Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice – Termalica 1:2. Doniesienia mediów.
Wczarajszy, kolejny przegrany mecz przez GieKSę, tym razem z Termalicą 1:2 odbił się szerokim echem w mediach, nie tylko ze względu na grę piłkarzy. GKS prowadził 1:0 po zdobyciu bramki przez Grzegorza Goncerza, wyrównał z rzutu karnego Jakub Biskup. Zwycięską bramkę dla Słoników zdobył w II połowie najskuteczniejszy do tej pory, w drużynie Bruk – Betu Krzysztof Kaczmarczyk.
Poniżej fragmenty doniesień mediów:
sportowefakty.pl – Termalica zwycięska przy Bukowej
GKS Katowice w meczu z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza zagrał w nowym ustawieniu, ale nie pomogło to gospodarzom w odwróceniu fatalnej serii. Drużyna z Bukowej przegrała drugi ligowy mecz z rzędu.
Dla piłkarzy GKS Katowice mecz z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza był okazją do odzyskania twarzy, nadszarpniętej pucharową porażką z Chrobrym Głogów. Odpowiednie wnioski wyciągnął też trener Kazimierz Moskal, który po trzech nie najlepszych meczach w wykonaniu śląskiej drużyny w ustawieniu 5-4-1 i wrócił do systemu z czwórką obrońców, wzmacniając siłę ofensywną drużyny.
Szybko przyniosło to oczekiwany efekt, bo nie minęło dziesięć minut gry, a GieKSa była już na prowadzeniu. Po szybkiej kontrze katowiczan piłkę na prawym skrzydle otrzymał Alan Czerwiński i płasko dograł w pole karne, a tam futbolówki dopadł nabiegający Grzegorz Goncerz i nie zatrzymywany przez nikogo pewnym strzałem otworzył wynik spotkania.
Szybko strzelona bramka czujność katowickiej drużyny uśpiła. GKS zamiast pójść za ciosem dał się bowiem od wznowienia gry zepchnąć do defensywy i szybko znalazło to odzwierciedlenie w wyniku meczu. Raptem trzy minuty po pierwszej bramce po faulu w polu karnym gospodarzy Sławomir Duda arbiter wskazał na „wapno”, a rzut karny na gola silnym uderzeniem zamienił Jakub Biskup.
Raptem kilka minut po swoim trafieniu Biskup mógł bowiem mieć na koncie dublet, ale jego strzał z okolic linii pola karnego katowiczan świetnie obronił Antonin Bucek. W odpowiedzi dwukrotnie na bramkę Termaliki uderzała GieKSa, ale próby Rafała Kujawy, który uderzał przewrotką i Przemysława Pitrego nieznacznie chybiły celu.
Od mocnego uderzenia grę po przerwie mogli rozpocząć za to goście. Już na początku drugiej odsłony bliski szczęścia po dograniu Tomasz Foszmańczyk był Emil Drozdowicz, ale po strzale głową trafił w poprzeczkę katowickiej bramki. Chwilę później po szybkiej wymianie podań tego samego duetu napastnik niecieczan w polu karnym minął jak pachołek jednego z obrońców i technicznie uderzył tuż obok słupka.
Celu ekipa z Niecieczy dopięła na nieco ponad kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry. Po dograniu z prawej strony Drozdowicz po raz kolejny po strzale głową trafił w poprzeczkę, a dobijający piłkę do pustej bramki Krzysztof Kaczmarczyk nie mógł się pomylić. Chwilę później formalności powinien dopełnić Drozdowicz, ale po strzale z ostrego kąta uderzył centymetry obok słupka.
GieKSa w końcówce próbowała jeszcze dążyć do odwrócenia wyniku, ale katowiczanom brakowało argumentów, by pokonać dobrze dysponowanego tego dnia Sebastiana Nowaka.
sportmalopolski.pl – Słoniki wygrywają na Górnym Śląsku
Po dwóch zwycięskich meczach trener Piotr Mandrysz nie zamierzał zmieniać składu. Spotkaniu nie brakowało też podtekstów. Trener Kazimierz Moskal oraz Piotr Ceglarz i Rafał Kujawa jeszcze nie tak dawno pracowali (w różnych rolach) w ekipie „Słoników” Ale to rywalom Termaliki nie pomogło. Przegrali dzisiejsze spotkanie.
Początek meczu należał do gospodarzy. Aktywny Przemysław Pitry ładnie rozprowadzał piłki. W 7 min Rafał Kujawa strzelił obok bramki. Minutę później Piotr Ceglarz dośrodkował do Grzegorza Goncerza, który z 14 metrów pokonał Sebastiana Nowaka. Goście szybko odpowiedzieli. W 12 min z rzutu karnego gola zdobył Jakub Biskup. To była konsekwencja faulu na jednym z niecieczan. Napór GKS-u nie malał. Sebastian Nowak był na posterunku. W 28 min Kujawa zgubił Patryka Fryca, ale nie potrafił mu na tyle uciec, żeby dobrze strzelić. Do końca pierwszej połowy mimo przewagi GKS-owi nie udało się zmienić wyniku meczu.
W drugiej połowie już w 47 min Emil Drozdowicz główką strzelił w poprzeczkę. W 55 min ponownie Drozdowicz strzelił obok słupka. Dobra postawa gości przyniosła bramkę. W 72 minucie na listę strzelców wpisał się Krzysztof Kaczmarczyk, który wykończył zespołową akcję. W 76 minimalnie strzelił obok słupka Drozdowicz. Dobrego wyniku niecieczenie pilnowali, ale też stwarzali kolejne okazje.
sporslaski.pl – GKS Katowice – Nieciecza 1-2. „Słoniki” wciąż niepokonane przy Bukowej
To GKS Katowice pierwszy strzelił bramkę w spotkaniu z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza, ale to goście cieszą się z trzech punktów. To trzecia porażka – wliczając mecz w Pucharze Polski – z rzędu GieKSy.
Wydarzenie
Gospodarze weszli w mecz najlepiej, jak się da – zdobytym golem. Alan Czerwiński, który zastąpił w składzie Aleksandra Januszkiewicza, pobiegł prawą stroną boiska i zagrał po ziemi do Grzegorza Goncerza. Napastnik wykorzystał fakt, że obrońcy gości dali mu dużo swobody i uderzeniem przy słupku wyprowadził GKS na prowadzenie.
Bohater
Najwięcej zamieszania w polu karnym GieKSy robił Emil Drozdowicz. Co prawda nie wykorzystał ani jednej z czterech wyśmienitych okazji, ale to po tym, jak uderzył w poprzeczkę, skuteczną dobitką popisał się Krzysztof Kaczmarczyk, który wyprowadził gości na prowadzenie. Wcześniej Drozdowicz również zanotował strzał w poprzeczkę po dośrodkowaniu Jakuba Biskupa. W innej sytuacji w świetnym stylu wymanewrował obronę katowiczan, jednak fatalnie spudłował. Mimo braku skuteczności, i tak miał udział w zwycięstwie.
Rozczarowanie
GieKSa przegrała trzeci mecz z rzędu. Po udanej – aczkolwiek szczęśliwej wygranej – inauguracji z Widzewem Łódź, katowiczanie przegrali kolejno z Miedzią Legnica, Chrobrym Głogów i dzisiaj z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza. Dwie ostatnie porażki miały miejsce na własnym stadionie.
Co ciekawego:
– Rzut karny dla gości podyktowany był za faul Sławomira Dudy. Z prawej strony boiska dośrodkowywał Tomasz Foszmańczyk, a pomocnik GieKSy wyraźnie odpychał jednego z graczy Termaliki.
– W porównaniu do meczu z Miedzią Legnica, trener Kazimierz Moskal przeprowadził cztery zmiany w wyjściowym składzie. W związku z czerwonymi kartkami Łukasza Pielorza i Adriana Jurkowskiego, katowiczanie zagrali dzisiaj w ustawieniu z czwórką obrońców.
– Od pierwszej minuty w barwach GieKSy wystąpiło dwóch graczy, którzy w poprzednim sezonie grali w Termalice – Rafał Kujawa i Piotr Ceglarz. Trzeci z eks-niecieczan, Łukasz Pielorz, musiał pauzować za czerwoną kartkę.
– Mecz z trybun oglądał były prezes Górnika Zabrze, Zbigniew Waśkiewicz. Dostrzec można było także piłkarza „Trójkolorowych” Rafała Kosznika i byłego trenera GKS-u, Rafała Góraka.
– W pierwsza groźna akcja GieKSy zakończyła się uderzeniem przewrotką. Sędzia jednak odgwizdał przewinienie Rafała Kujawy.
– Po zagraniu ręką Rafała Pietrzaka tuż przed polem karnym, z rzutu wolnego uderzał Biskup, a Antonin Buczek efektownie wypiąstkował piłkę.
– Katowiczanie w pierwszej połowie sprytnie rozegrali rzut wolny – Duda po ziemi zagrał do, stojącego przed polem karnym, Pitrego, który jednak uderzył za słabo, by pokonać Sebastiana Nowaka.
– W pierwszej połowie Kaczmarczyk wyprowadzał groźną kontrę gości, jednak zamiast zagrać na lewe skrzydło do wychodzącego kolegi z drużyny, holował piłkę. Skończyło się na tym, że otrzymał żółtą kartkę za symulowanie faulu po tym, jak wślizgiem atakował Mateusz Kamiński.
– Pod koniec spotkania efektowny rajd przeprowadził Goncerz. Strzelił jednak za słabo i Nowak nie miał problemu ze skuteczną interwencją.
– Chwilę później z piłką szarżował Januszkiewicz, jednak i z jego uderzeniem poradził sobie bramkarz gości.
– To był piąty mecz GKS-u z Niecieczą na własnym stadionie. Katowiczanie wciąż pozostają bez zwycięstwa w domowych starciach z tym rywalem…
Sport – GieKSa znów zawiodła, posada Moskala zagrożona
Zespół Termaliki w Katowicach stracił pierwszego gola w tym sezonie, ale nie stracił punktów, dzięki czemu nadal przewodzi w tabeli. Posada trenera GKS Kazimierza Moskala jest za to mocno zagrożona.
Gospodarze po raz kolejny przed rozpoczęciem nowego sezonu mieli spore nadzieje i po raz kolejny mocno się rozczarowali. GKS doznał drugiej porażki w tym sezonie i na nic zdały się zmiany, których dokonał trener Kazimierz Moskal. Były szkoleniowiec zespołu z Niecieczy, przeciwko swojemu dawnemu pracodawcy po raz pierwszy zagrał czterema, a nie trzema obrońcami. Początek spotkania pokazywał, że może to przynieść skutek, bo GKS szybko objął prowadzenie po strzale Grzegorza Goncerza, dla którego był to trzeci gol w tym sezonie. Radość gospodarzy nie trwała zbyt długo, bo po głupim faulu Sławomira Dudy sędzia podyktował rzut karny dla zespołu z Niecieczy. Pewnym jego wykonawcą był kapitan Jakub Biskup. Od tego momentu gra drużyny z Katowic słabła z minuty na minutę.
O ile w pierwszej połowie Przemysław Pitry i Krzysztof Wołkowicz stanęli przed szansą na gola, to w drugiej gospodarze nie potrafili zagrozić bramce lidera pierwszej ligi. Stopniowo rosła za to przewaga gości. Najpierw Emil Drozdowicz trafił w poprzeczkę. Kilkanaście minut później powtórzył ten wyczyn, lecz skuteczną dobitką do pustej bramki popisał się Krzysztof Kaczmarczyk i to ekipa z Niecieczy wyszła na prowadzenie, którego nie oddała już do końca. Schodzących do szatni piłkarzy GKS Katowice żegnały gwizdy i okrzyki „do roboty”. W tym tygodniu w śląskim klubie może być naprawdę nerwowo i można spodziewać się radykalnych decyzji działaczy GKS.
dziennikzachodni.pl – Zadyma po meczu GKS Katowice – Termalica: Kibice wściekli, ochrona użyła gazu
Termalica Bruk-Bet Nieciecza pokonała na wyjeździe GKS Katowice 2:1. Po meczu na Bukowej kibice GieKSy próbowali dostać się do szatni piłkarzy, ochrona użyła gazu. W klubie można się spodziewać poważnych rozmów i konsekwencji wobec zawodników.
Trzecia z rzędu, w tym jedna pucharowa, porażka GKS Katowice dolała oliwy do ognia. Zniecierpliwieni i zaniepokojeni niską formą zespołu kibice zebrali się po meczu z Termalicą pod szatnią GieKSy. Zrobiło się bardzo nerwowo. Poleciały szyby w drzwiach wejściowych. „Zero ambicji, weźcie się do roboty” – krzyczeli wzburzeni, a potem jeszcze, że GKS to nie piłkarze tylko oni.
– To nie jest tak, że nie mamy ambicji, że nie chcemy wygrywać – bronił siebie i kolegów Grzegorz Goncarz. – Do każdego meczu podchodzimy z maksymalnym zaangażowaniem. Z drugiej strony nie popadajmy w paranoję, to dopiero trzecia kolejka, przed nami jeszcze sporo kolejek, możemy zdobyć wiele punktów – mówił po meczu piłkarz GKS Katowice.
Do Goncarza pewnie kibice mieli mniej pretensji niż do pozostałych zawodników. W 9 min pomocnik gospodarzy precyzyjnym strzałem przy słupku dał im prowadzenie. – Chcieliśmy pójść za ciosem, ale zamiast tego było wyrównanie – kręcił głową Goncerz.
Zespół Piotra Mandrysza wyrównał po rzucie karnym. Sławomir Duda popchnął pod swoją bramką Tomasza Foszmańczyka i stojący obok sędzia Piotr Pskit nie miał cienia wątpliwości dyktując jedenastkę.
Wyrównująca bramka podcięła skrzydła katowiczanom. Wrócili do swojej bylejakości z poprzednich spotkań. Grali niestarannie w ataku, wolno rozgrywali akcje i kończyli je najczęściej przed polem karnym Termalicy.
Co innego goście. Widać było, że piłkarzom Termalicy zależy na zwycięstwie. Po przerwie ruszyli do ataku, ale dopięli swego dopiero w 72 min. Wcześniej dwukrotnie dobrych okazji nie wykorzystał Emil Drozdowicz. Za trzecim razem trafił w poprzeczkę, a stojący przed bramką Krzysztof Kaczmarczyk wpakował piłkę do siatki.
Po meczu Stowarzyszenie Kibiców GKS-u Katowice „SK 1964” wydało oświadczenie, w którym domaga się obniżenia cen biletów. W przeciwnym razie rozważą bojkot spotkań rozgrywanych na stadionie przy ulicy Bukowej.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

nocomment
18 sierpnia 2014 at 22:47
a co na to The Times?
Witek
23 sierpnia 2014 at 07:27
Przygotowuje większy materiał 🙂