Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Przegląd doniesień mass mediów o GieKSie: Ambicja bez nagrody!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich pięciu dni, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Karol Kuśka został menedżerem ds. rozwoju w GKS-ie Katowice.
Piłkarze GieKSy rozegrali wyjazdowe spotkanie ligowe w którym zremisowali z Górnikiem Łęczna 2:2 (0:2). Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. Piłkarki po przerwie reprezentacyjnej rozegrały czwartą kolejkę spotkań. Panie wygrały z drużyną Górnika Łęczna 3:0 (1:0). Obecnie zespół zajmuje drugą lokatę w tabeli z dziewięcioma punktami.
Siatkarze rozegrali dwa sparingi z Aluron CMC Wartą Zawiercie. W pierwszym z nich padł remis 2:2, w drugim drużyna przegrała 1:3. Klub podpisał kontrakt z reprezentantem Bułgarii Gjorgi Seganowem.
Hokeiści rozegrali dwa spotkania wyjazdowe w Hokejowej Lidze Mistrzów. Nasza drużyna przegrała po 5:1 z ZSC Lions Zurich 5:1 oraz z Rögle Ängelholm. Jutro rozpoczyna rozgrywki Polska Hokej Liga – GieKSa pierwszy mecz zagra z drużyną JKH GKS-em Jastrzębie. W tym tygodniu (w piątek i niedzielę) hokeiści zmierzą się jeszcze z GKS-em Tychy i Comarch Cracovią. Do początku października drużyna mecze będzie rozgrywać na wyjeździe.
silesion.pl – Karol Kuśka objął stanowisko menedżera ds. rozwoju w GKS-ie Katowice
Współpraca GKS-u z Karolem Kuśką wpisuje się w realizację strategii działań Klubu rozwoju na wszystkich płaszczyznach. W GKS-ie Katowice będzie on odpowiedzialny za rozwój obszarów komercyjnych i marketingowych Klubu, w tym m.in. za sponsoring oraz kluczowe partnerstwa.
Karol Kuśka przez ostatnie 7 lat był związany z największym polskim bukmacherem – STS, gdzie jako Sponsorship Manager odpowiadał m.in. za realizację strategii sponsoringowej firmy współpracując z PZPN i największymi klubami sportowymi w Polsce. Jest również założycielem inicjatywy Sportworking, czyli cyklicznych spotkań networkingowych w całej Polsce dla osób interesujących się marketingiem, PR-em i biznesem w sporcie. W latach 2013 – 2015 był już związany z GieKSą jako pracownik marketingu i współtwórca materiałów dla klubowej telewizji.
– Z wielkim entuzjazmem ponownie rozpoczynam współpracę z Klubem. Wierzę, że wielosekcyjny GKS Katowice daje wiele możliwości w zakresie kooperacji na styku biznesu i sportu. Z doświadczenia wiem, że pozyskiwanie partnerów, negocjowanie umów i wreszcie przygotowanie odpowiednich obszarów do współpracy z biznesem nie są procesami łatwymi i przede wszystkim szybkimi. Natomiast jestem przekonany, że jeśli Klub swoje możliwości przygotuje tak, aby były odpowiedzią na potrzeby biznesu, to ciężka i konsekwentna praca z czasem zacznie przynosić efekty, a GKS Katowice stanie się wzorcowym partnerem do współpracy – podkreśla Kuśka Kuśka.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Wicemistrzynie pokonane przez GKS Katowice w Łęcznej. Konsekwencja i skuteczność zaważyły na wyniku
Pomimo jesiennej, mokrej i chłodnej aury mecz w Łęcznej obfitował w emocje. Reasumując niedokładności, błędy indywidualne często wymuszone przez mokrą murawę wykorzystały podopieczne trenerki Katarzyny Koch. W związku z tym konsekwencja, ambicja i pomysł zadecydowały o wysokiej wygranej GKS z wicemistrzyniami Polski. Górnik w przeciwieństwie do rywalek miał problemy z kreowaniem sytuacji. Ponieważ zespół gości wykazał się lepszą skutecznością. Dlatego równa liczba celnych strzałów nie znalazła odbicia w wyniku.
Początkowo akcje zaczepne katowiczanek nie przynosiły efektu. Odwaga drużyny trenerki Karoliny Koch bezsprzecznie utrudniała ataki gospodyń.
W związku z mokrą murawą gra techniczna niewątpliwie nie determinowała przewagi w spotkaniu. Dlatego wszelkie próby sforsowania linii defensywnych przez obie drużyny kończyły się niegroźnymi akcjami.
Dopiero 12. minuta przyniosła pierwszą groźną sytuację pod bramką katowiczanek. Rapacka celnie podała do Fabovej. Ze względu na spóźnione tempo napastniczki sytuacja nie skończyła się uderzeniem.
Dalekie dośrodkowania m.in Klaudii Miłek i Weroniki Kaczor w związku z wolnym tempem gry “Górniczek” stawały się łupem defensywy GKS.
Godna uwagi akcja miała miejsce w 35. minucie. Klaudia Lefeld wykorzystała przepuszczone podanie lecz będąc sam na sam z Weroniką Klimek nie wykorzystała szansy. Bramkarka zespołu gości doznała urazu podczas interwencji ale zachowała czyste konto.
Niewątpliwie najważniejsza akcja pierwszej połowy to kontra GKS w 40 minucie. W przeciwieństwie do rywalek zespół przyjezdny skonstruował dynamiczną kontrę. Sprawne wyprowadzenie piłki w dobrym tempie przez Anitę Turkiewicz bezsprzecznie zaskoczyło przeciwniczki. Pasywność obrony Górnika umożliwiło podanie do Patrycji Kozarzewskiej, która “wzięła” na plecy obrończynię. Następnie celnie podała do koleżanki. Amelia Bińkowska strzeliła na 1:0 i Sandra Urbańczyk była bez szans. Warto podkreślić, ze była to już 4. bramka w obecnym sezonie zawodniczki GKS.
Pod koniec pierwszej połowy doszło do przypadkowego zderzenia zawodniczek. W środkowej strefie boiska kontuzji uniemożliwiającej kontynuowanie meczu doznała Weronika Kłoda. Zawodniczkę GKS zastąpiła Aleksandra Drąg.
Próby przerzutów do linii ataku czynione przez podopieczne trenerki Katarzyny Koch kończyły się spalonym. Karolina Maciążka cały czas starała się grać właśnie na styku linii spalonego.
“Giekaesianki” starały się podkręcić tempo i w przeciwieństwie do Górnika grać dynamicznie. Po jednym z ataków zespołu gości tylko refleks i zdecydowanie Kingi Bużan uchroniło Łęczną od zagrożenia. Skończyło się na wybiciu podania na rzut rożny gdyż “na piłkę” nabiegała już katowiczanka – Anna Konkol.
W 57. minucie uderzenie Klaudii Miłek było efektem właśnie braku dynamiki i aktywnego bronienia całym zespołem. Techniczny, pół-lob po przekątnej gdyby nie chybił zakończyłby się golem dla Katowic.
W 60. minucie po dalekim wyrzut z autu wykonywanym przez katowiczanki z prawej strony GKS stworzył sytuację. Po koźle i niedbałej próbie wybicia przez zawodniczki Górnika piłka trafiła do Patrycji Kozarzewskiej. Piłkarka inteligentnie i w tempie podała do nadbiegającej Kasandry Rybaczuk. Zawodniczka celnym i mocnym strzałem w prawą część bramki zdobyła gola na 0:2. Była to już druga asysta w meczu Kozarzewskiej.
Górnik miał problem ze skonstruowaniem groźnej akcji. Swoista “wybijanka” nie prowadziła do konstrukcji żadnej akcji.
Marianna Litwiniec w 67. minucie z bezsilności nie mogąc dogonić przeciwniczki. Łęcznianka popchnęła ją co zakończyło się rzutem wolnym podyktowanym z prawej części boiska, blisko pola karnego.
Wykonawczynią stałego fragmentu gry była Kasandra Rybaczuk. Podanie adresowane do dobrze ustawionej Marleny Hajduk, wbiegającej “na piłkę” zakończyło się trzecią bramką dla Katowic.
W ostatniej fazie spotkania trener Makarewicz dokonywanymi zmianami próbował pobudzić drużynę do ataku. Do końca meczu obecny był przede wszystkim chaos w atakach Górnika i konsekwencja GKS.
Ponieważ katowiczanki skutecznie do końca wybijały przeciwniczki z uderzenia wynik się nie zmienił. Kondycja i pomysłowość oraz konsekwencja w działaniach destrukcyjnych stały po stronie GKS Katowice..
SIATKÓWKA
siatka.org – Reprezentant Bułgarii dołączył do GKS-u
Rocznym kontraktem z GKS-em Katowice związał się 29-letni rozgrywający z Bułgarii Georgi Seganow, wychowanek CSKA Sofia oraz reprezentant swojego kraju. Nowy zawodnik klubu do tej pory reprezentował barwy klubów z Włoch, Argos Volley Sora (2016-2018) i Top Volley Cisterna (2020-2021) oraz z Turcji – Maliye Piyango Ankara (2018-2019), Halkbanku Ankara (2019-2020) oraz Allpower Akü Cizre Belediyespor (2021-2022).
Seganow od lat cieszy się zaufaniem selekcjonerów kadry Bułgarii, którą reprezentuje na poziomie seniorskim regularnie od roku 2015. W roku 2016 Georgi Seganow został wybrany najlepszym rozgrywającym XIV edycji Memoriału Huberta Jerzego Wagnera, w której kadra Bułgarii triumfowała w całym turnieju.
Nowy siatkarz GieKSy był podstawowym rozgrywającym swojej reprezentacji podczas dwóch ostatnich edycji mistrzostw świata oraz mistrzostw Europy, a także towarzyskiej Ligi Narodów. Seganow miał nie raz okazję odwiedzać Polskę, chociażby w ramach tegorocznych mistrzostw świata. Kadra Bułgarii rozgrywała swoje mecze fazy grupowej MŚ 2022 właśnie w Katowicach.
– Bardzo się cieszymy, że udało się pozyskać tak doświadczonego zawodnika. Georgi ma za sobą występy w lidze włoskiej i tureckiej, a ponadto od lat jest filarem reprezentacji Bułgarii, z którą regularnie gra w turniejach najwyższej rangi. Wierzymy, że dobrze i szybko wkomponuje się w zespół i efekty tego zobaczymy już w pierwszych meczach zbliżającego się sezonu – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.
Remis w sparingu GKS-u Katowice z Wartą Zawiercie
Trwa okres przedsezonowych sparingów plusligowych zespołów. W piątek w Mysłowicach po dwóch stronach siatki stanęły zespoły z Katowic i Zawiercia. Drużyny umówiły się na rozegranie czterech setów. W dwóch pierwszych lepsi okazali się podopieczni Michała Winiarskiego, dwie kolejne padły już łupem graczy GKS-u Katowice.
Mecz lepiej zaczęli zawiercianie, już na początku zbudowali sobie dwupunktowe prowadzenie (4:2). Kiedy długą wymianę wygrał Gonzalo Quiroga, na tablicy wyników pojawił się remis (4:4), ale przewagę ekipie z Zawiercia przywróciły mocne serwisy Dawida Konarskiego (9:6). Tym elementem zapunktował także Miłosz Zniszczoł (12:8) i jego zespół nie miał większych problemów z utrzymaniem swojej zaliczki (18:14). Błąd w ataku sprawił, że zmalała ona do dwóch oczek (18:16), jednak w końcówce ofensywa nie zawodziła (23:20). GKS Katowice zapunktował blokiem (22:23), jednak po akcji na lewej stronie Patryka Łaby zawiercianie triumfowali w pierwszej partii.
Druga rozpoczęła się od równej walki (4:4), ale po kontrze Dawida Dulskiego i Łaby zespół z Zawiercia prowadził 7:4. W polu zagrywki dobrze spisywał się Wiktora Rajsnera (13:10), na to blokiem odpowiedział Piotr Hain (12:13), a rywale zaczęli się mylić i walka przez chwilę się wyrównała. W ważnym momencie podopieczni Michała Winiarskiego postawili blok, ale to samo udało się rywalom (18:18). Końcówka należała do Aluronu CMC Warty Zawiercia, która po błędzie w polu zagrywki przeciwników miała piłkę setową, Dulski udaną akcją zakończył tę partię.
Już na początku zawiercianie odskoczyli (2:0), GKS Katowice starał się odrobić straty, ale udawało się to głównie z powodu błędów rywali (9:10). Rajsner szalał w polu serwisowym, przy jego zagrywkach drużyna zbudowała sobie solidne prowadzenie (14:10). W ofensywie z lewego skrzydła nie zawodził w szeregach GKS-u Tomas Rousseaux (13:15), swoje dołożył też Jakub Jarosz (16:16) i po asie serwisowym Wiktora Mielczarka to zespół z Katowic był na prowadzeniu (20:19). Powiększył je Quiroga (23:21) i po mocnym ataku Rousseauxa katowiczanie wygrali tę partię.
Podopieczni Grzegorza Słabego imponująco otworzyli seta numer cztery (10:4), jednak przy zagrywkach Michała Szalachy straty jego zespołu wyraźnie zmalały (7:10). GKS grał lepiej na siatce i szybko ponownie miał wyraźną zaliczkę (17:11), znów dały znać o sobie błędy katowiczan (19:16), ale cały czas spokojnie utrzymywali dystans nad rywalem. Po akcji ze środka Marcina Kani było 22:18, tym razem nie byli w stanie utrzymać wyraźnej zaliczki (23:22). Piłkę setową zapewnił swojej drużynie Hain atakiem ze środka (24:22) i to on zakończył także całe spotkanie.
GKS Katowice – Aluron CMC Warta Zawiercie 2:2 (23:25, 22:25, 25:23, 25:23)
Zawiercianie tym razem lepsi od katowiczan
o remisie w piątkowym sparingu dzień później już we własnej hali Aluron CMC Warta Zawiercie okazała się lepsza od GKS-u Katowice. Zawiercianie wygrali 3:0, a w dodatkowej partii to katowiczanie triumfowali 25:15. – Gdy nie mamy analiz, jeśli chodzi o zawodników z przeciwnej drużyny, to mamy system, który ćwiczymy. Trener powiedział, że był zadowolony przez pierwsze trzy sety. W czwartym od początku zabrakło nam skupienia w przyjęciu, żeby przyjąć piłkę do siatki i zrobić przejście. Później gry rywale odjechali, to było ciężko grać, ale uważam, że na ten moment, gdzie jesteśmy to bardzo dobrze funkcjonuje – skomentował Marcin Waliński.
W rewanżowym spotkaniu sparingowym, zaplanowanym na cztery sety, Aluron CMC Warta Zawiercie wygrała z GKS-em Katowice 3:1. Obaj trenerzy postawili w tym spotkaniu przede wszystkim na sprawdzenie w boju wszystkich dostępnych zawodników i sprawdzanie w akcji różnych zestawień osobowych.
Zespół GieKSy przez całe spotkanie dobrze sobie radził sobie w akcjach po pozytywnych przyjęciu i w kontrze, natomiast rywale wypracowywali przewagę głównie za sprawą zagrywki i bloku. Role odwróciły się w partii numer cztery, w której GKS zdominował przeciwnika pod względem ofensywnym i wygrał spokojnie 25:15. Po stronie GKS-u najlepiej punktował Damian Domagała, autor 13 punktów, natomiast po stronie zawiercian najwięcej punktów zdobyli Marcin Waliński i Dawid Konarski (obaj po 14).
– Skupiamy się na tym, co mamy wykonywać na boisku, na tych elementach, które chce trener – systemie. Gdy nie mamy analiz, jeśli chodzi o zawodników z przeciwnej drużyny, to mamy system, który ćwiczymy. Trener powiedział, że był zadowolony przez pierwsze trzy sety. W czwartym od początku zabrakło nam skupienia w przyjęciu, żeby przyjąć piłkę do siatki i zrobić przejście. Później gry rywale odjechali, to było ciężko grać, ale uważam, że na ten moment, gdzie jesteśmy to bardzo dobrze funkcjonuje. Przede wszystkim rozumiemy to, co trener chce nam przekazać – podsumował Marcin Waliński.
Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:1 (25:17, 25:22, 25:19, 15:25)
HOKEJ
sportdziennik.com – Ambicja bez nagrody!
Hokeiści GKS-u Katowice, debiutujący w Lidze Mistrzów (CHL), zaliczyli pierwszą sesję wyjazdową.
Zaprezentowali się całkiem przyzwoicie, ale – niestety – punktów nie przywieźli. Najpierw w Zurychu przegrali z Lions 1:5, ale wynik nie odzwierciedla wydarzeń na lodowisku. Przy stanie 0:1 mieli kilka świetnych sytuacji, ale ich nie wykorzystali. Natomiast w 2. odsłonie w niespełna 2. min stracili 2 gole i te straty było już trudno odrobić. Trener Jacek Płachta komplementował zawodników za dobrą grę i ambicję.
Trudno marzyć o korzystnym wyniku gdy w meczu traci się 4 gole w osłabieniu – tak właśnie było podczas potyczki z obrońcami trofeum Rogle Angelholm. Hokeiści GKS-u znów zaprezentowali się więcej poprawnie, ale gospodarze potrafili bezlitośnie wykorzystać momenty przewagi. Hokeiści GKS-u znów przegrali 1:5, ale wracają z podniesionymi głowami i już we wtorek w Jastrzębiu przystępują do rywalizacji ligowej oraz obrony tytułu mistrzowskiego.
hokej.net – „Lwy” z Zurychu lepsze od GieKSy. Przewagi zmorą polskiej drużyny
Hokeiści ZSC Lions Zurych udanie zrewanżowali się hokeistom GKS-u Katowice, pokonując ich 5:1. Podopieczni Jacka Płachty nie wykorzystali dwóch pięciominutowych przewag. Zresztą ten element nie wyglądał u nich najlepiej. Honorowego gola dla GieKSy zdobył Grzegorz Pasiut.
Gospodarze szybko wyszli na prowadzenie, bo już w 2. minucie błąd w defensywie GieKSy wykorzystał Willi Riedi. Dostał on świetnie podanie od Livio Truoga i w sytuacji sam na sam pokonał strzałem pod poprzeczkę Johna Murraya.
Katowiczanie świetną okazję do wyrównania mieli w połowie tercji gdy za atak z tyłu do szatni został odesłany Lucas Wallmark. GieKSa słabo rozegrała przewagę, nie stwarzając klarownych sytuacji pod bramką Šimona Hrubca.
Mecz rozstrzygnął się się w drugiej odsłonie, bo gospodarze w ciągu 116 sekund zdobyli dwie bramki. Najpierw po wygranym wznowieniu huknął Dean Kukan, a następnie Justin Sigrist objechał bramkę i ulokował gumę nad leżącym Murrayem. Najlepszą okazję do zdobycia goli w tej odsłonie miał Grzegorz Pasiut jednak w 38. minucie uderzył z dwóch metrów prosto w bramkarza.
Na początku ostatniej odsłony wyśmienitą okazję miał na gola Bartosz Fraszko. Katowiczanin sam popędził od linii niebieskiej na bramkę Hrubca, ale przegrał z nim pojedynek „oko w oko”. To błyskawicznie się zemściło, bo w odpowiedzi Zurych zdobył czwartą bramkę. Do bezpańskiego krążka na niebieskiej dopadł Christian Marti i kropnął nie do obrony.
W 45. minucie ponownie katowiczanie grali w pięciominutowej przewadze, gdy Kyen Sopa zaatakował pod bandą Joonę Monto. Hokeiści GieKSy ponownie słabo rozegrali „power play” i ponownie się to zemściło. W 51. minucie strzał po lodzie Mikko Lehtonena wylądował w bramce „Jaśka Murarza” i było 5:0.
Jednak katowiczanie zakończyli ten mecz honorowo, bo na 33 sekundy przed końcową syreną Grzegorz Pasiut ulokował gumę po długim rogu bramki Hrubca.
Zabójcze przewagi Szwedów. Bezradna GieKSa
W sobotnie popołudnie hokeiści GKS-u Katowice przegrali w wyjazdowym spotkaniu z Rögle BK 1:5 w Hokejowej Lidze Mistrzów. Szwedzi aż cztery bramki zdobyli w liczebnej przewadze. Katowiczanie pierwszy celny strzał oddali dopiero w połowie spotkania.
W pierwszej tercji całkowitą dominację nad przebiegiem spotkania przejęli hokeiści Rögle Ängelholm, którzy co rusz szturmowali bramkę Johna Murraya. Pierwszego gola zdobyli już w 4. minucie, gdy na ławce kar przebywał Magee za niepotrzebny, aczkolwiek przypadkowy faul na rywalu. Riley Sheen technicznym strzałem po krótkim rogu nie dał szans katowickiemu golkiperowi.
Triumfatorzy poprzedniej edycji poszli za ciosem i 10 minut później podwyższyli prowadzenie, gdy Linus Sjödin efektowną sztuczką techniczną minął Patryka Wajdę. Strzał Szweda odbił Murray, ale z bliska do pustej bramki gumę wbił Oskar Stål Lyrenäs. W pierwszej odsłonie GieKSa ofensywie nie istniała i nie oddała ani jednego celnego strzału na bramkę rywala.
Po zmianie stron podopieczni Jacka Płachty zaprezentowali się lepiej. Pierwszy groźny i celny strzał od razu zakończył się bramką, gdy w okienko – podczas gry w przewadze -przymierzył Matias Lehtonen. Gospodarze szybko odpowiedzieli, bo na ławce kar wylądował Patryk Krężołek. Już 23. sekundy później Adam Tambellini huknął z bulika z pierwszego krążka, trafiając tuż przy samym słupku.
W ostatniej odsłonie padły jeszcze dwa gole. Do bramki trafili Adam Tambellini po raz drugi oraz Brady Ferguson. Obie bramki padły w okresach gry w przewadze gospodarzy. Ten element w szwedzkim zespole funkcjonował znakomicie. Na pięć takich prób aż cztery kończyły się powodzeniem.
Triumfator poprzedniej edycji Ligi Mistrzów kontrolował przebieg od pierwszego do ostatniej minuty meczu. GieKSa nielicznie zagrażała bramce Christoffera Rifalka. W sumie na jego bramkę oddała tylko 10 celnych strzałów. Dużo więcej pracy miał John Murray, który musiał mierzyć się z 40 uderzeniami rywali.
Szwedzi znakomicie radzili sobie też na punktach wznowień. Wygrali aż 32 z45 bulików.
Ministerstwo sportu chce wyjaśnień. Chodzi o dyskryminację Rosjan przez trzy kluby!
Do Polskiego Związku Hokeja na Lodzie wpłynęło pismo z działającego przy Ministerstwie Sportu i Turystyki Departamentu Sportu Wyczynowego. W tym dokumencie Federacja Rosyjska zarzuca polskiej dyplomacji dyskryminację Rosjan w Polsce, jakiej dopuściły się trzy polskie kluby.
Nota z rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych, przekazana przez tamtejszą ambasadę, zawiera zarzuty naruszania przez Polskę międzynarodowej konwencji w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji rasowej („Konwencji CERD”) z 7 marca 1966 r. i propozycję przeprowadzenia w tej sprawie negocjacji.
„W nocie rosyjskiej, wśród wielu przykładów rzekomej dyskryminacji Rosjan w Polsce, znalazła się sprawa zakończenia kontraktów z rosyjskimi hokeistami przez polskie kluby BS Polonia Bytom i GKS Katowice na początku marca 2022 r. oraz deklaracja podobnego zamiaru ze strony klubu Ciarko STS Sanok” – czytamy w piśmie wysłanym przez MSiT do PZHL.
Ministerstwo prosi PZHL i kluby o weryfikację opisanej sytuacji, która dotyczy rosyjskich hokeistów w Polskiej Hokej Lidze i Młodzieżowej Hokej Lidze. Czas nagli, bo na odpowiedź czekają … do dzisiejszego południa (do piątku, dziewiątego września-przyp. red).
Przypomnijmy, że na początku marca tego roku, występująca w Młodzieżowej Hokej Lidze, Polonia Bytom jako pierwszy klub hokejowy w Polsce pożegnała pięciu Rosjan. Klub opuścić musieli: bramkarz Daniił Babec, obrońcy Kiriłł Kleimjonow, Jegor Rudskoj oraz napastnicy Walerij Polinin i Ilja Smirnow.
– Nie kontynuujemy współpracy z zawodnikami rosyjskimi z wiadomych względów. Klub jest spółką miejską i stanowisko miasta jest jednoznaczne. Pomagamy Ukraińcom, mówimy stanowcze „nie” dla finansowania i wsparcia zawodników z Rosji na poziomie miejskiej spółki Polonia Bytom – wyjaśniał wtedy Adam Fras, wiceprezydent miasta Bytomia.
Następnie szefostwo klubu rozwiązało kontrakt z Aleksandrem Mokszancewem, a działacze GKS-u Katowice z Aleksandrem Jakimienką, który nie potępił jednoznacznie agresji Władimira Putina i Rosji na Ukrainę.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Najnowsze komentarze