Dołącz do nas

Piłka nożna

Rywal pod lupą: Kamil Wenger

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przed środowym meczem przyjrzeliśmy się bardzo ważnej postaci linii defensywnej w zespole Olimpii Elbląg. Kamil Wenger jest jednym z piłkarzy, od którego trener Jacek Trzeciak rozpoczyna co kolejkę ustalanie składu. Środkowy obrońca w tym sezonie rozegrał już 2520 ligowych minut.

Sylwetka 

Kamil Wenger rozgrywa już swój siódmy sezon z rzędu w Olimpii Elbląg. Z obecnej kadry Olimpijczyków, żaden inny zawodnik nie może pochwalić się tak długim stażem w zespole. Wenger do Elbląga trafił wiosną 2015 roku z Wigier Suwałki. Od tamtego momentu zdołał już wystąpić w 203 oficjalnych spotkaniach, w których zdobył 10 bramek.

Choć defensor przez długi czas związany jest z Warmią i Mazurami, to swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał na Opolszczyźnie. Wenger urodził się w Kluczborku, a jego pierwszym zespołem był miejscowy MKS. Stamtąd powędrował do SMS-u Łódź, gdzie na dobre wszedł w seniorską piłkę i w wieku 17 lat zadebiutował w III lidze. W Łodzi spędził kolejne dwa sezony, będąc pewnym punktem zespołu.

Wenger w tamtym okresie był jednym z wyróżniających się środkowych obrońców w swoim roczniku w Polsce. Regularnie otrzymywał powołania do reprezentacji młodzieżowych. W sumie uzbierał prawie 40 meczów w kadrach od u-15 do u-20.

Dobra gra w SMS-ie Łódź i występy w młodzieżówkach wzbudziły zainteresowanie klubów z wyższych lig. Wenger otrzymał propozycję z występującego w Ekstraklasie – GKS-u Bełchatów, a także drużyn z pierwszej ligi. Ostatecznie skorzystał z oferty „Brunatnych”, gdzie trafił na roczne wypożyczenie. Ekstraklasa okazała się jednak dla Kamila Wengera za wysokimi progami. Nie był w stanie wygrać rywalizacji z bardziej doświadczonymi zawodnikami na jego pozycji. W GKS-ie występowali wtedy, chociażby tacy środkowi obrońcy jak: Mate Lacic, Marcin Drzymont, czy Zlatko Tanevski. Wenger mógł liczyć jedynie na występy w zespole występującym w Młodej Ekstraklasie.

Jak się później okazało, był to jedyny moment w karierze tego obrońcy, kiedy miał styczność z Ekstraklasą. Niestety dla niego, nie udało mu się w niej ostatecznie zadebiutować. Zaledwie rok trwała jego przygoda z Bełchatowem.

Sezon 2011/12 rozpoczął w rodzinnym Kluczborku, lecz bardzo szybko, bo po zaledwie kilku miesiącach rozwiązał kontrakt z klubem za porozumieniem stron i związał się z drugoligowym Turem Turek. W Turku występował regularnie przez półtora roku. Zanotował tam w sumie 44 oficjalne spotkania. Zimą 2013 roku na transfer Wengera zdecydowały się Wigry Suwałki.

W Suwałkach stał się z miejsca bardzo ważną postacią w zespole. Grał niemalże wszystkie mecze od deski do deski. W sezonie 2013/14 mocno przyczynił się do awansu Wigier do pierwszej ligi. Jego klub wygrał grupę wschodnią drugiej ligi, a Wenger wystąpił w 30 z 34 spotkań. Za każdym razem rozpoczynając mecz w podstawowej jedenastce.

Sytuacja Kamila Wengera w Suwałkach skomplikowała się niemal od razu po awansie jego klubu na zaplecze Ekstraklasy. Zespół dokonał wzmocnień, a on sam nie poradził sobie z rywalizacją, którą przegrał z doświadczonym Tomaszem Jarzębowskim pozyskanym przed sezonem z Arki Gdynia. W pierwszej lidze zagrał zaledwie dwa razy i zimą 2015 roku postanowił odejść do Olimpii, gdzie gra regularnie do dziś.

Passa 75 meczów z rzędu od 1 do 90 minuty

Kamil Wenger od momentu trafienia do Elbląga jest niczym piłkarski „Terminator”. Zawodnik bardzo rzadko opuszcza jakiś mecz, a słowo „kontuzja” w jego słowniku praktycznie nie istnieje. Proszę sobie wyobrazić, że obrońca naszego środowego rywala zanotował 75 oficjalnych spotkań (liga + puchar polski) z rzędu, w których wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty (!). Jego niesamowita seria rozpoczęła się 16 marca 2019 roku w meczu z Ruchem Chorzów i trwała do 4 marca 2021. Wtedy w spotkaniu z Sokołem Ostróda otrzymał swoją czwartą żółtą kartkę w sezonie i niestety był zmuszony pauzować w następnej kolejce, co zakończyło jego niecodzienną passę. Wyczyn Wengera jest naprawdę imponujący. Grając na pozycji środkowego obrońcy, nie wypaść za kartki przez tak długi okres czasu, czyli prawie dwa lata, to nie lada sztuka. Do tego dochodzi świetne przygotowanie fizyczne i brak jakiegokolwiek urazu. Niesamowita sprawa !

Bramka roku 2020

Defensor Olimpii poza świetnym przygotowaniem fizycznym i twardą grą od czasu do czasu zdobywa również bramki i to naprawdę ładne. W ubiegłym sezonie jego piękne trafienie w meczu z Widzewem Łódź zostało wybrane przez kibiców Olimpii golem sezonu (od 0:36):

.
Mecze przeciwko GieKSie

Dla Kamila Wengera środowa wizyta na Bukowej będzie piątą okazją w karierze do zmierzenia się z GieKSą. Ja dotąd tylko raz udało mu się wyjść z tych rywalizacji zwycięsko. Miało to miejsce w ubiegłym sezonie w Elblągu.

Historia spotkań:

2013/14
(PP, 1 runda) Wigry Suwałki – GKS Katowice 0:2 (grał 90 minut)

2019/20
GKS Katowice – Olimpia Elbląg 1:1 (grał 90 minut)
Olimpia Elbląg – GKS Katowice 3:1 (grał 90 minut)

2020/21
Olimpia Elbląg – GKS Katowice 1:2 (grał 90 minut)

Bilans: 1 wygrana, 1 remis, 2 porażki (rozegrał 360 minut)

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Huczny jubileusz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga