentnie dążył do przodu i tego rywala na koniec decydującym ciosem trafił.

Trener dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Przede wszystkim na ławce tym razem zasiadł Arkadiusz Jędrych. I tutaj trochę się rozwinę, bo poświęciłem Arkowi trochę miejsca ostatnio. Tu absolutnie nie chodzi o robienie z zawodnika kozła ofiarnego czy żeby ktoś sugerował, że potencjalne odstawienie go to „wotum nieufności”. Wszyscy musimy sobie zdawać sprawę, że tzw. dobro drużyny, choć ja bym powiedział dobro klubu, musi być ponad kogokolwiek, niezależnie od statusu, nawet statusy legendy czy ikony. Arek jest w naszym panteonie, jakbyśmy spojrzeli na GieKSę w XXI wieku. Wielka postać i twarz wygrzebywania całego klubu ze zgliszczy.

I ucieszyła mnie ta decyzja. Nie dlatego, że wyszło na moje czy że pomyślałem sobie, że „zawodnik się doigrał”. Nic z tych rzeczy. Ucieszyłem się z tego, że trener reaguje, że liczy się dyspozycja sportowa i szukanie jak najlepszych rozwiązań na ten moment. I jeśli trener porozmawiał z kapitanem, zakomunikował mu to, a Arek bez pretensji i obrażania się zaakceptował tę decyzję – to mimo, że pewnie w jakiś sposób go to boli – to oznacza to, że jest prawdziwym kapitanem, już nie tylko na boisku. Dla mnie – patrząc szerzej – ma to większe znaczenie niż jakaś pojedyncza roszada z meczu na mecz. Jeśli takich akcji nie podejmuje się ze względu na strach przed jakimś kwasem, to nie świadczy to dobrze o zespole. Jeśli wszystko kończy się co najwyżej na „sportowej złości”, to znaczy, że drużyna naprawdę jest monolitem i dobrze funkcjonującą organizacją, w której podejmujemy takie próby, żeby usprawniać. Zresztą patrzyłem sobie na Arka kątem oka podczas rozgrzewki przed meczem i w trakcie meczu. Totalnie normalne, niesfochowane zachowanie. Nie żebym go o to wcześniej podejrzewał, absolutnie. Ale teraz to zobaczyłem. I szczerzę życzę mu powrotu do formy. Kapitan.

Ciężko ocenić defensywę w tym meczu. Bo z jednej strony uważam, że zagrała dobrze i pewnie, ale… straciła dwie bramki. Cracovia – trzeba przyznać – strzeliła je dobrze. To były bardzo dobre dośrodkowania i wykończenia. Popełniliśmy błędy, ale nie były to takie wielbłądy jak w meczach poprzednich. Przyspał trochę Marcin Wasielewski w obu sytuacjach. Przy drugim golu zawodnik rywala okazał się sprytniejszy niż Pau Resta i Lukas Klemenz.

Z drugiej strony Marcin miał udział przy dwóch bramkach GieKSy. Najpierw swoją dynamiką wdarł się w pole karne i pozwolił Al-Ammariemu na zagranie ręką, a przecież potem jeszcze dobrze dośrodkował. No i centra przy drugim golu była bardzo dobra – mocna, na dobrej wysokości, tak że Mateusz Kowalczyk mógł efektownie strzelić, a Mateusz Wdowiak dobić. Tak więc Wasyl był zamieszany w całkiem sporo bramek w tym meczu.

Jednak te tracone gole to jest dość potężny mankament, bo jak pytałem trenera na konferencji po Piaście, to mieliśmy średnią półtorej traconej bramki na mecz. W kolejnych dwóch spotkaniach cztery razy pokonywali nas piłkarze rywali, więc ta średnia wzrosła. Absolutnie musimy się w tym temacie ogarnąć.

Jak w kilku meczach – znów popisali się zmiennicy. Mieli oni olbrzymi udział przy trzecim golu. Kapitalny przechwyt wykonał Mariusz Olsen. Bartosz Wolski zaliczył całkiem dobre dośrodkowanie. A Borja świetnie – już w ramach pola karnego – obsłużył po ziemi Ilję.

No a potem już był show naszego napastnika. Oczywiście po raz kolejny zawodnik świetnie pracował w meczu. W tej sytuacji natomiast zrobił to, co rasowy napastnik umie – zastawił się, przyjął i przygotował do strzału, a potem uderzył precyzyjnie. Tak, że piłka śmignęła koło ucha Traoré i wpadła do siatki.

Tym samym Białorusin po raz drugi w ostatnim czasie dał zwycięstwo GieKSie w doliczonym czasie. No dobra… teraz tak minimalnie przed, bo zegar pokazywał 89:55. Ale nadal mieści się to w definicji hasła „jesteś tak piękna jak gol w 90. minucie”. Tak jak w życzeniach na telebimie w przerwie meczu. Ziściło się. GieKSa w lidze drugi raz, a jeszcze była wygrana na koniec meczu z Hapoelem. Wolimy strzelać w końcówce niż tracić.

Przede wszystkim jednak GKS Katowice po raz czwarty w tym sezonie odwraca wynik z przegrywania na końcowe zwycięstwo. Tak było z Radomiakiem, Hapoelem i Górnikiem. Cztery razy dokonać takiej sztuki na dystansie dwunastu meczów – to jest wyczyn. Wiadomo, że wynika on z tego, że… GKS bramki traci. Ale skoro już traci, to niech zdobędzie więcej. Dodam tylko, że w pierwszym sezonie po awansie na taką sytuację czekaliśmy aż do kwietnia i meczu z Puszczą Niepołomice. Potem jeszcze zrobiliśmy to w ostatniej kolejce w Gdańsku. A w poprzednim rozgrywkach sytuacja, w której GKS przegrywał, a jednak wygrał spotkanie zdarzyła się zaledwie raz – z Radomiakiem. Więc w obecnym sezonie – a ściślej na dystansie nawet nie dwunastu, a dziewięciu meczów – GKS odrobił straty z nawiązką więcej razy niż w całych dwóch poprzednich. I jak pisałem, że w pewnych aspektach jest „opór na rozwój”, czyli te nieszczęsne wyjazdy, to w tym aspekcie jest niesamowity progres mentalny. Nasza drużyna ma te słabsze mecze, ale generalnie jest nie do złamania.

Drugi raz ucierpiała na tym Cracovia. Pamiętamy przecież mecz przy Kałuży sprzed dwóch lat. Tam Källman trafił na 3:3 w 93. minucie, a GieKSa potrafiła jeszcze trafić za sprawą Sebastiana Milewskiego. W ogóle mecze z Pasami mają swoją historię, wygraliśmy przecież z nimi na Nowej Bukowej 2:1, a ostatnio przegraliśmy 0:3. Choć bardziej bolesna była porażka na wyjeździe, gdzie ultrasłaba tego dnia Cracovia jednak wygrała z GieKSą po golu Hasića wiosną tego roku.

Niezłomność to niezaprzeczalna cecha tej drużyny. Nie da się ich nie lubić, choć potrafią być niesforni i nieraz wkurzają. No, jak to w rodzinie bywa. Znów mieliśmy dreszczowiec na Bukowej i euforię na sam koniec. Wspaniały wieczór.

Trzeba tylko jeszcze odczarować tę bramkę po przeciwległej stronie niż Blaszok. Bo tam piłkarze GKS strzelili tylko dwie bramki. Chyba chcą, żeby kibice z Blaszoka mieli bardzo dobry widok na gole, bo dla odmiany do tej bramki pod najbardziej dopingującą trybuną trafili aż czternaście razy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga