Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Lider postraszony w Radomiu
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W ramach osiemnastej rundy spotkań Orlen Ekstraligi Kobiet piłkarki pokonały na wyjeździe Sportową Czwórkę Radom (Hydro Truck Radom) 3:2 (1:1). Kolejne spotkanie zespół rozegra w Katowicach z Pogonią Tczew. Początek spotkania 29 kwietnia o godzinie 13:00. Do końca rozgrywek pozostały cztery kolejki spotkań – piłkarki zapewniły sobie medal, ostatnie mecze zadecydują z jakiego kruszcu. PZPN zwiększył nagrody dla żeńskich drużyn z dwóch pierwszych poziomów rozgrywek. Drużyna męska rozegrała w minionym tygodniu spotkanie z GKS Tychy, w którym wygrała na wyjeździe 3:0 (1:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Następny mecz zespół rozegra na Bukowej, w piątek 28 kwietnia, od godziny 18:00 ze Skrą Częstochowa.
Siatkarze rozegrali drugie ze spotkań o zajęcie 11-12 miejsca PlusLigi. Nasza drużyna wprawdzie przegrała 0:3, ale w „złotym secie” zespół wygrał 15:11 i ostatecznie zajął jedenastą pozycję w Plus Lidze. Przyjmujący Jakub Szymański został wypożyczony do końca kwietnia do drużyny Al Ain z Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Trwa podsumowanie sezonu 2022/23 w Polskiej Hokej Lidze. Wg strony hokej.net trenerem sezonu został Jacek Płachta, bramkarzem John Murray a MVP Grzegorz Pasiut. Media informują na temat możliwego odejścia Macieja Miarki do JKH GKS-u Jastrzębie.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Hydrotruck postawił się GieKSie
Walczący o utrzymanie HydroTruck Radom napsuł sporo krwi zespołowi z Katowic, który pokonał ostatni zespół tabeli 3:2.
Początek meczu to przewaga faworyzowanej GieKSy, jednak to radomianki strzeliły pierwszą bramkę, a jej autorką była Wiktoria Orłowska. Katowiczanki dość szybko odpowiedziały doprowadzając do wyrównania, a autorką bramki była Nicola Brzęczek przy asyście Klaudii Maciążki. Mimo, że GKS próbował zmienić sytuację do przerwy utrzymał się remis 1:1. Po przerwie rozdrażnione katowiczanki rozpoczęły zmasowanymi atakami i skutkiem tego były szybko strzelone dwie bramki. W 53 minucie swoją pierwszą bramkę w barwach GKS-u strzeliła Nicole Zając, a cztery minuty później do bramki Radomia trafiła Amelia Bińkowska. To już 14 bramka pochodzącej ze Szczecina zawodniczki GKS-u w tym sezonie. Zawodniczki z Katowic mając dobry wynik uspokoiły grę, jednak nerwowo się zrobiło w końcówce meczu, gdy w 84 minucie bramkę kontaktową po strzale Amelii Chmury. Jednak to zawodniczki ze stolicy Śląska utrzymały wynik i zabierają do Katowic 3 punkty.
PZPN zwiększył nagrody dla klubów z ekstraligi i i ligi. 300 tysięcy dla Mistrza Polski
Polski Związek Piłki Nożnej poinformował dzisiaj o wprowadzeniu systemu nagród finansowych za miejsca w końcowych tabelach na dwóch najwyższych poziomach rozgrywkowych w naszym kraju, a więc Orlen Ekstralidze oraz Orlen I lidze.
Już od tego sezonu nowy mistrz Polski za zajęcie pierwszego miejsca w tabeli otrzyma 300 tysięcy złotych. 2/3 tej kwoty to nagroda, jaką otrzymają tylko ekipy z podium Ekstraligi. Dla pierwszej drużyny to 200 tysięcy, dla drugiej 100, a dla trzeciej 50.
Ponadto, na nagrodę będą mogły liczyć wszystkie kluby, w zależności od miejsca w końcowej tabeli. W połączeniu tych dwóch finansowych bonusów finalne wsparcie ekstraligowców przedstawia się następująco:
1. MIEJSCE – 300 TYSIĘCY ZŁ
2. MIEJSCE – 150 TYSIĘCY ZŁ
3. MIEJSCE – 75 TYSIĘCY ZŁ
[…] Oprócz tego, każdy z klubów Ekstraligi zostaje co sezon od PZPN stałą kwotę 100 tysięcy złotych za udział w rozgrywkach, a także może liczyć na około 50 tysięcy złotych od UEFA w przypadku braku kwalifikacji do Ligi Mistrzyń.
luksiary.futbolowo.pl – Lider postraszony w Radomiu
Tanio skóry nie sprzedały nasze Panie w meczu z liderem Orlen EkstraLigi GKS Katowice. Po dobrym meczu przegrały 2:3. Bramki dla naszego zespołu zdobyły: Wiktoria Orłowska i Amelia Chmura.
[…] Sam mecz mógł się rozpocząć od mocnego uderzenia gości, bo Już w 8. minucie GKS mógłby cieszyć się z gola, ale nasza bramkarka Oliwia Macała świetnie obroniła wymagający strzał głową Brzęczek po rzucie rożnym. Napastniczka GieKSy sześć minut później miała okazję sam na sam, ale wybrała podanie do Klaudii Maciążki, które ostatecznie nie doszło do skutku. Niewykorzystane sytuacje zemściły się na Katowiczankach w 25 minucie po rzucie wolnym z prawej strony boiska dla HydroTrucku. Wiktoria Orłowska zachowała się najlepiej w zamieszaniu w polu karnym i skierowała piłkę do bramki GKSu. Po krótkim okresie dobijania się do bramki radomianek padło wyrównanie po strzale Nicoli Brzęczek z najbliższej odległości po podaniu Maciążki w 33. minucie meczu. Do przerwy więcej bramek nie padło. Druga połowa zaczęła się niemal standardowo dla Hydro. Szybkie dwie bramki gości w 53 minucie Zając popisała się fenomenalnym strzałem i w 56 minucie podwyższyła Amelia Bińkowska i wzrosły obawy że wynik znów się rozjedzie do wysokich rozmiarów. Ale nie tym razem!!! Nasze dziewczyny zwarły szyki w obronie i czyhały na kontry. W 85 minucie po kolejnym zamieszaniu w polu karnym katowiczanek Amelia Chmura popisała się strzałem po którym piłka wylądowała w siatce Klimek. Na wyrównanie zabrakło czasu. To był dobry mecz HydroTrucku, kolejna ekipa przekonuje się, że w Radomiu ciężko na wiosnę się zdobywa punkty. To była pierwsza porażka radomianek u siebie w rundzie wiosennej
sportdziennik.com – Dublet zapadnie w pamięci
Na początku kwietnia Sebastian Bergier zaaplikował pół tuzina goli Pogoni Imielin w meczu „okręgówki”, co spodobało się trenerowi Rafałowi Górakowi i ułatwiło trafną decyzję o wystawieniu go w pierwszym składzie na spotkanie z Górnikiem Łęczna.
Takiego debiutu w wyjściowym składzie swojej nowej drużyny życzyłby sobie każdy napastnik. Sebastian Bergier w sobotni wieczór pierwszy raz otrzymał tak dużą szansę od trenera Rafała Góraka i odpłacił się za nią z nawiązką. Potrzebował ledwie 24 minut, by ustrzelić dublet, prowadząc GieKSę do zasłużonego zwycięstwa 2:0 z Górnikiem Łęczna. – Muszę zaznaczyć pracę całego zespołu. Bez niego tych dwóch bramek bym nie zdobył – mówi skromnie Bergier.
23-latek trafił na Bukową dosłownie godziny przed rozpoczęciem rundy wiosennej. Był elementem bardziej złożonej transakcji, czyli transferu Patryka Szwedzika z Katowic do Śląska Wrocław. Bergier powędrował w przeciwnym kierunku, pierwszy raz definitywnie opuszczając klub, którego jest wychowankiem; w którym rozegrał 31 meczów w ekstraklasie (bez gola) i z którego jeśli odchodził, to tylko na chwilę, będąc wypożyczany do Mielca czy Suwałk. Z GKS-em związał się umową na 2,5 sezonu, ale musiał swoje odczekać.
Na pierwszy tegoroczny mecz, do Niecieczy, jeszcze nie pojechał, bo zaczął się ledwie dobę po tym, jak katowiczanie ogłosili jego pozyskanie. Zadebiutował tydzień później z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Od tamtej pory pojawiał się na boisku w każdym kolejnym spotkaniu, tyle że każdorazowo – w roli zmiennika, zastępując czy to Jakuba Araka, czy Marko Roginicia, czy Mateusza Marca. 7-krotnie wchodząc na murawę z ławki, w ciągu 162 minut ani razu nie wpisał się na listę strzelców, nie miał też tak naprawdę jakiejś klarownej, godnej rozpamiętywania okazji.
Co utorowało mu drogę do wyjściowego składu? Raz – to kiepska i obligująca do szukania nowych rozwiązań postawa zespołu, przede wszystkim w kwestii osiąganych wyników i długiej serii bez wygranej. Dwa – nieimponujący dorobek innych nominalnych napastników. Arak strzelił w tym sezonie 7 goli, z czego 2 – tej wiosny, z Wisłą i Arką, marnując jeszcze po drodze rzut karny w starciu z Sandecją Nowy Sącz. Roginić zaś do siatki trafił tylko 2-krotnie: podczas… lipcowej inauguracji z ŁKS-em Łódź oraz we wrześniu w Łęcznej.
Trzeci powód wzrostu akcji Sebastiana Bergiera to rozegrany 5 kwietnia na sztucznym boisku ośrodka „Kolejarz” przy Alfreda mecz z Pogonią Imielin w ramach klasy okręgowej. Rezerwy GieKSy wygrały 10:2, a łupem Bergiera padło aż 6 bramek.
– Sebastian trafił do naszego zespołu za Patryka Szwedzika trochę późno, po przygotowaniach do rundy wiosennej. Bardzo liczyłem na Marko Roginicia, Kuba Arak z kolei ma u mnie stały poziom. Ani mnie nie rozczarowuje, ani nie doprowadza do innych rzeczy, bo to po prostu bardzo solidny piłkarz. Na Sebastiana czekaliśmy; na przebłysk czegoś więcej. Zagrał w wysoko wygranym meczu rezerw, strzelił bardzo dużo goli, co mi się spodobało. Decyzję o wystawieniu go z Łęczną od pierwszej minuty podjąłem na podstawie treningów i właśnie tego meczu rezerw – mówi trener Górak.
Ta decyzja okazała się bardzo słuszna. Najpierw dobijając „wyplute” przez Macieja Gostomskiego uderzenie Grzegorza Rogali z dystansu, a następnie trafiając zza „szesnastki” lewą nogą w krótki róg, Bergier walnie przyczynił się do przełamania GKS-u i tego, że licznik meczów bez ligowego zwycięstwa zatrzymał się na cyfrze „9”. Mógł nawet zapisać na swoim koncie hat tricka, bo jeszcze przed końcem pierwszej połowy kropnął z powietrza, ale tym razem bramkarz łęcznian spisał się bez zarzutu.
– Dążyłem do strzelenia kolejnych goli. Szkoda, że się nie udało, ale doceniam, co jest, czyli te dwie zdobycze. Na pewno zapadną w mojej pamięci, to moje pierwsze bramki w GKS-ie – mówi napastnik, który w tym sezonie grał już na pięciu różnych frontach. W 16 występach w ekstraklasie nie znalazł drogi do siatki ani razu, w II-ligowych rezerwach Śląska trafił 5-krotnie w 9 spotkaniach, w GKS-ie gra w I lidze i zaliczył wspomniany efektywny epizod w „okręgówce” w barwach rezerw, a poza tym zdobył też 1 bramkę w 2 meczach Śląska w Pucharze Polski.
Warto zauważyć, że z zawodników będących obecnie w katowickiej kadrze, autorem poprzedniego dubletu był środkowy pomocnik Marcin Urynowicz w listopadzie… 2020, jeszcze w II lidze, gdy GKS wygrał we Wrocławiu z rezerwami Śląska 3:0. Owszem, potem po 2 gole w jednym meczu potrafił – i to niejednokrotnie – strzelać Patryk Szwedzik czy Filip Szymczak, hat trick zdarzył się Arkadiuszowi Woźniakowi, ale żadnego z nich przy Bukowej już nie ma.
Teraz Bergier będzie chciał pójść za ciosem w niedzielnych derbach w Tychach. – Jak to derby – pewnie czeka nas dużo walki. Będziemy musieli wykazać się chłodną głową i pojechać jak po swoje, by zdobyć kolejne 3 punkty. Najważniejsze, że po wielu meczach bez wygranej w sobotę w końcu przełamaliśmy się – i to u siebie, przy Bukowej. Kilka dni wcześniej z Odrą bardzo źle weszliśmy w spotkanie, nie stworzyliśmy żadnej klarownej okazji. Z Łęczną było ich sporo, kilka mogliśmy lepiej rozwiązać, ale i tak cieszyliśmy się z dwóch bramek i trzech punktów – przyznaje napastnik.
Najtrudniejszy okres w życiu
Czuję się niesprawiedliwie potraktowany – nie ukrywa Rafał Górak, trener GieKSy, która w ostatni weekend przełamała długą serię bez zwycięstwa, wyczerpującą u kibiców kredyt zaufania do szkoleniowca.
– Patrząc na to, co się wokół mnie wydarzyło w ostatnim czasie, to najtrudniejszy okres w moim życiu. Nie tylko w GieKSie. Czuję się po prostu w jakiś sposób niesprawiedliwie potraktowany – mówi Rafał Górak, trener drużyny z Katowic, która w sobotni wieczór przełamała się, pokonując Górnika Łęczna 2:0 po 9 ligowych występach bez zwycięstwa. Najgorsza seria od lat sprawiła, że kibice podczas meczów zaczęli intonować na „Blaszoku”: „Hej Górak, pakuj walizki”. Za pośrednictwem swojej strony internetowej dopytywali szkoleniowca prowadzącego zespół od blisko 4 lat i długo cieszącego się poparciem na trybunach, co musiałoby się stać, by podał się do dymisji, zaczęli mu też zarzucać, że nie uczyni tego, bo nie doczeka się po prostu propozycji objęcia lepszej posady niż ta w Katowicach.
– Jestem w GKS-ie łącznie już szósty sezon. Zamierzam wykonywać swoją robotę jak najlepiej. Nie chcę, by ktoś myślał, że jestem tu tylko dlatego, że byłem, że jest mi tu dobrze. Tak nie jest. Mam swoje życie, rodzinę, aspiracje, ale też wrażliwość. Zdaję sobie sprawę, że gdy drużyna nie wygrywa dziewięciu meczów, to od czasu do czasu „ch…” mogę dostać. Zawsze tak do tego podchodziłem – przyznaje Górak i przekonuje, że pod względem pracy z zespołem, to jego nie tyle najgorszy, co… najlepszy okres.
Tłumaczy:
– Skoro nie zwyciężasz w dziewięciu kolejkach, to oczekiwania względem trenera mogą zostać uznane za przegrane. To jest fakt. Zdaję sobie sprawę, że można mówić o dobrze grającej drużynie realizującej założenia, ale w kibicu siedzi przede wszystkim poczucie wyniku. On chce zwycięstw, a nie tego, by trener mówił o dobrej grze. Jeśli jednak wejdziemy w to głębiej, to widzimy, że drużyna jest naprawdę dobrze przygotowana. Dobrze gra. Zgoda, ma też momenty słabsze – bardzo słabo zagraliśmy z Odrą, przeprosiłem za ten mecz, czułem się po nim bardzo nie fair względem otoczenia,. Przegraliśmy wiosną jeszcze jeden mecz, którego nie powinniśmy (1:2 w Sosnowcu – dop. red.), ale akurat ten zespół pokonał w sobotę kogoś mianowanego już faworytem do awansu, choć wcale tak być nie musi (trener Górak ma na myśli Ruch – dop. red.). Trzeba zdawać sobie sprawę, że to bardzo równa liga. Bardzo silne rozgrywki. Bardzo trudna rywalizacja – wylicza szkoleniowiec GieKSy.
Rafał Górak mówi, że ma satysfakcję, iż drużyna zareagowała na poniesioną w kompromitującym stylu domową porażkę 0:2 z Odrą dobrze i już kilka dni później wygrała z Górnikiem Łęczna.
– Bardzo się z tego cieszę, ale to zwycięstwo naturalnie niczego nie zamyka, bo nie wygraliśmy 9 razy, a teraz wygraliśmy dopiero raz. Pierwszy raz w 2023 roku. To ważne z punktu widzenia mentalnego, ale nic nam nie daje. Gramy teraz z drużynami mającymi 31 punktów, jak Górnik, potem 34 – czyli GKS-em Tychy, a w kolejnym tygodniu mamy u siebie Skrę Częstochowa. To dla nas ważny moment, konkretnie będziemy mogli rozmawiać dopiero za jakiś czas – zaznacza szkoleniowiec zespołu plasującego się równo w połowie stawki ze stratą 7 punktów do zamykającego strefę barażową Podbeskidzia oraz taką samą przewagą nad otwierającą strefę spadkową wspomnianą Skrą. Czerwona lampka, o której mówiło się przy Bukowej po przegranej z opolanami, pali się po tym weekendzie nieco słabiej.
– Rzeczą nadrzędną było dla nas zapewnić sobie miejsce gwarantujące grę w I lidze w przyszłym sezonie szybciej niż rok temu (wtedy była to 32. kolejka – dop. red.). Zróbmy to. Jeśli najbliższe kolejki dadzą nam punkty, będziemy tego bardzo bliscy. Grajmy jak najlepiej potrafimy, ale musimy zdawać sobie sprawę z siły, możliwości zespołu, czynnika szczęścia oraz tego, w jakich elementach możemy nie domagać. To nie jest zespół idealny na I ligę, który będzie ją roznosił. Po prostu niech walczy jak najlepiej może – podkreśla trener drużyny z Bukowej.
O samej lidze mówi tak: – W moim poczuciu, patrząc w tabelę, największą jakość piłkarską w II rundzie ma Wisła Kraków. Bardzo mocnym zespołem jest niewątpliwie Bruk-Bet Termalica, silnym – ŁKS. Pozostałe drużyny są bardzo równe. Niekiedy bardzo mocno wyniki definiuje łut szczęścia. Gdybyśmy go mieli więcej, bylibyśmy bardzo wysoko. Nie wykorzystaliśmy dwóch rzutów karnych (Jakub Arak w zremisowanym spotkaniu z Sandecją, Arkadiusz Jędrych w przegranym z Resovią – dop. red.), które mogły dać nam 4 punkty. Ale ich nie mamy i jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Nie możemy mówić, że cała liga jest oparta na szczęściu. Gdy nie ma wyników, to jest to wina drużyny, sztabu szkoleniowego. Chciałbym, byśmy wygrywali na miarę swoich możliwości, liga jest równa. Aspekt szczęścia naprawdę wiele przenosi w niej w lewo albo w prawo – przekonuje Rafał Górak.
Trudno było mieć w sobotni wieczór wrażenie, że katowiczanie grają najlepszy mecz w rundzie, jakościowo znacznie lepszy od wcześniejszych nie wygranych. I nie znaczy to wcale, że wyglądali przeciętnie. Po prostu była solidność, spotkanie ułożyła szybko zdobyta bramka, a potem można było konsekwentnie kontrolować jego przebieg.
– Niejednokrotnie mówiłem, że mecze niezakończone zdobyciem 3 punktów były w naszym wykonaniu naprawdę dobre, choć oczywiście nie wszystkie. Do tych słabych zawsze potrafiłem się przyznać. Zwycięstwo w sobotę było dla nas priorytetowe. Górnik Łęczna to tegoroczny półfinalista Pucharu Polski. Za trenera Marcina Prasoła nie punktował tak, jakby wszyscy oczekiwali, ale potencjał i siła tego zespołu jest określona. Wiadomo, że Irek Mamrot to specjalista ekstraklasowy i punkty zaczęły wpadać. Dobrze zdiagnozowaliśmy ten mecz taktycznie, robiliśmy swoje. Cały czas pracujemy nad naszym modelem gry, zachowaniami, to działało tego dnia bardzo dobrze. Drużyna była żywa, realizowała swoje zadania, nie była tak apatyczna jak w spotkaniu z Odrą, którym byłem ogromnie rozczarowany. Tym razem odnieśliśmy zasłużone zwycięstwo – mówi Górak, a drogę do niego otwarły strzały z dystansu. Sebastian Bergier raz trafił sam, a raz dobił próbę Grzegorza Rogali.
– Nie może być tak, że nie strzelasz ani z dystansu, ani z bliska, jak my z Odrą. Ani z trybun, ani z „Blaszoka”, ani zza zegara… Jak nie strzelasz, nie masz szans. Z Górnikiem drużyna wykonywała zadania, były uderzenia, wejścia w pole karne, w drugie tempo – przyznaje trener GKS-u, przed którym niedzielne derby z imiennikiem z Tychów.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Zabójczy cios w złotym secie
Katowiczanie 11. drużyną w kraju. W sukcesie w starciu z PGE Skrą Bełchatów zdecydował „złoty set”.
W pierwszym meczu w Katowicach, GKS wygrał 3:1. W rewanżu do zajęcia 11. pozycji potrzebował wygrać dwa sety. Bełchatowianie w ostatnim spotkaniu sezonu wystąpili w optymalnym składzie. W szóstce wyszli m.in. Mateusz Bieniek, Aleksander Atanasijević i Karol Kłos. Od razu znalazło to odzwierciedlenie na parkiecie. Gospodarze potrzebowali trzech setów, by odrobili straty z Katowic.
Zwycięzcę rywalizacji miał wyłonić „złoty set”. Wydawało się, że tak jak poprzednie będzie należał do bełchatowian. Katowiczanie zaskoczyli jednak rywali. Zaprezentowali się wybornie, zwłaszcza Gonzalo Quiroga. Argentyńczyk nie mylił się w ataku i znakomicie zagrywał. Posłał trzy asy z rzędu. Przy jego wielkim udziale goście wygrywali już 10:4. PGS Skra jeszcze podjęła walkę, zbliżyła się na dwa „oczka” (10;12), ale ostatnie słowo należało do katowiczan.
PGE Skra Bełchatów – GKS Katowice 3:0 (25:18, 25:21, 25:20, złoty set 11:15.
MVP: Gonzalo Quiroga
siatka.org – Jakub Szymański zagra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich
Dla Jakuba Szymańskiego sezon się jeszcze nie skończył. Mimo że GKS Katowice zakończył już zmagania w PlusLidze, to jego przyjmujący do końca kwietnia zagra jeszcze kilka meczów w barwach Al Ain w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i powalczy o Puchar Prezydenta.
Przypomnijmy, że GKS Katowice zakończył już zmagania w tym sezonie. Podopieczni Grzegorza Słabego nie zakwalifikowali się do play-off. Pozostała im batalia o jedenastą lokatę z PGE Skrą Bełchatów. Przed własną publicznością katowiczanie pokonali rywali, ale w Bełchatowie ulegli im 0:3. W efekcie cała rywalizacja rozstrzygnęła się w złotym secie. W nim GKS pokonał PGE Skrę, kończąc tym samym zmagania na jedenastym miejscu.
Nie oznacza to jednak, że wszyscy jego zawodnicy mają obecnie przerwę od siatkówki. Okazało się bowiem, że ciekawą przygodę zaliczy jeszcze Jakub Szymański, który do końca miesiąca został zawodnikiem Al Ain i rozegra kilka meczów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Na mocy umowy wypożyczenia Jakub Szymański do końca kwietnia br. będzie występował w drużynie Al Ain grającej w najwyższej klasie rozgrywkowej siatkarskich mistrzostw Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zawodnik GKS-u Katowice pomoże zagranicznemu klubowi w decydujących spotkaniach Pucharu Prezydenta (29 kwietnia br.), po czym wróci do Polski.
Przypomnijmy, że w tym sezonie PlusLigi Jakub Szymański wystąpił w 28 spotkaniach, w których zgromadził na swoim koncie 372 punktów, z czego 25 w polu serwisowym, 26 w bloku, a w ataku osiągnął 51% skuteczności.
HOKEJ
hokej.net – Pasiut MVP sezonu 2022/2023!
Kibice i czytelnicy portalu Hokej.Net wybrali najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) Polskiej Hokej Ligi. Został nim napastnik GKS-u Katowice Grzegorz Pasiut, który w sezonie 2022/2023 rządził i dzielił!
35-letni środkowy jest absolutną gwiazdą naszej ligi, a także graczem, który jednym zagraniem potrafi odmienić losy spotkania. Zresztą tytuł profesora nadany przez katowickich kibiców nie wziął się z niczego.
„Pasionek” był liderem GieKSy zarówno na lodzie, jak i poza nim. W całym sezonie imponował spokojem, ogromną pewnością siebie i dobrą wizją gry. Potrafił przytrzymać krążek, szybko go rozegrać, a także popisać się niezwykle kąśliwym strzałem.
Był graczem bez którego Jacek Płachta nie wyobrażał sobie ofensywnej linii swojego zespołu oraz formacji specjalnych. Zawodnikiem mającym ogromny wpływ na wyniki osiągane przez zespół.
Kapitan GieKSy w decydującej fazie sezonu grał jak z nut i strzelał gole z regularnością karabinu maszynowego. Znakomitą formą błysnął w fazie play-off, w której wygrał dwie kluczowe klasyfikacje: strzelecką (13 goli) i kanadyjską (19 punktów). Z kolei w38 meczach sezonu zasadniczego zdobył 16 bramek i zanotował 26 asyst.
GKS Katowice obronił tytuł mistrzowski, a „Profesor” był niewątpliwie jednym z głównych architektów tego sukcesu.
Na grę doświadczonego środkowego patrzyło się z przyjemnością. Wierzymy, że Grzegorz Pasiut równie dobrze zaprezentuje się w zbliżających się wielkimi krokami Mistrzostwach Świata Dywizji IA.
Wyniki głosowania MVP według kibiców (lajki + serduszka)
Grzegorz Pasiut (GKS Katowice) – 498
Krystian Dziubiński (Re-Plast Unia Oświęcim) – 485
Bartosz Fraszko (GKS Katowice) – 279
John Murray (GKS Katowice) – 277
John Dupuy (GKS Tychy) – 138
Alexandre Boivin (GKS Tychy) – 92
Patryk Wronka (Comarch Cracovia) – 70
Mark Kaleinikovas (JKH GKS Jastrzębie) – 18.
Trener sezonu – Jacek Płachta
Tytuł mistrzowski, Superpuchar Polski i niezłe występy w Hokejowej Lidze Mistrzów – tak w telegraficznym skrócie wyglądał sezon w wykonaniu GKS-u Katowice. Nie byłoby tych sukcesów, gdyby nie osoba Jacka Płachty, który w pełni zasłużył na tytuł trenera sezonu 2022/2023.
„Bij mistrza”– to hasło przyświeca każdemu zespołowi, który krzyżuje kije z urzędującym czempionem. Na początku był to jednak pusty slogan, bo katowiczanie dobrze rozpoczęli sezon i po dwóch rundach zajęli pierwsze miejsce, które pozwoliło im przystąpić do Pucharu Polski z najbardziej uprzywilejowanej pozycji.
Do tego czasu gra GieKSy wyglądała naprawdę dobrze. Podopieczni Jacka Płachty mogli pochwalić się efektownym stylem i najlepszą grą w destrukcji, którą firmował świetnie spisujący się w bramce John Murray.
Za ofensywne poczynania w głównej mierze odpowiedzialny był tercet Bartosz Fraszko – Grzegorz Pasiut – Brandon Magee. Ci trzej gracze byli wiodącym atakiem w całej lidze, niezwykle niebezpiecznym i skutecznym. Nad grą urzędujących mistrzów Polski i pracą, jaką wykonał Jacek Płachta cmokano z zachwytu. Na dodatek w październiku ekipa z alei Korfantego sięgnęła po Superpuchar Polski, wysoko pokonując na własnym lodzie Comarch Cracovię 7:1.
Jednak później pojawił się solidny dołek formy. Dalekie podróże i nawarstwiające się zmęczenie sprawiły, że GieKSa zapłaciła „podatek” od Hokejowej Ligi Mistrzów. Zaczęła przegrywać z ligową czołówką i systematycznie spadała w ligowej tabeli. Do tego doszła przegrana w półfinale Pucharu Polski z GKS-em Tychy 0:2, która sprawiła, że w klubie doszło do roszad personalnych. Z ekipy odeszli fiński obrońca Niko Mikkola oraz szwedzki napastnik Christian Blomqvist. W ich miejsce zostali zakontraktowani Robert Mrugała i Juraj Šimek. Zwłaszcza sprowadzenie byłego reprezentanta Szwajcarii dodało ekipie ze stolicy województwa śląskiego jakości w ofensywie.
Trener Jacek Płachta, wspólnie ze swoim asystentem Ireneuszem Jaroszem, dobrze diagnozowali problemy i na chłodno wyciągali wnioski. Postawili na ciężką pracę i pokorę. Ich wypowiedzi były oszczędne i stonowane.
W ćwierćfinale play-off GieKSa po siedmiu meczach pokonała JKH GKS Jastrzębie, a następnie faworyzowaną Comarch Cracovię. Te dwie serie napędziły katowiczan i były mocnym zastrzykiem pewności siebie. W finale ograli tyszan 4:0 i sięgnęli po drugi z rzędu tytuł mistrzowski.
Należy też podkreślić, że szkoleniowiec GieKSy dokonał kilku udanych roszad w składzie, które pozwoliły stworzyć trzy niezwykle solidne ataki. W pierwszym występowali Bartosz Fraszko, Grzegorz Pasiut i „odkurzony” Mateusz Bepierszcz, w drugim znaleźli się Juraj Šimek, Joona Monto i Matias Lehtonen, a w trzecim Brandon Magee, Teemu Pulkkinen i Hampus Olsson. W ten sposób jego zespół zyskał sporą elastyczność. Eksperci przekonują, że ta zagrywka miała ogromny wpływ na to, że złote medale zawisły na szyjach zawodników z alei Korfantego.
Wiemy już, że 53-letni szkoleniowiec przedłużył swój kontrakt z katowickim klubem o kolejne dwa lata i stanie przed szansą zdobycia mistrzowskiego hat tricka!
– Nasz wspólny wysiłek dał nam sukces w postaci dwóch mistrzostw Polski. Jestem bardzo dumny z tego, że mogę tutaj pracować, czuję się dobrze w Katowicach i cieszę się na dalszą współpracę w przyszłości. W GKS-ie mogę liczyć na profesjonalną organizację i wsparcie naszej pracy – stwierdził Jacek Płachta.
Bramkarz sezonu – John Murray
John Murray znów pokazał, że można na niego liczyć. Dał GKS-owi Katowice ogromną jakość, spokój w tyłach i walnie przyczynił się do obrony mistrzowskiego tytułu. Przy okazji „sprzedał” też prztyczka w nos działaczom GKS-u Tychy, którzy po sezonie 2020/2021 lekką ręką z niego zrezygnowali. Tytuł najlepszego bramkarza sezonu 2022/2023 nie mógł powędrować do nikogo innego.
Zapewne znajdą się też krytycy 35-letniego golkipera, którzy od razu wysuną argumenty o jego słabszej dyspozycji w grudniu i na początku stycznia. Przyjmujemy je do wiadomości, ale od razu śpieszymy z wyjaśnieniem, że bycie sportowcem to nie tylko dobre momenty. To nie tylko stabilna forma i szereg udanych interwencji. Równie ważne jest to, w jaki sposób podnosisz się po porażkach, bo te również się zdarzają. A przecież każda z nich – jak mawiał klasyk – jest nawozem sukcesu. I za ten właśnie aspekt golkiperowi pochodzącemu z Pensylwanii należą się spore słowa uznania.
Sezon trwa od września do marca, a czasami nawet do połowy kwietnia. Tuż na początku tegorocznej hokejowej drogi John Murray zademonstrował znakomitą formę. GieKSa z „Jaśkiem Murarzem” w bramce udanie zaprezentowała się w Hokejowej Lidze Mistrzów. To on powstrzymał napastników ZSC Lions Zurych i pomógł sięgnąć katowiczanom odnieść pierwsze zwycięstwo w tych prestiżowych rozgrywkach. Podopieczni Jacka Płachty wygrali z mistrzem Szwajcarii 2:1 po dogrywce, a Murray zanotował w tym meczu 32 udane interwencje i skuteczność interwencji na poziomie 97 procent.
W Polskiej Hokej Lidze ekipa z alei Korfantego po dwóch rundach zajmowała pierwsze miejsce i w niezwykle spokojny sposób wywalczyła przepustkę do rozgrywek Pucharu Polski. Styl gry katowiczan był efektowny i efektywny. Zarówno w aspektach defensywnych, jak i ofensywnych.
Później przyszła wygrana w Superpucharze Polski i dołek formy całej drużyny objawiający się tym, że katowiczanie nie sięgnęli po Puchar Polski i do fazy play-off przystąpili z czwartego miejsca.
W ćwierćfinale i półfinale play-off katowiczanie grali z nożem na gardle, ale potrafili wyjść zwycięsko z tych starć, co również było zasługą Johna Murraya. Z kolei w finale ekipa dowodzona przez Jacka Płachtę pokonała GKS Tychy 4:0, co było z pewnością szczególne dla 35-letniego golkipera. Dlaczego? Otóż działacze tyszan po sezonie 2020/2021 postawili na reprezentancie Polski krzyżyk. On swoją dyspozycją i znakomitymi interwencjami pokazał im, że boleśnie się wtedy pomylili.
Na sam koniec zerknijmy w statystyki. W sezonie zasadniczym John Murray wystąpił w 36 spotkaniach i interweniował w nich ze skutecznością oscylującą w granicach 92,5 procent oraz wpuszczał średnio 2,35 bramki na mecz. Dwukrotnie kończył mecz z czystym kontem. Z kolei w 18 spotkaniach fazy play-off poprawił swoje dokonania. Wpuszczał średnio 2,24 gola na mecz, a na jego koncie widniały też jeden shutout i uwaga… 93-procentowa skuteczność interwencji. Bronił niezwykle solidnie i nie popełniał większych błędów, choć lubił wyjeżdżać z bramki orazgrać kijem,często na granicy ryzyka.
– Patrząc przez pryzmat całego sezonu John Murray ponownie pokazał, że jest obecnie najlepszym bramkarzem w Polskiej Hokej Lidze. Dobrego bramkarza – podobnie jak mężczyznę – poznajemy nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. W przypadku „Jaśka” początek sezonu był bardzo dobry, równa gra w lidze i bardzo dobre występy w CHL. Potem w grudniu i styczniu pojawił się lekki kryzys, co jest częste przy dużej ilości rozegranych spotkań – wyjaśnił Mariusz Kieca, były golkiper polskich klubów i reprezentacji naszego kraju, a obecnie ceniony ekspert.
– Jednak faza play-off to już popis Murraya, który z każdym meczem – jak cały zespół – grał pewniej. Był super skoncentrowany i sięgnął z drużyną po kolejny tytuł. Dał drużynie dużą pewność z tyłu. Jak zawsze dobrze sobie radził z grą kijem i w najważniejszych momentach meczu bronił pewnie i nie popełniał błędów. Myślę, że takim dopełnieniem tego dobrego sezonu może być jeszcze awans do Elity z reprezentacją, czego jemu oraz całej polskiej kadrze życzę – dodał.
Miarka opuści GKS Katowice?
Maciej Miarka, który przez ostatnie trzy lata był zawodnikiem GKS-u Katowice, może zmienić otoczenie. Jego usługami jest zainteresowany klub, z którym 22-letni bramkarz był już wcześniej związany.
Miarka, który jest wychowankiem ŁKH Łódź, rozegrał w tym sezonie 4 mecze fazy zasadniczej. Jak się w nich zaprezentował? Naprawdę dobrze. Bronił ze skutecznością oscylującą w granicach 97 procent i wpuszczał średnio 0,75 bramki na mecz. Zachował też dwa czyste konta.
Dane było mu wystąpić też w jednym meczu Hokejowej Ligi Mistrzów. GieKSa przegrała na wyjeździe z Fehérvár AV19 0:1, a Miarka skapitulował po strzale Alexa Petana. W tym meczu obronił 26 uderzeń rywali i zachował imponującą skuteczność – 96,3 %.
W decydującej fazie sezonu trener Jacek Płachta całkowicie zaufał Johnowi Murrayowi, a 22-letni golkiper obserwował spotkania swojego zespołu z perspektywy boksu.
Z naszych informacji wynika, że jego postawie od dłuższego czasu przyglądają się działacze JKH GKS-u Jastrzębie. Maciej Miarka miał już okazję grać w drużynach młodzieżowych tego klubu w latach 2017-2020. Szefostwo ekipy znad czeskiej granicy zapewne kusi utalentowanego golkipera częstszymi występami. A Miarka wchodzi już w taki wiek, w którym potrzebuje regularnej gry.
O tym, że potrafi bronić, pokazały nie tylko mecze poprzedniego sezonu PHL, ale również ostatnie spotkanie reprezentacji Polski z Węgrami, wygrane przez biało-czerwonych 3:2. Miarka zaprezentował się w nim z dobrej strony i wydaje się, że to właśnie wychowanek ŁKH Łódź prowadzi z Davidem Zabolotnym w wyścigu opozycję numer dwa w bramce „Orłów” na Mistrzostwa Świata Dywizji IA. Te rozpoczną się już w przyszłym tygodniu w Nottingham.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Najnowsze komentarze