Dołącz do nas

Prasówka

Prezydent uhonorował „ukochane złotka”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyny piłkarskie GieKSy zakończyły sezon: piłkarki zdobyły tytuł mistrza Polski, piłkarze zakończyli sezon Fortuna I Ligi na dziesiątej pozycji w tabeli. W ostatnim swoim meczu drużyna męska zremisowała, na wyjeździe z Chojniczanką 3:3 (2:1). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Marek Szczerbowski złożył wniosek o odwołanie go z funkcji prezesa klubu. Drużyna żeńska otrzymała od Prezydenta Katowice Marcina Krupy premię w wysokości 300 tysięcy złotych za zdobycie mistrzostwa Polski.

Plus Liga i Polska Hokej Liga zakończyły rozgrywki, trwają pierwsze rozmowy na temat transferów do klubów.

 

PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Pomeczowe rozmowy z świeżo upieczonymi mistrzyniami Polski
Już świt poniedziałku nieśmiało pojawia się na horyzoncie, jednak w sercach piłkarek i kibiców GKSu Katowice nadal trwa samba. Już teraz na gorąco mamy wywiady z Weroniką Klimek, Marleną Hajduk i Karoliną Koch.
Weronika Klimek:
Do mnie to jeszcze nie dociera. Widzę co się, ale jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Wielkie łał. Ja jestem dumna z tej drużyny, ze wszystkich, bo ciężko na to mistrzostwo zapracowałyśmy. Pomimo wszystkich przeszkód, które stawiał ten sezon przed nami, dałyśmy radę i pokonałyśmy je.
Marlena Hajduk:
Myślę, że cały sezon ciężko pracowałyśmy na ten sukces i tak naprawdę dzisiejsze spotkanie było ukoronowaniem całego naszego wysiłku. To wszystko co teraz się tu dzieje jest najpiękniejszą chwilą dla nas i każda z nas będzie pamiętać tą chwile i dążyć by takich chwil było w karierze jak najwięcej.
Karolina Koch:
Na pewno mistrzostwo Polski to coś wspaniałego. W zeszłym sezonie udało się nam zdobyć czwarte miejsce, a w tym sezonie dziewczyny pokazały, że systematyczną pracą i ambicją można sięgnąć najwyższe cele. Mimo trudnych momentów, mimo kontuzji w sezonie potrafiłyśmy sobie poradzić, po tym można poznać mistrza. Wszystkie dziewczyny wspierały się wzajemnie i dzięki temu jesteśmy dziś tutaj i cieszymy się z mistrzostwa.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Prezydent miasta dał sowitą premię piłkarkom i mocno zrugał piłkarzy
Na uroczystym śniadaniu z piłkarkami GKS Katowice prezydent miasta Marcin Krupa dorzucił im sowitą premię za mistrzostwo kraju, nie szczędząc jednocześnie mocnych słów pod adresem piłkarzy.
Kobiecy zespół GKS Katowice w minioną niedzielę zdobył tytuł mistrzowski. To pierwsze piłkarskie złoto w historii klubu z Bukowej. W środę najlepszą drużynę Orlen Ekstraligi na śniadanie zaprosił właściciel klubu, prezydent miasta Marcin Krupa.
– Pamiętam podobne spotkanie sprzed pięciu laty, z okazji awansu do Ekstraligi. Wtedy mówiliśmy o tym, że celem powinno być wejście na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek wtedy mogło się marzyć i jestem wam za to bardzo wdzięczny. Dziękuję za to w imieniu wszystkich kibiców, także nie wywodzących się z naszego miasta. Jesteście naszymi ukochanymi złotkami – mówił prezydent. – Dla mnie, przepraszam za to określenie, macie jaja, podczas gdy faceci nie potrafili nie tylko nigdy zdobyć mistrzostwa, ale teraz nawet nie potrafią awansować do Ekstraklasy, mając takie warunki, o jakich w innych klubach mogą tylko pomarzyć. A wy mając trudniejszy start sięgacie po złoto!
Prezydent Katowic docenił sukces piłkarek prowadzonych przez Karolinę Koch także materialnie.
– Wiem, że macie w kontraktach różne zapisy związane z mistrzostwem, a PZPN przekaże do klubu premię w wysokości 300.000 zł. My jako miasto nie możemy być gorsi i drugie tyle wam dołożymy. To sygnał od nas, że wykonałyście kawał dobrej roboty. Jak będziecie mijać chłopaków na korytarzu to im powiedzcie, żeby też się do niej wzięli, bo mnie nie bardzo chcą słuchać – dodał samorządowiec.
Porównania z męską drużyną przewijały się później jeszcze wielokrotnie.
– To nie przypadek, że nie chodzę na mecze piłkarzy. Po prostu czasami nie mogę patrzeć na to, co wyprawiają na boisku, zwłaszcza że wiem, że ci ludzie potrafią grać w piłkę, a klub zapewnia im znakomite warunki – podkreślał prezydent Krupa.
Dla menedżera sekcji Roberta Góralczyka był to więc poranek wybitnie słodko-gorzki…
Katowiczanki w nagrodę zagrają też w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzyń.
– Chciałybyśmy trafić na jak najmocniejsze rywalki, a w koszyku z rywalkami będą takie właśnie zespoły. Na liście są na przykład Roma i Ajax Amsterdam, fajnie byłoby się zmierzyć z takimi firmami – przyznała trenerka Karolina Koch.

 

GKS Katowice: Duże zmiany na Bukowej. Odejdzie nie tylko prezes Marek Szczerbowski
Prezes Marek Szczerbowski złożył w poniedziałek wniosek o dymisję z dniem 26 sierpnia. Nie będzie to jednak jedyne pożegnanie w GKS Katowice.
Marek Szczerbowski przestanie pełnić funkcję prezesa GKS Katowice 26 sierpnia. W dniu, w którym miną dokładnie 4 lata od objęcia tej funkcji. Wniosek o odwołanie został właśnie złożony w Radzie Nadzorczej. W miniony piątek zapowiedział już jednak, że wszystkie kluczowe kwestie związane z zarządzaniem klubem z Bukowej oddaje w ręce wiceprezesa Krzysztofa Nowaka, który będzie jego następcą.
Z naszych informacji wynika, że nie będzie to jedyne pożegnanie na Bukowej. Odejdzie także dyrektor sekcji piłki nożnej Robert Góralczyk, którego umowa wygasa z końcem czerwca i nie zostanie przedłużona. Kluczową postacią w pionie sportowym będzie w tej sytuacji Dawid Dubas.
Zespół nadal prowadzić będzie trener Rafał Górak, którego kontrakt jest ważny do czerwca 2024. Zmienić się ma za to cel stawiany przed drużyną piłkarzy: tym razem będzie to nie utrzymanie, a co najmniej udział w barażach o Ekstraklasę.
W gabinetach trwają także negocjacje na temat przedłużenia kontraktów z kluczowymi piłkarzami. Na liście znajduje się m.in. Adrian Błąd.

 

sportdziennik.com – Prezydent uhonorował „ukochane złotka”
Marcin Krupa zapowiedział 300 tysięcy złotych premii dla drużyny piłkarek GKS-u Katowice, które w minioną niedzielę świętowały historyczny tytuł mistrza Polski. Wbił też szpilkę piłkarzom.
Były oficjalne przemówienia i podziękowania, wspólne zdjęcia i rozmowy. Prezydent Katowic, Marcin Krupa, spotkał się wczoraj z drużyną piłkarek GKS-u, które sięgnęły po historyczny tytuł mistrza Polski, na uroczystym śniadaniu w restauracji 27th Floor na 27. piętrze Hotelu Mariott.
– Pięć lat temu awansowałyście do ekstraklasy i wtedy też spotkaliśmy się na 27. piętrze – przypominał prezydent Krupa.
– Naszym życzeniem było wtedy, by jak najszybciej wejść na szczyt. Zrobiłyście to szybciej niż komukolwiek się wydawało. Jestem wam bardzo, bardzo wdzięczny i dziękuję za te emocje, których dostarczyliście katowiczanom oraz wszystkim kibicom, również tym niewywodzącym się z naszego miasta, ale wspierającym GKS.
Marcin Krupa odebrał od piłkarek meczową koszulkę GieKSy, a sam też nie przyszedł na śniadanie z pustymi rękami. Zadeklarował, że miasto nagrodzi je za ten sukces 300 tysiącami złotych premii.
– Z tego, co słyszałem, taką dał PZPN. My nie możemy być gorsi i dokładamy drugie tyle – oznajmił prezydent Katowic. Klub promuje ten sukces sympatycznym hasłem „Ukochane”, nawiązującym do nazwiska trenerki Karoliny Koch. Marcin Krupa jeszcze je rozszerzył.
– Jesteście dla nas ukochane złotka, parafrazując to, co kiedyś mówił legendarny trener reprezentacji siatkarek, Andrzej Niemczyk. Serce bardzo się raduje. Wiecie, jak bardzo zależy mi, by sport w naszym mieście się rozwijał. Do tego potrzebni są tacy ludzie jak wy. Stanowicie wzór do naśladowania dla dzieciaków, by garnęli się do różnych dyscyplin i widzieli światełko w tunelu: że jeśli będą ciężko pracowali, mogą sięgać po najwyższe trofea, jak wy w ostatni weekend, przysparzając nam radości – podkreślał prezydent Katowic, czyli większościowego udziałowca wielosekcyjnej GieKSy.
Sekcja piłki nożnej kobiet powstała w Katowicach w 2015 roku. Choć trudno to porównywać i przystawiać zbliżoną miarę, można łatwo policzyć, że paniom wystarczyło do historycznych sukcesów nieporównywalnie mniej czasu niż panom, którzy nigdy nie zdobyli tytułu, a od 2005 roku nie ma ich najwyższej lidze. Marcin Krupa wbił piłkarzom szpilkę.
– Przynajmniej wy w tej futbolowej części piłkarskiego GKS-u macie po prostu jaja – zwrócił się do piłkarek.
– Faceci… Wstyd mi jako facetowi, że oni nie potrafią tego zrobić od wielu lat, a nawet awansować do ekstraklasy, mając ku temu takie warunki, jakie niejeden klub chciałby mieć. Wy miałyście o wiele gorszy start, a dałyście radę, bo walka jest najważniejsza. Kawał dobrej roboty, jesteśmy dumni. Mijając się między szatniami, pokażcie czasem facetom to trofeum i poproście, by wzięli się do roboty. Może was posłuchają, bo mnie nie bardzo chcą… – nie gryzł się w język prezydent Katowic.
Trener Karolina Koch też nawiązała do sekcji piłkarskiej, kolegów po fachu, ale w zupełnie innym tonie.
– Dziękuję dyrektorowi Góralczykowi i trenerowi Górakowi. To ludzie, od których bardzo dużo mogłam czerpać. Męska a kobieca piłka to lata świetlne. Możemy tylko dążyć do takiego profesjonalizmu. Dzięki takim osobom w klubie jest za mną wiele merytorycznych rozmów, wsparcia na poziomie trenerskim, zasianych w mojej głowie myśli skłaniających do refleksji. Mam nadzieję, że jeszcze wiele fajnych projektów i ambitnych celów przed nami, które sobie wyznaczymy, budując kobiecą piłkę w Katowicach – podkreślała trenerka GieKSy, która złoty medal zapewniła sobie dzięki niedzielnej wygranej 3:1 w Koninie z Medykiem.
– Dziękuję pani trener za olbrzymi wkład w drużynę, za serce. Zawsze musi być ktoś, kto będzie ten okręt prowadził – mówił prezydent Krupa.
Koch: – Jestem bardzo dumna z tej drużyny, chcę podziękować zarządowi, pracownikom, zawodniczkom, sztabowi, za wytrwałość, zaangażowanie, dobrą pracę, wielką wolę walki. Za to, że musieli mnie znosić. Trzymałyśmy się przez cały sezon wyznaczonego kierunku, choć nie brakowało trudnych momentów. Dla większości ludzi w Polsce to coś niemożliwego, że GKS zdobył mistrzowski tytuł. Ale ja wiedziałam, że stać nas na wiele. Tworzymy historię GKS-u. To niewiarygodne, co zrobiliśmy przez 5 lat od awansu do ekstraklasy. Zrobiliśmy wiele w Katowicach dla popularyzacji kobiecej piłki. Podziękowania dla kibiców za wsparcie i to, jak nas powitali po powrocie z Konina.
W śniadaniu uczestniczył zarząd GKS-u, prezes Marek Szczerbowski i wiceprezes Krzysztof Nowak, a także dyrektor Robert Góralczyk. Szczerbowskiego i Góralczyka wkrótce może już przy Bukowej nie być…
– Cieszę się z dobrej atmosfery w klubie – przekonywał mimo to prezydent.
– Podziękowania dla prezesa Szczerbowskiego, który od kilku lat prowadzi klub i wiele rzeczy udało się w tym okresie naprawić. Będziemy to kontynuowali, by GKS był marką z prawdziwego zdarzenia. Dziękuję prezesowi Nowakowi, który jest z nami od niedawna, ale wykonał już wiele pracy, oraz radzie nadzorczej za roztropne decyzje. Budujemy nowy stadion miejski, będą zupełnie inne warunki i zupełnie inna jakość uprawiania sportu – dodawał Marcin Krupa, życząc odpoczynku, zebrania sił i – wzorem hokeistów – obrony mistrzowskiego tytułu. A wcześniej coś, o czym kibice w Katowicach mogli tylko marzyć, czyli walka w eliminacjach Champions League.
– Dumnie będziemy reprezentować GKS i miasto w Lidze Mistrzyń. Dziękujemy wszystkim, którzy tworzą GKS Katowice, prezesowi, wiceprezesowi, pracownikom marketingu i panu prezydentowi. Czuliśmy wsparcie, mogłyśmy się rozwijać, dążyć do swoich celów – powiedziała kapitan zespołu, Marlena Hajduk.

 

Rezygnacja w trosce o stan ducha
Było poważnie, było śmiesznie i autoironicznie, ale też niemal… irracjonalnie, gdy na zakończenie z futerału wyjęta została trąbka. Podczas brawurowego wykładu na katowickiej AWF Marek Szczerbowski zapowiedział koniec 4-letniej prezesury w GKS-ie Katowice.
Marek Szczerbowski składa wniosek o rozwiązanie za porozumieniem stron umowy z GieKSą i zakończenia swojej prezesury w wielosekcyjnym klubie z Bukowej. Zapowiedział to w piątkowe przedpołudnie podczas wykładu w auli im. Lechosława Deca na katowickiej AWF.
– Umówiliśmy się z prezydentem Marcinem Krupą cztery lata temu, że jeśli zechcę z GKS-u odejść, mam zasygnalizować tę prośbę. Kilka miesięcy temu ustaliliśmy zasady – mówił Szczerbowski, informując, że chce, by oficjalny koniec jego kadencji przypadł na 26 sierpnia – bo właśnie 26 sierpnia 2019 roku ją zaczynał.
Pytany o powody swojej decyzji, odpowiadał: – GKS Katowice rozrósł się do potężnej organizacji – dzięki zaangażowaniu władz miasta, zarówno operacyjnemu, finansowemu, jak i budowie nowego stadionu. GKS czeka wiele nowych wyzwań, one wymagają nowych decyzji, nowych działań, nowej odpowiedzialności. Boję się, że stan ducha, który mam dziś bardzo dobry, może w znacznym stopniu się pogorszyć. To jedyna przyczyna. Ja po prostu potrzebuję spokoju. Sukcesy sportowców są wielkie i nisko im się kłaniam, mam szacunek też do kibiców, o których zachowaniu można obecnie powiedzieć, że jest albo wzorowe, albo zbliżone do wzorowego. Kolejne wyzwania będą trudne, energii mogłoby mi zabraknąć.
Potem staję się marudny, nieprzyjemny, tego nie chcę. Wiem, że w GKS-ie nie da się nie pracować. Trzeba tam być od 8 do 16 godzin dziennie, słuchać, co mówią inni, ograniczyć albo wykluczyć środki zmieniające nastrój, być uważnym, nie kłamać. To ciężka praca. Wiem, że byłbym w stanie te warunki spełnić, ale nie wiem, jak reagowałby na to mój organizm. Życzę klubowi wszystkiego najlepszego – tłumaczył ustępujący prezes GieKSy.
Jego wykład na katowickiej AWF był brawurowy, niecodzienny, w świecie piłki niespotykany. Na widowni zasiadło kilkadziesiąt osób, na czele z wiceprezydentem miasta Waldemarem Bojarunem czy prezesem PZHL Mirosławem Minkiną. Swojego szefa słuchali piłkarze GieKSy, będący tuż przed wyjazdem do Chojnic na ostatni mecz sezonu, trenerzy, działacze, zawodnicy innych sekcji, jak hokeista Grzegorz Pasiut czy siatkarz Jakub Jarosz. Wydarzenie transmitowano też w internecie, Marek Szczerbowski często mówiąc o kimś wyrażał nadzieję, że „nie ma go z nami, ale może ogląda transmisję”. Mając w tle trofea zdobyte przez klub za jego kadencji – dwa mistrzostwa oraz superpuchar hokeistów, mistrzostwo piłkarek – na rzutniku zaprezentował około 200 slajdów, podsumowując i wspominając swoją kadencję, długo opisując trudne relacje z kibicami, którzy jesienią ub. roku bojkotowali GieKSę w geście protestów przeciw jego rządom, nie chodząc na domowe mecze.
– Zaczynając pracę w GKS-ie otrzymałem informację, że wpływy z sektora gości mają trafiać do kibiców. Zapytałem, z jakiego powodu. Odpowiedzi nie dostałem, ale przekazano mi, że jeśli tego nie zrobię, to będę miał jakieś kłopoty. Może je mam, może nie mam. Dla mnie byłoby to niezgodne ze sztuką zarządzania spółką – mówił Szczerbowski, sporo czasu poświęcając na ubiegłoroczną zadymę podczas meczu z Widzewem, która okazała się przełomem. Przyznawał, że około 100 razy oglądał fragment kibicowskiego wideobloga, na którym redaktor strony gieksa.pl zarzuca mu, że – spłycając – „wychodził” zamknięcie stadionu na dodatkowe dwa mecze u wojewody. Ten fragment na wykładzie został zaprezentowany kilkukrotnie.
– Bezpieczeństwo było potężnym problemem w GKS-ie Katowice. Wiele rzeczy dzieje się w kuluarach – przekonywał Marek Szczerbowski i oznajmiał, że o jego prezesurze przy Bukowej ma powstać „bardzo poważna publikacja”.
Zwracał uwagę, że „dzięki wypowiedzeniu niekorzystnej dla klubu umowy dotyczącej używania znaku towarowego, dziś znak jest w GKS-ie i dzięki temu realizowane mogły być zadania związane z uruchomieniem sklepu internetowego”. Nawiązywał do niedawnych derbów z Ruchem Chorzów.
– Puściłem informację, że jeśli będzie spokojnie – to odejdę. W ten sposób starałem się zadbać o bezpieczeństwo. To był świetny mecz, dziękuję kibicom za zachowanie – podkreślał Marek Szczerbowski.
Długo prezentował różne komentarze, wpisy kibiców, założoną przez nich i uderzającą w niego stronę „szczerboffski”. – Mam zewidencjonowanych kilkaset komunikatów od przedstawicieli kibiców, próbujących wpływać na moje decyzje. Kilkaset! A wiedzieli, że na mnie to nie działa. Jeśli ktoś nie umie tego dźwignąć, to kupuje spokój – mówił prezes GieKSy. Pokazywał zdjęcia swojego auta z urwanym lusterkiem i naklejką z jego przekreśloną podobizną. Prezentował je też na drzwiach swojego mieszkania. Wspominał, gdy usłyszał „szykujemy dla prezesa wózek inwalidzki”.
– To był trudny moment, moja córka to przeżywała – zawieszał głos. Puścił film z „Jantoru”, na którym atakuje go kibic.
– Nie pokazuję tego jako odwet, tylko zjawisko. Czy z powodu braku „Gieksika” (klubowej maskotki – dop. red.) i marketingu mogą dziać się takie rzeczy? – pytał retorycznie.
Na jednym ze slajdów umieścił cytat: „Jeśli szukasz silnych wrażeń i dreszczu emocji, przygotuj się na depresję”.

 

SIATKÓWKA
siatka.org – Nowi trenerzy w sztabie szkoleniowym GKS-u Katowice

Po zakończeniu sezonu 2022/23 PlusLigi zapadły pierwsze decyzje dotyczące kształtu kadry zespołu na kolejną ligową kampanię. Przypominamy, że umowę z Klubem do końca sezonu 2023/2024 przedłużył pierwszy trener zespołu Grzegorz Słaby. Ponadto po sezonie 2022/2023 sztab trenerski GKS-u opuścił drugi trener zespołu Damian Musiak. W sztabie trenerskim GKS-u na sezon 2023/2024 pozostaną trener przygotowania motorycznego Piotr Karlik i fizjoterapeuta Tomasz Szpunar. Dla trenera Karlika będzie to piąty z rzędu sezon pracy w GKS-ie Katowice, a dla Szpunara drugi z rzędu.

Nowym drugim trenerem siatkarskiego zespołu GKS-u Katowice został Emil Siewiorek, były siatkarz, który w swojej karierze trenerskiej w latach 2015-2021 pracował w MKS-ie Będzin w roli zarówno drugiego, jak i pierwszego trenera drużyny. Do sztabu dołączył także statystyk Maciej Barczyński, który przez ostatnie trzy sezony pracował w Cuprum Lubin, a wcześniej był trenerem w młodzieżowych i seniorskich drużynach kobiecego WTS-u Solna Wieliczka.

– Wybór tych osób był nieprzypadkowy. Emil Siewiorek to uznany i ceniony w regionie szkoleniowiec, który chciał powrócić do pracy na najwyższym poziomie rozgrywkowym i skorzystaliśmy z tej okazji. Z kolei Maciej Barczyński to statystyk, o którego pracy usłyszeliśmy same pozytywne opinie. Zależało nam, aby poszerzyć i wzmocnić skład sztabu szkoleniowego, bo przed nami bardzo wyjątkowy sezon, z niespotykaną intensywnością rozgrywania spotkań. Jestem przekonany, że ten sztab przygotuje drużynę jak najlepiej do rozgrywek 2023/2024 – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.

Jakub Jarosz przedłużył umowę z GKS-em
Były atakujący reprezentacji Polski, Jakub Jarosz pozostanie w GKS-ie Katowice. Klub poinformował o jego przedłużonej umowie. Dla śląskiego zespołu Jarosz w ubiegłym sezonie był kluczową postacią.
Barwy GKS-u Katowice w sezonie 2023/2024 PlusLigi reprezentował będzie Jakub Jarosz, który tym samym rozegra piąty sezon z rzędu w naszym klubie. Wielokrotny reprezentant Polski, złoty medalista mistrzostw Europy i Ligi Światowej, a także uczestnik siatkarskiego turnieju olimpijskiego z 2012 roku dołączył do składu siatkarskiej GieKSy w 2019 roku i od tego czasu nieprzerwanie pełni zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Znakomite występy Jarosza docenili kibice GKS-u Katowice, którzy trzy razy z rzedu wybierali go siatkarzem roku w plebiscycie Złote Buki. W minionym sezonie PlusLigi Jarosz rozegrał 27 spotkań, zdobywając z nich łącznie 330 punktów, w tym 25 zagrywką i 16 blokiem. Szczególnie imponująca w jego wykonaniu była pierwsza połowa sezonu 2023/2024. Postawa Jakuba Jarosza pozwoliła mu na zdobycie aż 5 nagród MVP w ostatniej ligowej kampanii.
– Cieszymy się, że Jakub zostaje z nami. Przed cztery sezony udowodnił, że zasługuje na miano prawdziwego GieKSiarza. Jego postawa wielokrotnie decydowała o losach naszych spotkań, również w poprzednim sezonie. Głęboko wierzymy, że tak samo będzie w kolejnym – ocenił Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
Jarosz jest drugim po Jakubie Szymańskim zawodnikiem, który pozostał w GKS-ie. Drużynę w najbliższym sezonie będzie też prowadził Grzegorz Słaby.

HOKEJ

hokej.net – TAURON zostanie sponsorem Polskiej Hokej Ligi?

Szefostwo Polskiego Związku Hokeja na Lodzie szuka partnerów biznesowych, którzy wsparliby ligę i reprezentację Polski. Jak udało nam się ustalić, związek prowadzi rozmowy ze spółką TAURON, która do tej pory wspierała dwa polskie kluby.

O tym, że PZHL rozmawia z potencjalnymi sponsorami, którzy mieliby pomóc polskiemu hokejowi w rozwoju, Mirosław Minkina wspomniał już podczas konferencji prasowej w Polskim Komitecie Olimpijskim.

– Prowadzimy szereg rozmów dotyczących sponsoringu wszystkich reprezentacji oraz Polskiej Hokej Ligi. Cały czas zabiegamy również o więcej hokeja w telewizji i budowę kolejnych lodowisk – zaznaczył Mirosław Minkina.

W przypadku reprezentacji Polski głośno mówi się o koncernie Orlen, który wspierał naszą kadrę już podczas przygotowań do Mistrzostw Świata Dywizji IA oraz całego turnieju w Nottingham. Umowa miałaby być przedłużona, ale na nieco lepszych warunkach. Dystrybutor energii elektrycznej był w poprzednim sezonie sponsorem tytularnym dwóch polskich klubów: oświęcimskiej Unii i nowotarskiego Podhala.
Na razie szefostwo koncernu energetycznego nie przedłużyło umów z obiema drużynami. Nasi informatorzy odbierają to jako czytelny sygnał. Wskazują też, że umowa z PHL miałaby być korzystniejsza dla całej spółki.

 

Smal zostaje w GieKSie. Na dwa lata!

Igor Smal pozostanie zawodnikiem GKS-u Katowice. 22-letni napastnik przedłużył swój kontrakt o kolejne dwa lata.

Smal trafił do GieKSy przed sezonem 2021/2022. Z ekipą z alei Korfantego zdobył dwa tytuły mistrzowskie, imponując zaangażowaniem i ambicją.Rozegrał łącznie 107 ligowych spotkań, w których zgromadził 9 punktów za 3 gole i 6 asyst. Na ławce kar spędził 82 minuty.

Warto jednak zaznaczyć, że trener Jacek Płachta ustawiał go w niższych formacjach, które miały głównie defensywne zadania.

– Siła GKS-u w ostatnich sezonach wynikała nie tylko z doskonałych osiągnięć indywidualnych liderów zespołu, ale także z zaangażowania i poświęcenia wszystkich członków drużyny. Mimo, że Igor jest stosunkowo młodym graczem to już stanowił ważne i przydatne ogniwo GKS-u. Co ważne, w jego grze wciąż obserwujemy postępy. Dlatego zdecydowaliśmy się na przedłużenie umowy na kolejny sezony – wyjaśnił Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GKS-u Katowice.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Sierp i młot

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

O ile w drugiej rundzie przyszło nam się zmierzyć z geograficznym sąsiadem, to teraz trafiamy na rywala terytorialnie mocno egzotycznego. Choćby dlatego, że Izrael jest krajem azjatyckim, położonym na Bliskim Wschodzie. Katowiczanie będą więc mierzyli się z zespołem z innego kontynentu, z kraju targanego kontrowersjami i polityką, którego również historia piłkarska jest nierozerwalnie związana z zawirowaniami tej części świata.

Izrael był członkiem Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku. W 1964 drużyna narodowa sięgnęła nawet po Puchar Azji, kiedy to na swoich boiskach w czterozespołowym turnieju – format grupy i trzy mecze – pokonała Indie, Koreę Południową i Hong Kong. W 1970 roku Izrael awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku, gdzie przegrał z Urugwajem, ale za to zremisował ze Szwecją i Włochami. Drużyna spod znaku Gwiazdy Dawida była jedynym przedstawicielem Azji na tym Mundialu.

Narastały jednak napięcia na kontynencie. Uczestnictwo Izraela w azjatyckiej piłce nie było w smak innym państwom, głównie arabskim i muzułmańskim. Inne kraje bojkotowały rywalizację z Izraelem i mecze po prostu się nie odbywały. Na początku lat 70. otwarcie domagano się wykluczenia Izraela ze struktur azjatyckich. W końcu pod wpływek nacisków w 1974 formalnie wykluczono ten kraj ze struktur kontynentalnej federacji.

Izrael musiał szukać piłkarskiego miejsca dla siebie, choć tak naprawdę już wcześniej zdarzało mu się grać choć w eliminacjach strefy UEFA. W każdym razie już wkrótce grywali raz to w Europie, a na dłuższy czas zagościli w Oceanii. Było to o tyle problematyczne, że rywalizując z Australią i Nową Zelandią mogli co prawda jeszcze wygrywać, ale w barażu interkontynentalnym, a taki grali z Kolumbią, musieli uznać – choć minimalnie – wyższość rywala.

W związku z tymi niekomfortowymi okolicznościami, Izrael starał się o przyjęcie do UEFA i w 1994 roku stał się pełnoprawnym członkiem europejskiej federacji. Izrael od tamtego czasu jest więc od egidą UEFA, ale protesty istnieją nadal, trzy lata temu w związku z zaognieniem konfliktu w Strefie Gazy, dwanaście federacji piłkarskich wystosowało do FIFA oficjalne pisma o wykluczenie Izraelu z rozgrywek piłkarskich, jednak światowa federacja umywała ręce i permanentnie „bada sprawę”.

Kluby w UEFA swoje mecze natomiast zaczęły grać już od 1992. Choć to też nie do końca jest prawda, bo w latach 1976-1994 zespoły z Izraela występowały w Pucharze Intertoto, pamiętnym tzw. Pucharze Lata, który w swoim logu miał znane miłośnikom bukmacherki „1X2”. Drużyny z Bliskiego Wschodu mierzyły się choćby z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków. W bardziej „poważnych rozgrywkach” izraelskie kluby zaczęły grać w 1992 i występują tam do dziś. Maccabi Tel Awiw, Hapoel Tel Awiw i Maccabi Hajfa potrafiły grać w Lidze Mistrzów, z czego ten ostatni klub trzykrotnie.

Samo to pokazuje, że zespoły z Izraela mają na polu Champions Leauge większe sukcesy niż polskie. Ale nawet patrząc na bezpośrednie potyczki w XXI wieku to Izraelczycy byli minimalnie lepsi. Legia Warszawa grała w Lidze Europy z Hapoelem Tel Awiw i wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe poległa 0:2. Śląsk Wrocław po wygranej 2:1 u siebie, w Petach Tikwie z Hapoelem Beer Szewa poniósł klęskę 0:4. W końcu rok temu Raków przy Limanowskiego uległ 0:1 Maccabi Hajfa, by na Węgrzech odrobić stratę i wygrać 2:0.

W obecnym sezonie Hapoel Beer Szewa nadal jest w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, gdzie po wygranej z Vikingurem zmierzy się z Crveną Zvezdą. W Lidze Europy Maccabi Tel Awiw wygrał 1:0 i aż 5:0 z Sheriffem Tiraspol i zagra dalej z CSKA Sofia. No i w Lidze Konferencji Beitar Jerozolima wygrał na wyjeździe 1:0 z AEK Larnaka, u siebie przegrał 2:3, ale awansował po karnych i w kolejnej rundzie zmierzy się z Austrią Wiedeń. Hapoel Tel Awiw – jak wiemy – wyeliminował Łudogorec Razgrad i zagra z GKS Katowice. Samo to zestawienie pokazuje, że na tym poziomie izraelski futbol klubowy jest mocny. Drużyny przeszły swoich rywali i to wcale nie uznawanych za słabeuszy. Spacerkiem więc dla kogokolwiek rywalizacja z drużynami z tego kraju nie jest.

Pamiętajmy przy tym, że powiedzenie samego „Hapoel” czy „Maccabi” nie wystarcza do zidentyfikowania klubu. W poprzednim sezonie Hapoelów w lidze było pięć, a klubów o nazwie Maccabi cztery. To i tak mało, bo w dawniejszych czasach 90 procent drużyn w lidze miało jedną z tych dwóch nazw – które to kluby próbował pogodzić (choć to słowo średnio tu pasuje) Beitar Jerozolima.

Nas oczywiście interesuje Hapoel Tel Awiw. Hapoel, czyli „robotnik”, co wywodzi się z tradycji, socjalistycznej tradycji wielu tego typu klubów. W czerwonym herbie zresztą ma on zawarty sierp i młot, jest także sylwetka właśnie robotnika, rodem wyjętego z piosenki „Wstawaj” polskiego zespołu Proletaryat. Hapoel i jego kibice zresztą nie odżegnują się od tych tradycji, dumnie prezentując symboliczne emblematy. Radykalne grupy kibicowskie otwarcie manifestują swoje skrajnie lewicowe poglądy. Wprost na swoich oprawach umieszczali wizerunki komunistycznych ikon jak Karol Marks czy Che Guevarra.

Klub został założony po raz pierwszy w 1923 roku, ale potem był rozwiązywany i ponownie zakładany. Należał do większej organizacji zwanej Hapoel, czyli jakoby związku sportowego, który z kolei wchodził w ramy Histadrutu, czyli związku zawodowego powstałego dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Po powstaniu niepodległego państwa w 1948 organizacja ta ze swoim socjalistycznym zacięciem stała się największym związkiem zawodowym w Izraelu. Zresztą w latach przedwojennych kluby pod egidą Maccabi czy Hapoel funkcjonowały także w Polsce.

W 1928 roku Hapoel Tel Awiw zdobył Puchar Palestyny, choć po proteście rywali z Maccabi Hasmonean Jerozolima dotyczącym gry nieuprawnionego zawodnika, trofeum zostało podzielone pomiędzy te dwa kluby. W 1934 roku zespół zdobył dublet wygrywając ligę i puchar, a w lidze wygrał wszystkie 14 meczów. Z racji nieistniejącego jeszcze wówczas niepodległego państwa, rozgrywki były prowadzone w tamach Brytyjskiego Mandatu Palestyny – gdzie już wtedy o wpływy walczyli Żydzi i Arabowie, którzy chcieli zdominować terytorium i utworzyć swoje państwo.

Napięta sytuacja powodowała, że Hapoel w sezonach 1934/35 i 1938/39 mimo prowadzenia w lidze nie zostawał mistrzem, ponieważ rozgrywki były przerywane. W pierwszym przypadku przerwa nastąpiła poprzez nieporozumienia na linii Hapoel (związek) i Maccabi World Union, czyli żydowską organizację sportową zrzeszającą członków z całego świata. Maccabi organizowało wówczas swoje „igrzyska” i weszło to w paradę z ligą. Były też poza tym spory polityczne i walka o władzę oraz pieniądze. W sezonie 1938/39 grano najpierw w 1938, jednak nasiliły się działania Wielkiego Powstania Arabskiego, w którym palestyńscy Arabowie sprzeciwiali się brytyjskim wpływom i masowej imigracji Żydów, więc doszło do reorganizacji rozgrywek. Postanowiono stworzyć ligę Tel Awiwu i tam Hapoel potwierdził swoją wyższość. Przez wiele lat uznawano te tytuły za nieobowiązujące z racji przerwania sezonu. Wkrótce jednak Izraelski Związek Piłki Nożnej uznał mistrzostwa Hapoelu, natomiast FIFA i UEFA w swoich statystykach często ich nie ujmują.

W latach 40. były kolejne tytuły, choć też w „dziwnych” przeorganizowanych rozgrywkach. Raz były to „mistrzostwa” drużyn z Hapoelu, innym razem znów rozgrywki były zbojkotowane przez kolejną organizację – Beitar – prawicowy ruch młodych rewizjonistów syjonistycznych. W 1944 Hapoel prowadził w finale pucharu z Hapoel Petach Tikva 1:0, ale mecz został przerwany w 89. minucie, gdyż jeden z piłkarzy rywali, który został wyrzucony z boiska przez sędziego, nie chciał opuścić placu gry.

W 1948 powstało państwo Izrael i sytuacja się unormowała. Hapoel nie musiał już rywalizować – tak jak wcześniej – z zespołami typu Palestinian Police Forces, czyli palestyńskie siły policyjne. Od tamtego czasu Hapoel Tel Awiw zdobył osiem mistrzostw oraz dziesięć Pucharów Izraela. W 1967 klub zdobył klubowy Puchar Azji pokonując w finale malezyjski Selangor i jest to jego największy sukces w historii. Dwa lata później dotarli do finału kontynentalnego pucharu, lecz tam ulegli irańskiemu Taj Teheran 1:2 – w tamtych czasach Izrael i Iran utrzymywały jeszcze stosunki dyplomatyczne. Co ciekawe w 1988 roku Hapoel zdobył mistrzostwo, by rok później po raz pierwszy w historii spaść do drugiej ligi, jednak banicja trwała tylko rok.

Prawdziwy kryzys nadszedł dla klubu w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2015 roku właścicielem klubu stał się Amir Kabiri, biznesmen i kolekcjoner sztuki, który chciał odbudować Hapoel. Poprzedni właściciele pozostawili jednak po sobie masę ukrytych długów i pod koniec 2016 roku dług ten osiągnął niemal 100 milionów szekli, które stanowiło równowartość 26 milionów dolarów. Hapoel zwrócił się do sądu z wnioskiem o upadłość i ustanowienie zarządcy, który zajmie się spłatą. W lidze automatycznie odjęto Hapoelowi dziewięć punktów.

Kabiri mówił wówczas, że poświęcił całe swoje życie Hapoelowi i zainwestował niemal wszystkie swoje pieniądze – sumując – 19 milionów dolarów. Stwierdził, że to bardzo trudna decyzja, ale postawienie klubu w stan upadłości i utrata swojego wpływu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.

Władze izraelskiej ekstraklasy zdecydowały się na przekazanie równowartości 315 tysięcy dolarów na pokrycie bieżących wypłat w klubie i umożliwienie Hapoelowi dalszej gry. Nie uchroniło to jednak zespołu z Tel Awiu przed spadkiem. Po rundzie zasadniczej zespół zajmował ostatnie miejsce – gdyby nie odjęte punkty – byłby piąty od końca. W grupie spadkowej Hapoel walczył dzielnie, trzy razy wygrywając i trzykrotnie remisując, ale nadal nie wystarczyło to do utrzymania. Zabrakło trzech punktów. Znów jednak absencja trwała tylko rok. Hapoel zdominował drugą ligę i w cuglach awansował z powrotem.

W 2023 roku Hapoel przejęła amerykańska grupa Mintzberg, mająca też na koncie inwestycję w angielski Plymouth Argyle. Pojawiły się mocarstwowe plany powrotu Hapoelu na czołowe miejsca i przede wszystkim do europejskich pucharów. Wszystko poszło jednak źle. Dość powiedzieć, że klub prowadziło w sezonie czterech szkoleniowców. Swoje dołożyła też kolejna wojna z Hamasem, która wybuchła w październiku, a więc w trakcie trwania sezonu. Rozgrywki zawieszono, a zagraniczni zawodnicy bali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do gry Hapoel stracił rytm i notował m.in. serię dziesięciu meczów bez zwycięstwa, a w prestiżowych derbach z Maccabi Tel Awiw przegrał aż 0:5. W grupie spadkowej zespół zanotował bilans 1-1-4 i po raz trzeci w historii spadł z ligi. Między dwoma ostatnimi spadkami drużyna była zespołem środka tabeli, zajmując miejsca w sezonie zasadniczym: 8, 5, 12, 6, 11, 11. Dla porównania w czasach przed kryzysem, czyli np. w sezonach 08/09 – 11/12, czterokrotnie z rzędy klub był wicemistrzem Izraela.

W każdym razie i teraz absencja potrwała zaledwie rok, zespół z przytupem awansował z powrotem. Nawiązując jeszcze do nazw – 12 z 16 zespołów tego sezonu drugoligowego nazywały się Hapoel.

W poprzednim sezonie, jako beniaminek, Hapoel Tel Awiw zakwalifikował się do europejskich pucharów po raz pierwszy od 12 lat. W sezonie zasadniczym zajęli czwarte miejsce z bilansem 15-6-5 (bramki: 46-26). W grupie mistrzowskiej zanotowali bilans 3-2-5 (bramki: 9-9), co wystarczyło do bezproblemowego utrzymania czwartego miejsca. Hapoel podobnie jak GKS Katowice skorzystał z tego, że drużyna z czołowych miejsc, czyli 1-3, zdobyła krajowy puchar, dzięki czemu jedno miejsce więcej w lidze dało przepustkę do eliminacji Ligi Konferencji.

W trakcie sezonu Hapoel został ukarany walkowerem i odjęto mu dwa punkty za zamieszki podczas derbów z Maccabi. W obecności 30 tysięcy widzów na Bloomfield Stadium kibice jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego odpalili i rzucili na boisko duże (około czterdzieści) ilości rac, świec dymnych i innych środków pirotechnicznych. Policja zwracała uwagę jednak, że nie tylko chodziło o rzucone rekwizyty na boisko, tylko o całą otoczkę meczu i to, co się działo w mieście w tym dniu.

„Zakłócanie porządku publicznego, zamieszki, rzucanie przedmiotami, granaty dymne, fajerwerki, ranni funkcjonariusze policji oraz uszkodzenia infrastruktury stadionowej – to nie jest mecz piłkarski, lecz poważne zakłócenie porządku publicznego i akt przemocy. W związku z zamieszkami i zagrożeniem życia ludzkiego przed zaplanowanym meczem piłkarskim na stadionie Bloomfield, Policja Izraela poinformowała drużyny, zarządy klubów oraz sędziów, że podjęła decyzję o niedopuszczeniu do rozegrania tego spotkania” – cytując za Jerusalem Post napisała w swoim oświadczeniu policja.

Decyzja ta nie uspokoiła sytuacji, sfrustrowani kibice również wychodząc ze stadionem i poza nim uczestniczyli w starciach. Trzydzieści osób zostało rannych, ośmioro z nich hospitalizowano. Stanowisko zabrały władze klubu:

„Izraelska policja podjęła jednostronną decyzję o odwołaniu meczu. Atmosfera była niesamowita – świetna oprawa wizualna, rodziny, 30 tysięcy ludzi. To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy na meczu piłkarskim pojawiają się race i granaty dymne. Po prostu nie rozumiem, jak od tego przeszliśmy do odwołania spotkania. To dla mnie niepojęte. Sport powinien być wartością nadrzędną. Serce mi pęka, że tylu ludzi wraca do domu z niczym na podstawie jednostronnej decyzji. Nikt niczego nie wyjaśnił, nikt nic nie powiedział – po prostu odwołali mecz, zanim piłkarze w ogóle wyszli na boisko” – mówił jeden z działaczy.

Zarzucono również, że policja miała już wcześniej swoje konkretne nastawienie do tego meczu.

„Z wstępnych dyskusji przed meczem wynikało, że policja przygotowywała się do wojny, a nie do wydarzenia sportowego. Szokujące wydarzenia przed stadionem oraz pochopna i skandaliczna decyzja o nieodbyciu meczu dowodzą jedynie tego, że izraelska policja przejęła kontrolę nad sportem”.

Konflikt z policją miał w tym temacie nie tylko klub, ale całe władze ligi. Zarzucali oni policji upokarzające traktowanie i brak chęci do rozmowy.

„Kiedy prosiliśmy o wyjaśnienia na bieżąco, spotkaliśmy się z poniżającym i upokarzającym traktowaniem, bez jakiegokolwiek dialogu – z takim samym traktowaniem zresztą mierzyli się przedstawiciele Związku Piłki Nożnej oraz władz ligi, którzy również próbowali cofnąć tę absurdalną decyzję. Kiedy poproszono komendanta okręgowego, Haima Sargrofa, o rozmowę z prezesem ligi Erezem Halfonem i prezesem Związku Piłki Nożnej Shino Zuaretzem, ten odmówił i oświadczył, że jego decyzja jest ostateczna. Mówił o licznych obrażeniach spowodowanych pirotechniką, ale w rzeczywistości większość poszkodowanych w tym incydencie ucierpiała z powodu brutalnej przemocy policji pod koniec meczu – co było bezpośrednim skutkiem skandalicznej decyzji o odwołaniu wydarzenia”.

Policji zarzucano też dużą brutalność, także wobec osób postronnych, w tym dzieci.

„Wszyscy widzieli te wstrząsające nagrania: dzieci tratowane przez konie, policjantów bijących kibiców na oślep. Policja przejęła kontrolę nad sportem, dlatego wzywamy najważniejsze postacie w izraelskim futbolu, aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, by położyć temu kres, inaczej nie będzie już tutaj żadnej piłki nożnej. Rozumie się samo przez się, że zarząd klubu potępia wszelkie formy przemocy i będzie walczył z osobami łamiącymi prawo, nawet jeśli noszą one mundury”.

Wkrótce  sąd miał rozpatrzyć skargi kibiców na przekraczanie przez policję swoich uprawnień – kibice bowiem zaczęli nosić czerwone koszulki z przekreślonymi emblematami policji właśnie, a także Maccabi oraz prawicowym ruchem „Kach” i napisem „Ultras Hapoel against the scum”. „Scum” to po angielsku szumowiny i tak też Hapoel traktuje swoich wrogów. Policja dokonywała upokarzających przeszukań, zakazywała noszenia, a w niektórych przypadkach zakazywała wejścia na stadion. Kibice zarzucali atak na wolność słowa, podając przy tym przykłady, że działania policji nie były w jakikolwiek sposób związane z agresją czy aktami przemocy ze strony kibiców. Ostatecznie sąd uznał za bezprawne zakazywanie przez policję noszenia tych koszulek i wyrażania siebie w taki sposób.

Derby Tel Awiwu to spotkanie szczególne dla obu drużyn. Kluby o nazwie Maccabi reprezentowały raczej klasę średnią i kapitalistów, kibice Hapoelu nazywali ich „szejkami” lub „burżujami”, więc w starciu z klasą robotniczą rywalizacja ta wybiegała daleko poza sportowy charakter. Mecze derbowe traktowane były jako możliwość utarcia nosa bogaczom.

Między oboma klubami dochodziło na boisku i poza nim do różnych historii, które tylko zaogniały sytuację. Felix Halfon zawodnik Hapoelu w latach 90. przeszedł do Maccabi. Ówczesny reprezentant Izraela skusił się na proponowane przez głównego rywala pieniądze, choć sam potem twierdził, że był wypychany z klubu. Uznano go za zdrajcę i przez kilka lat zawodnik żył w dużym napięciu. Swoją drogą próbował przemycić kokainę – złapano go na lotnisku i skazano na 4,5 roku więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł 2 lata wcześniej. Po kilku lata został ranny w strzelaninie w jednym z klubów nocnych.

Najgoręcej było w listopadzie 2014. Eran Zahavi, były zawodnik Hapoelu, który również przeszedł do Maccabi, strzelił w wyjazdowym meczu derbowym bramkę z rzutu karnego na 1:1, po czym wykonał swoją cieszynkę „pistolety” w stronę kibiców Hapoelu. Po dziewięciu minutach jeden z kibiców Hapoelu wbiegł na boisko i zaatakował Zahaviego. Zawodnik Maccabi nie pozostawał bez reakcji i też się odwinął oraz kopnął intruza. Sędzia pokazał mu za to czerwoną kartkę, co wywołało furię wśród piłkarzy gości, którzy wręcz rzucili się na sędziego z pretensjami. Zawodnik schodził z boiska w akompaniamencie nienawiści kibiców, a trudności całej sytuacji nadawało to, że musiał zejść do tunelu za bramką właśnie tam, gdzie siedzieli najzagorzalsi sympatycy Hapoelu i to właśnie z tej trybuny wybiegł kibic-napastnik. Przerwa w grze trwała 12 minut. Sędzia wznowił grę, ale po upływie minuty kolejni kibice wtargnęli na boisko i atakowali rywali z Maccabi, w związku z czym arbiter zakończył mecz. Zweryfikowano go jako wynik 0:0 i nie przyznano żadnej drużynie punktów.

Oba zespoły spotkały się w tym roku kalendarzowym czterokrotnie. Najpierw w krajowym pucharze Maccabi pokonało Hapoel w rzutach karnych, a potem w lidze nastąpił rewanż i w na Bloomfield w sposób spektakularny wygrał Hapoel. Do doliczonego czasu gry utrzymywało się prowadzenie Maccabi, ale w 92. minucie po dośrodkowaniu Xande Silvy piękną główką popisał się Omri Altman. Dwie minuty później w zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki wepchnął Chico. Sędzia odgwizdał spalonego, ale po analizie VAR wskazał na środek boiska wywołując nieprawdopodobną wręcz euforię wśród piłkarzy i kibiców. W grupie mistrzowskiej Maccabi wygrało pierwszy mecz 1:0, w drugim było 1:1 i tu również w końcówce – bo w 87. minucie – Hapoel wyrównał.

Bardzo bogata i obszerna jest historia Hapoelu w europejskich pucharach. Choć klub ten w tym roku wraca na europejską arenę po 12 latach, wcześniej święcił sporo triumfów z wielkimi futbolu na naszym kontynencie. W sezonie 2001/02 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA eliminując po drodze Chelsea (2:0, 1:1) i Parmę (0:0, 2:1), ulegając dopiero Milanowi. Po tych meczach europejska prasa nazwała Hapoel „Czerwonym Dżinem”. W meczu z Chelsea swoje bramki u siebie zdobywali w samej końcówce – w 89. i 94. minucie, podobnie, jak w przytoczonym dreszczowcu z Maccabi. W Pucharze UEFA 2006/07 w fazie grupowej potrafili wygrać z PSG 4:2 i to na Parc de Princes. Wyższość Hapoelu musiały uznawać takie gwiazdy światowego futbolu jak Lampard, Terry, Zola, Şükür, Cannavaro czy Pauleta. W pojedynczych meczach lub dwumeczach Hapoel potrafił wygrywać też z takimi drużynami jak Rangers, Getafe, Lokomotiw Moskwa, HSV, Celtic, Salzburg, Benfica czy Legia.

To właśnie z Legią Warszawa Hapoel spotkał się w fazie grupowej Ligi Europy w sezonie 2011/12. W meczu przy Łazienkowskiej Izraelczycy objęli prowadzenie za sprawą Toto Tamuza, potem na prowadzenie wyprowadzili Wojskowych Daniel Ljuboja i Marcin Komorowski. Wyrównał Maharan Lala, ale w 89. minucie na 3:2 trafił Miroslav Radović i dał Legii zwycięstwo. W rewanżu już się cieszył Hapoel, który wygrał 2:0, a gole zdobyli Salim Tuama i Avihay Yadin. Mimo to Legia zajęła w grupie drugie miejsce, a Hapoel trzecie.

W Hapoelu grało kilku polskich zawodników. Były bramkarz reprezentacji Jarosław Bako rozegrał w tym klubie 85 meczów w latach 1993-96. W tym samym czasie 63 występy zanotował w klubie były wieloletni zawodnik Lecha Poznań Damian Łukasik. Wkrótce do Hapoelu trafił nasz były trener, a obecnie szkoleniowiec Wieczystej – Kazimierz Moskal, który rozegrał w klubie z Tel Awiwu 90 meczów. Jak specyficzna była gra w Izraelu i z jakimi ryzykami się wiązała opowiadał właśnie Moskal, mówiąc, że był świadkiem sytuacji w której jakiś człowiek w mundurze wojskowym otworzył ogień i zaczął strzelać do ludzi siedzących w kawiarni. To był też czas, w którym Sadam Husajn groził użyciem broni chemicznej, więc ludzie w panice kupowali folie do zabezpieczenia okien oraz maski przeciwgazowe. Raz w ciągu tygodnia w Tel Awiwie były trzy zamachy samobójcze w autobusach. Moskal kilkukrotnie zastanawiał się, czy aby bezpieczniej nie byłoby wrócić do Polski.

Na marginesie zaznaczmy też, że w Izraelu grała jednak z legend GKS Katowice, czyli Jerzy Wijas. Zawodnik w barwach Hapoelu Kfar Saba zdobył Puchar Izraela w ćwierćfinale eliminując w dwumeczu m.in. Hapoel Tel Awiw, a w finale grając pełne 120 minut przeciw Shimshon TLV.

Tel Awiw, a właściwie Tel Awiw-Jafa to miasto o populacji 475 tysięcy ludzi. Wchodząca w skład nazwy miasta Jafa, to jednocześnie port i nazwa obecnej dzielnicy miasta, która do 1949 roku stanowiła miasto odrębne. Początkowo Jafa wedle rezolucji ONZ miała wchodzić w skład państwa arabskiego (Tel Awiw w skład państwa żydowskiego), ale Arabowie odrzucili ten pomysł i wywołali wojnę domową. Żydzi zajęli Jafę, a Arabów wygnali. Izrael włączył właśnie Jafę do Tel Awiwu podobnie jak wioski Asz-Szajch Muwannis, Al-Dżammasin i Sumajl, które zostały opuszczone przez Arabów.

W wyniku kolejnej odsłony wojny, czyli od wspomnianego października 2023, UEFA nie dopuściła do rozgrywania oficjalnych rozgrywek międzynarodowych na terenie Izraela. W związku z tym Hapoel nie może grać na swoim stadionie Bloomfield, powstałym w 1962 roku, obecnie niemal 30-tysięcznym obiekcie. Wcześniej Hapoel grał na starym stadionie Basa.

Kibice Hapoelu są skrajnie lewicowi. Ultras Hapoel ’99 to główna grupa ultras tego klubu, która szczyci się swoją postawą antyfaszystowską i antyrasistowską. Ultrasi Hapoelu utrzymują kontakty z innymi europejskimi grupami o podobnych poglądach politycznych, takimi jak kibice niemieckiego Sankt Pauli, którzy z powodu swojego zamiłowania do skrajnej lewicy są chyba najbardziej znani. Jakiś czas temu relacje między ultrasami Hapoelu, a ich ziomkami z St. Pauli doprowadziły do ​​napięć z grupą kibiców Beitaru Jerozolima o nazwie „La Familia” – jedną z najbardziej znanych organizacji skrajnie prawicowych w Izraelu. Obiekt treningowy Hapoelu stał się celem ataku, a władze Izraela uznały podpalenie za celowe. Radykalna frakcja La Familii, określająca się mianem „Strażników Tradycji” zdawała się przyznać do tego czynu za pośrednictwem swojego konta na Instagramie – opublikowano tam nagranie płonącego magazynu sprzętu drużyny młodzieżowej oraz zdjęcie pobliskiego graffiti z napisem: „Holokaust nie był jedynym momentem, w którym was spalono”. Podczas jednego z meczów drugiej ligi niemieckiej pomiędzy St. Pauli a Greuther Fürth, ultrasi z St. Pauli wyrazili poparcie dla swoich izraelskich przyjaciół, prezentując na trybunie południowej transparenty z hasłem: „Solidarity with Hapoel! Fuck Beitar! Fuck Nazis!”.

Nie pozostało bez odpowiedzi. Gdy Beitar mierzył się z Hapoelem w izraelskiej ekstraklasie, La Familia przygotowała transparent z agresywną ripostą: „Drogie St. Pauli, jeśli uważacie się za takich twardzieli, przyjedźcie i stańcie ramię w ramię z UH99 przeciwko nam – pieprzyć Antifę!”.

St. Pauli nie jest jednak jedynym klubem, z którym Hapoel utrzymuje przyjazne stosunki ze względu na upodobania polityczne. Ich ziomkami jest także Omonia Nikozja, którą pamiętamy ze transparentów podczas meczu z Legią mówiącym o tym, że w 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Warszawę, widniały też na stadionie symbole sierpa i młota oraz wizerunek Che Guevarry.

7 października 2023 w wyniku ataków Hamasu pod nazwą „Burza Al-Aksa” zginęli także kibice Hapoelu. Jedną z ofiar był Omer Hermesh – postać doskonale znana wszystkim sympatykom Hapoelu. Na jego grobie złożono, szaliki i inne rekwizyty z emblematami i klubowymi barwami. Podczas pogrzebu Hermesha kibice odśpiewali hymn swojego klubu. W wyniku ataków Hamasu zginęło 30 kibiców klubu, a kolejne osoby zostały uprowadzone i przetrzymywane jako zakładnicy.

Kibice Hapoelu w Izraelu są otwarci na Arabów i mają w swojej społeczności wielu z nich. Mimo ataków ze strony wroga kibice nie zamierzali zmieniać swojego tolerancyjnego – na swój sposób – podejścia. Także i członkowie mniejszości arabskiej brali udział w uroczystościach pogrzebowych. Jak powiedział Hermesh: „Możemy słynąć z ciętego języka, ale nie jesteśmy rasistami!”.

Na oficjalnej stronie Hapoelu jest podstrona – ściana pamięci – gdzie są wyszczególnione zmarłe osoby, ze zdjęciami i krótkimi notkami tychże kibiców Hapoelu.

Po dwumeczu z Łudogorcem kibice są przeszczęśliwy. Powrót po 12 latach do piłkarskiej Europy okazuje się jak na razie bardzo udany. Komentarze nie pozostawiały wątpliwości:

„Przez wiele lat nie mieliśmy tak zaangażowanych graczy”

„Nie ma to jak Hapoel Tel Awiw”

„To wspaniałe – wracamy do starych, dobrych czasów”

„Do boju, Hapoel! Jeśli lecicie na mecz wyjazdowy, pamiętajcie: nie przepadają za nami, a ich ultras to twardzi zawodnicy – ​​uważajcie na siebie”.

„Do wszystkich wybierających się na mecz: uważajcie na polskich nazistów”.

No właśnie. W internecie już pojawiła się narracja o tym, jacy kibice GKS nie są skrajnie prawicowi. I choć oczywiście generalnie polskim kibicom trudno zarzucić lewicowość, to w porównaniu z kibicami niektórych krajów czy regionów świata i Europy, jako naród i kibicowska społeczność jesteśmy skrajnie daleko od… skrajności. Niestety narracja, przekłamana narracja, jest przez niektóre środowiska powielana. W zeszłym roku, gdy Raków grał z Maccabi Hajfa, na trybunach meczu – na Węgrzech zresztą – izraelscy kibice wywiesili transparent o treści „Murderers since 1939”, obarczając Polaków, a nie Niemców, za Holokaust. Chcielibyśmy wierzyć, że podobnych prowokacji unikniemy podczas tego dwumeczu.

Kibice Hapoelu mają alergię na wiele rzeczy – na faszyzm czy rasizm właśnie, na tych, co myślą inaczej niż oni. Mają także alergię na żółty kolor, który powoduje u nich spazmy. Dlatego też rywalizacja – zwłaszcza na Nowej Bukowej – będzie im przypominać ich potyczki z Maccabi Tel Awiw. No i dobrze. Niech mają namiastkę derbów w swoim mieście – bo choć trudno ocenić, jak będzie wyglądał mecz w Miszkolcu – z racji na neutralny teren – to w Katowicach szykuje się kolejne piłkarskie święto. Święto, w którym z racji różnic kulturowych i światopoglądowych – będzie naszej drużynie kibicować cała Polska.


Źródła:

https://pids.pl/analiza/izrael-w-uefa-czyli-geografia-kontra-polityka/#_ftn1
Wikipedia PL
Wikipedia EN
timesofisrael.com
The Jerusalem Post
Ynet News
https://israeldesks.com/
RMF24.pl
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it
www.dw.com/en/october-7-massacre-hapoel-tel-aviv-supporters-mourn-the-death-of-well-known-fan/a-67352658
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it/a-65164429
Zdjęcie:
https://www.timesofisrael.com/
Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Zreľáka i Szkurina brałbym w ciemno

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mimo że wciąż wracamy myślami do czwartkowego zwycięstwa z MŠK Žilina, które odbiło się szerokim echem w mediach sportowych, to naszą uwagę przykuwa już ligowy pojedynek z Radomiakiem. Zarówno my, jak i nasz rywal, otwieraliśmy sezon meczem z beniaminkiem z Krakowa, jednak to Zieloni spisali się lepiej, pokonując u siebie Wieczystą. Teraz z dużymi oczekiwaniami przyjeżdżają do Katowic. Jak dobrze przygotowani są do sezonu? Gdzie szukać ich mocnych i słabych stron? Zapytaliśmy Rafała Jończyka z „Pod Gołębnikiem”.

Cieszę się, że znowu możemy się spotkać przy okazji naszego meczu w Ekstraklasie, choć w sytuacji, gdy niemal pół ligi było zagrożone spadkiem, także i Radomiak długo nie mógł być pewny utrzymania. Jak wspominasz ubiegły sezon, a szczególnie jego końcówkę?
Cały ubiegły sezon był dla nas niczym rollercoaster. Dużo się działo, niekoniecznie dobrych rzeczy, zwłaszcza w rundzie wiosennej. Sytuacja pozaboiskowa odbijała się na formie sportowej drużyny i nie ukrywam, że po meczach z Piastem i Zagłębiem pojawiły się obawy. Gra wyglądała fatalnie, zwłaszcza w Gliwicach pod wodzą Kiko Ramireza. Ucieszyłem się, gdy zastąpił go Bruno Baltazar, bo bardzo dobrze wspominam jego pierwszy pobyt w Radomiu. Złapał on serię trzech zwycięstw, co oddaliło od nas widmo spadku. Zagraliśmy bardzo emocjonujący mecz u siebie z Widzewem, okraszony zwycięską bramką Luquinhasa w doliczonym czasie gry. Dzięki temu sama końcówka sezonu była już spokojna, ale był taki moment, że obawy o ligowy byt były duże. Udało się jednak go zapewnić na trzy kolejki przed końcem. Mimo ostatnich porażek z mistrzem i wicemistrzem Polski dziesiąte miejsce uznaję za bardzo dobry wynik.

Chciałem ci pogratulować, bo dokładnie taką pozycję Radomiaka typowałeś przy okazji naszej ostatniej rozmowy. Patrząc na obraz całego sezonu możecie być w pełni zadowoleni z takiego zakończenia?
W pewnym momencie wydawało się, że uda się wycisnąć więcej, bo jedno czy dwa zwycięstwa pozwalały podłączyć się do gry o pierwszą szóstkę. Były mecze, po których tych punktów powinno było być więcej, ale ostatecznie uważam, że dziesiąte miejsce dobrze oddaje możliwości Radomiaka, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym.

Do nowego sezonu Zieloni przystępują nieco odmienieni. Podstawowa zmiana to trener, który o ile mi wiadomo, doskonale mówi po niemiecku, ale w odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie zna portugalskiego. Widać już jego pomysł na zespół?
Z trenerem Tomaszem Kaczmarkiem komunikacja jest bardzo dobra, co nie jest bez znaczenia z dziennikarskiego punktu widzenia. Do pierwszych ocen pracy sportowej będzie można się przymierzać po 4-5 meczach o stawkę, bo sparingi, mimo że prawie wszystkie przegrane, nie są do tego odpowiednią miarą. Wielu kibiców krytykowało zespół patrząc na same wyniki, ja natomiast byłem na prawie wszystkich sparingach i widziałem, że praktycznie ani razu nie graliśmy optymalnym składem. Trener testował różne rozwiązania, nie mając do dyspozycji wszystkich zawodników, bo niektórzy dołączyli do zespołu później. Postawa zespołu w najbliższych meczach pozwoli nam powiedzieć więcej o pracy Tomasza Kaczmarka.

Nietypowo dla Radomiaka, na liście transferów przychodzących jest zadziwiająco wiele polskich nazwisk. Pewien trend się odwraca?
Radomiak jest postrzegany jako zespół typu „multikulti”, ale już od jakiegoś czasu zarząd szuka lepszego balansu w szatni pomiędzy Polakami i zawodnikami z zagranicy. Pozyskani w tym okienku gracze wydają się ciekawymi wzmocnieniami. Kryspin Szcześniak zaliczył bardzo dobre wejście, z Wieczystą był jednym z najlepszych zawodników i z miejsca wywalczył sobie pierwszy skład. Podoba mi się również transfer Kacpra Karaska, pozyskanego z Motoru. Liczę, że ten zawodnik da nam w tym sezonie trochę radości. Rywalizacja na jego pozycji jest dość duża, a dzisiaj pierwszym wyborem trenera jest Abdoul Tapsoba, natomiast Kacper z pewnością podniesie poziom rywalizacji.

Mimo to nadal sukcesywnie przeczesujecie południowe rynki w poszukiwaniu wzmocnień. Niedawno ogłoszono transfer Ronaldo za rekordową dla Radomiaka kwotę. Brzmi imponująco.
Ronaldo Lumungo Afonso to skrzydłowy, który został już zgłoszony do rozgrywek, więc jest szansa, że zadebiutuje w niedzielę. Na przedmeczowej konferencji trener Kaczmarek przyznał, że ma jeszcze dwa znaki zapytania w kadrze i sądzę, że jednym z nich jest właśnie Ronaldo. Tego zawodnika cechuje przede wszystkim szybkość, w zeszłym sezonie zanotował po pięć bramek i asyst w drugiej lidze portugalskiej, strzelonych wprawdzie rywalom z dołu tabeli, jednak jeśli przypomnimy sobie, że Capita przed transferem do Radomia również nie imponował liczbami, to możemy się spodziewać podobnej historii w przypadku Ronaldo. Sztab widzi w nim potencjał i talent do oszlifowania.

Wspomniałeś Capitę, którego żegnaliście przed wiosennym meczem z GieKSą. Bartek Jędrzejczak z twojej redakcji mówił wtedy, że dziurę po nim trudno będzie załatać. Udało się to zrobić w tym okienku?
W końcówce ubiegłego sezonu brak Capity był odczuwalny, chwilami nawet bardzo. Na ten moment nie mamy zawodnika o podobnej charakterystyce, a nie widzieliśmy jeszcze w akcji Ronaldo Lumungo. Potrzebujemy zawodnika z odpowiednim przyspieszeniem, który mógłby niepokoić rywali kontratakami i szybkimi wyjściami za linię obrony. W okresie przygotowawczym wpadł mi w oko Ché Nunnely, nowy nabytek, u którego widać potencjał, umiejętność dryblingu i szybkość, która powinna cechować naszych skrzydłowych. Uważam, że w przyszłości może rozwinąć się na tyle, że będzie wzbudzał zainteresowanie klubów zagranicznych.

Jakkolwiek nie byłaby montowana kadra Radomiaka, to kiedy trzeba dać coś ekstra, to na posterunku jest „Joao” Grzesik, wybrany zawodnikiem pierwszej kolejki Ekstraklasy. Jesienią dyskutowaliśmy o jego szansach na powołanie do kadry, którego ostatecznie się nie doczekał. Jaka jest dziś jego rola w Radomiu?
Wygląda na to, że Jankowi służy gra na skrzydle – najlepsze liczby osiągał i największe zainteresowanie mediów w kontekście kadry wzbudzał grając właśnie w pomocy. Runda wiosenna była w jego wykonaniu nieco słabsza, bo znów wrócił do gry w obronie, raz prawej, a raz lewej. Z Wieczystą znowu zagrał w drugiej linii, zaliczając bramkę i asystę. Wydaje się więc, że przekwalifikowanie go na pomocnika jest korzyścią dla drużyny, zwłaszcza że mamy dobrze obsadzone boki obrony w postaci Zié Ouattary i Conrado. Janek będzie więc mógł eksponować swoje walory ofensywne i liczę, że w tym sezonie jeszcze wiele bramek i asyst zaliczy.

Wspomniałeś już, że nie warto analizować wyników sparingów. Możemy się jednak bliżej przyjrzeć ligowemu meczowi z beniaminkiem z Krakowa. Wydaje się, że było to łatwe i spokojne zwycięstwo.
Widzę jeszcze kilka elementów do poprawy, zwłaszcza w obronie, ale wygląda na to, że klaruje się pierwsza jedenastka, która będzie w stanie skutecznie rywalizować w Ekstraklasie. Luquinhas będzie raczej grał wyżej, na pozycji 8 lub 10, a gdy skrzydła złapią optymalną formę, to będą mocne. W meczu z Wieczystą nasza gra wyglądała naprawdę przyzwoicie i nie pozwoliliśmy rywalom na wiele. Jeśli w kolejnych meczach będziemy prezentować się podobnie, to powtórka z ubiegłego sezonu jest bardzo prawdopodobna, a okolice 10 miejsca będą spokojnie w naszym zasięgu. Każde miejsce powyżej znów ocenię jako bardzo dobry wynik.

Wasz pierwszy rywal skupia na sobie uwagę mediów i kibiców, bo potencjał, zwłaszcza finansowy, jest tam ogromny. Czy równie mocni okażą się sportowo? Przed tygodniem to Radomiak zagrał tak dobrze czy Wieczysta tak słabo?
Rywale zaprezentowali się dobrze z przodu, problemy pojawiały się natomiast przede wszystkim w środku obrony. Czeka ich sporo pracy nad defensywą – jeśli to poprawią, to niejednemu w lidze urwą punkty. Uważam, że ten sezon będzie podobny do zeszłorocznego i sporo drużyn będzie zamieszanych w walkę o utrzymanie, a Wieczystą zaliczam do zespołów, które raczej się utrzymają, ale będą w tej grupie i na razie ligi nie zawojują.

Obok Bruk-Betu i Motoru Radomiak był ekipą, z którą w ubiegłym sezonie wygraliśmy oba mecze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Mecz w Katowicach był bardzo emocjonujący, nawet dla postronnych widzów. Spotkanie mogło się podobać, nam wprawdzie mniej, bo przegraliśmy 2:3, ale oglądaliśmy kilka bardzo ładnych bramek z obu stron. Z kolei w rewanżu mieliśmy ogromny niedosyt po porażce 0:1. Z przebiegu meczu byliśmy mimo wszystko drużyną lepszą, jeśli nie na tyle by wygrać, to przynajmniej nie przegrać. Dość nieszczęśliwa porażka po bramce Arkadiusza Jędrycha, który dobijał swój własny strzał.

Mam wrażenie, że w tamtym okresie sami wytrącaliście sobie z ręki atuty, bo na takiej nawierzchni po prostu nie da się grać kombinacyjnie w piłkę. Z tego też powodu byliśmy świadkami afery, po której z funkcji trenera zrezygnował Gonçalo Feio.
Nie chcę już do tego wracać, bo wszyscy w Radomiu chcemy zostawić za sobą wszystkie te negatywne, pozasportowe sprawy z ostatniego półrocza. Chcemy wreszcie oczyścić atmosferę po tamtych wydarzeniach i w nowy sezon wchodzić z wyczyszczonymi głowami. Trener Feio jesienią zdobył dla Radomiaka kilka cennych punktów, wiosna była już zdecydowanie słabsza. Po meczu z Katowicami doszło do szeroko opisywanego incydentu pomiędzy trenerem i radnym Dariuszem Wójcikiem, po którym trener pożegnał się z Radomiem. Pozostaje życzyć mu powodzenia w dalszej pracy i zostawić już ten temat za sobą.

Jedna rzecz łączy GieKSę i Radomiaka – u siebie wyglądamy zdecydowanie lepiej niż na wyjazdach. Nasze ostatnie zwycięstwo w delegacji przypadło właśnie na Radom, stąd cieszę się, że w niedzielę spotkamy się przy Nowej Bukowej. A Ty czego spodziewasz się po GieKSie, patrząc przez pryzmat dotychczas rozegranych przez nas spotkań?
GKS wygląda coraz lepiej z meczu na mecz. Druga połowa rewanżu z Žiliną mogła się podobać, a mnie szczególnie rzuciła się w oczy dobra gra Bartka Wolskiego. Ponadto uważam, że zdecydowana przewaga GKS-u nad Radomiakiem leży w linii ataku – Adam Zreľák i Ilja Szkurin z dobrej strony pokazali się w czwartek, dając jakość z przodu. Moim zdaniem w Radomiu potrzebujemy napastnika na tym poziomie, choć wiem, że zarząd i sztab mają na ten temat inne spojrzenie.

To ciekawe, bo akurat linia ataku jest najmocniej dyskutowaną formacją w Katowicach i wielu kibiców domaga się wzmocnień na tej pozycji.
W ciemno wziąłbym wymianę Zreľáka i Szkurina na dwóch dowolnych napastników z naszej kadry. Na dobrego napastnika trzeba zabezpieczyć niemałe pieniądze, zarówno na transfer, jak i wynagrodzenie. Radomiak obraca się w takich realiach finansowych, że bazuje na zawodnikach darmowych, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Nawet takim zawodnikom trzeba jednak proponować odpowiednio wysokie stawki, aby przekonać ich do gry w Radomiu. Liczba napastników dostępnych dla nas jest więc ograniczona.

Trener Kaczmarek z uznaniem wypowiadał się o rosnącej formie GieKSy. Jaki twoim zdaniem mecz zobaczymy w niedzielę przy Nowej Bukowej?
Zwycięstwa takie jak z Žiliną budują pewność siebie i atmosferę. Tomasz Kaczmarek zwrócił też uwagę, że dwa mecze o stawkę więcej po stronie GKS-u na tym etapie sezonu nie są problemem, a wręcz atutem, bo jest więcej okazji na zgranie poszczególnych formacji. Mimo to myślę, że będzie to wyrównane, otwarte spotkanie, podobne do jesiennego meczu w Katowicach. Widzę formę zwyżkową w Radomiu, więc uważam, że nie przegramy, a po cichu liczę nawet na zwycięstwo. Łatwo jednak nie będzie i nawet jeśli przegramy, to nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Faworytem tego meczu jest GKS.

Jaki wynik obstawiasz w niedzielę?
Jestem przekonany, że padną bramki, a remis 1:1 lub 2:2 nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Sercem typuję jednak zwycięstwo Radomiaka 2:1.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie możemy tak działać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.

Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.

Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.

Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo  mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.

Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.

Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.

Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga