Dołącz do nas

Prasówka

Prezydent uhonorował „ukochane złotka”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyny piłkarskie GieKSy zakończyły sezon: piłkarki zdobyły tytuł mistrza Polski, piłkarze zakończyli sezon Fortuna I Ligi na dziesiątej pozycji w tabeli. W ostatnim swoim meczu drużyna męska zremisowała, na wyjeździe z Chojniczanką 3:3 (2:1). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Marek Szczerbowski złożył wniosek o odwołanie go z funkcji prezesa klubu. Drużyna żeńska otrzymała od Prezydenta Katowice Marcina Krupy premię w wysokości 300 tysięcy złotych za zdobycie mistrzostwa Polski.

Plus Liga i Polska Hokej Liga zakończyły rozgrywki, trwają pierwsze rozmowy na temat transferów do klubów.

 

PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Pomeczowe rozmowy z świeżo upieczonymi mistrzyniami Polski
Już świt poniedziałku nieśmiało pojawia się na horyzoncie, jednak w sercach piłkarek i kibiców GKSu Katowice nadal trwa samba. Już teraz na gorąco mamy wywiady z Weroniką Klimek, Marleną Hajduk i Karoliną Koch.
Weronika Klimek:
Do mnie to jeszcze nie dociera. Widzę co się, ale jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Wielkie łał. Ja jestem dumna z tej drużyny, ze wszystkich, bo ciężko na to mistrzostwo zapracowałyśmy. Pomimo wszystkich przeszkód, które stawiał ten sezon przed nami, dałyśmy radę i pokonałyśmy je.
Marlena Hajduk:
Myślę, że cały sezon ciężko pracowałyśmy na ten sukces i tak naprawdę dzisiejsze spotkanie było ukoronowaniem całego naszego wysiłku. To wszystko co teraz się tu dzieje jest najpiękniejszą chwilą dla nas i każda z nas będzie pamiętać tą chwile i dążyć by takich chwil było w karierze jak najwięcej.
Karolina Koch:
Na pewno mistrzostwo Polski to coś wspaniałego. W zeszłym sezonie udało się nam zdobyć czwarte miejsce, a w tym sezonie dziewczyny pokazały, że systematyczną pracą i ambicją można sięgnąć najwyższe cele. Mimo trudnych momentów, mimo kontuzji w sezonie potrafiłyśmy sobie poradzić, po tym można poznać mistrza. Wszystkie dziewczyny wspierały się wzajemnie i dzięki temu jesteśmy dziś tutaj i cieszymy się z mistrzostwa.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Prezydent miasta dał sowitą premię piłkarkom i mocno zrugał piłkarzy
Na uroczystym śniadaniu z piłkarkami GKS Katowice prezydent miasta Marcin Krupa dorzucił im sowitą premię za mistrzostwo kraju, nie szczędząc jednocześnie mocnych słów pod adresem piłkarzy.
Kobiecy zespół GKS Katowice w minioną niedzielę zdobył tytuł mistrzowski. To pierwsze piłkarskie złoto w historii klubu z Bukowej. W środę najlepszą drużynę Orlen Ekstraligi na śniadanie zaprosił właściciel klubu, prezydent miasta Marcin Krupa.
– Pamiętam podobne spotkanie sprzed pięciu laty, z okazji awansu do Ekstraligi. Wtedy mówiliśmy o tym, że celem powinno być wejście na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek wtedy mogło się marzyć i jestem wam za to bardzo wdzięczny. Dziękuję za to w imieniu wszystkich kibiców, także nie wywodzących się z naszego miasta. Jesteście naszymi ukochanymi złotkami – mówił prezydent. – Dla mnie, przepraszam za to określenie, macie jaja, podczas gdy faceci nie potrafili nie tylko nigdy zdobyć mistrzostwa, ale teraz nawet nie potrafią awansować do Ekstraklasy, mając takie warunki, o jakich w innych klubach mogą tylko pomarzyć. A wy mając trudniejszy start sięgacie po złoto!
Prezydent Katowic docenił sukces piłkarek prowadzonych przez Karolinę Koch także materialnie.
– Wiem, że macie w kontraktach różne zapisy związane z mistrzostwem, a PZPN przekaże do klubu premię w wysokości 300.000 zł. My jako miasto nie możemy być gorsi i drugie tyle wam dołożymy. To sygnał od nas, że wykonałyście kawał dobrej roboty. Jak będziecie mijać chłopaków na korytarzu to im powiedzcie, żeby też się do niej wzięli, bo mnie nie bardzo chcą słuchać – dodał samorządowiec.
Porównania z męską drużyną przewijały się później jeszcze wielokrotnie.
– To nie przypadek, że nie chodzę na mecze piłkarzy. Po prostu czasami nie mogę patrzeć na to, co wyprawiają na boisku, zwłaszcza że wiem, że ci ludzie potrafią grać w piłkę, a klub zapewnia im znakomite warunki – podkreślał prezydent Krupa.
Dla menedżera sekcji Roberta Góralczyka był to więc poranek wybitnie słodko-gorzki…
Katowiczanki w nagrodę zagrają też w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzyń.
– Chciałybyśmy trafić na jak najmocniejsze rywalki, a w koszyku z rywalkami będą takie właśnie zespoły. Na liście są na przykład Roma i Ajax Amsterdam, fajnie byłoby się zmierzyć z takimi firmami – przyznała trenerka Karolina Koch.

 

GKS Katowice: Duże zmiany na Bukowej. Odejdzie nie tylko prezes Marek Szczerbowski
Prezes Marek Szczerbowski złożył w poniedziałek wniosek o dymisję z dniem 26 sierpnia. Nie będzie to jednak jedyne pożegnanie w GKS Katowice.
Marek Szczerbowski przestanie pełnić funkcję prezesa GKS Katowice 26 sierpnia. W dniu, w którym miną dokładnie 4 lata od objęcia tej funkcji. Wniosek o odwołanie został właśnie złożony w Radzie Nadzorczej. W miniony piątek zapowiedział już jednak, że wszystkie kluczowe kwestie związane z zarządzaniem klubem z Bukowej oddaje w ręce wiceprezesa Krzysztofa Nowaka, który będzie jego następcą.
Z naszych informacji wynika, że nie będzie to jedyne pożegnanie na Bukowej. Odejdzie także dyrektor sekcji piłki nożnej Robert Góralczyk, którego umowa wygasa z końcem czerwca i nie zostanie przedłużona. Kluczową postacią w pionie sportowym będzie w tej sytuacji Dawid Dubas.
Zespół nadal prowadzić będzie trener Rafał Górak, którego kontrakt jest ważny do czerwca 2024. Zmienić się ma za to cel stawiany przed drużyną piłkarzy: tym razem będzie to nie utrzymanie, a co najmniej udział w barażach o Ekstraklasę.
W gabinetach trwają także negocjacje na temat przedłużenia kontraktów z kluczowymi piłkarzami. Na liście znajduje się m.in. Adrian Błąd.

 

sportdziennik.com – Prezydent uhonorował „ukochane złotka”
Marcin Krupa zapowiedział 300 tysięcy złotych premii dla drużyny piłkarek GKS-u Katowice, które w minioną niedzielę świętowały historyczny tytuł mistrza Polski. Wbił też szpilkę piłkarzom.
Były oficjalne przemówienia i podziękowania, wspólne zdjęcia i rozmowy. Prezydent Katowic, Marcin Krupa, spotkał się wczoraj z drużyną piłkarek GKS-u, które sięgnęły po historyczny tytuł mistrza Polski, na uroczystym śniadaniu w restauracji 27th Floor na 27. piętrze Hotelu Mariott.
– Pięć lat temu awansowałyście do ekstraklasy i wtedy też spotkaliśmy się na 27. piętrze – przypominał prezydent Krupa.
– Naszym życzeniem było wtedy, by jak najszybciej wejść na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek się wydawało. Jestem wam bardzo, bardzo wdzięczny i dziękuję za te emocje, których dostarczyliście katowiczanom oraz wszystkim kibicom, również tym niewywodzącym się z naszego miasta, ale wspierającym GKS.
Marcin Krupa odebrał od piłkarek meczową koszulkę GieKSy, a sam też nie przyszedł na śniadanie z pustymi rękami. Zadeklarował, że miasto nagrodzi je za ten sukces 300 tysiącami złotych premii.
– Z tego, co słyszałem, taką dał PZPN. My nie możemy być gorsi i dokładamy drugie tyle – oznajmił prezydent Katowic. Klub promuje ten sukces sympatycznym hasłem „Ukochane”, nawiązującym do nazwiska trenerki Karoliny Koch. Marcin Krupa jeszcze je rozszerzył.
– Jesteście dla nas ukochane złotka, parafrazując to, co kiedyś mówił legendarny trener reprezentacji siatkarek, Andrzej Niemczyk. Serce bardzo się raduje. Wiecie, jak bardzo zależy mi, by sport w naszym mieście się rozwijał. Do tego potrzebni są tacy ludzie jak wy. Stanowicie wzór do naśladowania dla dzieciaków, by garnęli się do różnych dyscyplin i widzieli światełko w tunelu: że jeśli będą ciężko pracowali, mogą sięgać po najwyższe trofea, jak wy w ostatni weekend, przysparzając nam radości – podkreślał prezydent Katowic, czyli większościowego udziałowca wielosekcyjnej GieKSy.
Sekcja piłki nożnej kobiet powstała w Katowicach w 2015 roku. Choć trudno to porównywać i przystawiać zbliżoną miarę, można łatwo policzyć, że paniom wystarczyło do historycznych sukcesów nieporównywalnie mniej czasu niż panom, którzy nigdy nie zdobyli tytułu, a od 2005 roku nie ma ich najwyższej lidze. Marcin Krupa wbił piłkarzom szpilkę.
– Przynajmniej wy w tej futbolowej części piłkarskiego GKS-u macie po prostu jaja – zwrócił się do piłkarek.
– Faceci… Wstyd mi jako facetowi, że oni nie potrafią tego zrobić od wielu lat, a nawet awansować do ekstraklasy, mając ku temu takie warunki, jakie niejeden klub chciałby mieć. Wy miałyście o wiele gorszy start, a dałyście radę, bo walka jest najważniejsza. Kawał dobrej roboty, jesteśmy dumni. Mijając się między szatniami, pokażcie czasem facetom to trofeum i poproście, by wzięli się do roboty. Może was posłuchają, bo mnie nie bardzo chcą… – nie gryzł się w język prezydent Katowic.
Trener Karolina Koch też nawiązała do sekcji piłkarskiej, kolegów po fachu, ale w zupełnie innym tonie.
– Dziękuję dyrektorowi Góralczykowi i trenerowi Górakowi. To ludzie, od których bardzo dużo mogłam czerpać. Męska a kobieca piłka to lata świetlne. Możemy tylko dążyć do takiego profesjonalizmu. Dzięki takim osobom w klubie jest za mną wiele merytorycznych rozmów, wsparcia na poziomie trenerskim, zasianych w mojej głowie myśli skłaniających do refleksji. Mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych projektów i ambitnych celów przed nami, które sobie wyznaczymy, budując kobiecą piłkę w Katowicach – podkreślała trenerka GieKSy, która złoty medal zapewniła sobie dzięki niedzielnej wygranej 3:1 w Koninie z Medykiem.
– Dziękuję pani trener za olbrzymi wkład w drużynę, za serce. Zawsze musi być ktoś, kto będzie ten okręt prowadził – mówił prezydent Krupa.
Koch: – Jestem bardzo dumna z tej drużyny, chcę podziękować zarządowi, pracownikom, zawodniczkom, sztabowi, za wytrwałość, zaangażowanie, dobrą pracę, wielką wolę walki. Za to, że musieli mnie znosić. Trzymałyśmy się przez cały sezon wyznaczonego kierunku, choć nie brakowało trudnych momentów. Dla większości ludzi w Polsce to coś niemożliwego, że GKS zdobył mistrzowski tytuł. Ale ja wiedziałam, że stać nas na wiele. Tworzymy historię GKS-u. To niewiarygodne, co zrobiliśmy przez 5 lat od awansu do ekstraklasy. Zrobiliśmy wiele w Katowicach dla popularyzacji kobiecej piłki. Podziękowania dla kibiców za wsparcie i to, jak nas powitali po powrocie z Konina.
W śniadaniu uczestniczył zarząd GKS-u, prezes Marek Szczerbowski i wiceprezes Krzysztof Nowak, a także dyrektor Robert Góralczyk. Szczerbowskiego i Góralczyka wkrótce może już przy Bukowej nie być…
– Cieszę się z dobrej atmosfery w klubie – przekonywał mimo to prezydent.
– Podziękowania dla prezesa Szczerbowskiego, który od kilku lat prowadzi klub i wiele rzeczy udało się w tym okresie naprawić. Będziemy to kontynuowali, by GKS był marką z prawdziwego zdarzenia. Dziękuję prezesowi Nowakowi, który jest z nami od niedawna, ale wykonał już wiele pracy, oraz radzie nadzorczej za roztropne decyzje. Budujemy nowy stadion miejski, będą zupełnie inne warunki i zupełnie inna jakość uprawiania sportu – dodawał Marcin Krupa, życząc odpoczynku, zebrania sił i – wzorem hokeistów – obrony mistrzowskiego tytułu. A wcześniej coś, o czym kibice w Katowicach mogli tylko marzyć, czyli walka w eliminacjach Champions League.
– Dumnie będziemy reprezentować GKS i miasto w Lidze Mistrzyń. Dziękujemy wszystkim, którzy tworzą GKS Katowice, prezesowi, wiceprezesowi, pracownikom marketingu i panu prezydentowi. Czuliśmy wsparcie, mogłyśmy się rozwijać, dążyć do swoich celów – powiedziała kapitan zespołu, Marlena Hajduk.

 

Rezygnacja w trosce o stan ducha
Było poważnie, było śmiesznie i autoironicznie, ale też niemal… irracjonalnie, gdy na zakończenie z futerału wyjęta została trąbka. Podczas brawurowego wykładu na katowickiej AWF Marek Szczerbowski zapowiedział koniec 4-letniej prezesury w GKS-ie Katowice.
Marek Szczerbowski składa wniosek o rozwiązanie za porozumieniem stron umowy z GieKSą i zakończenia swojej prezesury w wielosekcyjnym klubie z Bukowej. Zapowiedział to w piątkowe przedpołudnie podczas wykładu w auli im. Lechosława Deca na katowickiej AWF.
– Umówiliśmy się z prezydentem Marcinem Krupą cztery lata temu, że jeśli zechcę z GKS-u odejść, mam zasygnalizować tę prośbę. Kilka miesięcy temu ustaliliśmy zasady – mówił Szczerbowski, informując, że chce, by oficjalny koniec jego kadencji przypadł na 26 sierpnia – bo właśnie 26 sierpnia 2019 roku ją zaczynał.
Pytany o powody swojej decyzji, odpowiadał: – GKS Katowice rozrósł się do potężnej organizacji – dzięki zaangażowaniu władz miasta, zarówno operacyjnemu, finansowemu, jak i budowie nowego stadionu. GKS czeka wiele nowych wyzwań, one wymagają nowych decyzji, nowych działań, nowej odpowiedzialności. Boję się, że stan ducha, który mam dziś bardzo dobry, może w znacznym stopniu się pogorszyć. To jedyna przyczyna. Ja po prostu potrzebuję spokoju. Sukcesy sportowców są wielkie i nisko im się kłaniam, mam szacunek też do kibiców, o których zachowaniu można obecnie powiedzieć, że jest albo wzorowe, albo zbliżone do wzorowego. Kolejne wyzwania będą trudne, energii mogłoby mi zabraknąć.
Potem staję się marudny, nieprzyjemny, tego nie chcę. Wiem, że w GKS-ie nie da się nie pracować. Trzeba tam być od 8 do 16 godzin dziennie, słuchać, co mówią inni, ograniczyć albo wykluczyć środki zmieniające nastrój, być uważnym, nie kłamać. To ciężka praca. Wiem, że byłbym w stanie te warunki spełnić, ale nie wiem, jak reagowałby na to mój organizm. Życzę klubowi wszystkiego najlepszego – tłumaczył ustępujący prezes GieKSy.
Jego wykład na katowickiej AWF był brawurowy, niecodzienny, w świecie piłki niespotykany. Na widowni zasiadło kilkadziesiąt osób, na czele z wiceprezydentem miasta Waldemarem Bojarunem czy prezesem PZHL Mirosławem Minkiną. Swojego szefa słuchali piłkarze GieKSy, będący tuż przed wyjazdem do Chojnic na ostatni mecz sezonu, trenerzy, działacze, zawodnicy innych sekcji, jak hokeista Grzegorz Pasiut czy siatkarz Jakub Jarosz. Wydarzenie transmitowano też w internecie, Marek Szczerbowski często mówiąc o kimś wyrażał nadzieję, że „nie ma go z nami, ale może ogląda transmisję”. Mając w tle trofea zdobyte przez klub za jego kadencji – dwa mistrzostwa oraz superpuchar hokeistów, mistrzostwo piłkarek – na rzutniku zaprezentował około 200 slajdów, podsumowując i wspominając swoją kadencję, długo opisując trudne relacje z kibicami, którzy jesienią ub. roku bojkotowali GieKSę w geście protestów przeciw jego rządom, nie chodząc na domowe mecze.
– Zaczynając pracę w GKS-ie otrzymałem informację, że wpływy z sektora gości mają trafiać do kibiców. Zapytałem, z jakiego powodu. Odpowiedzi nie dostałem, ale przekazano mi, że jeśli tego nie zrobię, to będę miał jakieś kłopoty. Może je mam, może nie mam. Dla mnie byłoby to niezgodne ze sztuką zarządzania spółką – mówił Szczerbowski, sporo czasu poświęcając na ubiegłoroczną zadymę podczas meczu z Widzewem, która okazała się przełomem. Przyznawał, że około 100 razy oglądał fragment kibicowskiego wideobloga, na którym redaktor strony gieksa.pl zarzuca mu, że – spłycając – „wychodził” zamknięcie stadionu na dodatkowe dwa mecze u wojewody. Ten fragment na wykładzie został zaprezentowany kilkukrotnie.
– Bezpieczeństwo było potężnym problemem w GKS-ie Katowice. Wiele rzeczy dzieje się w kuluarach – przekonywał Marek Szczerbowski i oznajmiał, że o jego prezesurze przy Bukowej ma powstać „bardzo poważna publikacja”.
Zwracał uwagę, że „dzięki wypowiedzeniu niekorzystnej dla klubu umowy dotyczącej używania znaku towarowego, dziś znak jest w GKS-ie i dzięki temu realizowane mogły być zadania związane z uruchomieniem sklepu internetowego”. Nawiązywał do niedawnych derbów z Ruchem Chorzów.
– Puściłem informację, że jeśli będzie spokojnie – to odejdę. W ten sposób starałem się zadbać o bezpieczeństwo. To był świetny mecz, dziękuję kibicom za zachowanie – podkreślał Marek Szczerbowski.
Długo prezentował różne komentarze, wpisy kibiców, założoną przez nich i uderzającą w niego stronę „szczerboffski”. – Mam zewidencjonowanych kilkaset komunikatów od przedstawicieli kibiców, próbujących wpływać na moje decyzje. Kilkaset! A wiedzieli, że na mnie to nie działa. Jeśli ktoś nie umie tego dźwignąć, to kupuje spokój – mówił prezes GieKSy. Pokazywał zdjęcia swojego auta z urwanym lusterkiem i naklejką z jego przekreśloną podobizną. Prezentował je też na drzwiach swojego mieszkania. Wspominał, gdy usłyszał „szykujemy dla prezesa wózek inwalidzki”.
– To był trudny moment, moja córka to przeżywała – zawieszał głos. Puścił film z „Jantoru”, na którym atakuje go kibic.
– Nie pokazuję tego jako odwet, tylko zjawisko. Czy z powodu braku „Gieksika” (klubowej maskotki – dop. red.) i marketingu mogą dziać się takie rzeczy? – pytał retorycznie.
Na jednym ze slajdów umieścił cytat: „Jeśli szukasz silnych wrażeń i dreszczu emocji, przygotuj się na depresję”.

 

SIATKÓWKA
siatka.org – Nowi trenerzy w sztabie szkoleniowym GKS-u Katowice

Po zakończeniu sezonu 2022/23 PlusLigi zapadły pierwsze decyzje dotyczące kształtu kadry zespołu na kolejną ligową kampanię. Przypominamy, że umowę z Klubem do końca sezonu 2023/2024 przedłużył pierwszy trener zespołu Grzegorz Słaby. Ponadto po sezonie 2022/2023 sztab trenerski GKS-u opuścił drugi trener zespołu Damian Musiak. W sztabie trenerskim GKS-u na sezon 2023/2024 pozostaną trener przygotowania motorycznego Piotr Karlik i fizjoterapeuta Tomasz Szpunar. Dla trenera Karlika będzie to piąty z rzędu sezon pracy w GKS-ie Katowice, a dla Szpunara drugi z rzędu.

Nowym drugim trenerem siatkarskiego zespołu GKS-u Katowice został Emil Siewiorek, były siatkarz, który w swojej karierze trenerskiej w latach 2015-2021 pracował w MKS-ie Będzin w roli zarówno drugiego, jak i pierwszego trenera drużyny. Do sztabu dołączył także statystyk Maciej Barczyński, który przez ostatnie trzy sezony pracował w Cuprum Lubin, a wcześniej był trenerem w młodzieżowych i seniorskich drużynach kobiecego WTS-u Solna Wieliczka.

– Wybór tych osób był nieprzypadkowy. Emil Siewiorek to uznany i ceniony w regionie szkoleniowiec, który chciał powrócić do pracy na najwyższym poziomie rozgrywkowym i skorzystaliśmy z tej okazji. Z kolei Maciej Barczyński to statystyk, o którego pracy usłyszeliśmy same pozytywne opinie. Zależało nam, aby poszerzyć i wzmocnić skład sztabu szkoleniowego, bo przed nami bardzo wyjątkowy sezon, z niespotykaną intensywnością rozgrywania spotkań. Jestem przekonany, że ten sztab przygotuje drużynę jak najlepiej do rozgrywek 2023/2024 – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.

Jakub Jarosz przedłużył umowę z GKS-em
Były atakujący reprezentacji Polski, Jakub Jarosz pozostanie w GKS-ie Katowice. Klub poinformował o jego przedłużonej umowie. Dla śląskiego zespołu Jarosz w ubiegłym sezonie był kluczową postacią.
Barwy GKS-u Katowice w sezonie 2023/2024 PlusLigi reprezentował będzie Jakub Jarosz, który tym samym rozegra piąty sezon z rzędu w naszym klubie. Wielokrotny reprezentant Polski, złoty medalista mistrzostw Europy i Ligi Światowej, a także uczestnik siatkarskiego turnieju olimpijskiego z 2012 roku dołączył do składu siatkarskiej GieKSy w 2019 roku i od tego czasu nieprzerwanie pełni zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Znakomite występy Jarosza docenili kibice GKS-u Katowice, którzy trzy razy z rzedu wybierali go siatkarzem roku w plebiscycie Złote Buki. W minionym sezonie PlusLigi Jarosz rozegrał 27 spotkań, zdobywając z nich łącznie 330 punktów, w tym 25 zagrywką i 16 blokiem. Szczególnie imponująca w jego wykonaniu była pierwsza połowa sezonu 2023/2024. Postawa Jakuba Jarosza pozwoliła mu na zdobycie aż 5 nagród MVP w ostatniej ligowej kampanii.
– Cieszymy się, że Jakub zostaje z nami. Przed cztery sezony udowodnił, że zasługuje na miano prawdziwego GieKSiarza. Jego postawa wielokrotnie decydowała o losach naszych spotkań, również w poprzednim sezonie. Głęboko wierzymy, że tak samo będzie w kolejnym – ocenił Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
Jarosz jest drugim po Jakubie Szymańskim zawodnikiem, który pozostał w GKS-ie. Drużynę w najbliższym sezonie będzie też prowadził Grzegorz Słaby.

HOKEJ

hokej.net – TAURON zostanie sponsorem Polskiej Hokej Ligi?

Szefostwo Polskiego Związku Hokeja na Lodzie szuka partnerów biznesowych, którzy wsparliby ligę i reprezentację Polski. Jak udało nam się ustalić, związek prowadzi rozmowy ze spółką TAURON, która do tej pory wspierała dwa polskie kluby.

O tym, że PZHL rozmawia z potencjalnymi sponsorami, którzy mieliby pomóc polskiemu hokejowi w rozwoju, Mirosław Minkina wspomniał już podczas konferencji prasowej w Polskim Komitecie Olimpijskim.

– Prowadzimy szereg rozmów dotyczących sponsoringu wszystkich reprezentacji oraz Polskiej Hokej Ligi. Cały czas zabiegamy również o więcej hokeja w telewizji i budowę kolejnych lodowisk – zaznaczył Mirosław Minkina.

W przypadku reprezentacji Polski głośno mówi się o koncernie Orlen, który wspierał naszą kadrę już podczas przygotowań do Mistrzostw Świata Dywizji IA oraz całego turnieju w Nottingham. Umowa miałaby być przedłużona, ale na nieco lepszych warunkach. Dystrybutor energii elektrycznej był w poprzednim sezonie sponsorem tytularnym dwóch polskich klubów: oświęcimskiej Unii i nowotarskiego Podhala.
Na razie szefostwo koncernu energetycznego nie przedłużyło umów z obiema drużynami. Nasi informatorzy odbierają to jako czytelny sygnał. Wskazują też, że umowa z PHL miałaby być korzystniejsza dla całej spółki.

 

Smal zostaje w GieKSie. Na dwa lata!

Igor Smal pozostanie zawodnikiem GKS-u Katowice. 22-letni napastnik przedłużył swój kontrakt o kolejne dwa lata.

Smal trafił do GieKSy przed sezonem 2021/2022. Z ekipą z alei Korfantego zdobył dwa tytuły mistrzowskie, imponując zaangażowaniem i ambicją.Rozegrał łącznie 107 ligowych spotkań, w których zgromadził 9 punktów za 3 gole i 6 asyst. Na ławce kar spędził 82 minuty.

Warto jednak zaznaczyć, że trener Jacek Płachta ustawiał go w niższych formacjach, które miały głównie defensywne zadania.

– Siła GKS-u w ostatnich sezonach wynikała nie tylko z doskonałych osiągnięć indywidualnych liderów zespołu, ale także z zaangażowania i poświęcenia wszystkich członków drużyny. Mimo, że Igor jest stosunkowo młodym graczem to już stanowił ważne i przydatne ogniwo GKS-u. Co ważne, w jego grze wciąż obserwujemy postępy. Dlatego zdecydowaliśmy się na przedłużenie umowy na kolejny sezony – wyjaśnił Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GKS-u Katowice.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga