Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Lider postraszony w Radomiu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

W ramach osiemnastej rundy spotkań Orlen Ekstraligi Kobiet piłkarki pokonały na wyjeździe Sportową Czwórkę Radom (Hydro Truck Radom) 3:2 (1:1). Kolejne spotkanie zespół rozegra w Katowicach z Pogonią Tczew. Początek spotkania 29 kwietnia o godzinie 13:00. Do końca rozgrywek pozostały cztery kolejki spotkań – piłkarki zapewniły sobie medal, ostatnie mecze zadecydują z jakiego kruszcu. PZPN zwiększył nagrody dla żeńskich drużyn z dwóch pierwszych poziomów rozgrywek. Drużyna męska rozegrała w minionym tygodniu spotkanie z GKS Tychy, w którym wygrała na wyjeździe 3:0 (1:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Następny mecz zespół rozegra na Bukowej, w piątek 28 kwietnia, od godziny 18:00 ze Skrą Częstochowa.

Siatkarze rozegrali drugie ze spotkań o zajęcie 11-12 miejsca PlusLigi. Nasza drużyna wprawdzie przegrała 0:3, ale w „złotym secie” zespół wygrał 15:11 i ostatecznie zajął jedenastą pozycję w Plus Lidze. Przyjmujący Jakub Szymański został wypożyczony do końca kwietnia do drużyny Al Ain z Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Trwa podsumowanie sezonu 2022/23 w Polskiej Hokej Lidze. Wg strony hokej.net trenerem sezonu został Jacek Płachta, bramkarzem John Murray a MVP Grzegorz Pasiut. Media informują na temat możliwego odejścia Macieja Miarki do JKH GKS-u Jastrzębie.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Hydrotruck postawił się GieKSie

Walczący o utrzymanie HydroTruck Radom napsuł sporo krwi zespołowi z Katowic, który pokonał ostatni zespół tabeli 3:2.

Początek meczu to przewaga faworyzowanej GieKSy, jednak to radomianki strzeliły pierwszą bramkę, a jej autorką była Wiktoria Orłowska. Katowiczanki dość szybko odpowiedziały doprowadzając do wyrównania, a autorką bramki była Nicola Brzęczek przy asyście Klaudii Maciążki.  Mimo, że GKS próbował zmienić sytuację do przerwy utrzymał się remis 1:1. Po przerwie rozdrażnione katowiczanki rozpoczęły zmasowanymi atakami i skutkiem tego były szybko strzelone dwie bramki. W 53 minucie swoją pierwszą bramkę w barwach GKS-u strzeliła Nicole Zając, a cztery minuty później do bramki Radomia trafiła Amelia Bińkowska. To już 14 bramka pochodzącej ze Szczecina zawodniczki GKS-u w tym sezonie. Zawodniczki z Katowic mając dobry wynik uspokoiły grę, jednak nerwowo się zrobiło w końcówce meczu, gdy w 84 minucie bramkę kontaktową po strzale Amelii Chmury. Jednak to zawodniczki ze stolicy Śląska utrzymały wynik i zabierają do Katowic 3 punkty.

 

PZPN zwiększył nagrody dla klubów z ekstraligi i i ligi. 300 tysięcy dla Mistrza Polski

Polski Związek Piłki Nożnej poinformował dzisiaj o wprowadzeniu systemu nagród finansowych za miejsca w końcowych tabelach na dwóch najwyższych poziomach rozgrywkowych w naszym kraju, a więc Orlen Ekstralidze oraz Orlen I lidze.

Już od tego sezonu nowy mistrz Polski za zajęcie pierwszego miejsca w tabeli otrzyma 300 tysięcy złotych. 2/3 tej kwoty to nagroda, jaką otrzymają tylko ekipy z podium Ekstraligi. Dla pierwszej drużyny to 200 tysięcy, dla drugiej 100, a dla trzeciej 50.

Ponadto, na nagrodę będą mogły liczyć wszystkie kluby, w zależności od miejsca w końcowej tabeli. W połączeniu tych dwóch finansowych bonusów finalne wsparcie ekstraligowców przedstawia się następująco:

1. MIEJSCE – 300 TYSIĘCY ZŁ

2. MIEJSCE – 150 TYSIĘCY ZŁ

3. MIEJSCE – 75 TYSIĘCY ZŁ

[…] Oprócz tego, każdy z klubów Ekstraligi zostaje co sezon od PZPN stałą kwotę 100 tysięcy złotych za udział w rozgrywkach, a także może liczyć na około 50 tysięcy złotych od UEFA w przypadku braku kwalifikacji do Ligi Mistrzyń.

 

luksiary.futbolowo.pl – Lider postraszony w Radomiu

Tanio skóry nie sprzedały nasze Panie w meczu z liderem Orlen EkstraLigi GKS Katowice. Po dobrym meczu przegrały 2:3. Bramki dla naszego zespołu zdobyły: Wiktoria Orłowska i Amelia Chmura.

[…] Sam mecz mógł się rozpocząć od mocnego uderzenia gości, bo Już w 8. minucie GKS mógłby cieszyć się z gola, ale nasza bramkarka Oliwia Macała świetnie obroniła wymagający strzał głową Brzęczek po rzucie rożnym. Napastniczka GieKSy sześć minut później miała okazję sam na sam, ale wybrała podanie do Klaudii Maciążki, które ostatecznie nie doszło do skutku. Niewykorzystane sytuacje zemściły się na Katowiczankach w 25 minucie po rzucie wolnym z prawej strony boiska dla HydroTrucku. Wiktoria Orłowska zachowała się najlepiej w zamieszaniu w polu karnym i skierowała piłkę do bramki GKSu. Po krótkim okresie dobijania się do bramki radomianek padło wyrównanie po strzale Nicoli Brzęczek z najbliższej odległości po podaniu Maciążki w 33. minucie meczu. Do przerwy więcej bramek nie padło. Druga połowa zaczęła się niemal standardowo dla Hydro. Szybkie dwie bramki gości w 53 minucie Zając popisała się fenomenalnym strzałem i w 56 minucie podwyższyła Amelia Bińkowska i wzrosły obawy że wynik znów się rozjedzie do wysokich rozmiarów. Ale nie tym razem!!! Nasze dziewczyny zwarły szyki w obronie i czyhały na kontry. W 85 minucie po kolejnym zamieszaniu w polu karnym katowiczanek Amelia Chmura popisała się strzałem po którym piłka wylądowała w siatce Klimek. Na wyrównanie zabrakło czasu. To był dobry mecz HydroTrucku, kolejna ekipa przekonuje się, że w Radomiu ciężko na wiosnę się zdobywa punkty. To była pierwsza porażka radomianek u siebie w rundzie wiosennej

 

sportdziennik.com – Dublet zapadnie w pamięci

Na początku kwietnia Sebastian Bergier zaaplikował pół tuzina goli Pogoni Imielin w meczu „okręgówki”, co spodobało się trenerowi Rafałowi Górakowi i ułatwiło trafną decyzję o wystawieniu go w pierwszym składzie na spotkanie z Górnikiem Łęczna.

Takiego debiutu w wyjściowym składzie swojej nowej drużyny życzyłby sobie każdy napastnik. Sebastian Bergier w sobotni wieczór pierwszy raz otrzymał tak dużą szansę od trenera Rafała Góraka i odpłacił się za nią z nawiązką. Potrzebował ledwie 24 minut, by ustrzelić dublet, prowadząc GieKSę do zasłużonego zwycięstwa 2:0 z Górnikiem Łęczna. – Muszę zaznaczyć pracę całego zespołu. Bez niego tych dwóch bramek bym nie zdobył – mówi skromnie Bergier.

23-latek trafił na Bukową dosłownie godziny przed rozpoczęciem rundy wiosennej. Był elementem bardziej złożonej transakcji, czyli transferu Patryka Szwedzika z Katowic do Śląska Wrocław. Bergier powędrował w przeciwnym kierunku, pierwszy raz definitywnie opuszczając klub, którego jest wychowankiem; w którym rozegrał 31 meczów w ekstraklasie (bez gola) i z którego jeśli odchodził, to tylko na chwilę, będąc wypożyczany do Mielca czy Suwałk. Z GKS-em związał się umową na 2,5 sezonu, ale musiał swoje odczekać.

Na pierwszy tegoroczny mecz, do Niecieczy, jeszcze nie pojechał, bo zaczął się ledwie dobę po tym, jak katowiczanie ogłosili jego pozyskanie. Zadebiutował tydzień później z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Od tamtej pory pojawiał się na boisku w każdym kolejnym spotkaniu, tyle że każdorazowo – w roli zmiennika, zastępując czy to Jakuba Araka, czy Marko Roginicia, czy Mateusza Marca. 7-krotnie wchodząc na murawę z ławki, w ciągu 162 minut ani razu nie wpisał się na listę strzelców, nie miał też tak naprawdę jakiejś klarownej, godnej rozpamiętywania okazji.

Co utorowało mu drogę do wyjściowego składu? Raz – to kiepska i obligująca do szukania nowych rozwiązań postawa zespołu, przede wszystkim w kwestii osiąganych wyników i długiej serii bez wygranej. Dwa – nieimponujący dorobek innych nominalnych napastników. Arak strzelił w tym sezonie 7 goli, z czego 2 – tej wiosny, z Wisłą i Arką, marnując jeszcze po drodze rzut karny w starciu z Sandecją Nowy Sącz. Roginić zaś do siatki trafił tylko 2-krotnie: podczas… lipcowej inauguracji z ŁKS-em Łódź oraz we wrześniu w Łęcznej.

Trzeci powód wzrostu akcji Sebastiana Bergiera to rozegrany 5 kwietnia na sztucznym boisku ośrodka „Kolejarz” przy Alfreda mecz z Pogonią Imielin w ramach klasy okręgowej. Rezerwy GieKSy wygrały 10:2, a łupem Bergiera padło aż 6 bramek.

– Sebastian trafił do naszego zespołu za Patryka Szwedzika trochę późno, po przygotowaniach do rundy wiosennej. Bardzo liczyłem na Marko Roginicia, Kuba Arak z kolei ma u mnie stały poziom. Ani mnie nie rozczarowuje, ani nie doprowadza do innych rzeczy, bo to po prostu bardzo solidny piłkarz. Na Sebastiana czekaliśmy; na przebłysk czegoś więcej. Zagrał w wysoko wygranym meczu rezerw, strzelił bardzo dużo goli, co mi się spodobało. Decyzję o wystawieniu go z Łęczną od pierwszej minuty podjąłem na podstawie treningów i właśnie tego meczu rezerw – mówi trener Górak.

Ta decyzja okazała się bardzo słuszna. Najpierw dobijając „wyplute” przez Macieja Gostomskiego uderzenie Grzegorza Rogali z dystansu, a następnie trafiając zza „szesnastki” lewą nogą w krótki róg, Bergier walnie przyczynił się do przełamania GKS-u i tego, że licznik meczów bez ligowego zwycięstwa zatrzymał się na cyfrze „9”. Mógł nawet zapisać na swoim koncie hat tricka, bo jeszcze przed końcem pierwszej połowy kropnął z powietrza, ale tym razem bramkarz łęcznian spisał się bez zarzutu.

– Dążyłem do strzelenia kolejnych goli. Szkoda, że się nie udało, ale doceniam, co jest, czyli te dwie zdobycze. Na pewno zapadną w mojej pamięci, to moje pierwsze bramki w GKS-ie – mówi napastnik, który w tym sezonie grał już na pięciu różnych frontach. W 16 występach w ekstraklasie nie znalazł drogi do siatki ani razu, w II-ligowych rezerwach Śląska trafił 5-krotnie w 9 spotkaniach, w GKS-ie gra w I lidze i zaliczył wspomniany efektywny epizod w „okręgówce” w barwach rezerw, a poza tym zdobył też 1 bramkę w 2 meczach Śląska w Pucharze Polski.

Warto zauważyć, że z zawodników będących obecnie w katowickiej kadrze, autorem poprzedniego dubletu był środkowy pomocnik Marcin Urynowicz w listopadzie… 2020, jeszcze w II lidze, gdy GKS wygrał we Wrocławiu z rezerwami Śląska 3:0. Owszem, potem po 2 gole w jednym meczu potrafił – i to niejednokrotnie – strzelać Patryk Szwedzik czy Filip Szymczak, hat trick zdarzył się Arkadiuszowi Woźniakowi, ale żadnego z nich przy Bukowej już nie ma.

Teraz Bergier będzie chciał pójść za ciosem w niedzielnych derbach w Tychach. – Jak to derby – pewnie czeka nas dużo walki. Będziemy musieli wykazać się chłodną głową i pojechać jak po swoje, by zdobyć kolejne 3 punkty. Najważniejsze, że po wielu meczach bez wygranej w sobotę w końcu przełamaliśmy się – i to u siebie, przy Bukowej. Kilka dni wcześniej z Odrą bardzo źle weszliśmy w spotkanie, nie stworzyliśmy żadnej klarownej okazji. Z Łęczną było ich sporo, kilka mogliśmy lepiej rozwiązać, ale i tak cieszyliśmy się z dwóch bramek i trzech punktów – przyznaje napastnik.

 

Najtrudniejszy okres w życiu

Czuję się niesprawiedliwie potraktowany – nie ukrywa Rafał Górak, trener GieKSy, która w ostatni weekend przełamała długą serię bez zwycięstwa, wyczerpującą u kibiców kredyt zaufania do szkoleniowca.

– Patrząc na to, co się wokół mnie wydarzyło w ostatnim czasie, to najtrudniejszy okres w moim życiu. Nie tylko w GieKSie. Czuję się po prostu w jakiś sposób niesprawiedliwie potraktowany – mówi Rafał Górak, trener drużyny z Katowic, która w sobotni wieczór przełamała się, pokonując Górnika Łęczna 2:0 po 9 ligowych występach bez zwycięstwa. Najgorsza seria od lat sprawiła, że kibice podczas meczów zaczęli intonować na „Blaszoku”: „Hej Górak, pakuj walizki”. Za pośrednictwem swojej strony internetowej dopytywali szkoleniowca prowadzącego zespół od blisko 4 lat i długo cieszącego się poparciem na trybunach, co musiałoby się stać, by podał się do dymisji, zaczęli mu też zarzucać, że nie uczyni tego, bo nie doczeka się po prostu propozycji objęcia lepszej posady niż ta w Katowicach.

– Jestem w GKS-ie łącznie już szósty sezon. Zamierzam wykonywać swoją robotę jak najlepiej. Nie chcę, by ktoś myślał, że jestem tu tylko dlatego, że byłem, że jest mi tu dobrze. Tak nie jest. Mam swoje życie, rodzinę, aspiracje, ale też wrażliwość. Zdaję sobie sprawę, że gdy drużyna nie wygrywa dziewięciu meczów, to od czasu do czasu „ch…” mogę dostać. Zawsze tak do tego podchodziłem – przyznaje Górak i przekonuje, że pod względem pracy z zespołem, to jego nie tyle najgorszy, co… najlepszy okres.

Tłumaczy:

– Skoro nie zwyciężasz w dziewięciu kolejkach, to oczekiwania względem trenera mogą zostać uznane za przegrane. To jest fakt. Zdaję sobie sprawę, że można mówić o dobrze grającej drużynie realizującej założenia, ale w kibicu siedzi przede wszystkim poczucie wyniku. On chce zwycięstw, a nie tego, by trener mówił o dobrej grze. Jeśli jednak wejdziemy w to głębiej, to widzimy, że drużyna jest naprawdę dobrze przygotowana. Dobrze gra. Zgoda, ma też momenty słabsze – bardzo słabo zagraliśmy z Odrą, przeprosiłem za ten mecz, czułem się po nim bardzo nie fair względem otoczenia,. Przegraliśmy wiosną jeszcze jeden mecz, którego nie powinniśmy (1:2 w Sosnowcu – dop. red.), ale akurat ten zespół pokonał w sobotę kogoś mianowanego już faworytem do awansu, choć wcale tak być nie musi (trener Górak ma na myśli Ruch – dop. red.). Trzeba zdawać sobie sprawę, że to bardzo równa liga. Bardzo silne rozgrywki. Bardzo trudna rywalizacja – wylicza szkoleniowiec GieKSy.

Rafał Górak mówi, że ma satysfakcję, iż drużyna zareagowała na poniesioną w kompromitującym stylu domową porażkę 0:2 z Odrą dobrze i już kilka dni później wygrała z Górnikiem Łęczna.

– Bardzo się z tego cieszę, ale to zwycięstwo naturalnie niczego nie zamyka, bo nie wygraliśmy 9 razy, a teraz wygraliśmy dopiero raz. Pierwszy raz w 2023 roku. To ważne z punktu widzenia mentalnego, ale nic nam nie daje. Gramy teraz z drużynami mającymi 31 punktów, jak Górnik, potem 34 – czyli GKS-em Tychy, a w kolejnym tygodniu mamy u siebie Skrę Częstochowa. To dla nas ważny moment, konkretnie będziemy mogli rozmawiać dopiero za jakiś czas – zaznacza szkoleniowiec zespołu plasującego się równo w połowie stawki ze stratą 7 punktów do zamykającego strefę barażową Podbeskidzia oraz taką samą przewagą nad otwierającą strefę spadkową wspomnianą Skrą. Czerwona lampka, o której mówiło się przy Bukowej po przegranej z opolanami, pali się po tym weekendzie nieco słabiej.

– Rzeczą nadrzędną było dla nas zapewnić sobie miejsce gwarantujące grę w I lidze w przyszłym sezonie szybciej niż rok temu (wtedy była to 32. kolejka – dop. red.). Zróbmy to. Jeśli najbliższe kolejki dadzą nam punkty, będziemy tego bardzo bliscy. Grajmy jak najlepiej potrafimy, ale musimy zdawać sobie sprawę z siły, możliwości zespołu, czynnika szczęścia oraz tego, w jakich elementach możemy nie domagać. To nie jest zespół idealny na I ligę, który będzie ją roznosił. Po prostu niech walczy jak najlepiej może – podkreśla trener drużyny z Bukowej.

O samej lidze mówi tak: – W moim poczuciu, patrząc w tabelę, największą jakość piłkarską w II rundzie ma Wisła Kraków. Bardzo mocnym zespołem jest niewątpliwie Bruk-Bet Termalica, silnym – ŁKS. Pozostałe drużyny są bardzo równe. Niekiedy bardzo mocno wyniki definiuje łut szczęścia. Gdybyśmy go mieli więcej, bylibyśmy bardzo wysoko. Nie wykorzystaliśmy dwóch rzutów karnych (Jakub Arak w zremisowanym spotkaniu z Sandecją, Arkadiusz Jędrych w przegranym z Resovią – dop. red.), które mogły dać nam 4 punkty. Ale ich nie mamy i jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Nie możemy mówić, że cała liga jest oparta na szczęściu. Gdy nie ma wyników, to jest to wina drużyny, sztabu szkoleniowego. Chciałbym, byśmy wygrywali na miarę swoich możliwości, liga jest równa. Aspekt szczęścia naprawdę wiele przenosi w niej w lewo albo w prawo – przekonuje Rafał Górak.

Trudno było mieć w sobotni wieczór wrażenie, że katowiczanie grają najlepszy mecz w rundzie, jakościowo znacznie lepszy od wcześniejszych nie wygranych. I nie znaczy to wcale, że wyglądali przeciętnie. Po prostu była solidność, spotkanie ułożyła szybko zdobyta bramka, a potem można było konsekwentnie kontrolować jego przebieg.

– Niejednokrotnie mówiłem, że mecze niezakończone zdobyciem 3 punktów były w naszym wykonaniu naprawdę dobre, choć oczywiście nie wszystkie. Do tych słabych zawsze potrafiłem się przyznać. Zwycięstwo w sobotę było dla nas priorytetowe. Górnik Łęczna to tegoroczny półfinalista Pucharu Polski. Za trenera Marcina Prasoła nie punktował tak, jakby wszyscy oczekiwali, ale potencjał i siła tego zespołu jest określona. Wiadomo, że Irek Mamrot to specjalista ekstraklasowy i punkty zaczęły wpadać. Dobrze zdiagnozowaliśmy ten mecz taktycznie, robiliśmy swoje. Cały czas pracujemy nad naszym modelem gry, zachowaniami, to działało tego dnia bardzo dobrze. Drużyna była żywa, realizowała swoje zadania, nie była tak apatyczna jak w spotkaniu z Odrą, którym byłem ogromnie rozczarowany. Tym razem odnieśliśmy zasłużone zwycięstwo – mówi Górak, a drogę do niego otwarły strzały z dystansu. Sebastian Bergier raz trafił sam, a raz dobił próbę Grzegorza Rogali.

– Nie może być tak, że nie strzelasz ani z dystansu, ani z bliska, jak my z Odrą. Ani z trybun, ani z „Blaszoka”, ani zza zegara… Jak nie strzelasz, nie masz szans. Z Górnikiem drużyna wykonywała zadania, były uderzenia, wejścia w pole karne, w drugie tempo – przyznaje trener GKS-u, przed którym niedzielne derby z imiennikiem z Tychów.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Zabójczy cios w złotym secie

Katowiczanie 11. drużyną w kraju. W sukcesie w starciu z PGE Skrą Bełchatów zdecydował „złoty set”.

W pierwszym meczu w Katowicach, GKS wygrał 3:1. W rewanżu do zajęcia 11. pozycji potrzebował wygrać dwa sety. Bełchatowianie w ostatnim spotkaniu sezonu wystąpili w optymalnym składzie. W szóstce wyszli m.in. Mateusz Bieniek, Aleksander Atanasijević i Karol Kłos. Od razu znalazło to odzwierciedlenie na parkiecie. Gospodarze potrzebowali trzech setów, by odrobili straty z Katowic.

Zwycięzcę rywalizacji miał wyłonić „złoty set”. Wydawało się, że tak jak poprzednie będzie należał do bełchatowian. Katowiczanie zaskoczyli jednak rywali. Zaprezentowali się wybornie, zwłaszcza Gonzalo Quiroga. Argentyńczyk nie mylił się w ataku i znakomicie zagrywał. Posłał trzy asy z rzędu. Przy jego wielkim udziale goście wygrywali już 10:4. PGS Skra jeszcze podjęła walkę, zbliżyła się na dwa „oczka” (10;12), ale ostatnie słowo należało do katowiczan.

PGE Skra Bełchatów – GKS Katowice 3:0 (25:18, 25:21, 25:20, złoty set 11:15.

MVP: Gonzalo Quiroga

 

siatka.org – Jakub Szymański zagra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Dla Jakuba Szymańskiego sezon się jeszcze nie skończył. Mimo że GKS Katowice zakończył już zmagania w PlusLidze, to jego przyjmujący do końca kwietnia zagra jeszcze kilka meczów w barwach Al Ain w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i powalczy o Puchar Prezydenta.

Przypomnijmy, że GKS Katowice zakończył już zmagania w tym sezonie. Podopieczni Grzegorza Słabego nie zakwalifikowali się do play-off. Pozostała im batalia o jedenastą lokatę z PGE Skrą Bełchatów. Przed własną publicznością katowiczanie pokonali rywali, ale w Bełchatowie ulegli im 0:3. W efekcie cała rywalizacja rozstrzygnęła się w złotym secie. W nim GKS pokonał PGE Skrę, kończąc tym samym zmagania na jedenastym miejscu.

Nie oznacza to jednak, że wszyscy jego zawodnicy mają obecnie przerwę od siatkówki. Okazało się bowiem, że ciekawą przygodę zaliczy jeszcze Jakub Szymański, który do końca miesiąca został zawodnikiem Al Ain i rozegra kilka meczów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Na mocy umowy wypożyczenia Jakub Szymański do końca kwietnia br. będzie występował w drużynie Al Ain grającej w najwyższej klasie rozgrywkowej siatkarskich mistrzostw Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zawodnik GKS-u Katowice pomoże zagranicznemu klubowi w decydujących spotkaniach Pucharu Prezydenta (29 kwietnia br.), po czym wróci do Polski.

Przypomnijmy, że w tym sezonie PlusLigi Jakub Szymański wystąpił w 28 spotkaniach, w których zgromadził na swoim koncie 372 punktów, z czego 25 w polu serwisowym, 26 w bloku, a w ataku osiągnął 51% skuteczności.

 

HOKEJ

hokej.net – Pasiut MVP sezonu 2022/2023!

Kibice i czytelnicy portalu Hokej.Net wybrali najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) Polskiej Hokej Ligi. Został nim napastnik GKS-u Katowice Grzegorz Pasiut, który w sezonie 2022/2023 rządził i dzielił!

35-letni środkowy jest absolutną gwiazdą naszej ligi, a także graczem, który jednym zagraniem potrafi odmienić losy spotkania. Zresztą tytuł profesora nadany przez katowickich kibiców nie wziął się z niczego.

„Pasionek” był liderem GieKSy zarówno na lodzie, jak i poza nim. W całym sezonie imponował spokojem, ogromną pewnością siebie i dobrą wizją gry. Potrafił przytrzymać krążek, szybko go rozegrać, a także popisać się niezwykle kąśliwym strzałem.

Był graczem bez którego Jacek Płachta nie wyobrażał sobie ofensywnej linii swojego zespołu oraz formacji specjalnych. Zawodnikiem mającym ogromny wpływ na wyniki osiągane przez zespół.

Kapitan GieKSy w decydującej fazie sezonu grał jak z nut i strzelał gole z regularnością karabinu maszynowego. Znakomitą formą błysnął w fazie play-off, w której wygrał dwie kluczowe klasyfikacje: strzelecką (13 goli) i kanadyjską (19 punktów). Z kolei w38 meczach sezonu zasadniczego zdobył 16 bramek i zanotował 26 asyst.

GKS Katowice obronił tytuł mistrzowski, a „Profesor” był niewątpliwie jednym z głównych architektów tego sukcesu.

Na grę doświadczonego środkowego patrzyło się z przyjemnością. Wierzymy, że Grzegorz Pasiut równie dobrze zaprezentuje się w zbliżających się wielkimi krokami Mistrzostwach Świata Dywizji IA.

Wyniki głosowania MVP według kibiców (lajki + serduszka)

Grzegorz Pasiut (GKS Katowice) – 498

Krystian Dziubiński (Re-Plast Unia Oświęcim) – 485

Bartosz Fraszko (GKS Katowice) – 279

John Murray (GKS Katowice) – 277

John Dupuy (GKS Tychy) – 138

Alexandre Boivin (GKS Tychy) – 92

Patryk Wronka (Comarch Cracovia) – 70

Mark Kaleinikovas (JKH GKS Jastrzębie) – 18.

 

Trener sezonu – Jacek Płachta

Tytuł mistrzowski, Superpuchar Polski i niezłe występy w Hokejowej Lidze Mistrzów – tak w telegraficznym skrócie wyglądał sezon w wykonaniu GKS-u Katowice. Nie byłoby tych sukcesów, gdyby nie osoba Jacka Płachty, który w pełni zasłużył na tytuł trenera sezonu 2022/2023.

„Bij mistrza”– to hasło przyświeca każdemu zespołowi, który krzyżuje kije z urzędującym czempionem. Na początku był to jednak pusty slogan, bo katowiczanie dobrze rozpoczęli sezon i po dwóch rundach zajęli pierwsze miejsce, które pozwoliło im przystąpić do Pucharu Polski z najbardziej uprzywilejowanej pozycji.

Do tego czasu gra GieKSy wyglądała naprawdę dobrze. Podopieczni Jacka Płachty mogli pochwalić się efektownym stylem i najlepszą grą w destrukcji, którą firmował świetnie spisujący się w bramce John Murray.

Za ofensywne poczynania w głównej mierze odpowiedzialny był tercet Bartosz Fraszko – Grzegorz Pasiut – Brandon Magee. Ci trzej gracze byli wiodącym atakiem w całej lidze, niezwykle niebezpiecznym i skutecznym. Nad grą urzędujących mistrzów Polski i pracą, jaką wykonał Jacek Płachta cmokano z zachwytu. Na dodatek w październiku ekipa z alei Korfantego sięgnęła po Superpuchar Polski, wysoko pokonując na własnym lodzie Comarch Cracovię 7:1.

Jednak później pojawił się solidny dołek formy. Dalekie podróże i nawarstwiające się zmęczenie sprawiły, że GieKSa zapłaciła „podatek” od Hokejowej Ligi Mistrzów. Zaczęła przegrywać z ligową czołówką i systematycznie spadała w ligowej tabeli. Do tego doszła przegrana w półfinale Pucharu Polski z GKS-em Tychy 0:2, która sprawiła, że w klubie doszło do roszad personalnych. Z ekipy odeszli fiński obrońca Niko Mikkola oraz szwedzki napastnik Christian Blomqvist. W ich miejsce zostali zakontraktowani Robert Mrugała i Juraj Šimek. Zwłaszcza sprowadzenie byłego reprezentanta Szwajcarii dodało ekipie ze stolicy województwa śląskiego jakości w ofensywie.

Trener Jacek Płachta, wspólnie ze swoim asystentem Ireneuszem Jaroszem, dobrze diagnozowali problemy i na chłodno wyciągali wnioski. Postawili na ciężką pracę i pokorę. Ich wypowiedzi były oszczędne i stonowane.

W ćwierćfinale play-off GieKSa po siedmiu meczach pokonała JKH GKS Jastrzębie, a następnie faworyzowaną Comarch Cracovię. Te dwie serie napędziły katowiczan i były mocnym zastrzykiem pewności siebie. W finale ograli tyszan 4:0 i sięgnęli po drugi z rzędu tytuł mistrzowski.

Należy też podkreślić, że szkoleniowiec GieKSy dokonał kilku udanych roszad w składzie, które pozwoliły stworzyć trzy niezwykle solidne ataki. W pierwszym występowali Bartosz Fraszko, Grzegorz Pasiut i „odkurzony” Mateusz Bepierszcz, w drugim znaleźli się Juraj Šimek, Joona Monto i Matias Lehtonen, a w trzecim Brandon Magee, Teemu Pulkkinen i Hampus Olsson. W ten sposób jego zespół zyskał sporą elastyczność. Eksperci przekonują, że ta zagrywka miała ogromny wpływ na to, że złote medale zawisły na szyjach zawodników z alei Korfantego.

Wiemy już, że 53-letni szkoleniowiec przedłużył swój kontrakt z katowickim klubem o kolejne dwa lata i stanie przed szansą zdobycia mistrzowskiego hat tricka!

– Nasz wspólny wysiłek dał nam sukces w postaci dwóch mistrzostw Polski. Jestem bardzo dumny z tego, że mogę tutaj pracować, czuję się dobrze w Katowicach i cieszę się na dalszą współpracę w przyszłości. W GKS-ie mogę liczyć na profesjonalną organizację i wsparcie naszej pracy – stwierdził Jacek Płachta.

 

Bramkarz sezonu – John Murray

John Murray znów pokazał, że można na niego liczyć. Dał GKS-owi Katowice ogromną jakość, spokój w tyłach i walnie przyczynił się do obrony mistrzowskiego tytułu. Przy okazji „sprzedał” też prztyczka w nos działaczom GKS-u Tychy, którzy po sezonie 2020/2021 lekką ręką z niego zrezygnowali. Tytuł najlepszego bramkarza sezonu 2022/2023 nie mógł powędrować do nikogo innego.

Zapewne znajdą się też krytycy 35-letniego golkipera, którzy od razu wysuną argumenty o jego słabszej dyspozycji w grudniu i na początku stycznia. Przyjmujemy je do wiadomości, ale od razu śpieszymy z wyjaśnieniem, że bycie sportowcem to nie tylko dobre momenty. To nie tylko stabilna forma i szereg udanych interwencji. Równie ważne jest to, w jaki sposób podnosisz się po porażkach, bo te również się zdarzają. A przecież każda z nich – jak mawiał klasyk – jest nawozem sukcesu. I za ten właśnie aspekt golkiperowi pochodzącemu z Pensylwanii należą się spore słowa uznania.

Sezon trwa od września do marca, a czasami nawet do połowy kwietnia. Tuż na początku tegorocznej hokejowej drogi John Murray zademonstrował znakomitą formę. GieKSa z „Jaśkiem Murarzem” w bramce udanie zaprezentowała się w Hokejowej Lidze Mistrzów. To on powstrzymał napastników ZSC Lions Zurych i pomógł sięgnąć katowiczanom odnieść pierwsze zwycięstwo w tych prestiżowych rozgrywkach. Podopieczni Jacka Płachty wygrali z mistrzem Szwajcarii 2:1 po dogrywce, a Murray zanotował w tym meczu 32 udane interwencje i skuteczność interwencji na poziomie 97 procent.

W Polskiej Hokej Lidze ekipa z alei Korfantego po dwóch rundach zajmowała pierwsze miejsce i w niezwykle spokojny sposób wywalczyła przepustkę do rozgrywek Pucharu Polski. Styl gry katowiczan był efektowny i efektywny. Zarówno w aspektach defensywnych, jak i ofensywnych.

Później przyszła wygrana w Superpucharze Polski i dołek formy całej drużyny objawiający się tym, że katowiczanie nie sięgnęli po Puchar Polski i do fazy play-off przystąpili z czwartego miejsca.

W ćwierćfinale i półfinale play-off katowiczanie grali z nożem na gardle, ale potrafili wyjść zwycięsko z tych starć, co również było zasługą Johna Murraya. Z kolei w finale ekipa dowodzona przez Jacka Płachtę pokonała GKS Tychy 4:0, co było z pewnością szczególne dla 35-letniego golkipera. Dlaczego? Otóż działacze tyszan po sezonie 2020/2021 postawili na reprezentancie Polski krzyżyk. On swoją dyspozycją i znakomitymi interwencjami pokazał im, że boleśnie się wtedy pomylili.

Na sam koniec zerknijmy w statystyki. W sezonie zasadniczym John Murray wystąpił w 36 spotkaniach i interweniował w nich ze skutecznością oscylującą w granicach 92,5 procent oraz wpuszczał średnio 2,35 bramki na mecz. Dwukrotnie kończył mecz z czystym kontem. Z kolei w 18 spotkaniach fazy play-off poprawił swoje dokonania. Wpuszczał średnio 2,24 gola na mecz, a na jego koncie widniały też jeden shutout i uwaga… 93-procentowa skuteczność interwencji. Bronił niezwykle solidnie i nie popełniał większych błędów, choć lubił wyjeżdżać z bramki orazgrać kijem,często na granicy ryzyka.

– Patrząc przez pryzmat całego sezonu John Murray ponownie pokazał, że jest obecnie najlepszym bramkarzem w Polskiej Hokej Lidze. Dobrego bramkarza – podobnie jak mężczyznę – poznajemy nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. W przypadku „Jaśka” początek sezonu był bardzo dobry, równa gra w lidze i bardzo dobre występy w CHL. Potem w grudniu i styczniu pojawił się lekki kryzys, co jest częste przy dużej ilości rozegranych spotkań – wyjaśnił Mariusz Kieca, były golkiper polskich klubów i reprezentacji naszego kraju, a obecnie ceniony ekspert.

Jednak faza play-off to już popis Murraya, który z każdym meczem – jak cały zespół – grał pewniej. Był super skoncentrowany i sięgnął z drużyną po kolejny tytuł. Dał drużynie dużą pewność z tyłu. Jak zawsze dobrze sobie radził z grą kijem i w najważniejszych momentach meczu bronił pewnie i nie popełniał błędów. Myślę, że takim dopełnieniem tego dobrego sezonu może być jeszcze awans do Elity z reprezentacją, czego jemu oraz całej polskiej kadrze życzę – dodał.

 

Miarka opuści GKS Katowice?

Maciej Miarka, który przez ostatnie trzy lata był zawodnikiem GKS-u Katowice, może zmienić otoczenie. Jego usługami jest zainteresowany klub, z którym 22-letni bramkarz był już wcześniej związany.

Miarka, który jest wychowankiem ŁKH Łódź, rozegrał w tym sezonie 4 mecze fazy zasadniczej. Jak się w nich zaprezentował? Naprawdę dobrze. Bronił ze skutecznością oscylującą w granicach 97 procent i wpuszczał średnio 0,75 bramki na mecz. Zachował też dwa czyste konta.

Dane było mu wystąpić też w jednym meczu Hokejowej Ligi Mistrzów. GieKSa przegrała na wyjeździe z Fehérvár AV19 0:1, a Miarka skapitulował po strzale Alexa Petana. W tym meczu obronił 26 uderzeń rywali i zachował imponującą skuteczność – 96,3 %.

W decydującej fazie sezonu trener Jacek Płachta całkowicie zaufał Johnowi Murrayowi, a 22-letni golkiper obserwował spotkania swojego zespołu z perspektywy boksu.

Z naszych informacji wynika, że jego postawie od dłuższego czasu przyglądają się działacze JKH GKS-u Jastrzębie. Maciej Miarka miał już okazję grać w drużynach młodzieżowych tego klubu w latach 2017-2020. Szefostwo ekipy znad czeskiej granicy zapewne kusi utalentowanego golkipera częstszymi występami. A Miarka wchodzi już w taki wiek, w którym potrzebuje regularnej gry.

O tym, że potrafi bronić, pokazały nie tylko mecze poprzedniego sezonu PHL, ale również ostatnie spotkanie reprezentacji Polski z Węgrami, wygrane przez biało-czerwonych 3:2. Miarka zaprezentował się w nim z dobrej strony i wydaje się, że to właśnie wychowanek ŁKH Łódź prowadzi z Davidem Zabolotnym w wyścigu opozycję numer dwa w bramce „Orłów” na Mistrzostwa Świata Dywizji IA. Te rozpoczną się już w przyszłym tygodniu w Nottingham.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga