Dołącz do nas

Prasówka

Prezydent uhonorował „ukochane złotka”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyny piłkarskie GieKSy zakończyły sezon: piłkarki zdobyły tytuł mistrza Polski, piłkarze zakończyli sezon Fortuna I Ligi na dziesiątej pozycji w tabeli. W ostatnim swoim meczu drużyna męska zremisowała, na wyjeździe z Chojniczanką 3:3 (2:1). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Marek Szczerbowski złożył wniosek o odwołanie go z funkcji prezesa klubu. Drużyna żeńska otrzymała od Prezydenta Katowice Marcina Krupy premię w wysokości 300 tysięcy złotych za zdobycie mistrzostwa Polski.

Plus Liga i Polska Hokej Liga zakończyły rozgrywki, trwają pierwsze rozmowy na temat transferów do klubów.

 

PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Pomeczowe rozmowy z świeżo upieczonymi mistrzyniami Polski
Już świt poniedziałku nieśmiało pojawia się na horyzoncie, jednak w sercach piłkarek i kibiców GKSu Katowice nadal trwa samba. Już teraz na gorąco mamy wywiady z Weroniką Klimek, Marleną Hajduk i Karoliną Koch.
Weronika Klimek:
Do mnie to jeszcze nie dociera. Widzę co się, ale jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Wielkie łał. Ja jestem dumna z tej drużyny, ze wszystkich, bo ciężko na to mistrzostwo zapracowałyśmy. Pomimo wszystkich przeszkód, które stawiał ten sezon przed nami, dałyśmy radę i pokonałyśmy je.
Marlena Hajduk:
Myślę, że cały sezon ciężko pracowałyśmy na ten sukces i tak naprawdę dzisiejsze spotkanie było ukoronowaniem całego naszego wysiłku. To wszystko co teraz się tu dzieje jest najpiękniejszą chwilą dla nas i każda z nas będzie pamiętać tą chwile i dążyć by takich chwil było w karierze jak najwięcej.
Karolina Koch:
Na pewno mistrzostwo Polski to coś wspaniałego. W zeszłym sezonie udało się nam zdobyć czwarte miejsce, a w tym sezonie dziewczyny pokazały, że systematyczną pracą i ambicją można sięgnąć najwyższe cele. Mimo trudnych momentów, mimo kontuzji w sezonie potrafiłyśmy sobie poradzić, po tym można poznać mistrza. Wszystkie dziewczyny wspierały się wzajemnie i dzięki temu jesteśmy dziś tutaj i cieszymy się z mistrzostwa.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Prezydent miasta dał sowitą premię piłkarkom i mocno zrugał piłkarzy
Na uroczystym śniadaniu z piłkarkami GKS Katowice prezydent miasta Marcin Krupa dorzucił im sowitą premię za mistrzostwo kraju, nie szczędząc jednocześnie mocnych słów pod adresem piłkarzy.
Kobiecy zespół GKS Katowice w minioną niedzielę zdobył tytuł mistrzowski. To pierwsze piłkarskie złoto w historii klubu z Bukowej. W środę najlepszą drużynę Orlen Ekstraligi na śniadanie zaprosił właściciel klubu, prezydent miasta Marcin Krupa.
– Pamiętam podobne spotkanie sprzed pięciu laty, z okazji awansu do Ekstraligi. Wtedy mówiliśmy o tym, że celem powinno być wejście na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek wtedy mogło się marzyć i jestem wam za to bardzo wdzięczny. Dziękuję za to w imieniu wszystkich kibiców, także nie wywodzących się z naszego miasta. Jesteście naszymi ukochanymi złotkami – mówił prezydent. – Dla mnie, przepraszam za to określenie, macie jaja, podczas gdy faceci nie potrafili nie tylko nigdy zdobyć mistrzostwa, ale teraz nawet nie potrafią awansować do Ekstraklasy, mając takie warunki, o jakich w innych klubach mogą tylko pomarzyć. A wy mając trudniejszy start sięgacie po złoto!
Prezydent Katowic docenił sukces piłkarek prowadzonych przez Karolinę Koch także materialnie.
– Wiem, że macie w kontraktach różne zapisy związane z mistrzostwem, a PZPN przekaże do klubu premię w wysokości 300.000 zł. My jako miasto nie możemy być gorsi i drugie tyle wam dołożymy. To sygnał od nas, że wykonałyście kawał dobrej roboty. Jak będziecie mijać chłopaków na korytarzu to im powiedzcie, żeby też się do niej wzięli, bo mnie nie bardzo chcą słuchać – dodał samorządowiec.
Porównania z męską drużyną przewijały się później jeszcze wielokrotnie.
– To nie przypadek, że nie chodzę na mecze piłkarzy. Po prostu czasami nie mogę patrzeć na to, co wyprawiają na boisku, zwłaszcza że wiem, że ci ludzie potrafią grać w piłkę, a klub zapewnia im znakomite warunki – podkreślał prezydent Krupa.
Dla menedżera sekcji Roberta Góralczyka był to więc poranek wybitnie słodko-gorzki…
Katowiczanki w nagrodę zagrają też w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzyń.
– Chciałybyśmy trafić na jak najmocniejsze rywalki, a w koszyku z rywalkami będą takie właśnie zespoły. Na liście są na przykład Roma i Ajax Amsterdam, fajnie byłoby się zmierzyć z takimi firmami – przyznała trenerka Karolina Koch.

 

GKS Katowice: Duże zmiany na Bukowej. Odejdzie nie tylko prezes Marek Szczerbowski
Prezes Marek Szczerbowski złożył w poniedziałek wniosek o dymisję z dniem 26 sierpnia. Nie będzie to jednak jedyne pożegnanie w GKS Katowice.
Marek Szczerbowski przestanie pełnić funkcję prezesa GKS Katowice 26 sierpnia. W dniu, w którym miną dokładnie 4 lata od objęcia tej funkcji. Wniosek o odwołanie został właśnie złożony w Radzie Nadzorczej. W miniony piątek zapowiedział już jednak, że wszystkie kluczowe kwestie związane z zarządzaniem klubem z Bukowej oddaje w ręce wiceprezesa Krzysztofa Nowaka, który będzie jego następcą.
Z naszych informacji wynika, że nie będzie to jedyne pożegnanie na Bukowej. Odejdzie także dyrektor sekcji piłki nożnej Robert Góralczyk, którego umowa wygasa z końcem czerwca i nie zostanie przedłużona. Kluczową postacią w pionie sportowym będzie w tej sytuacji Dawid Dubas.
Zespół nadal prowadzić będzie trener Rafał Górak, którego kontrakt jest ważny do czerwca 2024. Zmienić się ma za to cel stawiany przed drużyną piłkarzy: tym razem będzie to nie utrzymanie, a co najmniej udział w barażach o Ekstraklasę.
W gabinetach trwają także negocjacje na temat przedłużenia kontraktów z kluczowymi piłkarzami. Na liście znajduje się m.in. Adrian Błąd.

 

sportdziennik.com – Prezydent uhonorował „ukochane złotka”
Marcin Krupa zapowiedział 300 tysięcy złotych premii dla drużyny piłkarek GKS-u Katowice, które w minioną niedzielę świętowały historyczny tytuł mistrza Polski. Wbił też szpilkę piłkarzom.
Były oficjalne przemówienia i podziękowania, wspólne zdjęcia i rozmowy. Prezydent Katowic, Marcin Krupa, spotkał się wczoraj z drużyną piłkarek GKS-u, które sięgnęły po historyczny tytuł mistrza Polski, na uroczystym śniadaniu w restauracji 27th Floor na 27. piętrze Hotelu Mariott.
– Pięć lat temu awansowałyście do ekstraklasy i wtedy też spotkaliśmy się na 27. piętrze – przypominał prezydent Krupa.
– Naszym życzeniem było wtedy, by jak najszybciej wejść na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek się wydawało. Jestem wam bardzo, bardzo wdzięczny i dziękuję za te emocje, których dostarczyliście katowiczanom oraz wszystkim kibicom, również tym niewywodzącym się z naszego miasta, ale wspierającym GKS.
Marcin Krupa odebrał od piłkarek meczową koszulkę GieKSy, a sam też nie przyszedł na śniadanie z pustymi rękami. Zadeklarował, że miasto nagrodzi je za ten sukces 300 tysiącami złotych premii.
– Z tego, co słyszałem, taką dał PZPN. My nie możemy być gorsi i dokładamy drugie tyle – oznajmił prezydent Katowic. Klub promuje ten sukces sympatycznym hasłem „Ukochane”, nawiązującym do nazwiska trenerki Karoliny Koch. Marcin Krupa jeszcze je rozszerzył.
– Jesteście dla nas ukochane złotka, parafrazując to, co kiedyś mówił legendarny trener reprezentacji siatkarek, Andrzej Niemczyk. Serce bardzo się raduje. Wiecie, jak bardzo zależy mi, by sport w naszym mieście się rozwijał. Do tego potrzebni są tacy ludzie jak wy. Stanowicie wzór do naśladowania dla dzieciaków, by garnęli się do różnych dyscyplin i widzieli światełko w tunelu: że jeśli będą ciężko pracowali, mogą sięgać po najwyższe trofea, jak wy w ostatni weekend, przysparzając nam radości – podkreślał prezydent Katowic, czyli większościowego udziałowca wielosekcyjnej GieKSy.
Sekcja piłki nożnej kobiet powstała w Katowicach w 2015 roku. Choć trudno to porównywać i przystawiać zbliżoną miarę, można łatwo policzyć, że paniom wystarczyło do historycznych sukcesów nieporównywalnie mniej czasu niż panom, którzy nigdy nie zdobyli tytułu, a od 2005 roku nie ma ich najwyższej lidze. Marcin Krupa wbił piłkarzom szpilkę.
– Przynajmniej wy w tej futbolowej części piłkarskiego GKS-u macie po prostu jaja – zwrócił się do piłkarek.
– Faceci… Wstyd mi jako facetowi, że oni nie potrafią tego zrobić od wielu lat, a nawet awansować do ekstraklasy, mając ku temu takie warunki, jakie niejeden klub chciałby mieć. Wy miałyście o wiele gorszy start, a dałyście radę, bo walka jest najważniejsza. Kawał dobrej roboty, jesteśmy dumni. Mijając się między szatniami, pokażcie czasem facetom to trofeum i poproście, by wzięli się do roboty. Może was posłuchają, bo mnie nie bardzo chcą… – nie gryzł się w język prezydent Katowic.
Trener Karolina Koch też nawiązała do sekcji piłkarskiej, kolegów po fachu, ale w zupełnie innym tonie.
– Dziękuję dyrektorowi Góralczykowi i trenerowi Górakowi. To ludzie, od których bardzo dużo mogłam czerpać. Męska a kobieca piłka to lata świetlne. Możemy tylko dążyć do takiego profesjonalizmu. Dzięki takim osobom w klubie jest za mną wiele merytorycznych rozmów, wsparcia na poziomie trenerskim, zasianych w mojej głowie myśli skłaniających do refleksji. Mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych projektów i ambitnych celów przed nami, które sobie wyznaczymy, budując kobiecą piłkę w Katowicach – podkreślała trenerka GieKSy, która złoty medal zapewniła sobie dzięki niedzielnej wygranej 3:1 w Koninie z Medykiem.
– Dziękuję pani trener za olbrzymi wkład w drużynę, za serce. Zawsze musi być ktoś, kto będzie ten okręt prowadził – mówił prezydent Krupa.
Koch: – Jestem bardzo dumna z tej drużyny, chcę podziękować zarządowi, pracownikom, zawodniczkom, sztabowi, za wytrwałość, zaangażowanie, dobrą pracę, wielką wolę walki. Za to, że musieli mnie znosić. Trzymałyśmy się przez cały sezon wyznaczonego kierunku, choć nie brakowało trudnych momentów. Dla większości ludzi w Polsce to coś niemożliwego, że GKS zdobył mistrzowski tytuł. Ale ja wiedziałam, że stać nas na wiele. Tworzymy historię GKS-u. To niewiarygodne, co zrobiliśmy przez 5 lat od awansu do ekstraklasy. Zrobiliśmy wiele w Katowicach dla popularyzacji kobiecej piłki. Podziękowania dla kibiców za wsparcie i to, jak nas powitali po powrocie z Konina.
W śniadaniu uczestniczył zarząd GKS-u, prezes Marek Szczerbowski i wiceprezes Krzysztof Nowak, a także dyrektor Robert Góralczyk. Szczerbowskiego i Góralczyka wkrótce może już przy Bukowej nie być…
– Cieszę się z dobrej atmosfery w klubie – przekonywał mimo to prezydent.
– Podziękowania dla prezesa Szczerbowskiego, który od kilku lat prowadzi klub i wiele rzeczy udało się w tym okresie naprawić. Będziemy to kontynuowali, by GKS był marką z prawdziwego zdarzenia. Dziękuję prezesowi Nowakowi, który jest z nami od niedawna, ale wykonał już wiele pracy, oraz radzie nadzorczej za roztropne decyzje. Budujemy nowy stadion miejski, będą zupełnie inne warunki i zupełnie inna jakość uprawiania sportu – dodawał Marcin Krupa, życząc odpoczynku, zebrania sił i – wzorem hokeistów – obrony mistrzowskiego tytułu. A wcześniej coś, o czym kibice w Katowicach mogli tylko marzyć, czyli walka w eliminacjach Champions League.
– Dumnie będziemy reprezentować GKS i miasto w Lidze Mistrzyń. Dziękujemy wszystkim, którzy tworzą GKS Katowice, prezesowi, wiceprezesowi, pracownikom marketingu i panu prezydentowi. Czuliśmy wsparcie, mogłyśmy się rozwijać, dążyć do swoich celów – powiedziała kapitan zespołu, Marlena Hajduk.

 

Rezygnacja w trosce o stan ducha
Było poważnie, było śmiesznie i autoironicznie, ale też niemal… irracjonalnie, gdy na zakończenie z futerału wyjęta została trąbka. Podczas brawurowego wykładu na katowickiej AWF Marek Szczerbowski zapowiedział koniec 4-letniej prezesury w GKS-ie Katowice.
Marek Szczerbowski składa wniosek o rozwiązanie za porozumieniem stron umowy z GieKSą i zakończenia swojej prezesury w wielosekcyjnym klubie z Bukowej. Zapowiedział to w piątkowe przedpołudnie podczas wykładu w auli im. Lechosława Deca na katowickiej AWF.
– Umówiliśmy się z prezydentem Marcinem Krupą cztery lata temu, że jeśli zechcę z GKS-u odejść, mam zasygnalizować tę prośbę. Kilka miesięcy temu ustaliliśmy zasady – mówił Szczerbowski, informując, że chce, by oficjalny koniec jego kadencji przypadł na 26 sierpnia – bo właśnie 26 sierpnia 2019 roku ją zaczynał.
Pytany o powody swojej decyzji, odpowiadał: – GKS Katowice rozrósł się do potężnej organizacji – dzięki zaangażowaniu władz miasta, zarówno operacyjnemu, finansowemu, jak i budowie nowego stadionu. GKS czeka wiele nowych wyzwań, one wymagają nowych decyzji, nowych działań, nowej odpowiedzialności. Boję się, że stan ducha, który mam dziś bardzo dobry, może w znacznym stopniu się pogorszyć. To jedyna przyczyna. Ja po prostu potrzebuję spokoju. Sukcesy sportowców są wielkie i nisko im się kłaniam, mam szacunek też do kibiców, o których zachowaniu można obecnie powiedzieć, że jest albo wzorowe, albo zbliżone do wzorowego. Kolejne wyzwania będą trudne, energii mogłoby mi zabraknąć.
Potem staję się marudny, nieprzyjemny, tego nie chcę. Wiem, że w GKS-ie nie da się nie pracować. Trzeba tam być od 8 do 16 godzin dziennie, słuchać, co mówią inni, ograniczyć albo wykluczyć środki zmieniające nastrój, być uważnym, nie kłamać. To ciężka praca. Wiem, że byłbym w stanie te warunki spełnić, ale nie wiem, jak reagowałby na to mój organizm. Życzę klubowi wszystkiego najlepszego – tłumaczył ustępujący prezes GieKSy.
Jego wykład na katowickiej AWF był brawurowy, niecodzienny, w świecie piłki niespotykany. Na widowni zasiadło kilkadziesiąt osób, na czele z wiceprezydentem miasta Waldemarem Bojarunem czy prezesem PZHL Mirosławem Minkiną. Swojego szefa słuchali piłkarze GieKSy, będący tuż przed wyjazdem do Chojnic na ostatni mecz sezonu, trenerzy, działacze, zawodnicy innych sekcji, jak hokeista Grzegorz Pasiut czy siatkarz Jakub Jarosz. Wydarzenie transmitowano też w internecie, Marek Szczerbowski często mówiąc o kimś wyrażał nadzieję, że „nie ma go z nami, ale może ogląda transmisję”. Mając w tle trofea zdobyte przez klub za jego kadencji – dwa mistrzostwa oraz superpuchar hokeistów, mistrzostwo piłkarek – na rzutniku zaprezentował około 200 slajdów, podsumowując i wspominając swoją kadencję, długo opisując trudne relacje z kibicami, którzy jesienią ub. roku bojkotowali GieKSę w geście protestów przeciw jego rządom, nie chodząc na domowe mecze.
– Zaczynając pracę w GKS-ie otrzymałem informację, że wpływy z sektora gości mają trafiać do kibiców. Zapytałem, z jakiego powodu. Odpowiedzi nie dostałem, ale przekazano mi, że jeśli tego nie zrobię, to będę miał jakieś kłopoty. Może je mam, może nie mam. Dla mnie byłoby to niezgodne ze sztuką zarządzania spółką – mówił Szczerbowski, sporo czasu poświęcając na ubiegłoroczną zadymę podczas meczu z Widzewem, która okazała się przełomem. Przyznawał, że około 100 razy oglądał fragment kibicowskiego wideobloga, na którym redaktor strony gieksa.pl zarzuca mu, że – spłycając – „wychodził” zamknięcie stadionu na dodatkowe dwa mecze u wojewody. Ten fragment na wykładzie został zaprezentowany kilkukrotnie.
– Bezpieczeństwo było potężnym problemem w GKS-ie Katowice. Wiele rzeczy dzieje się w kuluarach – przekonywał Marek Szczerbowski i oznajmiał, że o jego prezesurze przy Bukowej ma powstać „bardzo poważna publikacja”.
Zwracał uwagę, że „dzięki wypowiedzeniu niekorzystnej dla klubu umowy dotyczącej używania znaku towarowego, dziś znak jest w GKS-ie i dzięki temu realizowane mogły być zadania związane z uruchomieniem sklepu internetowego”. Nawiązywał do niedawnych derbów z Ruchem Chorzów.
– Puściłem informację, że jeśli będzie spokojnie – to odejdę. W ten sposób starałem się zadbać o bezpieczeństwo. To był świetny mecz, dziękuję kibicom za zachowanie – podkreślał Marek Szczerbowski.
Długo prezentował różne komentarze, wpisy kibiców, założoną przez nich i uderzającą w niego stronę „szczerboffski”. – Mam zewidencjonowanych kilkaset komunikatów od przedstawicieli kibiców, próbujących wpływać na moje decyzje. Kilkaset! A wiedzieli, że na mnie to nie działa. Jeśli ktoś nie umie tego dźwignąć, to kupuje spokój – mówił prezes GieKSy. Pokazywał zdjęcia swojego auta z urwanym lusterkiem i naklejką z jego przekreśloną podobizną. Prezentował je też na drzwiach swojego mieszkania. Wspominał, gdy usłyszał „szykujemy dla prezesa wózek inwalidzki”.
– To był trudny moment, moja córka to przeżywała – zawieszał głos. Puścił film z „Jantoru”, na którym atakuje go kibic.
– Nie pokazuję tego jako odwet, tylko zjawisko. Czy z powodu braku „Gieksika” (klubowej maskotki – dop. red.) i marketingu mogą dziać się takie rzeczy? – pytał retorycznie.
Na jednym ze slajdów umieścił cytat: „Jeśli szukasz silnych wrażeń i dreszczu emocji, przygotuj się na depresję”.

 

SIATKÓWKA
siatka.org – Nowi trenerzy w sztabie szkoleniowym GKS-u Katowice

Po zakończeniu sezonu 2022/23 PlusLigi zapadły pierwsze decyzje dotyczące kształtu kadry zespołu na kolejną ligową kampanię. Przypominamy, że umowę z Klubem do końca sezonu 2023/2024 przedłużył pierwszy trener zespołu Grzegorz Słaby. Ponadto po sezonie 2022/2023 sztab trenerski GKS-u opuścił drugi trener zespołu Damian Musiak. W sztabie trenerskim GKS-u na sezon 2023/2024 pozostaną trener przygotowania motorycznego Piotr Karlik i fizjoterapeuta Tomasz Szpunar. Dla trenera Karlika będzie to piąty z rzędu sezon pracy w GKS-ie Katowice, a dla Szpunara drugi z rzędu.

Nowym drugim trenerem siatkarskiego zespołu GKS-u Katowice został Emil Siewiorek, były siatkarz, który w swojej karierze trenerskiej w latach 2015-2021 pracował w MKS-ie Będzin w roli zarówno drugiego, jak i pierwszego trenera drużyny. Do sztabu dołączył także statystyk Maciej Barczyński, który przez ostatnie trzy sezony pracował w Cuprum Lubin, a wcześniej był trenerem w młodzieżowych i seniorskich drużynach kobiecego WTS-u Solna Wieliczka.

– Wybór tych osób był nieprzypadkowy. Emil Siewiorek to uznany i ceniony w regionie szkoleniowiec, który chciał powrócić do pracy na najwyższym poziomie rozgrywkowym i skorzystaliśmy z tej okazji. Z kolei Maciej Barczyński to statystyk, o którego pracy usłyszeliśmy same pozytywne opinie. Zależało nam, aby poszerzyć i wzmocnić skład sztabu szkoleniowego, bo przed nami bardzo wyjątkowy sezon, z niespotykaną intensywnością rozgrywania spotkań. Jestem przekonany, że ten sztab przygotuje drużynę jak najlepiej do rozgrywek 2023/2024 – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.

Jakub Jarosz przedłużył umowę z GKS-em
Były atakujący reprezentacji Polski, Jakub Jarosz pozostanie w GKS-ie Katowice. Klub poinformował o jego przedłużonej umowie. Dla śląskiego zespołu Jarosz w ubiegłym sezonie był kluczową postacią.
Barwy GKS-u Katowice w sezonie 2023/2024 PlusLigi reprezentował będzie Jakub Jarosz, który tym samym rozegra piąty sezon z rzędu w naszym klubie. Wielokrotny reprezentant Polski, złoty medalista mistrzostw Europy i Ligi Światowej, a także uczestnik siatkarskiego turnieju olimpijskiego z 2012 roku dołączył do składu siatkarskiej GieKSy w 2019 roku i od tego czasu nieprzerwanie pełni zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Znakomite występy Jarosza docenili kibice GKS-u Katowice, którzy trzy razy z rzedu wybierali go siatkarzem roku w plebiscycie Złote Buki. W minionym sezonie PlusLigi Jarosz rozegrał 27 spotkań, zdobywając z nich łącznie 330 punktów, w tym 25 zagrywką i 16 blokiem. Szczególnie imponująca w jego wykonaniu była pierwsza połowa sezonu 2023/2024. Postawa Jakuba Jarosza pozwoliła mu na zdobycie aż 5 nagród MVP w ostatniej ligowej kampanii.
– Cieszymy się, że Jakub zostaje z nami. Przed cztery sezony udowodnił, że zasługuje na miano prawdziwego GieKSiarza. Jego postawa wielokrotnie decydowała o losach naszych spotkań, również w poprzednim sezonie. Głęboko wierzymy, że tak samo będzie w kolejnym – ocenił Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
Jarosz jest drugim po Jakubie Szymańskim zawodnikiem, który pozostał w GKS-ie. Drużynę w najbliższym sezonie będzie też prowadził Grzegorz Słaby.

HOKEJ

hokej.net – TAURON zostanie sponsorem Polskiej Hokej Ligi?

Szefostwo Polskiego Związku Hokeja na Lodzie szuka partnerów biznesowych, którzy wsparliby ligę i reprezentację Polski. Jak udało nam się ustalić, związek prowadzi rozmowy ze spółką TAURON, która do tej pory wspierała dwa polskie kluby.

O tym, że PZHL rozmawia z potencjalnymi sponsorami, którzy mieliby pomóc polskiemu hokejowi w rozwoju, Mirosław Minkina wspomniał już podczas konferencji prasowej w Polskim Komitecie Olimpijskim.

– Prowadzimy szereg rozmów dotyczących sponsoringu wszystkich reprezentacji oraz Polskiej Hokej Ligi. Cały czas zabiegamy również o więcej hokeja w telewizji i budowę kolejnych lodowisk – zaznaczył Mirosław Minkina.

W przypadku reprezentacji Polski głośno mówi się o koncernie Orlen, który wspierał naszą kadrę już podczas przygotowań do Mistrzostw Świata Dywizji IA oraz całego turnieju w Nottingham. Umowa miałaby być przedłużona, ale na nieco lepszych warunkach. Dystrybutor energii elektrycznej był w poprzednim sezonie sponsorem tytularnym dwóch polskich klubów: oświęcimskiej Unii i nowotarskiego Podhala.
Na razie szefostwo koncernu energetycznego nie przedłużyło umów z obiema drużynami. Nasi informatorzy odbierają to jako czytelny sygnał. Wskazują też, że umowa z PHL miałaby być korzystniejsza dla całej spółki.

 

Smal zostaje w GieKSie. Na dwa lata!

Igor Smal pozostanie zawodnikiem GKS-u Katowice. 22-letni napastnik przedłużył swój kontrakt o kolejne dwa lata.

Smal trafił do GieKSy przed sezonem 2021/2022. Z ekipą z alei Korfantego zdobył dwa tytuły mistrzowskie, imponując zaangażowaniem i ambicją.Rozegrał łącznie 107 ligowych spotkań, w których zgromadził 9 punktów za 3 gole i 6 asyst. Na ławce kar spędził 82 minuty.

Warto jednak zaznaczyć, że trener Jacek Płachta ustawiał go w niższych formacjach, które miały głównie defensywne zadania.

– Siła GKS-u w ostatnich sezonach wynikała nie tylko z doskonałych osiągnięć indywidualnych liderów zespołu, ale także z zaangażowania i poświęcenia wszystkich członków drużyny. Mimo, że Igor jest stosunkowo młodym graczem to już stanowił ważne i przydatne ogniwo GKS-u. Co ważne, w jego grze wciąż obserwujemy postępy. Dlatego zdecydowaliśmy się na przedłużenie umowy na kolejny sezony – wyjaśnił Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GKS-u Katowice.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Krytyka i wsparcie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ech, Bożesz Ty mój… Ze scenariuszy, o których pisałem wczoraj rano, sprawdził się ten znany. Czyli bezzębna, bardzo słaba GieKSa na wyjeździe. Przyznam, że powoli robi się to irytujące. Żeby poszukać naprawdę dobry, solidny od początku do końca mecz w delegacji, trzeba się cofnąć do samego początku roku do Lubina. Potem mieliśmy spektakularne – momentami bardzo dobre mecze w Częstochowie i Poznaniu, choć na Rakowie straciliśmy od przerwy do 49. minuty dwie bramki. Lech trzykrotnie z nami wyrównywał. No ale tak – były to mecze spektakularne. Z Radomiakiem – ostatnia wygrana wyjazdowa – cisnęli nas gospodarze niemiłosiernie i tym bardziej było to cenne zwycięstwo. Ostatnie – pięć miesięcy temu. Poza tym, to gramy na wyjazdach w tym roku całkiem konkretnie paździerze.

Gdynia – oprócz początku meczu – paździerz. Jaga- niezła druga połowa. Cracovia – totalny paździerz. Korona – przeciętnie. Piast – totalny paździerz. Pogoń – totalny paździerz, ale złota bramka na puchary. Żilina – paździerz przez dużą część meczu. Wisła – nie paździerz, ale zawias na kilkanaście minut.

Przecież jakby GieKSa u siebie grała tak, jak na wyjazdach, to byśmy lecieli z tej ligi hukiem. Na szczęście u siebie zespół robi coś dokładnie odwrotnego niż paździerze – gra efektownie, z pomysłem, polotem, odważnie, dobrze piłkarsko i skutecznie. Mecze domowe równoważą, z lekką nawiązką, to co się dzieje na wyjazdach. A dzieje się bardzo źle i to się musi zmienić i szczerze mówiąc oczekiwałbym, że przez tyle miesięcy znana już jest diagnoza tej absurdalnie dużej różnicy w meczach u siebie i na wyjeździe.

Mecz z Hapoelem był ultrasłaby. Wiadomo, że rywal pokazał solidną jakość piłkarską i tu nie ma co polemizować. Ale abstrahując od tego, co pokazywali gracze z Izraela, to trzeba spojrzeć na jedną podstawową rzecz. Niewymuszone błędy po naszej stronie. Tak bardzo niewymuszone, że Hapoelu mogłoby nie być na boisku, a i tak byśmy je popełnili. Mówię zarówno o defensywie, jak i ofensywie.

Piszę o tym, bo nie ma co popadać w skrajności. Wszyscy się cieszymy z pucharów, z tego, że GieKSa zasłużenie je sobie wywalczyła dając nam szansę na piękną przygodę. Jeśli odpadniemy – żadna tragedia się nie stanie. Będziemy dalej walczyć w lidze i Pucharze Polski – nikt tu szat rozdzierać nie będzie. Ale to nie chodzi też o to, żeby wszystkich zagłaskać. Bo jak rywal będzie po prostu zdecydowanie lepszy i wygra – nie będę miał żadnych pretensji. Jednak jeśli odprawiamy takie cuda na boisku, jak wczoraj w Miszkolcu, to też nie można przejść obok tego obojętnie.

Pierwsza połowa to była katastrofa. Byliśmy elektryczni i nieporadni. Czasem się naprawdę zastanawiam z tymi piłkarskimi trendami, z tym rozgrywaniem piłki od tyłu… Dobra, ja się nie znam na taktyce, może to i jakieś efekty przynosi. Ale na Boga, jeśli gra nam nie idzie, przeciwnik jest nakręcony, stosuje agresywny pressing, to to podawanie piłki po ziemi w swoim polu karnym lub tuż przed wywołuje palpitacje serca. Chciałoby się powiedzieć (głosem Tomasza Hajty) – wybij tą piłkę, oddal, nie baw się. Uważam, że ta zmiana przepisu z wybiciem od bramki, że nie trzeba już przejmować piłki poza polem karnym, wprowadziła więcej zamieszania niż pożytku. Taka gra od tyłu wymaga naprawdę dobrej techniki.

No wybij tę piłkę, jak jesteś pod presją. Ale nie tak jak Borja Galan, który robi totalnie dziwny przerzut wszerz boiska. Co nasz zawodnik miał na myśli, pewnie nie wie on sam. Była strata, wycofanie, kompletny brak asekuracji i rywal znajdujący się przed polem karnym. Kolejna zabawa – tym razem Arka Jędrycha przed polem karnym – wysunięty Gabriel Kobylak i już mieliśmy dwa gongi. Jedno jest pocieszające. Tak dramatycznego meczu nasz kapitan już nie powtórzy. Nie wychodziło mu w tym meczu nic, sprokurował kilka kolejnych bramkowych sytuacji, które nie zakończyły się golami tylko dzięki Kobylakowi lub szczęściu, gdy okazało się, że jednak jest spalony i rzutu karnego nie będzie. Nie będę się pastwił, bo swoje Arek przecież wie. To był koszmarny jego mecz.

Inni zawodnicy nie byli wiele lepsi. Chodzi też o ofensywnych. Hapoel po zdobyciu dwóch goli oddał nieco pole i się cofnął. GieKSa nie potrafiła z tego „podarowanego” miejsca na boisku zrobić nic. A okazje ku temu były. Kilkukrotnie nasi zawodnicy pokazywali się na idealnych wprost pozycjach do zagrania – nie, piłek nie dostawali. Było kółeczko, spowolnienie akcji i jakieś podanie, które już większego pożytku nie przynosiło. Bartek Nowak tym razem efektywny nie był, a Bartek Wolski widać, że chyba potrzebuje czasu, żeby się wkomponować, bo też dokonywał kompletnie chybionych wyborów. I znów zapominał, że rywal robi doskok.

Zagrożenia ostatecznie nie stworzyliśmy żadnego, ani przez moment nie było nawet blisko zdobycia bramki. Za to Hapoel miał ich dużo więcej. I kończy się to tak, że z przebiegu tego spotkania możemy cieszyć się, że skończyło się tylko 0:2, bo ten dwumecz z dużym prawdopodobieństwem mógł być już rozstrzygnięty. Trzecia bramka zamknęłaby sprawę – odrobienie strat rozpatrywalibyśmy wówczas w kategorii cudu. Strata jest dwubramkowa, więc włącza się realizm. Wierzę, że w Katowicach sytuacja może się odwrócić.

Hapoel pokazał bardzo dobrą piłkę to prawda. Ale nie był to futbol wybitny, świadczący o jakiejś niesamowitej klasie rywala – takiej, że GKS nie ma co się równać. Tak jak powiedziałem – nawet w tak słabym meczu, gdyby nasi zawodnicy dokonywali lepszych wyborów w swoich atakach, można by było pokusić się przynajmniej o jedną bramkę. A gdybyśmy nie zrobili tych koszmarów w obronie… ech.

Czy Hapoel jest do ogrania? Tak – jest. Tylko przede wszystkim trzeba zagrać perfekcyjnie w obronie. Jedna bramka może przekreślić wszystko. Więc defensywa to jest podstawa. No i trzeba być kreatywnym w ataku. Jedno, czego jestem pewien to to, że GieKSa jest w stanie strzelić dwie bramki. To na bank. Tylko no właśnie – strzelić i nie stracić.

Dobra Panowie, krytyka jest i tyle. Teraz chodzi o to, żeby się nie poddawać, żeby znów wyjść z tą agresją i przekonaniem na rewanż na Nowej Bukowej. Nasze wsparcie niezmiennie macie. Tak jak napisałem, jeśli się nie będzie dało awansować – trudno. I tak te cztery mecze w Europie to coś wspaniałego i będziemy wam to zawsze pamiętać i być wdzięczni. Ale powalczcie. Strzelcie tę bramkę, żeby ten stadion choćby na chwilę uwierzył, że odrobienie strat jest możliwe. Niech to będzie ta drużyna, którą znamy aż nadto z meczów u siebie. Z meczu z Żiliną czy Radomiakiem.

A teraz regenerujcie się przez te dwa dni, bo ostatnio był maraton. Czas na odpoczynek, by już za chwilę rozpocząć akcję rewanż. Stać was na rzeczy wielkie. Głowa do góry i do boju!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga