Prasówka
Prezydent uhonorował „ukochane złotka”
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Drużyny piłkarskie GieKSy zakończyły sezon: piłkarki zdobyły tytuł mistrza Polski, piłkarze zakończyli sezon Fortuna I Ligi na dziesiątej pozycji w tabeli. W ostatnim swoim meczu drużyna męska zremisowała, na wyjeździe z Chojniczanką 3:3 (2:1). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Marek Szczerbowski złożył wniosek o odwołanie go z funkcji prezesa klubu. Drużyna żeńska otrzymała od Prezydenta Katowice Marcina Krupy premię w wysokości 300 tysięcy złotych za zdobycie mistrzostwa Polski.
Plus Liga i Polska Hokej Liga zakończyły rozgrywki, trwają pierwsze rozmowy na temat transferów do klubów.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Pomeczowe rozmowy z świeżo upieczonymi mistrzyniami Polski
Już świt poniedziałku nieśmiało pojawia się na horyzoncie, jednak w sercach piłkarek i kibiców GKSu Katowice nadal trwa samba. Już teraz na gorąco mamy wywiady z Weroniką Klimek, Marleną Hajduk i Karoliną Koch.
Weronika Klimek:
Do mnie to jeszcze nie dociera. Widzę co się, ale jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Wielkie łał. Ja jestem dumna z tej drużyny, ze wszystkich, bo ciężko na to mistrzostwo zapracowałyśmy. Pomimo wszystkich przeszkód, które stawiał ten sezon przed nami, dałyśmy radę i pokonałyśmy je.
Marlena Hajduk:
Myślę, że cały sezon ciężko pracowałyśmy na ten sukces i tak naprawdę dzisiejsze spotkanie było ukoronowaniem całego naszego wysiłku. To wszystko co teraz się tu dzieje jest najpiękniejszą chwilą dla nas i każda z nas będzie pamiętać tą chwile i dążyć by takich chwil było w karierze jak najwięcej.
Karolina Koch:
Na pewno mistrzostwo Polski to coś wspaniałego. W zeszłym sezonie udało się nam zdobyć czwarte miejsce, a w tym sezonie dziewczyny pokazały, że systematyczną pracą i ambicją można sięgnąć najwyższe cele. Mimo trudnych momentów, mimo kontuzji w sezonie potrafiłyśmy sobie poradzić, po tym można poznać mistrza. Wszystkie dziewczyny wspierały się wzajemnie i dzięki temu jesteśmy dziś tutaj i cieszymy się z mistrzostwa.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Prezydent miasta dał sowitą premię piłkarkom i mocno zrugał piłkarzy
Na uroczystym śniadaniu z piłkarkami GKS Katowice prezydent miasta Marcin Krupa dorzucił im sowitą premię za mistrzostwo kraju, nie szczędząc jednocześnie mocnych słów pod adresem piłkarzy.
Kobiecy zespół GKS Katowice w minioną niedzielę zdobył tytuł mistrzowski. To pierwsze piłkarskie złoto w historii klubu z Bukowej. W środę najlepszą drużynę Orlen Ekstraligi na śniadanie zaprosił właściciel klubu, prezydent miasta Marcin Krupa.
– Pamiętam podobne spotkanie sprzed pięciu laty, z okazji awansu do Ekstraligi. Wtedy mówiliśmy o tym, że celem powinno być wejście na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek wtedy mogło się marzyć i jestem wam za to bardzo wdzięczny. Dziękuję za to w imieniu wszystkich kibiców, także nie wywodzących się z naszego miasta. Jesteście naszymi ukochanymi złotkami – mówił prezydent. – Dla mnie, przepraszam za to określenie, macie jaja, podczas gdy faceci nie potrafili nie tylko nigdy zdobyć mistrzostwa, ale teraz nawet nie potrafią awansować do Ekstraklasy, mając takie warunki, o jakich w innych klubach mogą tylko pomarzyć. A wy mając trudniejszy start sięgacie po złoto!
Prezydent Katowic docenił sukces piłkarek prowadzonych przez Karolinę Koch także materialnie.
– Wiem, że macie w kontraktach różne zapisy związane z mistrzostwem, a PZPN przekaże do klubu premię w wysokości 300.000 zł. My jako miasto nie możemy być gorsi i drugie tyle wam dołożymy. To sygnał od nas, że wykonałyście kawał dobrej roboty. Jak będziecie mijać chłopaków na korytarzu to im powiedzcie, żeby też się do niej wzięli, bo mnie nie bardzo chcą słuchać – dodał samorządowiec.
Porównania z męską drużyną przewijały się później jeszcze wielokrotnie.
– To nie przypadek, że nie chodzę na mecze piłkarzy. Po prostu czasami nie mogę patrzeć na to, co wyprawiają na boisku, zwłaszcza że wiem, że ci ludzie potrafią grać w piłkę, a klub zapewnia im znakomite warunki – podkreślał prezydent Krupa.
Dla menedżera sekcji Roberta Góralczyka był to więc poranek wybitnie słodko-gorzki…
Katowiczanki w nagrodę zagrają też w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzyń.
– Chciałybyśmy trafić na jak najmocniejsze rywalki, a w koszyku z rywalkami będą takie właśnie zespoły. Na liście są na przykład Roma i Ajax Amsterdam, fajnie byłoby się zmierzyć z takimi firmami – przyznała trenerka Karolina Koch.
GKS Katowice: Duże zmiany na Bukowej. Odejdzie nie tylko prezes Marek Szczerbowski
Prezes Marek Szczerbowski złożył w poniedziałek wniosek o dymisję z dniem 26 sierpnia. Nie będzie to jednak jedyne pożegnanie w GKS Katowice.
Marek Szczerbowski przestanie pełnić funkcję prezesa GKS Katowice 26 sierpnia. W dniu, w którym miną dokładnie 4 lata od objęcia tej funkcji. Wniosek o odwołanie został właśnie złożony w Radzie Nadzorczej. W miniony piątek zapowiedział już jednak, że wszystkie kluczowe kwestie związane z zarządzaniem klubem z Bukowej oddaje w ręce wiceprezesa Krzysztofa Nowaka, który będzie jego następcą.
Z naszych informacji wynika, że nie będzie to jedyne pożegnanie na Bukowej. Odejdzie także dyrektor sekcji piłki nożnej Robert Góralczyk, którego umowa wygasa z końcem czerwca i nie zostanie przedłużona. Kluczową postacią w pionie sportowym będzie w tej sytuacji Dawid Dubas.
Zespół nadal prowadzić będzie trener Rafał Górak, którego kontrakt jest ważny do czerwca 2024. Zmienić się ma za to cel stawiany przed drużyną piłkarzy: tym razem będzie to nie utrzymanie, a co najmniej udział w barażach o Ekstraklasę.
W gabinetach trwają także negocjacje na temat przedłużenia kontraktów z kluczowymi piłkarzami. Na liście znajduje się m.in. Adrian Błąd.
sportdziennik.com – Prezydent uhonorował „ukochane złotka”
Marcin Krupa zapowiedział 300 tysięcy złotych premii dla drużyny piłkarek GKS-u Katowice, które w minioną niedzielę świętowały historyczny tytuł mistrza Polski. Wbił też szpilkę piłkarzom.
Były oficjalne przemówienia i podziękowania, wspólne zdjęcia i rozmowy. Prezydent Katowic, Marcin Krupa, spotkał się wczoraj z drużyną piłkarek GKS-u, które sięgnęły po historyczny tytuł mistrza Polski, na uroczystym śniadaniu w restauracji 27th Floor na 27. piętrze Hotelu Mariott.
– Pięć lat temu awansowałyście do ekstraklasy i wtedy też spotkaliśmy się na 27. piętrze – przypominał prezydent Krupa.
– Naszym życzeniem było wtedy, by jak najszybciej wejść na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek się wydawało. Jestem wam bardzo, bardzo wdzięczny i dziękuję za te emocje, których dostarczyliście katowiczanom oraz wszystkim kibicom, również tym niewywodzącym się z naszego miasta, ale wspierającym GKS.
Marcin Krupa odebrał od piłkarek meczową koszulkę GieKSy, a sam też nie przyszedł na śniadanie z pustymi rękami. Zadeklarował, że miasto nagrodzi je za ten sukces 300 tysiącami złotych premii.
– Z tego, co słyszałem, taką dał PZPN. My nie możemy być gorsi i dokładamy drugie tyle – oznajmił prezydent Katowic. Klub promuje ten sukces sympatycznym hasłem „Ukochane”, nawiązującym do nazwiska trenerki Karoliny Koch. Marcin Krupa jeszcze je rozszerzył.
– Jesteście dla nas ukochane złotka, parafrazując to, co kiedyś mówił legendarny trener reprezentacji siatkarek, Andrzej Niemczyk. Serce bardzo się raduje. Wiecie, jak bardzo zależy mi, by sport w naszym mieście się rozwijał. Do tego potrzebni są tacy ludzie jak wy. Stanowicie wzór do naśladowania dla dzieciaków, by garnęli się do różnych dyscyplin i widzieli światełko w tunelu: że jeśli będą ciężko pracowali, mogą sięgać po najwyższe trofea, jak wy w ostatni weekend, przysparzając nam radości – podkreślał prezydent Katowic, czyli większościowego udziałowca wielosekcyjnej GieKSy.
Sekcja piłki nożnej kobiet powstała w Katowicach w 2015 roku. Choć trudno to porównywać i przystawiać zbliżoną miarę, można łatwo policzyć, że paniom wystarczyło do historycznych sukcesów nieporównywalnie mniej czasu niż panom, którzy nigdy nie zdobyli tytułu, a od 2005 roku nie ma ich najwyższej lidze. Marcin Krupa wbił piłkarzom szpilkę.
– Przynajmniej wy w tej futbolowej części piłkarskiego GKS-u macie po prostu jaja – zwrócił się do piłkarek.
– Faceci… Wstyd mi jako facetowi, że oni nie potrafią tego zrobić od wielu lat, a nawet awansować do ekstraklasy, mając ku temu takie warunki, jakie niejeden klub chciałby mieć. Wy miałyście o wiele gorszy start, a dałyście radę, bo walka jest najważniejsza. Kawał dobrej roboty, jesteśmy dumni. Mijając się między szatniami, pokażcie czasem facetom to trofeum i poproście, by wzięli się do roboty. Może was posłuchają, bo mnie nie bardzo chcą… – nie gryzł się w język prezydent Katowic.
Trener Karolina Koch też nawiązała do sekcji piłkarskiej, kolegów po fachu, ale w zupełnie innym tonie.
– Dziękuję dyrektorowi Góralczykowi i trenerowi Górakowi. To ludzie, od których bardzo dużo mogłam czerpać. Męska a kobieca piłka to lata świetlne. Możemy tylko dążyć do takiego profesjonalizmu. Dzięki takim osobom w klubie jest za mną wiele merytorycznych rozmów, wsparcia na poziomie trenerskim, zasianych w mojej głowie myśli skłaniających do refleksji. Mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych projektów i ambitnych celów przed nami, które sobie wyznaczymy, budując kobiecą piłkę w Katowicach – podkreślała trenerka GieKSy, która złoty medal zapewniła sobie dzięki niedzielnej wygranej 3:1 w Koninie z Medykiem.
– Dziękuję pani trener za olbrzymi wkład w drużynę, za serce. Zawsze musi być ktoś, kto będzie ten okręt prowadził – mówił prezydent Krupa.
Koch: – Jestem bardzo dumna z tej drużyny, chcę podziękować zarządowi, pracownikom, zawodniczkom, sztabowi, za wytrwałość, zaangażowanie, dobrą pracę, wielką wolę walki. Za to, że musieli mnie znosić. Trzymałyśmy się przez cały sezon wyznaczonego kierunku, choć nie brakowało trudnych momentów. Dla większości ludzi w Polsce to coś niemożliwego, że GKS zdobył mistrzowski tytuł. Ale ja wiedziałam, że stać nas na wiele. Tworzymy historię GKS-u. To niewiarygodne, co zrobiliśmy przez 5 lat od awansu do ekstraklasy. Zrobiliśmy wiele w Katowicach dla popularyzacji kobiecej piłki. Podziękowania dla kibiców za wsparcie i to, jak nas powitali po powrocie z Konina.
W śniadaniu uczestniczył zarząd GKS-u, prezes Marek Szczerbowski i wiceprezes Krzysztof Nowak, a także dyrektor Robert Góralczyk. Szczerbowskiego i Góralczyka wkrótce może już przy Bukowej nie być…
– Cieszę się z dobrej atmosfery w klubie – przekonywał mimo to prezydent.
– Podziękowania dla prezesa Szczerbowskiego, który od kilku lat prowadzi klub i wiele rzeczy udało się w tym okresie naprawić. Będziemy to kontynuowali, by GKS był marką z prawdziwego zdarzenia. Dziękuję prezesowi Nowakowi, który jest z nami od niedawna, ale wykonał już wiele pracy, oraz radzie nadzorczej za roztropne decyzje. Budujemy nowy stadion miejski, będą zupełnie inne warunki i zupełnie inna jakość uprawiania sportu – dodawał Marcin Krupa, życząc odpoczynku, zebrania sił i – wzorem hokeistów – obrony mistrzowskiego tytułu. A wcześniej coś, o czym kibice w Katowicach mogli tylko marzyć, czyli walka w eliminacjach Champions League.
– Dumnie będziemy reprezentować GKS i miasto w Lidze Mistrzyń. Dziękujemy wszystkim, którzy tworzą GKS Katowice, prezesowi, wiceprezesowi, pracownikom marketingu i panu prezydentowi. Czuliśmy wsparcie, mogłyśmy się rozwijać, dążyć do swoich celów – powiedziała kapitan zespołu, Marlena Hajduk.
Rezygnacja w trosce o stan ducha
Było poważnie, było śmiesznie i autoironicznie, ale też niemal… irracjonalnie, gdy na zakończenie z futerału wyjęta została trąbka. Podczas brawurowego wykładu na katowickiej AWF Marek Szczerbowski zapowiedział koniec 4-letniej prezesury w GKS-ie Katowice.
Marek Szczerbowski składa wniosek o rozwiązanie za porozumieniem stron umowy z GieKSą i zakończenia swojej prezesury w wielosekcyjnym klubie z Bukowej. Zapowiedział to w piątkowe przedpołudnie podczas wykładu w auli im. Lechosława Deca na katowickiej AWF.
– Umówiliśmy się z prezydentem Marcinem Krupą cztery lata temu, że jeśli zechcę z GKS-u odejść, mam zasygnalizować tę prośbę. Kilka miesięcy temu ustaliliśmy zasady – mówił Szczerbowski, informując, że chce, by oficjalny koniec jego kadencji przypadł na 26 sierpnia – bo właśnie 26 sierpnia 2019 roku ją zaczynał.
Pytany o powody swojej decyzji, odpowiadał: – GKS Katowice rozrósł się do potężnej organizacji – dzięki zaangażowaniu władz miasta, zarówno operacyjnemu, finansowemu, jak i budowie nowego stadionu. GKS czeka wiele nowych wyzwań, one wymagają nowych decyzji, nowych działań, nowej odpowiedzialności. Boję się, że stan ducha, który mam dziś bardzo dobry, może w znacznym stopniu się pogorszyć. To jedyna przyczyna. Ja po prostu potrzebuję spokoju. Sukcesy sportowców są wielkie i nisko im się kłaniam, mam szacunek też do kibiców, o których zachowaniu można obecnie powiedzieć, że jest albo wzorowe, albo zbliżone do wzorowego. Kolejne wyzwania będą trudne, energii mogłoby mi zabraknąć.
Potem staję się marudny, nieprzyjemny, tego nie chcę. Wiem, że w GKS-ie nie da się nie pracować. Trzeba tam być od 8 do 16 godzin dziennie, słuchać, co mówią inni, ograniczyć albo wykluczyć środki zmieniające nastrój, być uważnym, nie kłamać. To ciężka praca. Wiem, że byłbym w stanie te warunki spełnić, ale nie wiem, jak reagowałby na to mój organizm. Życzę klubowi wszystkiego najlepszego – tłumaczył ustępujący prezes GieKSy.
Jego wykład na katowickiej AWF był brawurowy, niecodzienny, w świecie piłki niespotykany. Na widowni zasiadło kilkadziesiąt osób, na czele z wiceprezydentem miasta Waldemarem Bojarunem czy prezesem PZHL Mirosławem Minkiną. Swojego szefa słuchali piłkarze GieKSy, będący tuż przed wyjazdem do Chojnic na ostatni mecz sezonu, trenerzy, działacze, zawodnicy innych sekcji, jak hokeista Grzegorz Pasiut czy siatkarz Jakub Jarosz. Wydarzenie transmitowano też w internecie, Marek Szczerbowski często mówiąc o kimś wyrażał nadzieję, że „nie ma go z nami, ale może ogląda transmisję”. Mając w tle trofea zdobyte przez klub za jego kadencji – dwa mistrzostwa oraz superpuchar hokeistów, mistrzostwo piłkarek – na rzutniku zaprezentował około 200 slajdów, podsumowując i wspominając swoją kadencję, długo opisując trudne relacje z kibicami, którzy jesienią ub. roku bojkotowali GieKSę w geście protestów przeciw jego rządom, nie chodząc na domowe mecze.
– Zaczynając pracę w GKS-ie otrzymałem informację, że wpływy z sektora gości mają trafiać do kibiców. Zapytałem, z jakiego powodu. Odpowiedzi nie dostałem, ale przekazano mi, że jeśli tego nie zrobię, to będę miał jakieś kłopoty. Może je mam, może nie mam. Dla mnie byłoby to niezgodne ze sztuką zarządzania spółką – mówił Szczerbowski, sporo czasu poświęcając na ubiegłoroczną zadymę podczas meczu z Widzewem, która okazała się przełomem. Przyznawał, że około 100 razy oglądał fragment kibicowskiego wideobloga, na którym redaktor strony gieksa.pl zarzuca mu, że – spłycając – „wychodził” zamknięcie stadionu na dodatkowe dwa mecze u wojewody. Ten fragment na wykładzie został zaprezentowany kilkukrotnie.
– Bezpieczeństwo było potężnym problemem w GKS-ie Katowice. Wiele rzeczy dzieje się w kuluarach – przekonywał Marek Szczerbowski i oznajmiał, że o jego prezesurze przy Bukowej ma powstać „bardzo poważna publikacja”.
Zwracał uwagę, że „dzięki wypowiedzeniu niekorzystnej dla klubu umowy dotyczącej używania znaku towarowego, dziś znak jest w GKS-ie i dzięki temu realizowane mogły być zadania związane z uruchomieniem sklepu internetowego”. Nawiązywał do niedawnych derbów z Ruchem Chorzów.
– Puściłem informację, że jeśli będzie spokojnie – to odejdę. W ten sposób starałem się zadbać o bezpieczeństwo. To był świetny mecz, dziękuję kibicom za zachowanie – podkreślał Marek Szczerbowski.
Długo prezentował różne komentarze, wpisy kibiców, założoną przez nich i uderzającą w niego stronę „szczerboffski”. – Mam zewidencjonowanych kilkaset komunikatów od przedstawicieli kibiców, próbujących wpływać na moje decyzje. Kilkaset! A wiedzieli, że na mnie to nie działa. Jeśli ktoś nie umie tego dźwignąć, to kupuje spokój – mówił prezes GieKSy. Pokazywał zdjęcia swojego auta z urwanym lusterkiem i naklejką z jego przekreśloną podobizną. Prezentował je też na drzwiach swojego mieszkania. Wspominał, gdy usłyszał „szykujemy dla prezesa wózek inwalidzki”.
– To był trudny moment, moja córka to przeżywała – zawieszał głos. Puścił film z „Jantoru”, na którym atakuje go kibic.
– Nie pokazuję tego jako odwet, tylko zjawisko. Czy z powodu braku „Gieksika” (klubowej maskotki – dop. red.) i marketingu mogą dziać się takie rzeczy? – pytał retorycznie.
Na jednym ze slajdów umieścił cytat: „Jeśli szukasz silnych wrażeń i dreszczu emocji, przygotuj się na depresję”.
SIATKÓWKA
siatka.org – Nowi trenerzy w sztabie szkoleniowym GKS-u Katowice
Po zakończeniu sezonu 2022/23 PlusLigi zapadły pierwsze decyzje dotyczące kształtu kadry zespołu na kolejną ligową kampanię. Przypominamy, że umowę z Klubem do końca sezonu 2023/2024 przedłużył pierwszy trener zespołu Grzegorz Słaby. Ponadto po sezonie 2022/2023 sztab trenerski GKS-u opuścił drugi trener zespołu Damian Musiak. W sztabie trenerskim GKS-u na sezon 2023/2024 pozostaną trener przygotowania motorycznego Piotr Karlik i fizjoterapeuta Tomasz Szpunar. Dla trenera Karlika będzie to piąty z rzędu sezon pracy w GKS-ie Katowice, a dla Szpunara drugi z rzędu.
Nowym drugim trenerem siatkarskiego zespołu GKS-u Katowice został Emil Siewiorek, były siatkarz, który w swojej karierze trenerskiej w latach 2015-2021 pracował w MKS-ie Będzin w roli zarówno drugiego, jak i pierwszego trenera drużyny. Do sztabu dołączył także statystyk Maciej Barczyński, który przez ostatnie trzy sezony pracował w Cuprum Lubin, a wcześniej był trenerem w młodzieżowych i seniorskich drużynach kobiecego WTS-u Solna Wieliczka.
– Wybór tych osób był nieprzypadkowy. Emil Siewiorek to uznany i ceniony w regionie szkoleniowiec, który chciał powrócić do pracy na najwyższym poziomie rozgrywkowym i skorzystaliśmy z tej okazji. Z kolei Maciej Barczyński to statystyk, o którego pracy usłyszeliśmy same pozytywne opinie. Zależało nam, aby poszerzyć i wzmocnić skład sztabu szkoleniowego, bo przed nami bardzo wyjątkowy sezon, z niespotykaną intensywnością rozgrywania spotkań. Jestem przekonany, że ten sztab przygotuje drużynę jak najlepiej do rozgrywek 2023/2024 – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.
Jakub Jarosz przedłużył umowę z GKS-em
Były atakujący reprezentacji Polski, Jakub Jarosz pozostanie w GKS-ie Katowice. Klub poinformował o jego przedłużonej umowie. Dla śląskiego zespołu Jarosz w ubiegłym sezonie był kluczową postacią.
Barwy GKS-u Katowice w sezonie 2023/2024 PlusLigi reprezentował będzie Jakub Jarosz, który tym samym rozegra piąty sezon z rzędu w naszym klubie. Wielokrotny reprezentant Polski, złoty medalista mistrzostw Europy i Ligi Światowej, a także uczestnik siatkarskiego turnieju olimpijskiego z 2012 roku dołączył do składu siatkarskiej GieKSy w 2019 roku i od tego czasu nieprzerwanie pełni zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Znakomite występy Jarosza docenili kibice GKS-u Katowice, którzy trzy razy z rzedu wybierali go siatkarzem roku w plebiscycie Złote Buki. W minionym sezonie PlusLigi Jarosz rozegrał 27 spotkań, zdobywając z nich łącznie 330 punktów, w tym 25 zagrywką i 16 blokiem. Szczególnie imponująca w jego wykonaniu była pierwsza połowa sezonu 2023/2024. Postawa Jakuba Jarosza pozwoliła mu na zdobycie aż 5 nagród MVP w ostatniej ligowej kampanii.
– Cieszymy się, że Jakub zostaje z nami. Przed cztery sezony udowodnił, że zasługuje na miano prawdziwego GieKSiarza. Jego postawa wielokrotnie decydowała o losach naszych spotkań, również w poprzednim sezonie. Głęboko wierzymy, że tak samo będzie w kolejnym – ocenił Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
Jarosz jest drugim po Jakubie Szymańskim zawodnikiem, który pozostał w GKS-ie. Drużynę w najbliższym sezonie będzie też prowadził Grzegorz Słaby.
HOKEJ
hokej.net – TAURON zostanie sponsorem Polskiej Hokej Ligi?
Szefostwo Polskiego Związku Hokeja na Lodzie szuka partnerów biznesowych, którzy wsparliby ligę i reprezentację Polski. Jak udało nam się ustalić, związek prowadzi rozmowy ze spółką TAURON, która do tej pory wspierała dwa polskie kluby.
O tym, że PZHL rozmawia z potencjalnymi sponsorami, którzy mieliby pomóc polskiemu hokejowi w rozwoju, Mirosław Minkina wspomniał już podczas konferencji prasowej w Polskim Komitecie Olimpijskim.
– Prowadzimy szereg rozmów dotyczących sponsoringu wszystkich reprezentacji oraz Polskiej Hokej Ligi. Cały czas zabiegamy również o więcej hokeja w telewizji i budowę kolejnych lodowisk – zaznaczył Mirosław Minkina.
W przypadku reprezentacji Polski głośno mówi się o koncernie Orlen, który wspierał naszą kadrę już podczas przygotowań do Mistrzostw Świata Dywizji IA oraz całego turnieju w Nottingham. Umowa miałaby być przedłużona, ale na nieco lepszych warunkach. Dystrybutor energii elektrycznej był w poprzednim sezonie sponsorem tytularnym dwóch polskich klubów: oświęcimskiej Unii i nowotarskiego Podhala.
Na razie szefostwo koncernu energetycznego nie przedłużyło umów z obiema drużynami. Nasi informatorzy odbierają to jako czytelny sygnał. Wskazują też, że umowa z PHL miałaby być korzystniejsza dla całej spółki.
Smal zostaje w GieKSie. Na dwa lata!
Igor Smal pozostanie zawodnikiem GKS-u Katowice. 22-letni napastnik przedłużył swój kontrakt o kolejne dwa lata.
Smal trafił do GieKSy przed sezonem 2021/2022. Z ekipą z alei Korfantego zdobył dwa tytuły mistrzowskie, imponując zaangażowaniem i ambicją.Rozegrał łącznie 107 ligowych spotkań, w których zgromadził 9 punktów za 3 gole i 6 asyst. Na ławce kar spędził 82 minuty.
Warto jednak zaznaczyć, że trener Jacek Płachta ustawiał go w niższych formacjach, które miały głównie defensywne zadania.
– Siła GKS-u w ostatnich sezonach wynikała nie tylko z doskonałych osiągnięć indywidualnych liderów zespołu, ale także z zaangażowania i poświęcenia wszystkich członków drużyny. Mimo, że Igor jest stosunkowo młodym graczem to już stanowił ważne i przydatne ogniwo GKS-u. Co ważne, w jego grze wciąż obserwujemy postępy. Dlatego zdecydowaliśmy się na przedłużenie umowy na kolejny sezony – wyjaśnił Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GKS-u Katowice.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Zreľáka i Szkurina brałbym w ciemno
Mimo że wciąż wracamy myślami do czwartkowego zwycięstwa z MŠK Žilina, które odbiło się szerokim echem w mediach sportowych, to naszą uwagę przykuwa już ligowy pojedynek z Radomiakiem. Zarówno my, jak i nasz rywal, otwieraliśmy sezon meczem z beniaminkiem z Krakowa, jednak to Zieloni spisali się lepiej, pokonując u siebie Wieczystą. Teraz z dużymi oczekiwaniami przyjeżdżają do Katowic. Jak dobrze przygotowani są do sezonu? Gdzie szukać ich mocnych i słabych stron? Zapytaliśmy Rafała Jończyka z „Pod Gołębnikiem”.
Cieszę się, że znowu możemy się spotkać przy okazji naszego meczu w Ekstraklasie, choć w sytuacji, gdy niemal pół ligi było zagrożone spadkiem, także i Radomiak długo nie mógł być pewny utrzymania. Jak wspominasz ubiegły sezon, a szczególnie jego końcówkę?
Cały ubiegły sezon był dla nas niczym rollercoaster. Dużo się działo, niekoniecznie dobrych rzeczy, zwłaszcza w rundzie wiosennej. Sytuacja pozaboiskowa odbijała się na formie sportowej drużyny i nie ukrywam, że po meczach z Piastem i Zagłębiem pojawiły się obawy. Gra wyglądała fatalnie, zwłaszcza w Gliwicach pod wodzą Kiko Ramireza. Ucieszyłem się, gdy zastąpił go Bruno Baltazar, bo bardzo dobrze wspominam jego pierwszy pobyt w Radomiu. Złapał on serię trzech zwycięstw, co oddaliło od nas widmo spadku. Zagraliśmy bardzo emocjonujący mecz u siebie z Widzewem, okraszony zwycięską bramką Luquinhasa w doliczonym czasie gry. Dzięki temu sama końcówka sezonu była już spokojna, ale był taki moment, że obawy o ligowy byt były duże. Udało się jednak go zapewnić na trzy kolejki przed końcem. Mimo ostatnich porażek z mistrzem i wicemistrzem Polski dziesiąte miejsce uznaję za bardzo dobry wynik.
Chciałem ci pogratulować, bo dokładnie taką pozycję Radomiaka typowałeś przy okazji naszej ostatniej rozmowy. Patrząc na obraz całego sezonu możecie być w pełni zadowoleni z takiego zakończenia?
W pewnym momencie wydawało się, że uda się wycisnąć więcej, bo jedno czy dwa zwycięstwa pozwalały podłączyć się do gry o pierwszą szóstkę. Były mecze, po których tych punktów powinno było być więcej, ale ostatecznie uważam, że dziesiąte miejsce dobrze oddaje możliwości Radomiaka, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym.
Do nowego sezonu Zieloni przystępują nieco odmienieni. Podstawowa zmiana to trener, który o ile mi wiadomo, doskonale mówi po niemiecku, ale w odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie zna portugalskiego. Widać już jego pomysł na zespół?
Z trenerem Tomaszem Kaczmarkiem komunikacja jest bardzo dobra, co nie jest bez znaczenia z dziennikarskiego punktu widzenia. Do pierwszych ocen pracy sportowej będzie można się przymierzać po 4-5 meczach o stawkę, bo sparingi, mimo że prawie wszystkie przegrane, nie są do tego odpowiednią miarą. Wielu kibiców krytykowało zespół patrząc na same wyniki, ja natomiast byłem na prawie wszystkich sparingach i widziałem, że praktycznie ani razu nie graliśmy optymalnym składem. Trener testował różne rozwiązania, nie mając do dyspozycji wszystkich zawodników, bo niektórzy dołączyli do zespołu później. Postawa zespołu w najbliższych meczach pozwoli nam powiedzieć więcej o pracy Tomasza Kaczmarka.
Nietypowo dla Radomiaka, na liście transferów przychodzących jest zadziwiająco wiele polskich nazwisk. Pewien trend się odwraca?
Radomiak jest postrzegany jako zespół typu „multikulti”, ale już od jakiegoś czasu zarząd szuka lepszego balansu w szatni pomiędzy Polakami i zawodnikami z zagranicy. Pozyskani w tym okienku gracze wydają się ciekawymi wzmocnieniami. Kryspin Szcześniak zaliczył bardzo dobre wejście, z Wieczystą był jednym z najlepszych zawodników i z miejsca wywalczył sobie pierwszy skład. Podoba mi się również transfer Kacpra Karaska, pozyskanego z Motoru. Liczę, że ten zawodnik da nam w tym sezonie trochę radości. Rywalizacja na jego pozycji jest dość duża, a dzisiaj pierwszym wyborem trenera jest Abdoul Tapsoba, natomiast Kacper z pewnością podniesie poziom rywalizacji.
Mimo to nadal sukcesywnie przeczesujecie południowe rynki w poszukiwaniu wzmocnień. Niedawno ogłoszono transfer Ronaldo za rekordową dla Radomiaka kwotę. Brzmi imponująco.
Ronaldo Lumungo Afonso to skrzydłowy, który został już zgłoszony do rozgrywek, więc jest szansa, że zadebiutuje w niedzielę. Na przedmeczowej konferencji trener Kaczmarek przyznał, że ma jeszcze dwa znaki zapytania w kadrze i sądzę, że jednym z nich jest właśnie Ronaldo. Tego zawodnika cechuje przede wszystkim szybkość, w zeszłym sezonie zanotował po pięć bramek i asyst w drugiej lidze portugalskiej, strzelonych wprawdzie rywalom z dołu tabeli, jednak jeśli przypomnimy sobie, że Capita przed transferem do Radomia również nie imponował liczbami, to możemy się spodziewać podobnej historii w przypadku Ronaldo. Sztab widzi w nim potencjał i talent do oszlifowania.
Wspomniałeś Capitę, którego żegnaliście przed wiosennym meczem z GieKSą. Bartek Jędrzejczak z twojej redakcji mówił wtedy, że dziurę po nim trudno będzie załatać. Udało się to zrobić w tym okienku?
W końcówce ubiegłego sezonu brak Capity był odczuwalny, chwilami nawet bardzo. Na ten moment nie mamy zawodnika o podobnej charakterystyce, a nie widzieliśmy jeszcze w akcji Ronaldo Lumungo. Potrzebujemy zawodnika z odpowiednim przyspieszeniem, który mógłby niepokoić rywali kontratakami i szybkimi wyjściami za linię obrony. W okresie przygotowawczym wpadł mi w oko Ché Nunnely, nowy nabytek, u którego widać potencjał, umiejętność dryblingu i szybkość, która powinna cechować naszych skrzydłowych. Uważam, że w przyszłości może rozwinąć się na tyle, że będzie wzbudzał zainteresowanie klubów zagranicznych.
Jakkolwiek nie byłaby montowana kadra Radomiaka, to kiedy trzeba dać coś ekstra, to na posterunku jest „Joao” Grzesik, wybrany zawodnikiem pierwszej kolejki Ekstraklasy. Jesienią dyskutowaliśmy o jego szansach na powołanie do kadry, którego ostatecznie się nie doczekał. Jaka jest dziś jego rola w Radomiu?
Wygląda na to, że Jankowi służy gra na skrzydle – najlepsze liczby osiągał i największe zainteresowanie mediów w kontekście kadry wzbudzał grając właśnie w pomocy. Runda wiosenna była w jego wykonaniu nieco słabsza, bo znów wrócił do gry w obronie, raz prawej, a raz lewej. Z Wieczystą znowu zagrał w drugiej linii, zaliczając bramkę i asystę. Wydaje się więc, że przekwalifikowanie go na pomocnika jest korzyścią dla drużyny, zwłaszcza że mamy dobrze obsadzone boki obrony w postaci Zié Ouattary i Conrado. Janek będzie więc mógł eksponować swoje walory ofensywne i liczę, że w tym sezonie jeszcze wiele bramek i asyst zaliczy.
Wspomniałeś już, że nie warto analizować wyników sparingów. Możemy się jednak bliżej przyjrzeć ligowemu meczowi z beniaminkiem z Krakowa. Wydaje się, że było to łatwe i spokojne zwycięstwo.
Widzę jeszcze kilka elementów do poprawy, zwłaszcza w obronie, ale wygląda na to, że klaruje się pierwsza jedenastka, która będzie w stanie skutecznie rywalizować w Ekstraklasie. Luquinhas będzie raczej grał wyżej, na pozycji 8 lub 10, a gdy skrzydła złapią optymalną formę, to będą mocne. W meczu z Wieczystą nasza gra wyglądała naprawdę przyzwoicie i nie pozwoliliśmy rywalom na wiele. Jeśli w kolejnych meczach będziemy prezentować się podobnie, to powtórka z ubiegłego sezonu jest bardzo prawdopodobna, a okolice 10 miejsca będą spokojnie w naszym zasięgu. Każde miejsce powyżej znów ocenię jako bardzo dobry wynik.
Wasz pierwszy rywal skupia na sobie uwagę mediów i kibiców, bo potencjał, zwłaszcza finansowy, jest tam ogromny. Czy równie mocni okażą się sportowo? Przed tygodniem to Radomiak zagrał tak dobrze czy Wieczysta tak słabo?
Rywale zaprezentowali się dobrze z przodu, problemy pojawiały się natomiast przede wszystkim w środku obrony. Czeka ich sporo pracy nad defensywą – jeśli to poprawią, to niejednemu w lidze urwą punkty. Uważam, że ten sezon będzie podobny do zeszłorocznego i sporo drużyn będzie zamieszanych w walkę o utrzymanie, a Wieczystą zaliczam do zespołów, które raczej się utrzymają, ale będą w tej grupie i na razie ligi nie zawojują.
Obok Bruk-Betu i Motoru Radomiak był ekipą, z którą w ubiegłym sezonie wygraliśmy oba mecze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Mecz w Katowicach był bardzo emocjonujący, nawet dla postronnych widzów. Spotkanie mogło się podobać, nam wprawdzie mniej, bo przegraliśmy 2:3, ale oglądaliśmy kilka bardzo ładnych bramek z obu stron. Z kolei w rewanżu mieliśmy ogromny niedosyt po porażce 0:1. Z przebiegu meczu byliśmy mimo wszystko drużyną lepszą, jeśli nie na tyle by wygrać, to przynajmniej nie przegrać. Dość nieszczęśliwa porażka po bramce Arkadiusza Jędrycha, który dobijał swój własny strzał.
Mam wrażenie, że w tamtym okresie sami wytrącaliście sobie z ręki atuty, bo na takiej nawierzchni po prostu nie da się grać kombinacyjnie w piłkę. Z tego też powodu byliśmy świadkami afery, po której z funkcji trenera zrezygnował Gonçalo Feio.
Nie chcę już do tego wracać, bo wszyscy w Radomiu chcemy zostawić za sobą wszystkie te negatywne, pozasportowe sprawy z ostatniego półrocza. Chcemy wreszcie oczyścić atmosferę po tamtych wydarzeniach i w nowy sezon wchodzić z wyczyszczonymi głowami. Trener Feio jesienią zdobył dla Radomiaka kilka cennych punktów, wiosna była już zdecydowanie słabsza. Po meczu z Katowicami doszło do szeroko opisywanego incydentu pomiędzy trenerem i radnym Dariuszem Wójcikiem, po którym trener pożegnał się z Radomiem. Pozostaje życzyć mu powodzenia w dalszej pracy i zostawić już ten temat za sobą.
Jedna rzecz łączy GieKSę i Radomiaka – u siebie wyglądamy zdecydowanie lepiej niż na wyjazdach. Nasze ostatnie zwycięstwo w delegacji przypadło właśnie na Radom, stąd cieszę się, że w niedzielę spotkamy się przy Nowej Bukowej. A Ty czego spodziewasz się po GieKSie, patrząc przez pryzmat dotychczas rozegranych przez nas spotkań?
GKS wygląda coraz lepiej z meczu na mecz. Druga połowa rewanżu z Žiliną mogła się podobać, a mnie szczególnie rzuciła się w oczy dobra gra Bartka Wolskiego. Ponadto uważam, że zdecydowana przewaga GKS-u nad Radomiakiem leży w linii ataku – Adam Zreľák i Ilja Szkurin z dobrej strony pokazali się w czwartek, dając jakość z przodu. Moim zdaniem w Radomiu potrzebujemy napastnika na tym poziomie, choć wiem, że zarząd i sztab mają na ten temat inne spojrzenie.
To ciekawe, bo akurat linia ataku jest najmocniej dyskutowaną formacją w Katowicach i wielu kibiców domaga się wzmocnień na tej pozycji.
W ciemno wziąłbym wymianę Zreľáka i Szkurina na dwóch dowolnych napastników z naszej kadry. Na dobrego napastnika trzeba zabezpieczyć niemałe pieniądze, zarówno na transfer, jak i wynagrodzenie. Radomiak obraca się w takich realiach finansowych, że bazuje na zawodnikach darmowych, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Nawet takim zawodnikom trzeba jednak proponować odpowiednio wysokie stawki, aby przekonać ich do gry w Radomiu. Liczba napastników dostępnych dla nas jest więc ograniczona.
Trener Kaczmarek z uznaniem wypowiadał się o rosnącej formie GieKSy. Jaki twoim zdaniem mecz zobaczymy w niedzielę przy Nowej Bukowej?
Zwycięstwa takie jak z Žiliną budują pewność siebie i atmosferę. Tomasz Kaczmarek zwrócił też uwagę, że dwa mecze o stawkę więcej po stronie GKS-u na tym etapie sezonu nie są problemem, a wręcz atutem, bo jest więcej okazji na zgranie poszczególnych formacji. Mimo to myślę, że będzie to wyrównane, otwarte spotkanie, podobne do jesiennego meczu w Katowicach. Widzę formę zwyżkową w Radomiu, więc uważam, że nie przegramy, a po cichu liczę nawet na zwycięstwo. Łatwo jednak nie będzie i nawet jeśli przegramy, to nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Faworytem tego meczu jest GKS.
Jaki wynik obstawiasz w niedzielę?
Jestem przekonany, że padną bramki, a remis 1:1 lub 2:2 nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Sercem typuję jednak zwycięstwo Radomiaka 2:1.
Piłka nożna
Górak: Nie możemy tak działać
Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.
Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.
Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.
Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.
Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.
Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.
Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.
Felietony Piłka nożna
Znikające piętra – reportaż z Żyliny
W życiu bym się nie spodziewał, że na pierwszy mecz w europejskich pucharach po 23 latach wywieje nas tak blisko. Trochę obawialiśmy się jakichś Kazachstanów i Armenii, tymczasem los (i zwycięstwo Hajduka) spowodowało, że mieliśmy rywala dosłownie o dwie godziny drogi z Katowic. W sumie to coś niesłychanego i mocna łaskawość – w pewnym aspektach. Wiadomo bowiem, że puchary to przygoda, można polecieć w mniej lub bardziej popularne miejsca, czasem kompletnie egzotyczne. A tutaj mieliśmy destynację, w której pewnie wielu kibiców w swoim prywatnym życiu już była, przejazdem na Bałkany w popularne cele wakacyjne typu Chorwacja czy po prostu na jednodniowej wycieczce.
Rany, napisałem w „prywatnym życiu”, tak jakbym nie traktował kibicowania jako obszar prywatnego życia właśnie. I coś w tym kurka jest, bo przecież regularne kibicowanie to jest tak ustrukturowana sprawa, to do tego dostosowuje się różne kwestie, że jednak sytuowałbym to bliżej… obowiązków, aniżeli przyjemności. Choć jest to obowiązek, który sami sobie wybraliśmy, który mamy w sercu i nie oddalibyśmy go za nic w świecie.
Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności, żeby jechać dzień wcześniej. Chłopaki z redakcji z racji swoich obowiązków dojechali na sam mecz. Ja natomiast po zakończeniu pracy o godzinie 20.00 wsiadłem w auto i ruszyłem w tę niezbyt długą podróż. Wiadomo, zbieranie się zawsze powoduje wyjazd chwilę później, więc w trasie byłem de facto gdzieś o 20.30.
Na pewne rzeczy w życiu nie jest za późno. Ja swoje prawo jazdy zrobiłem w lutym tego roku, to znaczy wtedy miałem egzamin. Udało się zdać za pierwszym razem. Pierwsze próby były ponad 20 lat temu i wtedy trzykrotnie poległem na łuku. Totalnie źle do tego podszedłem, do egzaminów przystępowałem w bardzo dużej odległości od jazd, więc to było skazane na niepowodzenie. Ciążyło mi to, ale koło września poprzedniego roku w piękny, słoneczny dzień przechodziłem obok szkoły jazdy i dosłownie pod wpływem dobrego humoru i impulsu… wstąpiłem tam i zapisałem się. Teoria, potem jazdy i w lutym wspominany egzamin. Podszedłem do tego bardzo rzetelnie, gdy już miałem termin, dokupiłem pięć dodatkowych godzin. No i pykło. Myślę, że moja historia pokazuje, że na nic w życiu nie jest za późno. W wieku 42 lat otrzymałem swoje prawo jazdy i jestem z tego powodu bardzo zadowolony.
Były oczywiście pewne plusy nieposiadania go. Nauczyłem się niesamowitej logistyki i praktycznie wszędzie w Polsce byłem w stanie się dostać. Praktykowałem to w wyjazdach górskich, gdzie nawet tam, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają dupami – potrafiłem dotrzeć. Zabierało to jednak dużo więcej czasu i trzeba było się dostosować do takich, a nie innych godzin przejazdu. Teraz ta kwestia odpadła i pozwoliło mi to na większą elastyczność. No i od początku kwietnia, kiedy kupiłem samochód, zrobiłem już prawie 4,5 tysiąca kilometrów, więc jak na początkującego kierowcę chyba nieźle.
W każdym razie droga na Słowację była pewną szkołą. O ile do granicy było spokojnie, wiadomo droga szybkiego ruchu, to potem zaczęły się tematy. To znaczy i tak GPS nie wychwycił zamkniętego „Tunelu Emilia” i cały czas tamtędy prowadził, ale na szczęście wiedziałem o tym zamknięciu i byłem przygotowany na konieczność zjazdu.
A po minięciu granicy? Miałem informacje o tym, że droga jest „specyficzna”. Ale nie sądziłem, że aż tak. Granicę minąłem w Zwardoniu i skierowałem się do Skalité. Och pamiętam tę miejscowość, bo kiedyś z kumplem i koleżanką wybraliśmy się do Zwardonia, ale wywiało nas do Skalité właśnie. To były czasy liceum, a my pojechaliśmy na… popijawę. Co ciekawe – wtedy z tego powodu opuściłem mecz na Bukowej ze Śląskiem Wrocław, gdy obie ekipy jako beniaminek mierzyły się w ekstraklasie i padł wynik 1:1. Kuriozalne jest to, że pamiętam strzelca dla gości, czyli Jarosława Lato, a nie pamiętam, kto dla nas. Typuję, że Marek Kubisz. Ale sprawdzę. Sprawdzam. Nie zgadłem. Marek Świerczewski.
Z tym meczem jednak mam jedną fajną historię. Dzień przed wyjazdem do Zwardonia, byłem z wspomnianą koleżanką i kolegą w parku Kościuszki na jakimś piwku czy winku. Poszliśmy wtedy pomiędzy trunkami do ówczesnej Billi i tam spotkaliśmy… piłkarzy GKS Katowice. To był wspomniany Marek Kubisz oraz Dariusz Dudek. Nie wiem, czy ktoś jeszcze. Jako że lekko szumiało w głowie to tam podszedłem do zawodników zapytać, co tam ciekawego kupują. Mieli jakieś jogurciki itd. Darek Dudek powiedział, żebym przyszedł na mecz to dostanę koszulkę. Na mecz nie przyszedłem, a koszulki nigdy nie dostałem. Sam natomiast 19 lat później wręczyłem mu pucharek, no i chyba w związku z tym tej koszulki nigdy nie dostanę. Ale może kiedyś się jeszcze upomnę. Od tamtego czasu byłem na 660 meczach GieKSy, więc może mi zaliczy.
W samym Skalité na drodze te biało-czerwone prostokątne tablice na jezdni, bo remontowany krawężnik, więc już tu trzeba było uważać, żeby lekkiej czołówki nie zaliczyć. A po skręcie na „drogę do Oszczadnicy” droga momentami była wąska, było sakramencko ciemno, jakieś zakręty, zawijasy i po prostu leśna, górsko-pagórkowata trasa. Było to wyzwanie, bo czasem z naprzeciwka coś jechało i trzeba było się wymijać korzystając z jakiegoś chwilowego rozszerzenia. Miałem szczęście, że nie pojawiła się żadna sytuacja krytyczna, choć presja auta jadącego tuż za mną była całkiem spora. Było to wyzwanie młodego kierowcy, ale podołałem bardzo sprawnie i dobrze. Potem już był wyjazd na drogę „11” i prosta droga do Żyliny, a ruch był o tej porze bardzo duży.
Jako destynację na GPS ustawiłem sobie nie hotel, a… Maczka, ponieważ taki pan był już od dawna. A dlaczego Maczek? No cóż, kanapka Big Tasty to naprawdę piękne wspomnienia. Z 2004 roku, czyli blisko ostatniego występu GKS w europejskich pucharach. Rok temu była jakaś krótka promka z tą kanapką, takie niby retro, ale to już nie było to samo.
Dojechałem więc, gdzieś około 23. Jako że byłem bardzo głodny, to wziąłem zestaw z Big Tasty i na dopełnienie potrójnego czisa. Ten zaś pamiętam bardzo dobrze był w 1994 w polskich McDonald’sach, a reklamowany był przy okazji Mundialu w USA trzema bramkami Bońka w meczu z Belgią. Taki hat-trick kotletów. Tu zaś z pięć lat temu była powtórka przy okazji zestawu Maty, ale też zasadniczo przeszło bez echa, a przede wszystkim była fala krytyki za Mata Matche czy coś takiego.
A słowacki Big Tasty? Kozaczek. To był ten fantastyczny esencjonalny smak i dymny posmak sosu Big Tasty. Coś wspaniałego. Dlatego zarówno ośrodek sytości, jak i przyjemności został usatysfakcjonowany, a pierwsze wrażenie ze Słowacją na tym wyjeździe – pozytywne. Posiedziałem jeszcze chwilę i ruszyłem na kwaterę.
Aha, w toalecie ujął mnie… samolocik. Nie wiedziałem, czemu kran ma tak dziwny kształt. Dopiero jak podniosłem głowę i zobaczyłem instrukcję – dowiedziałem się, że skrzydła stanowią suszarkę. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Dobre rozwiązanie, które ułatwia i przyspiesza.
Nocne ulice w Żylinie były opustoszałe. Dlatego do hotelu dotarłem w kilka minut. Zakwaterowane odbyło się automatycznie, bo to taki hotel bez całodobowej recepcji, więc dostałem kod do skrzynki z kluczem oraz instrukcje dotarcia do pokoju.
Piękny był to hotel, nie zapomnę go nigdy. Powiedzieć, że to głęboka komuna, to nic nie powiedzieć. Z zewnątrz to jest tak niesamowicie obskurny moloch z dawnych czasów, że gdyby ktoś przejeżdżał i zastanawiał się, czy się tam nie zatrzymać, to chyba by zwątpił. Szara wielka płyta, szyby w oknach zalepione jakimś czymś, ogólnie pochmurne i ponure, wehikuł czasu to niekoniecznie byłby cud. W środku już schludniej, choć duch czasu zdecydowany. Duży hol, zwany ewentualnie, szumnie i nowocześnie lobby. Żywej duszy na recepcji. Idę do windy. A winda jak za starych czasów w blokach, taką pamiętam miałem w swoim. Czyli drzwi z tymi pionowymi, prostokątnymi okienkami. Podczas jazdy centralnie z jednej i drugiej strony przesuwa się ściana lub drzwi właśnie na poszczególnych piętrach. Nie ma piętra pierwszego. Zniknęło. Są tylko parter oraz piętra 2,3,4 i 5. Ja jadę na to ostatnie.
Korytarz długi z czerwonym dywanem. Lekko upiorny. Brakowało tylko bliźniaczek z „Lśnienia”. No ale idę do pokoju, bo mam blisko. Wchodzę, wszystko gra. Światło jest, trochę parno. Okno, takie jak pisałem. Próbuję je otworzyć, bo ciepło. Jest wielkie na całą niemal szerokość ściany. Co jest? Kręcę taką gałką, no i jest – otwiera się. Ale nie byle jak, bo tak do środka. Normalnie drzwi obrotowe. Pięknie. Problem taki, że na górze znajduje się baza rolety i nie da się otworzyć szerzej. Później to jakoś ogarniam, wciskam okno pod roletę i już napływa mi świeże, żylińskie powietrze do pokoju.
Jeszcze muszę napisać przedmeczowy felieton, bo ten co miałem napisany – wcięło mi, bo laptop sobie wykasował. Fuck. No dobra. Dochodzi druga w nocy, czas spać, bo jutro zwiedzanie i trzeba zrobić trochę kontentu na Facebooka.
***
Czwartek, budzik 7.40. Trzeba było wstać, by zwiedzać miasto naszego rywala. No i śniadanie było wliczone w cenę pokoju. To śniadanie to też taki trochę robotniczy vibe, bo w godzinach 6.30 – 9.30. Nie przypominam sobie tak wczesnej godziny początku i zakończenia śniadania w hotelu. Znaczy ten początek jest okej i nieraz mnie wkurzało, że na przykład jest dopiero o 9.00. Ale że koniec o 9.30? Trzeba się sprężyć.
Mimo tak niewielkiej odległości od naszego kraju – widać różnice. Choćby w śniadaniu. U nas to w większości hoteli czy innych miejscówek wygląda tak samo. Jajecznica lub parówki. Parówki lub jajecznica. Czasem są jakieś urozmaicenia, ale rzadko. Może w droższych hotelach np. pan kucharz smaży na oczach gości jajka w dowolnym stylu.
Tutaj mamy taką czerwonawą przyprawioną kiełbasę, jest na przykład leczo, fasolka w sosie w bemarze – tego w Polsce nie widziałem czy w końcu chleb w jajku – danie najprostsze z prostych, które nieraz sobie sam robiłem – posypane solą i pieprzem pozwala zutylizować nawet dość stary chleb. Do tego rzeczy standardowe plus jakiś naleśnik na słodko.
Śniadanie podawane w restauracji, która jest na wolnej przestrzeni pierwszego piętra, a po środku jest bar. Dalej ma to PRL-owski, choć słowacki, klimacik. Ostatecznie śniadanie to jest bardzo smaczne i sycące.
I teraz najlepsze. Na Bookingu tej hotel miał notę 6.1, czyli ultrasłabą. Ale poczytałem komentarze, bo zawsze lubię poczytać, co to za niesamowite defekty są, że tak niska nota. I w komentarzach okazało się, że goście zwracali uwagę, iż ta nota jest za niska, dziwili się, no i dawali dość pozytywne opinie. Oczywiście zwracali uwagę na ten komuszy klimat, ale raczej jako cechę, a nie wielką wadę. Uwagi nie dotyczyły kwestii czystości czy personelu. Dlatego mimo wszystko się skusiłem i nie zawiodłem się. Ja bym temu hotelowi przyznał całościowo ósemkę.
Wracając z tego śniadania przyglądam się „gwiazdom”, które miały okazję gościć w tym przybytku. Nie znam nikogo. No może poza słowackim Modrićem. Modrić była kobietą!
Trzeba się zbierać na miasto. Mam kilka punktów do odhaczenia, zobaczenia i zwiedzenia. Taki jest plan, by przy okazji awansu do europejskich pucharów posmakować trochę miejscowego klimatu. Po krótkim odpoczynku ruszam więc.
Już od początku można zobaczyć „znaki”. Tylko takie do końca aktualne. Bo myślę sobie, że będzie idealnie, a nie jest. I szybko ujrzałem plakat na mecz pucharowy Żiliny, ale… z Hajdukiem Split. Podejrzewam, że mieli za mało czasu i nie zdążyli zmienić.
Ale wynagradza mi to za to coś po kilku minutach. Słyszę z jakiegoś sklepu muzyczkę. Podchodzę więc z ciekawością, bo witryna jest ładna i wyłożona pudełkami płyt CD. Znów wehikuł czasu. Nie wchodzę do środka, ale widzę, że klimat tam jest. I najlepsze – na szybie sklepowej karteczka z napisem „Tu kupisz bilet na mecz MSK Żilina – GKS Katowice”. Przy niemal wejściu na rynek. Jak u nas w Biurze Informacji Turystycznej.
Wąskimi uliczkami, schludnymi wyłożonymi kostką brukową dochodzę do Placu Mariańskiego. Otoczony podcieniami przypomniał mi kilka miejscowości, głównie Lubawkę i Chełmsko Śląskie. Za to piękne domki dookoła przypominają Lądek Zdrój. Jest też trochę zieleni. Na wprost króluje kościół św. Pawła Apostoła, czyli wzniesiona w XVIII wieku przez Jezuitów dwuwieżowa świątynia.
Jest i fontanna z aniołkami, które niestety są ofiarami permanentnego i zmasowanego ataku gołębi. Podchodzę pod barokowy posąg Niepokalanej Maryi Panny z 1738 roku. Posąg ten zbudowano na cześć powrotu Słowaków do katolicyzmu.
Dookoła masa kawiarenek i restauracji. Jest czwartek godzina wpół do dziesiątej. Ludzi trochę chodzi, ale nie jest ich przesadnie dużo. Zasadniczo jest ładna i przyjemna pogoda. Do czasu. Po jednej z nagrywek na nasz fejsbukowy profil zaczyna kropić. Idę do podcieni, czyli – pod cienie – i jak nie lunęło to ino roz. Ludzie się chowają pod dachy. Jakiś maruder bezdomny powoli gdzieś tam się też dokuśtyka pod schronienie. Tyle mi wychodzi z pierwszej wizyty na placu.
Mam teraz pewien dylemat. Bo odkryłem dość niefajną rzecz, mianowicie, że w bucie mam… dziurę. I dość szybko wilgoć z podłoża przedostała się do środka. Temat polega na tym, że w planie miałem wejście na Dubeň. A to jest po prostu góra, zwykła góra nad Żyliną. No i raz, że takie adidasy na górski szlak są nie bardzo. Choć pomyślałem sobie, że oj tam, półtora kilometra w jedną stronę można przejść. No ale po pierwsze – ślisko, po drugie na pewno tam jest błoto. Szybka decyzja – powrót na kwaterę i zmiana butów na górskie. Wziąłem je na wypadek, gdyby chciało mi się następnego dnia iść w Małą Fatrę. Dobrze więc, że jestem przygotowany.
Wracam na kwaterę, szybkie przebranie, no i ruszam znów. W dalszej drodze moim celem jest wizyta pod stadionem, żeby tam zrobić kolejną nagrywkę, a potem zamek Budatín. Przechodząc obok rynku widzę przesiadujących w ogródku kawiarni piłkarzy GieKSy. Sam kieruję się z mapą pod obiekt MŠK Žilina. Dochodzę tam po kilkunastu minutach.
Po drodze widzę plakat na listopadowy koncert z muzyką Ennio Morricone w Zimným Stadionie, czyli hali hokeistów obok stadionu piłkarskiego. I myślę sobie, że miałem to szczęście być na koncercie Ennio – w Berlinie w 2014 roku. Miał wtedy 86 lat. Zdążyłem.
Dochodzę do okolic stadionu. Już z niedaleka widzę jupitery. Są też kolejne plakaty, już z kilkoma zaproszeniami na mecze. Wyszczególnione pojedynki z Hajdukiem Split oraz ligowe z FC Košice oraz Skalicą, a także mecz 23 lipca – bez herbu tylko logo Ligi Europy łamane na Ligi Konferencji. No nie zaryzykowali pozostawienia tylko Ligi Europy. Sprawdziło się. Słowakom pozostała już tylko Liga Konferencji.
Hotel Holiday Inn, w którym stacjonuje GieKSa jest tuż obok stadionu. Skręcam z ulicy Kysuckiej na Uhoľną. Kurde jakiś ultramały ten stadion mi się wydaje, taki trochę jak sklep Billa (znowu to skojarzenie!) z Parku Kościuszki. Dziwne. Są sektory, są zaznaczenia dla autokarów, też jakieś małe. No nic idę – dalej. No puknij się ty człowieku, puknij się. Mijałeś właśnie ten Zimný Stadion, a obiekt MŠK Žilina jest zaraz za nim i to prostopadle do ulicy – tak, że trybuna za bramką jest przy drodze.
Patrzę, płot jakby otwarty. No to wchodzę. Idę dalej, widzę, że przejście na murawę również jest dostępne. Nie waham się więc długo i korzystam z okazji. Mam dostęp zarówno do boiska, jak i trybun. Ale fajnie, ale radocha! Tego się nie spodziewałem! No to nic, tylko komórka w dłoń i czas na nagrywki oraz poszwędanie się.
Najpierw jestem na trybunie dla gości. Widzę, że osiatkowany jest jeden sektor, podchodzę do niego, ale już wiem, że kibice GKS zajmą raczej całą trybunę za bramką. Widok będą mieli kapitalny, bo obiekt jest kameralny. Na telebimach już wyświetla się zapowiedź meczu i herby obu drużyn. Za przeciwległą trybuną widoczny jest Dubeň, z tej perspektywy z ledwo widoczną już górą wieży na wzgórzu, ale jak dochodziłem do stadionu, to wieża ta była bardzo dobrze widoczna.
Idę murawą na ławki rezerwowych. Tam mamy piękne wygodne fotele. Na komfort fizyczny trenerzy i rezerwowi nie mają co narzekać. Przed ławką znajduje się wykładzina à la sztuczna trawa. Wszystko ładnie, schludnie.
Następnie wchodzę na prasówkę, bo przejście również jest otwarte. Ogólnie to w tym momencie działają ludzie od sprzętu z telewizji, rozciągają, przeciągają kable, kombinują. Słychać język polski. Widać, że wieczorem będzie się tu działo. A ja widzę też, że warunki do pracy będą znakomite. Widoczność doskonała, blaty duże, szerokie, internet jest, prąd jest. Nie przypominam sobie sytuacji, żebym w dzień meczu ileś godzin przed meczem mógł sobie tak „zwiedzić” stadion. Ktoś tam do mnie coś po słowacku gadał, ale powiedziałem, że jestem z Katowic, więc uśmiechnął się i poszedł.
Przy tunelu wejściowym lista pucharów – trofeów Žiliny, wzory akredytacji – specjalnie na ten mecz, bo z herbem GKS, instrukcje postępowania w razie kontuzji oraz cała rozpiska, co do sekundy wydarzeń przed, w trakcie i po meczu. Łącznie z pokazem świateł, nawadnianiem murawy czy „szejkhendsem” trenerów. Takie rzeczy na co dzień niewidoczne dla kibica.
Siedzę jeszcze chwilę i decyduję się zbierać. Wstępuję jeszcze do recepcji Holiday Inn, żeby zapytać się, czy to faktycznie tu będą wydawane akredytacje. Łapie mnie też mały głód, więc udaję się do Lidla, by zakupić małe conieco.
Po posiłku składającym się z jakiegoś serowego palucha ruszam do Zamku Budatín, do którego mam około półtora kilometra. Przekraczam rzekę Wag, mijam coś, a la wieża ciśnień, ale jakaś socjalistyczna. To chyba ostatecznie wieża telekomunikacyjna czy telewizyjna. Droga jest ruchliwa, ale sporo jest tu ścieżkowych meandrów, to jakiś tunel, to zakręt. W końcu schodzę na brzeg rzeki i pod kolejnym mostem przechodzę zbliżając się już do zamku. W planie mam zwiedzanie. No tak to już jest, że chcę połączyć wyjazd na mecz w pucharach z trochę poeksplorowaniem danego miejsca czy miasta. Pod mostem różne, ciekawe wizualne rzeczy się dzieją. Serduszka i gra świateł.
Dochodzę do zamku. Jest piękna pogoda. Nic nie zapowiada nadchodzącego armagedonu. Decyduję się na kupno biletu do muzeum – cena 10 euro. Pan z muzeum każe mi założyć pokrowce na buty oraz wręcza przewodnik w języku polskim. To bardzo miło i ułatwia później poznawanie historii zamku oraz jego eksponatów.
Całość składa się z konkretnych pomieszczeń, nawiązujących do bardzo różnych obszarów. Aż trochę za bardzo mi się to potem wydaje chaotyczne – nie ma tego jednego głównego motywu przewodniego zamku. No ale zwiedzam. Poznaję więc eksponaty z archeologii, są też obrazy różnych zamków w północno-zachodniej Słowacji, a autorem tych dzieł jest Thomas Ender, austriacki artysta malarz. Są gliniane naczynia oraz makiety zamków.
Możemy obejrzeć elementy włóczni do polowania na mamuty czy monety cesarzy rzymskich.
Jak informuje przewodnik:
Druga część wystawy archeologicznej poświęcona jest samemu zamkowi Budatín. Zobaczyć można kolejno trzy modele zamku. Pierwszy model przedstawia najstarszą formę zamku z XIV wieku. Zamek Budatín został zbudowany na niskim skalnym klifie (sztucznym nasypie) u zbiegu rzek Wag i Kysuca jako forteca, ponieważ wzdłuż tych rzek biegły ważne szlaki handlowe. Pierwszymi właścicielami zamku była rodzina Balaszów. Następnie został siłą przejęty przez Mateusza Czaka Trenczyńskiego. Po jego śmierci stał się własnością króla. Najstarszą częścią zamku jest cylindryczna wieża. Pierwotnie był otoczony niskim murem i fosą, którą prawdopodobnie przecinał most zwodzony (dzięki fosie zamek Budatín jest zamkiem wodnym). Na początku XV wieku zamek został uszkodzony (prawdopodobnie z powodu zawalenia się sztucznego nasypu) i przez pewien czas był opuszczony – wykorzystywano go do fałszowania pieniędzy (warsztat fałszowania pieniędzy).
Kolejne modele dotyczą panowania Sunneghów, którzy władali w latach 1592-1724 Państwem Bielskim. Zamek został przebudowany, m.in. wieża, a fosa została zasypana.
W dalszej części zamku można obserwować zabytkowe pozłacane meble, czy fortepian. Mnie najbardziej ujmuje odręcznie napisany list do Natálii de Csáky. Jej ojciec, hrabia Géza Csáky był ostatnim właścicielem zamku, mieszkając w nim do 1945 roku. Pod koniec II Wojny Światowej żołnierze Armii Czerwonej splądrowali zamek, a nieruchomości zostały znacjonalizowane. W 1961 roku wyjechał do Francji, by dołączyć do swojej córki Natálii. W liście jest dużo opisane o uczuciach i o tym, co się aktualnie dzieje w Paryżu oraz o kryzysie politycznym. Wnioskuję, że to jednak pisał jakiś adorator.
Kolejne pomieszczenia to zbiór strojów z dawnych czasów, ale też trofeów myśliwskich, a nawet kości mamuta. Są też stare butelki po alkoholach, różnego rodzaju dokumenty, zabawki oraz… wychodek. Wrażenie robi jadalnia z zabytkowym, choć bardzo prostym stołem – klimat już jest taki bliższy, bardziej znajomy z domostw dziadów, pradziadów.
Potem krętą drogą wchodzę na wieżę, krętymi schodami na kilka pięter wzwyż. To właśnie tutaj okazały się kolejne piętrowe historie. Otóż w przewodniku jest napisane, że „znajdowało się tu jeszcze jedno piętro, ale zniknęło”. No, dosłownie wyparowało, jak to w Hotelu Slovakia. Niesamowita jest Żylina i okolice – pamiętajcie, że jak chcecie się pozbyć jakiegoś piętra, to tylko tu. Tu piętra znikają same i nikt nie drąży tematu.
Na piętrach wieży są m.in. rozbudowane i skomplikowane mechanizmy zegarów. Wchodząc na samą górę można podziwiać panoramę Żyliny i okolic. Okazuje się jednak, że cała góra jest zalana, bo w międzyczasie – podczas zwiedzania – rozpętała się straszliwa ulewa i było oberwanie chmury. W sumie dość szczęśliwie akurat zwiedzałem. Gdyby wydarzyło się to w trakcie drogi na Dubeň, byłoby zdecydowanie mniej wesoło.

Kończę zwiedzanie i wychodzę na dwór. Po kawiarence na świeżym powietrzu nie ma już śladu, wszystko zwinięte, zawinięte i schowane. Na chwilę nawet wchodzę do tej niby kawiarni, małej knajpki, ale jednak decyduję się na dalsze zwiedzanie. Wracam więc do punktu rzecznego i zaraz zaczynam marsz w górę. Do wieży mam jakieś półtora kilometra. Na szczęście już nie pada, ale jest mokro.
Najpierw między domostwami, klimatycznymi uliczkami zwiększam wysokość. Potem jest taki mały krzaczasty prześwit i tam doświadczam różnych wrażeń, które uwielbiam podczas przedzierania się przez różnej maści chwasty. Odganiam się od wilgoci, ale jak mi cała kiść pokrzyw nie przesmyrała po brzuchu, to ino roz, momentalnie zapiekło mocno i pojawiły się czerwone kropki. No ale nic to, idę dalej.
Pamiętacie moją pielgrzymkę dziękczynno-błagalną w Trójmieście? Tam też w bardzo dużym pobliżu miasta były „górskie” szlaki. To było ciekawe wtedy – niby nad morzem, a niektóre podejścia na dwustumetrowe górki to były całkiem konkretne stromizny. Tu może wielkich stromizn nie ma, poza malutkimi fragmentami. Trzeba uważać na uślizgi. Ale jest las, gdzieś tam po prawej stronie jednak słyszę mocny szum miasta, no a za plecami Budatín. Jest też ładny fragment z łąką, z której widać okoliczne pagórki, w tym takie stożkowate, przypominające właśnie tytułowy Stożek Wielki czy Waligórę z Gór Kamiennych. Bardzo ładnie.
Wraz ze wzrostem wysokości temperatura minimalnie spada. Nie jest jakoś bardzo ciepło, więc zakładam kurtkę, wietrząc, że na szczycie wieży będzie hulało od wiatru. Droga przebiega sprawnie, choć minimalnie się dłuży. Do meczu pozostaje około pięciu godzin.
W końcu dochodzę do wieży „na Dubni”. Dubeň, pod Dubňom, na Dubni… Te odmiany słowackie są totalnie nieintuicyjne. W Polsce przecież, gdybyśmy mieli górę o nazwie Dubień, to bylibyśmy na Dubniu, a stadion byłby pod Dubniem… Dobra, fatalny przykład podałem, też nieintuicyjny, bo oparłem się o miejscowość Lubień w Małopolsce. Nieważne.
Wieża ma wiele schodków, a posadzka jest metalowa z prześwitami. W dolnych partiach jest otoczona drewnianymi listwami, wyżej natomiast już tego odsłonięcia brak. Wchodzę na samą górę i zaraz pojawia mi się oczekiwany widok.
Nie przypominam sobie tak efektownego ujęcia na miasto z wieży widokowej, co wynika oczywiście z bliskości do miasta. Akurat na Chełmcu wieża, gdy byłem tam wielokrotnie, była zawsze zamknięta. Być może tam mogłoby być takie wrażenie, choć Żylina mi się na oko wydaje większa od Wałbrzycha, choć z tego co czytam – powierzchnia jest podobna. Może jakaś gęstość zabudowań jest większa, nie wiem. W każdym razie… nie znam tego widoku z wieży. Ewentualnie podobna bliskość jest też wieży na Miejskiej… przepraszam Chłopskiej Górze nad Limanową. Tyle, że Limanowa jest już mniejsza. I mniej mieszkańców może przez to oburzać się nazywaniem wspomnianej góry „miejską”.
Widok jest przepiękny. Rozległe miasto, a wokół góry. Przede wszystkim Żylina jest… biała. To ta kolorystyka głównie dominuje w panoramie miasta. Sprawia to takie „czyste” wrażenie. Ta czystość blednie, gdy na zoomie aparatu robię zbliżenie na mój Hotel Slovakia. Skądkolwiek na niego nie spojrzysz, stwierdzisz jedno – socjalistyczny moloch. Widać najważniejsze punkty miasta. Jest i stacja kolejowa Žilina. No i oczywiście centrum wieczornych wydarzeń – stadion pod Dubňom, czyli obiekt MŠK Žilina. Jak było widać wieżę z dołu, tak logicznie rzecz ujmując, widać teraz stadion z wieży.
Nawet i stąd można dostrzec herb GKS wyświetlający się na telebimie. Taki widok na stadion kojarzę jedynie z Bielska-Białej, gdzie świetnie obiekt Podbeskidzia widać z Gaików w Beskidzie Małym. Prawdopodobnie mogłem też podziwiać go z wieży na Szyndzielni, ale przyznam, że nie mam tego w pamięci. A z Szyndzielni na Klimczok to już dosłownie o krok.
Tragedii z wiatrem nie ma, choć kurtka się przydaje. Ktoś zaznaczył swoją obecność, jako fan MŠK Žilina na jednej barierce. Miłość do piłki jest wszechobecna.
Schodzę. Tu już trzeba bardziej uważać, żeby nie wywinąć orła. Idzie się dużo szybciej i sprawniej niż wchodzenie, choć w tych kilku stromych miejscach muszę rozważnie stawiać kroki. Po drodze mijam jakiegoś słowackiego jegomościa, który coś do mnie gada, ale ja mu tylko odpowiadam, że już niedaleko i widok jest piękny.
Zmierzam z powrotem do centrum. Na drodze z okolic Budatína zwraca moją uwagę billboard bukmachera z imprezą „MS 2026”. Chyba chodzi o Mundial. I dziwi mnie to, bo jakkolwiek skrót MŚ2026 był czasem używany tak jak LM czy LE, to w takich oficjalnych miejscach, wydawnictwach itd., raczej się z nim nie spotykałem. Bywało Mundial, World Cup, Mistrzostwa Świata. Ale taka konfiguracja, choć niezupełnie obca, wydała mi się dziwna. Słowacji, podobnie jak Polski zabrakło na Mundialu, więc były piłkarz MŠK Žilina Milan Škrinjar musiał się obejść smakiem i zadowolić rywalizacją z Górnikiem Zabrze w kwalifikacjach… LM.
Jestem już dość mocno głodny, więc myślę tylko o jedzeniu. Ruszam w kierunku centrum tą samą trasą, co przyszedłem. Mijam w niedalekiej odległości stadion. Mimo czterech godzin do meczu policja już w dużej liczbie obstawia. Ulica prowadząca do obiektu jest już dawno zamknięta. Radiowozów masa, gromadzą się pod wiaduktem. Nie nazwałbym tego, że jest jakaś atmosfera wielkiego napięcia, ale jednak ta liczba dziwi mocno.
Dochodzę do Placu Mariańskiego. Tutaj w każdym kornerze, ale nie tylko, grupka policji. W uliczkach prowadzących do rynku również. To już jest totalnie dziwne, bo ani wcześniej, ani teraz, ani potem, nie widziałem ani jednego kibica GieKSy. A wygląda to tak, jakby spodziewali się, że fani z Katowic przyjadą kilka godzin wcześniej, obstawią wszystkie knajpki i będzie trzeba pilnować porządku. A potem jakiś przemarsz. Nic takiego nie ma miejsca. Pewnie myśleli, że będzie powtórka sprzed roku, gdy – jak na jakimś filmiku widziałem – kibice Rakowa w dużej liczbie byli w centrum Żyliny, śpiewali i w ogóle.
Czas mnie powoli zaczyna gonić, więc nie kombinuję z lokalnymi specjałami, ale i tak łapię się na coś nietypowego. Wchodzę do smash-burgerowni, a mają akurat jakąś specjalną kanapkę z ziemniaczaną bułką – w środku już dość typowo, ser, bekon, sałata i wymyślili sobie sos… Big Tasty. Zamawiam i zasiadam w oczekiwaniu.
Jako że robota przy GieKSa.pl jest solidna, a nie ma czasu do stracenia, to najpierw tutaj, a potem na stadionie robię newsa o… sędzim na Wiśle – Łukaszu Kuźmie. Jak się później okaże, byłem bardziej skrupulatny niż ten gagatek z Białegostoku, który VAR-ował sytuację ponad osiem minut, do tego było kilka zmian, a on doliczył w Krakowie tylko cztery minuty. Ale to zupełnie osobna historia.
Jedzonko dobre, ale jakoś bardzo nie zachwyca. Jedynie sos majonezowo-parmezanowy kozaczek. Już jak go skończyłem, to wylizałem do końca, bo tak dobry był. W międzyczasie do knajpy weszła policja, też chcieli chyba coś zjeść, ale zrezygnowali. Po strawie wracam na kwaterę, oporządzić się trochę i już wyjść stricte na mecz.
***
Pierwszych kibiców widzę po przejściu pod wiaduktem kolejowym. To ktoś wychodzi z Lidla, przechodzą przez ulicę, śpiewają. Jest spokój, nikt nikogo nie prowokuje, policja sobie stoi i obserwuje. Pełna kulturka. Ja kieruję się do recepcji Holiday Inn, stanowisko z akredytacjami jest już gotowe. Dobrze, że dotarł do nas przewodnik medialny, dzięki któremu wszystko było wiadomo co i jak. W ogóle fajnie – wzorem innych klubów – została rozwiązana kwestia akredytacji. Nasz klub zbierał zgłoszenia, a potem wysyłał do Słowaków i ten przewodnik również dotarł do nas tą drogą. Bardzo to ułatwiło sprawę.
Kieruję swoje kroki ku stadionowi. Jakieś 2-3 kobiety idą i jedna z nich ma czarną koszulkę z dużym napisem na plecach „Bzdyl”. Zapewne jakaś rodzina Fabiana, takie obrazki dość często są spotykanie na stadionach. W każdym razie sympatycznie. Tuż po wejściu jestem poczęstowany mini kanapką z jakąś pastą – taka degustacja. Jedna była z tuńczykiem – to nie biorę, ta druga jakaś różowa nie wiem z czym była, ale konsumuję.
Ujrzałem nasz autokar i kierowcę pana Bogdana przy nim. Zamieniamy kilka słów – pan Bogdan mówi, że to był rekordowo krótki przejazd z hotelu pod stadion. Nie da się ukryć, bo odległość wynosi tam chyba jakieś dwieście metrów. No ale dziwnie by to mimo wszystko wyglądało, gdyby zawodnicy tachali cały sprzęt te dwieście metrów. Więc podjechali. Pięknie prezentuje się ten nasz autobus na europejskiej arenie. Chwilę wcześniej stał i autokar Žiliny. W tym samym czasie na stadion wchodzi też prezes Sławomir Witek, więc witamy się. I z tego wszystkiego zapominam… zrobić zdjęcie naszego autokaru. Wybaczcie.
Elewacja stadionu kompletnie stadionu nie przypomina. Ot taki budynek z popularnymi dzisiaj zakolami. O tym, że jest to obiekt sportowy przypomina herb klubu oraz mapka stadionu. W każdym razie schludnie, choć skromnie i trochę staroświecko. Wchodzę bez problemu.
Zaraz po wejściu do budynku klubowego widzę coś, co bardzo, bardzo mi się podoba. Sala konferencyjna nie jest salą, tylko przedłużeniem takiego szerokiego korytarza – jest to świetne rozwiązanie, bo mimo, że nie przepadam za takimi „wolnymi” salami, to tutaj jest ona wciśnięta, a jednocześnie przestronna. To po prawej. Po lewej cała mixed zona, ścianka do wywiadów. Jest też taki pokoik do pracy dla mediów. I od razu wyjście na trybunę prasową, tak, że idąc wprost, po 10 sekundach od wejścia do klubu jesteś już na prasówce. Zero szukania, zero dopytywania, wszystko jak na dłoni. Logistyczny majstersztyk i funkcjonalność doskonała. Na wielu stadionach w Polsce było tak, że trybuna prasowa była bardzo odległa od sali konferencyjnej, była w ogóle na zupełnie innym piętrze (i to różnica kilku pięter), trzeba szukać, a nie zawsze wszystko jest dobrze oznakowane.
A zanim wejście się na sektor stricte prasowy, to jest też wejście dla drugiego pokoju dla mediów. Tu już miejsce szału nie robi, ale też jest wszystko, co potrzeba. W końcu też spotykam znajome twarze, przyjechała reszta ekipy z GieKSa.pl, są też dziennikarze ze Śląska.
Jestem pojedzony, więc na cateringu mi bardzo nie zależy. Przykuwa jednak moją uwagę lodówka z jakimiś jogurcikami. Widzę, że ludzie się tym zajadają. Okazuje się, że są to gotowe dania, jako jakieś pasty czy sałatki. Są do wyboru rybne lub jedna z szynką. Do tego bułeczka. No i wiadomo, herbata, kawa. Nie decyduję się, ale też nie wykluczam, że później skorzystam. Na drzwiczkach lodówki jest napis wiele mówiący – mňam, czyli mniam.
Idę na trybunę i już trzeba przygotowywać się do meczu. Schodzą się dziennikarze, komentatorzy polscy (Aleksander Roj i Kazimierz Węgrzyn) oraz słowaccy, którzy pytają nas o wymowę nazwisk polskich zawodników. Jest też reporter Rafał Kędzior. Ale prawdziwy reporter, a nie taki jak Michał Kołodziejczyk na Klasyku.
Obok nas siedzi też znany Twitterowicz Buckaroo Banzai, który wypowiadał się dla GieKSa.pl o klubie z Żyliny, gdyż zna go jak mało kto w Polsce. Chwilę rozmawiamy, podsuwa nam kilka ciekawostek, to o tym, jak Žilina jest budowana na młodych zawodnikach czy o tych… jogurcikach/sałatkach. Okazuje się, że są one z firmy właściciela klubu Josefa Antošíka, czyli holdingu Preto Group. Wcześniej niektóre dania były pod szyldem PRETO Ryba Žilina, a niektóre Radoma i Treska Žilina. I tutaj wszystkie te nazwy można było dostrzec. Także zagadka została rozwiązana, pan Antošík po prostu dzieli się swoim dobrem.
Kibice powoli się zbierają, a sektor czy raczej trybuna gości – wypełnia się. Jest to coś innego, znamy w Polsce te stadiony, wiadomo na niektórych jesteśmy dopiero od awansu do ekstraklasy, czasem przyjdzie jakaś egzotyka w Pucharze Polski. Ale tu już gramy poza granicami naszego kraju. Jest to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju.
Jest gra świateł, wyczytywanie składów. Wcześniej jakiś konkurs dla dzieci na najgłośniejszy okrzyk. W końcu sędzia szwajcarski wyprowadza piłkarzy na boisku.
Mamy swoją radość szybko, bo już w szóstej minucie. Wydaje się, że jest pięknie, że jest łatwo. Oj pamiętam taki moment… Gdy w sezonie 2016/17 GKS grał pierwszy mecz wiosny na wyjeździe z Chojniczanką. Wtedy mieliśmy terminarz Chojniczanka (wyjazd), Stomil (dom) i Zagłębie Sosnowiec (wyjazd). Czyli dwa starcia wyjazdowe z bezpośrednimi rywalami do awansu. I szybko w Chojnicach prowadziliśmy 2:0, a ja sobie pomyślałem, że za łatwo nam ten awans przychodzi… Zremisowaliśmy 2:2, potem tak samo ze słabym Stomilem i przegraliśmy w Sosnowcu mecz, który do przerwy powinniśmy wygrywać 3:0. A potem była cała wiosna z traumatycznym Kluczborkiem na koniec…
Tutaj mniejszy kaliber tego wszystkiego, ale gra po zdobyciu bramki się psuje. Nasi zawodnicy popełniają proste błędy, tracą piłki na swojej połowie, rywal ma sytuacje. W końcu Alan Czerwiński faule – rzut karny i gospodarze doprowadzają do wyrównania.
Nie przeszkadza to kibicom GieKSy, którzy w liczbie dwóch tysięcy tworzą żółtą trybunę i kapitalnie dopingują. Na początku meczu jest hymn, potem „Naprzód GieKSiarze”, podczas którego pada bramka.
Do przerwy 1:1. Chwila wytchnienia. Rozczarowanie grą, ale też nie biadolimy na jednak niezły wynik. Schodzę do pomieszczenia dla mediów się posilić. Rybnych dań w tym stylu nie lubię, więc biorę sałatkę, taki szałot z szynką. I okazuje się, że to danie jest mega smaczne. Do tego wyczuwalnie pikantne. Gdybym miał takie danie, takiej jakości w Polsce – jadłbym. Świetna sprawa na mały głód.
Druga połowa rozpoczyna się od utraty bramki. Tu już zaczyna się robić niedobrze. Rafał Górak robi zmiany, wydaje się, że nieco za późno, bo tu już w przerwie prosiło się o roszady. Od zmian GKS gra lepiej. Zaczyna znów podchodzić pod pole karne, stwarza sobie sytuacje, choć może nie bardzo klarowne. Aktywny jest Adam Zreľák, żywotność wprowadza Eman Marković. Jakość w środku pola podnosi Bartosz Wolski. Ostatecznie jednak przegrywamy ten mecz 1:2.
Szybka nagrywka i czas schodzić na konferencję. Wiadomo, tutaj jest to bardziej skomplikowane, bo trzeba tłumaczyć, więc jeszcze do końca nie wiemy, co w jakiej kolejności. Jest na miejscu tłumacz – dedukuję, że Słowak, bo choć świetnie mówi po polsku, to drobne elementy go demaskują. Chcę zadać kilka pytań trenerowi Górakowi, ale ostatecznie każde pytanie i odpowiedź jest tłumaczona na bieżąco. W rytmie pytanie i odpowiedź, tłumaczenie, następne pytanie i odpowiedź.
Zabawnie jest na konferencji Pavola Staňo. Zabawnie, choć nikt z taktu się nie śmiał. Tłumacz bowiem bardzo precyzyjnie i perfekcjonistycznie podszedł do swojej pracy. Rzecznik Žiliny bowiem powitał, oddał głos trenerowi, trener się wypowiedział. I pewnie wystarczyłoby, aby tłumacz po prostu przetłumaczył wypowiedź szkoleniowca. A tymczasem tłumacz:
„Szanowni państwo, dobry wieczór, witam serdecznie na konferencji prasowej po meczu drugiej rundy eliminacji do Ligi Konferencji UEFA pomiędzy MSK Żilina i GKS Katowice. Poproszę o ocenę meczu trenera Pavla Stano. Drodzy państwo, dobry wieczór…”.
Sam decyduję się zadać pytanie trenerowi Słowaków, czy widział jakiś mecz GieKSy w poprzednim sezonie. Potwierdza, że był na spotkaniu pierwszej kolejki na Nowej Bukowej z Rakowem, z którym Žilina zaraz miała grać w pucharach.
Konferencja się kończy i większość dziennikarzy się rozchodzi lub rozjeżdża. Chłopaki zaraz zbierają się i wracają do Katowic. Robimy jeszcze swoje materiały. Po tym niestety przegranym meczu. Jeszcze rzut oka na nocny i opustoszały stadion. Na herb Žiliny. I malowidło rodem z testów projekcyjnych Rorschacha. Choć nam nie było do śmiechu.
Ja wracam nocnymi uliczkami na piechotę do hotelu. Ulice są wyludnione, na Placu Mariańskim już nie ma żywej duszy. Czasem gdzieś przejedzie taksówka. Formalnie jest już piątek. Na kwaterze jestem kilkanaście minut po północy. Spać nie idę, tylko robię jeszcze swoje materiały, kończę konferencję, piszę newsa o tym, że Hapoel wygrał w pierwszym meczu z Łudogorcem.
***
Rano śniadanie i jeszcze ostatni rzut oka na ten cudowny hotel. Czas wsiadać w samochód i ruszać do Polski.
Mogę w świetle dziennym zobaczyć tę trasę, którą jechałem dwa dni wcześniej. Nie powiem, jest urokliwa i malownicza i rzeczywiście jest to górski przejazd. Po niskich górach, Beskidach Kysuckych, ale jednak. Piękna droga, choć znów trzeba było kombinować z wymijaniem tych jadących z naprzeciwka.
Wyjazd mój kończy się koło południa, gdy docieram do Katowic. Pierwszy wyjazd na mecz europejskich pucharów. Mimo porażki mam nadzieję, że odrobimy straty u siebie i czeka mnie kolejna przygoda. A czy tak będzie? Czytając ten felieton już wiecie, jak potoczyły się dalsze losy GKS Katowice w Europie.





































































































































Najnowsze komentarze