Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka Szachy

Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: Piotr Hain: Nie ma się do czego przyczepić

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

W drugiej kolejce Ekstraligi Kobiet piłkarki GieKSy wygrały w meczu wyjazdowym z KKP Bydgoszcz 2:1 (1:1). Piłkarze rozegrali dwa spotkania, w pierwszym z nich GKS zremisował z Sandecją 0:0, w drugim wygraliz Zagłębiem Sosnowiec 3:2 (0:2). Prasówkę po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ.

Siatkarze przygotowują się startu sezonu 2021/22.

Hokeiści rozegrali sparing z drużyną Zagłębia Sosnowiec, w którym przegrali 2:4.

PKN Orlen został sponsorem szachisty grającego w barwach GieKSy Jana Krzysztofa Dudy.

 

PIŁKA NOŻNA

sportisfc.com – Relacja z meczu Sportis KKP Bydgoszcz – GKS Katowice

W 2. kolejce ekstraligi Sportis KKP Bydgoszcz przegrał przed własną publicznością z GKS Katowice 1:2 (1:1). Podopieczne trenera Adama Górala rozegrały zdecydowanie lepsze spotkanie niż przez tygodniem z Tarnovią Tarnów, imponowały sercem do walki i determinacją. Niestety, to nie wystarczyło, by zapunktować w starciu z silną ekipą z Górnego Śląska.

Piłkarki Sportis KKP ponownie bardzo źle weszły w mecz. Już w 4. minucie piłkę z lewej strony pola karnego otrzymała Klaudia Maciążka, minęła Wiktorię Bagińską i pewnym uderzeniem pokonała Natalię Piątek. W 10. minucie przyjezdne były bliskie podwyższenia prowadzenia, lecz w pojedynku sam na sam z Amelią Bińkowską lepsza okazała się Natalia Piątek. Mimo dominacji Gieksy zawodniczki Sportis KKP nieustannie głośno mobilizowane przez trenera Górala nie zamierzały zwieszać głów i w 20 minucie ich starania zostały wynagrodzone. W 20 minucie skuteczną dobitką strzału Pauliny Oleksiak popisała się Aleksandra Stasiak i mieliśmy 1:1.

Bez wątpienia duży wpływ na końcowy rezultat miało wydarzenie z 28 minuty meczu, a mianowicie druga żółta i w konsekwencji czerwona kartka dla Martyny Boguszyńskiej. Gra przez niemal godzinę w dziesiątkę przeciwko dobrze przygotowanej fizycznie ekipie z Katowic nie była łatwą sztuką. Bydgoszczanki jednak nie załamały się i toczyły zacięty bój z szóstą ekipą poprzedniego sezonu ekstraligi. Przewagę w liczbie oddanych strzałów celnych (8:3) czy posiadaniu piłki (65% – 35%) posiadały co prawda katowiczanki, ale Sportis KKP miał z kolei czujną defensywę i bardzo dobrze dysponowaną Natalię Piątek w bramce. W 64 minucie nowa golkiperka drużyny z Bydgoszczy nie miała jednak nic do powiedzenia przy potężnym uderzeniu sprzed pola karnego Kasandry Parczewskiej.

Ambitne bydgoszczanki do końca walczyły o korzystny rezultat, podejmując próby sforsowania dobrze spisującej się defensywy GKS-u. Jedną z takich prób podjęła w 77 minucie Aleksandra Stasiak, lecz nie zdołała oddać strzału, ponieważ została popchnięta w polu karnym przez Alicję Dyguś. Gwizdek pani Emilii Szymuli jednak milczał. Po dwóch minutach GKS odpowiedział główką Weroniki Kłody obronioną przez Piątek. W doliczonym czasie gry próbę sprawdzenia bramkarki gości Weroniki Klimek podjęła jeszcze Agata Stępień, ale jej strzał głową oddany był ze zbyt dużej odległości i nie mógł sprawić problemów doświadczonej golkiperce.

 

pomorska.pl – Sportis KKP Bydgoszcz dzielnie walczył z GKS Katowice

Piłkarki znad Brdy przegrały na własnym stadionie 1:2 (1:1) w meczu 2. kolejki Ekstraligi. Gole: Aleksandra Stasiak (20.) – Klaudia Maciążka (4.), Kasandra Parczewska (64.). Bydgoszczanki od 28. minuty grały w osłabieniu po czerwonej kartce dla Martyny Boguszyńskiej.

 

sportdziennik.com – Coś zostało zrozumiane

Chyba wszyscy przez ten okres, odkąd wróciłem do GKS-u, w jakiś sposób się dogadaliśmy i uznaliśmy, że coś trzeba zmienić; że na Bukowej nie mogą być tylko negatywne emocje – trener Rafał Górak dzieli się wrażeniami ze zwycięskiego klasyku z Zagłębiem, gratulując też kibicom.

Świetna gra, niosące drużynę trybuny, a w konsekwencji odrobienie z nawiązką dwubramkowej straty i 3 punkty. Na taki mecz, jak z Zagłębiem Sosnowiec (3:2), czekano w Katowicach długo. GieKSa chwalona już za poprzednie występy, jakościowy futbol udokumentowała w niedzielę pierwszym zwycięstwem po powrocie na zaplecze ekstraklasy. Nikt nie musi już liczyć jej spotkań bez wygranej…

– Różne rzeczy ludzie wyliczają. Czytałem nawet o trzech latach – mówi trener [Rafał Górak], jakby nawiązując do tego, o czym przypominał „Sport” – że poprzednie zwycięstwo przy Bukowej w I lidze miało miejsce dawno temu, w sierpniu 2018 roku z Wigrami Suwałki. Potem była fatalna seria skutkująca spadkiem i dwuletnim pobycie w II lidze, a po wydostaniu się z niej pierwsze trzy domowe występy katowiczan kończyły się remisami – z Resovią, Podbeskidziem i Sandecją.

– Gdy dorobi się historię, to kurczę, można nieraz spaść z krzesła i potem ciężko jest wstać. Ale nie, spokojnie! Przecież myśmy tu grali dobre mecze. Uczymy się tej ligi. Jesteśmy beniaminkiem, mamy swój plan na ten sezon. Chcemy działać, pomagać młodym ludziom, jak Filip Szymczak, który otrzymał powołanie do reprezentacji Polski, a przeciw Zagłębiu zagrał dobry mecz.

Pomogli też ludzie wchodzący z ławki. Ta drużyna się buduje, uczy. Rozwijamy się, chcemy zdobywać punkty. To jest dla nas naprawdę bardzo trudna liga. To nie są byle jakie, z byle jakimi przeciwnikami. Nie opowiadajmy, że tu jest słaby poziom. W niedzielę widzieliśmy na boisku kawał piłki – przekonuje szkoleniowiec GieKSy.

[…] – Nie uważam, byśmy grali w pierwszej połowie źle. Trochę wytrąciła nas z rytmu sytuacja z rzutem karnym. Byłem przekonany, że chodzi o to, czy piłka przekroczyła całym obwodem linię. Nie zdawałem sobie sprawy, że „varowane” jest oderwanie nóg Dawida Kudły od linii. Ale nie sądzę, że ktoś ma złe zamiary. Skoro sędziowie uznali, że karny jest do powtórki, to ja to rozumiem. Uważam, że do tego momentu mieliśmy optyczną przewagę, byliśmy zespołem ciut lepszym.

[…] Przy Bukowej czuć po powrocie do I ligi inny klimat. Nie jest tak, jak podczas poprzedniego wieloletniego pobytu zespołu na tym poziomie rozgrywkowym. Nadzieja na awans do ekstraklasy nie przysłania nikomu rzeczywistości, nie zaczadza umysłu, a tracone gole czy nieukładające się mecze nie powodują, że z ust kibiców wylewają się wiadra frustracji. To być może z jednej strony ich mądrość, ale chyba bardziej sukces drużyny budowanej przez trenera Góraka i dyrektora Roberta Góralczyka, która na taki kredyt zaufania w II lidze zapracowała.

– Chyba wszyscy przez ten okres, odkąd wróciłem do GKS-u, w jakiś sposób się dogadaliśmy. Wszyscy zrozumieliśmy, że coś trzeba zmienić. Że na Bukowej nie mogą być tylko negatywne emocje. Że musi być też pozytywnie, nawet kiedy przegrywa się 0:2 i to z takim rywalem, jak w niedzielę, a wiadomo, że o „świętej wojnie” to i opowiadano legendy. Ale coś zmieniło się. Tak jak powiedział to Filip Szymczak – po przerwie drużyna została przywitana brawami. To nie wszędzie się dzieje.

Gratuluję tym ludziom. Widać, że ich „mental” też się zmienia. Wszyscy potrzebujemy zwycięstw, chcemy uczyć się tego zwyciężania. To są właśnie takie kroki! Gdybyśmy po przerwie zostali wygwizdani, to nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się podnieść. Zawodnicy wyszli z szatni, poczuli wsparcie. Dwunasty zawodnik jest w tej materii naprawdę bardzo istotny – uderza w emocjonalne tony trener GieKSy.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Piotr Hain: Nie ma się do czego przyczepić

GKS Katowice od początku sierpnia przygotowuje się do nadchodzącego sezonu PlusLigi. W składzie dziewiątej ekipy minionej edycji rozgrywek zaszły znaczące zmiany. Jedną z nowych twarzy jest środkowy Piotr Hain.

– Byłem w pełni przygotowany na to, co zastanę i mogę wypowiadać się o klubie w samych superlatywach – przyznał siatkarz.

[…] – Jeżeli chodzi o pierwsze tygodnie, pracujemy naprawdę dobrze i nie ma się do czego przyczepić – przyznał Piotr Hain, środkowy GKS-u.

[…] – Organizacja w klubie jest taka, jaka powinna być i nikomu niczego nie brakuje. Pozostaje spokojnie trenować i czekać na chłopaków, którzy mają za jakiś czas dołączyć do naszego składu. Staramy się wykorzystać w stu procentach nasze aktualne możliwości kadrowe – zaznaczył Hain. GKS przygotowuje się póki co bez rozgrywającego Micah Ma’a oraz przyjmującego Tomasa Rousseaux, którzy są na zgrupowaniach reprezentacji. – Wielu moich kolegów z boiska występowało w GKS-ie i wielokrotnie podkreślali, że mieli tutaj dobre warunki do trenowania i życia, dlatego byłem w pełni przygotowany na to, co zastanę i mogę wypowiadać się o klubie w samych superlatywach – dodał środkowy.

GKS zakończył sezon 2020/2021 w PlusLidze na dziewiątym miejscu. W jego szeregach po zakończeniu minionego sezonu pozostało pięciu zawodników. Nie zmienił się również pierwszy trener, którym wciąż jest Grzegorz Słaby.

– Formowanie się drużyny z wieloma nowymi zawodnikami wychodzi zawsze „w praniu”, do tego musi dojść element presji i walki o właściwy wynik na tablicy. Takie momenty zwykle pokazują, kto jest w stanie dźwignąć ciężar odpowiedzialności i wziąć go na swoje barki. Na treningach panuje dobra atmosfera, nie ma tutaj osób zbyt pewnych siebie i noszących zbyt wysoko głowę, tylko jest solidna praca i dobre nastroje. Poczekajmy na właściwy sezon, wtedy będziemy wiedzieć więcej – zakończył Piotr Hain. Pierwszym rywalem katowiczan w nadchodzącej edycji rozgrywek będzie Trefl Gdańsk, z którym zmierzą się we własnej hali 2 października.

 

HOKEJ

hokej.net – Zabrakło detali

GKS Katowice zajął trzecie miejsce w turnieju zorganizowanym z okazji 75. rocznicy powstania Klubu Sportowego Unia Oświęcim. – Mogliśmy wygrać wszystkie trzy mecze, ale w naszej grze zabrakło detali – ocenił Bartosz Fraszko, jeden z liderów GieKSy.

Podopieczni Jacka Płachty w swoim pierwszym meczu przegrali po rzutach karnych z GKS-em Tychy 3:4, później ulegli Re-Plast Unii 1:4, a w ostatnim meczu pokonali JKH GKS Jastrzębie 2:1.

– Jeśli chodzi o nasz ogólny występ, to wiadomo, że mogło być lepiej. Oczywiście są to mecze sparingowe, ale chcieliśmy je wygrać. Cieszymy się, że ten ostatni mecz był dla nas zwycięski – zaznaczył 25-letni skrzydłowy.

– Fajnie, że udało się zorganizować taki turniej i mieliśmy okazję zmierzyć się w nim z ligową czołówką. Warunki były ciężkie, bo naprawdę nie jest łatwo rozegrać trzy spotkania w ciągu trzech dni – dodał „Fracho”.

Katowiczanie otrzymali od trenera dwa dni wolnego. Później wracają do ciężkiej pracy.

– Liga za pasem, więc trzeba mocniej potrenować. Im ciężej będziemy teraz pracować, tym w sezonie będzie łatwiej – zakończył Bartosz Fraszko.

 

Zagłębie lepsze od „GieKSy”. Hat-trick Wasiljewa

Hokeiści Zagłębia Sosnowiec pokonali w piątkowy wieczór na Jantorze GKS Katowice 4:2. Decydującą o losach spotkania była trzecia tercja w której goście wygrali 3:0. Hat-trickiem popisał się Aleksandr Wasiljew, który był zmorą hokeistów z Katowic.

O końcowym wyniku dzisiejszego spotkania zadecydowała głównie trzecia tercja, którą sosnowiczanie wygrali 3:0. Jako pierwsi do siatki rywala trafili jednak gospodarze, a grę z przewagą jednego zawodnika w szóstej minucie meczu wykorzystał Szymon Mularczyk. W 18 minucie „GieKSa” prowadziła już dwoma bramkami, a Michała Czernika z bliska pokonał Mateusz Bepierszcz. Warto odnotować, że w danym momencie sosnowiczanie ponownie grali w osłabieniu. Dystans do rywala jeszcze w premierowej odsłonie zmniejszył Aleksandr Wasiljew, który w liczebnej przewadze wpakował krążek do bramki obok Macieja Miarki.

W drugiej tercji podopieczni Grzegorza Klicha mogli doprowadzić do wyrównania jednak Kamil Sikora nie zdołał wykorzystać rzutu karnego. Dużo większa precyzją popisał się za to w 47 minucie pojedynku ponownie Wasiljew, który strzałem z nadgarstka doprowadził do remisu.

Zagłębie po raz pierwszy w dzisiejszym spotkaniu wyszło na prowadzenie na niecałe dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Wtedy właśnie bramkę w liczebnym osłabieniu zdobył Jarosław Rzeszutko. Wynik meczu strzałem do pustej bramki ustalił ponownie Wasiljew, który z połowy lodowiska posłał krążek do siatki. Tym samym rosyjski napastnik w dzisiejszym pojedynku zanotował hat-tricka.

 

Bepierszcz: Trener przykłada bardzo dużą wagę do kwestii taktycznych

GKS Katowice przegrał sparingowe starcie z Zagłębiem Sosnowiec 2:4. Trener Jacek Płachta musiał zestawić skład bez ośmiu czołowych zawodników, którzy przebywają na zgrupowaniu reprezentacji Polski.

Na turniej kwalifikacyjny do Bratysławy zostali powołani bramkarz John Murray, dwóch obrońców Patryk Wajda i Jakub Wanacki, a także pięciu napastników Bartosz Fraszko Patryk Krężołek, Mateusz Michalski, Grzegorz Pasiut i Patryk Wronka.

W piątkowym meczu ze sosnowiczanami sztab szkoleniowy miał do dyspozycji 16 zawodników z pola.

– Brakowało nam kluczowych zawodników, ale nie możemy patrzeć tylko na to. Mieliśmy trzy pełne piątki z młodymi zawodnikami i przez dłuższy czas ten mecz był pod naszą kontrolą, ale niestety po naszych głupich błędach dostaliśmy bramkę na 3:2 dla rywala, a potem jeszcze jednego gola na pustą bramkę – wyjaśnił Mateusz Bepierszcz.

30-letni skrzydłowy zaznaczył też, że wyniku spotkania nie można zrzucić wyłącznie na brak sił. W jego opinii zespołowi zabrakło właściwego podejścia.

– Graliśmy sporo minut w osłabieniu, co nie pomagało nam przy wąskiej kadrze meczowej i ostatecznie straciliśmy niepotrzebnie bramki, choć mieliśmy szansę wygrać cały mecz – analizował wychowanek warszawskiej Legii.

GieKSa cały czas pracuje nad taktyką, a trener Jacek Płachta dba o każdy szczegół.

– Trener przykłada bardzo dużą wagę do kwestii taktycznych, na przykład do właściwego ustawienia forechecku, wyjścia z tercji czy poszczególnych formacji. Nie ma „spiny” na konkretny wynik, trenera przede wszystkim interesuje to, jak spełniamy nasze założenia w sparingach – zakończył Mateusz Bepierszcz.

 

SZACHY

wirtualnemedia.pl – Jan-Krzysztof Duda ze wsparciem od Orlenu

Polski arcymistrz szachowy Jan Jan-Krzysztof Duda dołączył do grona sportowców wspieranych przez PKN Orlen.

Jan-Krzysztof Duda niedawno odniósł swój największy życiowy sukces. Po pokonaniu mistrza świata Magnusa Carlsena, jako pierwszy Polak w historii, zatriumfował w Pucharze Świata. Podczas nadchodzących zawodów w Ustroniu szachista rywalizować będzie już w barwach Grupy Sportowej Orlen. – Cieszę się, że dołączam do Grupy Sportowej Orlen. Wierzę, że dzięki wsparciu stabilnego sponsora, jakim jest PKN ON, będę mógł konsekwentnie budować swoją karierę, osiągając kolejne sukcesy. Współpraca w ramach jednej grupy z ikonami polskiego sportu, na przykład z Anitą Włodarczyk i Marią Andrejczyk, to dla mnie szansa na zdobywanie kolejnych ważnych doświadczeń, które jeszcze bardziej pomogą mi rozwijać się sportowo – mówi Jan-Krzysztof Duda, zawodnik Grupy Sportowej Orlen.

Pierwszy występ Jana-Krzysztofa Dudy w barwach Grupy Sportowej Orlen odbędzie się podczas festiwalu szachowego w Ustroniu. Dzięki zwycięstwu w Pucharze Świata naszego arcymistrza czeka też udział w przyszłorocznym Turnieju Kandydatów, którego triumfator będzie pretendentem w walce o tytuł mistrza świata.

Jan-Krzysztof Duda gra w szachy od piątego roku życia. Na swoim koncie ma ponad sto wygranych turniejów. W wieku 10 lat został szachowym mistrzem świata, natomiast tuż po 15. urodzinach zdobył tytuł arcymistrza.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga