Felietony Podcasty
Czas powiedzieć sobie dość…
Nie jest mi łatwo pisać ten tekst. Zwłaszcza po tylu latach udzielania się w GKS Katowice. To 16 lat temu pisząc do „Bukowej” i wrzucając z aparatu filmiki z bramek w czwartej lidze (pierwsza karta pamięci pozwalała nagrać 42 sekundy filmu) zapoczątkowałem swoją działalność na rzecz klubu i kibiców. Potem była masa różnych działań: oficjalna strona klubowa, filmowanie meczów dla kibiców i trenerów, założenie i ponad trzy tysiące tekstów na GieKSa.pl, setki wywiadów pomeczowych oraz długich, z czego chyba numerem jeden był wywiad z Adamem Nawałką do „Bukowej”. Skomentowanie pewnie ze setki meczów dla naszego GieKSiarskiego radia. Udział w podcaście „Trójkolorowa Połowa”. Swego czasu jeździłem też na sparingi, niezależnie, czy to był piątek czy świątek, niezależnie, czy był upał czy potężny mróz. Zarywałem noce, brałem urlopy, nie zajmowałem się swoim życiem zawodowym, tak jak powinienem. Bo na pierwszym miejscu był GKS.
Z czasem, gdy redakcja GieKSa.pl się powiększała, sporą część obowiązków przejęli inni, a ja mogłem odetchnąć. Nadal jednak pisałem felietony przed i pomeczowe, oceniałem zawodników (wkrótce też przejęły to inne osoby), ale przede wszystkim byłem i relacjonowałem mecze.
Kilkukrotnie po cosezonowych klęskach mówiłem sobie, że „nigdy więcej”. Że już nie wierzę. Że skoro w taki sposób zostałem pozbawiony złudzeń, to przecież z tymi samymi zawodnikami (albo to w większości, albo po zmianach – jednak z pozostałym trzonem), za rok będzie kolejna klęska. Odsądzany byłem za te słowa od czci i wiary, żeby po roku okazywało się, że nie ma takiej granicy upokorzenia kibiców, której poszczególny zespół GKS Katowice nie potrafiłby przekraczać. Co się działo potem? Znów zaczynałem wierzyć. Jak ten człowiek, który nie uczy się na błędach, jak ten, którego się zdradza, ale po raz setny daje szansę, jak ten alkoholik, który na chwilę przestał pić, wszyscy mu mówią, że za chwilę wróci do nałogu, a on mówi, że „tym razem będzie inaczej”. Jednak nieprzebrana nadzieja i dziecięca wiara w to, że „tym razem wszystko się ułoży” przeważała. Wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale przede wszystkim wbrew doświadczeniu – że jednak nigdy nie było inaczej, że zawsze przychodziło to samo rozczarowanie, płacz i zgrzytanie zębów. Coraz to kolejne klęski przyjmowałem z większą obojętnością, a sukces coraz bardziej jawił się jako abstrakcja, coś, co po prostu nie może być nam – kibicom GKS Katowice – dane.
Niestety, wszystko się zmieniło wczoraj. Jeden mecz – mecz z Hutnikiem Kraków „zniszczył” wszelką wiarę i chęć działania. Zazwyczaj takie odczucia miałem po zakończonych sezonach. Teraz pojawia się to po konkretnym spotkaniu. Po meczu, po którym GKS Katowice nadal jest liderem tabeli. I po meczu, który w moim odczuciu nie odbył się na zdrowych, sportowych zasadach.
Nikogo nie mam zamiaru oficjalnie oskarżać, bo nie mam dowodów. Nigdy nie miałem i mieć nie będę. Bo przecież bramkarz mógłby nawet sobie specjalnie i ostentacyjnie wrzucić piłkę do swojej bramki, a po meczu i tak powie, że myślał, że to bramka przeciwnika, tylko jupitery go oślepiły, więc jakiekolwiek zarzuty o nieczystą grę są bezzasadne, a ten, kto je wygłasza nie zna się na piłce.
Oglądając jednak ponad sześćset meczów GKS Katowice i tysiące meczów piłki nożnej w ogóle – ma się już na tyle duże doświadczenie, że nie trzeba mitycznie „grać w piłkę”, żeby umieć rozróżnić, co jest brakiem umiejętności, a co kwestiami pozasportowymi. Oczywiście takie kurioza jak nietrafienie z metra do pustej bramki, niezrozumiały gol samobójczy, próba podania na jeden metr kończąca się wykopanie piłki w trybuny – jak najbardziej się zdarzają. Piłka nożna to gra błędów. Są jednak błędy i „błędy”. Jeśli tak kuriozalne zagrania – ale nawet nie te w sytuacjach podbramkowych, tylko gdzieś tam w środku boiska, przy rozegraniu od tyłu, przy próbie wchodzenia w pole karne, pojawiają się kilkadziesiąt razy w meczu – to naprawdę ostatnią rzeczą, o której myślę, to to, że jest to kwestia formy piłkarskiej, „słabego wejścia w mecz” czy tego „że nic nam dzisiaj nie wychodzi”.
Od początku meczu z Hutnikiem myślałem, że w przeciwieństwie do spotkania z Sokołem Ostróda, po prostu trener obrał inny sposób gry, czyli spokojne wyczekiwanie na krakowian i systematyczna praca na boisku z wiarą, że sytuacje bramkowe przyjdą – czy to z kontry, czy z ataku pozycyjnego. Nawet, gdy w 13. minucie goście strzelili bramkę – pomyślałem sobie, że „przeliczył się trochę trener Górak”, no ale trudno – odrobimy. Niestety żenująca pierwsza połowa spotkania nie przyniosła praktycznie żadnej klarownej sytuacji. Nadal miałem nadzieję. Że w szatni dojdzie do męskiej rozmowy i w drugiej połowie GieKSa wyjdzie odmieniona – bo przecież tak się nieraz w piłce zdarza. Gdy po kilku minutach po przerwie piłkarz gości otrzymał czerwoną kartkę – nadzieja odrobinę wzrosła.
Lider tabeli podejmował outsidera. Zespół, który na jedenaście meczów wyjazdowych, dziesięć przegrał. Zespół, który gra w osłabieniu i logicznie powinien modlić się o dociągnięcie tego wyniku, a potem i tak z Krakowa do Częstochowy przejść cały Szlak Orlich Gniazd na kolanach. A jaki mieliśmy obraz gry? Krakowianie spokojnie i rzetelnie grający, w zasadzie wyglądający tak, że mecz już jest wygrany. Bo przecież przeciwnik nie jest im w stanie zrobić żadnej krzywdy.
Gdzieś około 60-65. minuty przestałem wierzyć i stało się dla mnie jasne, że GKS tego dnia gola już nie strzeli. Choćby nawet miał rzut karny. Nawet nie wiem, czy to było po kuriozalnym pudle Krystiana Sanockiego, ale po prostu „energia” z boiska i „sposób gry” katowiczan pokazywał, że naprawdę jedyną szansą na trafienie byłoby wbicie sobie przez Hutnika gola samemu.
Ilość niecelnych, złych podań, które są najprostszymi zagraniami w świecie była straszna. To, ktoś komuś w banalnej sytuacji podał za plecy, to na metr za słabo, to za mocno, to ktoś się przewrócił w dobrej sytuacji z powodu podmuchu powietrza (celował w tym Rafał Figiel, raz wymuszając rzut karny, a raz w swojej szesnastce otwierając rywalowi drogę do bramki). Dramatycznie rozegrany rzut wolny, po którym poszła kontra. Wspomniane nietrafienie z jednego metra do pustej bramki Sanockiego, sposób utraty drugiej bramki. Ale tak naprawdę przez cały mecz ciągnęły się niepostrzeżenie przedziwne, niby niemające wpływu na grę, błędy. Ich suma przekroczyła kilkukrotnie to, co można nazwać „słabszym piłkarsko dniem” czy kwestią formy. Tak jak w 2014, kiedy po bardzo udanej jesieni GKS wygrał za Moskala 2 na 14 meczów na wiosnę, czego również nie dało się wytłumaczyć formą sportową. Wczoraj dodatkowo rzucał się w oczy sławetny „brak ambicji”. Mimo pozornej bardzo dużej przewagi i posiadania piłki, nie widać było specjalnie, że zawodnikom zależy na korzystnym wyniku.
Niestety swoje w wywiadzie pomeczowym dołożył też trener (bo już pal licho wygłaszającego wyuczone formułki Arkadiusza Jędrycha, który zawsze mówi to samo). Liczyłem, że szkoleniowiec będzie bardzo wkurzony, tak jak niejednokrotnie go widzieliśmy po meczach. A tu zupełny spokój i mowa o tym, że „źle weszliśmy w mecz, przegraliśmy bitwę, nie przegraliśmy wojny, głowy do góry i walczymy dalej”.
Powiem tak – jeśli po tylu latach klęsk, jest już na początku wiosny szansa, żeby jako lider odskoczyć rywalom naprawdę na pokaźną liczbę punktów i znacząco przybliżyć się do awansu, do tego grając z najsłabszym zespołem ligi w przewadze – przegrywa się po tak dramatycznej grze, to oczekiwałbym, że cała Bukowa będzie kipieć ze złości, że wszyscy będą czerwoni i rozwalą tę szatnie. A tutaj? Cóż, przegraliśmy, normalna rzecz, walczymy dalej, a Arek Jędrych zaraz zaśnie przed tą kamerą, podczas gdy powinien mieć tyle energii ze złości, żeby zaraz zagrać kolejny ligowy mecz. Niestety te obrazki z wywiadów tylko utwierdzają mnie w moim przekonaniu, że coś tu było nie tak.
Słowem tylko wspomnę o jednym ważnym meczu sprzed kilku miesięcy. Bo o Kluczborku czy „gimnazjalistach z Chorzowa” pamiętają wszyscy. Natomiast przegrany baraż ze Stalą Rzeszów przeszedł kompletnie bez echa. Jednym oddanym wówczas bez walki meczem przekreślony został cały sezon. Pamiętam wypowiedzi po tym meczu – tam również było jakoś spokojnie i zdania, że „powalczymy w następnym sezonie”. Już nawet wśród kibiców była taka obojętność, że ludzie przeszli nad tym spotkanie na chłodno. A przecież wydarzyła się katastrofa.
Hutnik Kraków – to był drugi mecz na wiosnę. Newralgiczny moment roku piłkarskiego. To właśnie w okolicach drugiego-trzeciego meczu zazwyczaj orientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Ja osobiście biłem na alarm kilka razy, zwłaszcza wtedy, kiedy GKS za Jerzego Brzęczka w sposób niezrozumiały zremisował ze Stomilem 2:2 (rywale przez 70 minut nie podeszli pod nasze pole karne), a kolejkę później powinni prowadzić do przerwy 3:0 w Sosnowcu, a przy akompaniamencie wyzwisk kibiców Zagłębia pod adresem swoich piłkarzy, przegrali 0:1. Tak, wtedy biłem na alarm, pisałem felietony, artykuły – podobnie jak w końcowej fazie sezonu. Wkurzałem się, pisałem o „pokazaniu jaj”, o mobilizacji – na tysiąc sposobów. Oczywiście nazywany wtedy byłem „oszołomem”, a na koniec sezonu mieliśmy to, co mieliśmy. Nie wspomnę jeszcze, że te klęski często były powiązane z najbardziej prestiżowymi meczami, jak choćby z Ruchem Chorzów, z którym wiosną przecież też sztuką było nie wygrać, bo zespół składał się ze wspomnianych tzw. „gimnazjalistów”, a po swojej stronie mieliśmy graczy z setkami występów w ekstraklasie.
Pamiętam, jak na konferencji prasowej po wspomnianym meczu w Sosnowcu, Brzęczek sprowadził porażkę do „jednego błędu, po którym Fidziukiewicz strzelił gola”. Tak, już wtedy wiedziałem, że sytuacja jest chora.
Biłem na alarm za Paszulewicza, pisałem „Alarm! Spadek zaczyna nam zaglądać w oczy!” za Dudka. Nikt nie słuchał mnie, za to ja musiałem się nasłuchać wiele razy, że „sieję ferment”, „psuję atmosferę” i najlepsze – „cieszę się, gdy GKS przegrywa”. Tak naprawdę po tym ostatnim zarzucie, który usłyszałem od nikogo innego, jak prezesa GKS Katowice Marcina Janickiego – już wtedy powinienem był zwinąć manatki. Niestety zawsze okazywało się, że moje zarzuty i alarmy potwierdzały się.
To, co poczułem podczas drugiego meczu tej wiosny, to był podobny dyskomfort, co podczas wspomnianych meczów w poprzednich latach. Tyle, że wtedy wierzyłem jeszcze, że gra jest czysta, że to wszystko to rzeczywiście wypadek przy pracy, kwestia psychologiczna, że można to naprawić i odwrócić. Późniejsze doświadczenia pokazywały, że to był początek końca. Dlatego to, co wydarzyło się z Hutnikiem było dla mnie odtworzeniem tamtej historii. Historii, po której nigdy nie działo się nic dobrego. Stąd utrata złudzeń.
Gdy 20-30 lat temu ktoś zarzucał piłkarzom nieczystą grę, to zapewne reagowali tak samo, jak zawodnicy w obecnych czasach, czyli traktowali mówiącego jak wroga czy niszczyciela atmosfery. Potem okazało się, że całe środowisko piłkarskie to była jedna wielka korupcja, z wielkim zresztą udziałem naszego klubu. Czy ktoś jest na tyle naiwny, żeby wierzyć, że po aferze Dziurowicza za dotknięciem czarodziejskiej różdżki polska piłka się uzdrowiła? Że za kolejne 20 lat niektórzy byli, a może obecni piłkarze nie napiszą książki, w której opiszą „piłkarską” rzeczywistość obecnych czasów? Tylko co nam będzie po tym za 20 lat? Dawaliśmy się nabierać kiedyś, dajemy i teraz.
Ja też dawałem się nabierać. Ale nie potrafię już oszukiwać samego siebie. Paradoksalnie powiem, że nawet jeśli GKS wywalczyłby awans (w co nie wierzę), to o tym meczu z Hutnikiem nie zapomnę.
Wczoraj po moich słowach, że uważam, iż mecz był nieczysty, zostałem przez kilka osób – kibiców GieKSy zaatakowany standardowymi tekstami, że „pierdolę” i „nie znam się na piłce”. To już jest temat na zupełnie osobną historię, ale z drugiej strony jest to dla mnie spójne z tym, że ta grupa kibiców robi ikonę klubu z jednego z naszych piłkarzy, zawodnika, który był główną twarzą ostatnich – zakończonych spektakularną klęską – sezonów. Te osoby darzą wielką estymą również niektóre wątpliwe postaci z poprzednich lat. Z lat, które w moim subiektywnym odczuciu były jednym wielkim piłkarskim oszustwem.
Nie chce mi się kopać z koniem i po raz kolejny wzbudzać w sobie nadziei, która do momentu uzdrowienia tego chorego w kontekście piłkarskim klubu, jest kompletnie bezsensowna. Dlatego dzisiaj zawieszam pisanie na stronę i swoją obecność na meczach w roli redaktora GieKSa.pl. Szkoda mojego zdrowia i nerwów, a ci, którzy będą chcieli taplać się w swoim bagienku, będą mogli to robić już bez moich opisów na stronie. Z jednym wyjątkiem. Jeśli ktoś ma jednak klapki na oczach i nie widział wczoraj tego, co oczywiste – to jeśli jakimś cudem ten mecz w całości trafiłby w moje ręce, to jestem gotów poświęcić się i powycinać wszystkie wątpliwe fragmenty i skleić w kompilację. Może wtedy te klapki by z oczu zleciały…
Dodam, tylko, że wypowiadam się w swoim imieniu, strona będzie działała dalej, bo mamy świetnych redaktorów, którzy zaangażowaniem i poświęceniem zawsze bili i biją na głowę tych, którzy od lat biegają po boisku.
Jeśli sytuacja kiedyś się uzdrowi, do GKS wjedzie prywatny inwestor, który nie pozwoli na takie historie, jak w ostatnich latach – wtedy rozważę powrót. Ale na razie się na to nie zanosi. Nie ma osoby, która tę sytuację chciałaby uzdrowić – osoby z klubu, które śmiały się nam w twarz, potem robiły karierę wyżej, na czele z niedawnym selekcjonerem reprezentacji Polski. Miasto Katowice jak przyzwalało na to wszystko, co się dzieje w klubie, tak przyzwala dalej.
Dziękuję wszystkim kibicom za te wszystkie lata, za dobre słowa i krytykę, za pochwały i za kłótnie. Było energetycznie i bardzo fajnie.
Wszystkich, którzy poczuli się urażeni moim ciętym językiem, przepraszam. Nieraz sformułowania były przesadzone, choć meritum utrzymywałem i utrzymuję.
GieKSa była, jest i będzie w moim sercu. Ale nie mam ochoty szargać tego serca przejmując się osobami, które nie mają podobnie, albo nawet jeśli nie – nie traktują tego klubu i kibiców poważnie.
Do zobaczenia!
Z GieKSiarskim pozdrowieniem
Shellu
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Tom
7 marca 2021 at 16:42
Dzięki Shellu.
Najśmieszniejsze to czytanie na forum wpisów że nic się nie stało, dalej jesteśmy na pierwszym miejscu, cała runda przed nami i tak dalej…
Ludzie w ostatnich latach tyle razy dostali po mordzie od piłkarzy i dalej się nie nauczyli.
Łukasz.W
7 marca 2021 at 17:31
Szkoda shellu bo fajnie się czytało twoje felietony i nagrania w trójkolorowej połowie ale się nie dziwie co do twojej decyzji bo ileż można znosić to co się dzieje w tym klubie. Ale miałem rak samo jak ty bo nieraz pisałem że dopóki nie będzie prywatnego właściciela w tym klubie to nic się nie zmieni tam i awans obejrzymy jak świnia niebo.
Kato
7 marca 2021 at 17:50
Panie trenerze;
Uważa Pan dalej, że nic się nie stało, tym przegranym „nieistotnym” meczem?!
Otóż stało się bardzo wiele zła!
Zachwiał Pan zaufaniem!
Henk
7 marca 2021 at 17:58
Sposób w jaki trener Górak motywuje swoich podwładnych jest fascynujący …
sobra1
7 marca 2021 at 18:50
Shellu szkoda. Jesteś wielki i masz klasę. Szoda, że odchodzisz. Powinieneś napiętnować te substytuty zawodników a tak teraz będą mogły kpić z nas przy otwartej kurtynie.
P.S. Panie trenerze Górak. Jeśli jeszcze raz powoła się pan na to, że gracie dla kibiców, i że prosi pan o ich wparcie to jak mi Bóg miły przy najbiższej okazji dam panu w mordę. Mam nadzieję, że panu powiedzieli przed meczem i też pan coś postawił. Ja z darmo nie robilbym siebie takiego pajaca na konferencji chroniąc takich ludzi.
tomassi
7 marca 2021 at 19:25
Shellu dziękuję za każde słowo.
Od Bukowej po dziś. W 95% zgadzam się z tobą.
I jestem pewny że gdyby było więcej takich ludzi blisko klubu to dziś
bylibyśmy w innym miejscu.
Dzięki za wszystko.
Bugi
7 marca 2021 at 19:27
Pięknie napisane. Brudna czysta prawda.
GieKSiorz
7 marca 2021 at 19:57
Dzięki Shellu za serducho dla Gieksy,zgadzam sie z Tobą i podpisuje pod tym tekstem,robia Nas kibców w huja,kurwidołek do ciagniecia kasy z miasta,a miasto na to przyzwala bo sa etaty dla pociotkow,taka prawda,nic sie nie zmieni poki miasto bedzie wlascicielem,tez nie wierze w awans bo juz tyle razy dostalem po mordzie,Giekse mam w sercu,ale na to co sie dzieje przez ostatnie lata nie dam juz przyzwolenia i nie dam sie robic w huja,tak mysli bardzo duzo osob dlatego taka frekwencja na meczach.a Ci co zostali wierza,daja robic sie w ciula,gdzie ta Gieksa,gdzie Ci kibice co kiedys,juz pod urzedem miasta powinny dawno byc demonstracje o klub,stadion itda tu cisza,dziwne?!nie chce nikogo oskarzac ale pomyslcie sami
GieKSiarz
7 marca 2021 at 20:17
A więc dożyliśmy momentu, gdzie nawet Shellu zawiesza swoją obecność… SHELLU DZIĘKUJEMY! też mi się wydaje, że dopóki nie przyjdzie prywatny inwestor (to pewnie nastąpi dopiero po nowym stadionie, który może będzie za 10 lat, bo przecież kto będzie chciał inwestować w klub, który przyznajmy sobie szczerze ma stadion lat 80/90)to nadal będziemy gnić w tym samym szambie, dalej miasto nie chce najwidoczniej awansu i robi kibiców w ch#ja. Za 3 dni minie 4 lata od meczu, który zmienił GKS z Murowanych kandytatów do… Murowanych kandydatów. Ktoś, kto po sprzedanym meczu mówi, że nic się nie stało, jest po prostu naiwny. Zauważcie że już mija 4 lata odkąd jesteśmy naiwni, że się uda. Już 4 lata, za rok będzie pół dekady. Założe się, że GieKSa zajmie 3/4 miejsce z 3 punktową stratą do awansu, i jak zwykle zabraknie tego jednego zwycięstwa. W barażach przegramy po rzutach karnych z jakimś KKS Kalisz albo Skrą Częstochową (odpady Rakowa). Wtedy poleci każda głowa i będą nowe nazwiska, nowe pseudogwiazdy, znowu trener z „charakterem”, i może racja jeśli chodzi o charakter, skoro teraz Brzęczek był trenerem kadry, a Dudek prowadzi Sandecję ku spokojnemu utrzymaniu. Akurat tylko w GieKSie sobie nie poradzili… Tu coś nie gra, prawda? Będą kolejne nadzieje, że może teraz się uda, a będzie jak zwykle. GKS dalej nas nabija, a my się starzejemy. I tak z roku na rok…
Mam nadzieję, że się myle i GKS jednak będzie w tej 1 lidze, ale nic na siłe.
Nie wierzę w to.
Nie przy tych 4 latach kłamstw.
Co ma być to będzie.
Podsumowując, Shellu nikt ci nie odda tych nerwów, które ciebie spotkały na przestrzeni tylu lat, i chcemy ci powiedzieć jedno: DZIĘKUJEMY!
Daro
7 marca 2021 at 20:40
W tygodniu te patałachy będą trenować na bocznym boisku przy bukowej i może trzeba zrobić jak kibice Marsylii czyli tam wejść i zrobić zadymę aby wiedzieli kaj są i o co grają bo tak to nic się nie zmieni
Bce
7 marca 2021 at 20:41
Shellu dziękujemy. Kawał dobrej roboty. Po wczorajszym meczu też mam dość. Obejrzałem jeszcze raz powtórkę. To jest kurwa kpina ze wszystkich.
Robson
8 marca 2021 at 00:17
Szelu jak zawsze w całości się z Tobą zgadzam. Kiedyś z starą ekipą czytaliśmy Twój artykuł i czuliśmy jak był byś w naszych głowach. Zawsze byłeś dla mnie najlepszy i jak miałem mało czasu czytałem tylko to co było napisane przez Ciebie. Dlatego proszę zostań z nami GieKSiarzami właśnie po to by ta banda zaślepionych ciulu nie robiła tego co robi bezkarnie!
Siwen
8 marca 2021 at 00:23
Shellu, dziękuję za kawał dobrej roboty…Sternicy GieKSy i wy boiskowe kuternogi pamiętajcie – jeśli udało wam się kogoś oszukać to nie dlatego, że ten człowiek jest głupi, tylko dlatego, że otrzymaliście więcej zaufania niż jesteście tego warci. W podziękowaniu od Shella, za waszą organizacyjną i boiskową postawę, wszystkim wam się należy wielki, plastikowy, tandetny, odpustowy, chiński, partacki, kiczowaty, szmirowaty, bublowaty, lipny, szkaradny, szpetny i kulawy puchar z pepco. Fraus omnia corrumpit!!!
Kejta
8 marca 2021 at 00:55
Shellu nie ma sie co obrazac na to co robisz wiec ochlon troche po tych negatywnych emocjach i wracaj do tego co robisz od lat! Jak widzisz kazdy tutaj ceni to co robisz a ja osobiscie uwielbiam twoje teksty, felietony i podsumowania bo nigdy sie nie zwiodlem gdy je przeczytalem. Jest jak jest i my nie jestesmy w stanie tego zmienic Gieksa se raz wygra raz przegra na kazda wiosne przejebie awans albo spadnie po golu bramkarza i taka jest nasza rzeczywistosc. Wez tez pod uwage to ze gdyby GKS gral od 10 lat w ekstraklasie i byl tak w srodku tabeli raz wyzej raz nizej to nie byloby o czym pisac a tak to miales material na dobry film a co dopiero na pomeczowe/sezonowe felietony. Mam nadzieje ze jak emocje ci juz opadna to wrocisz do swoich obowiazkow 😉
No juz przestan sie mazgaic jak to mowia bo kazdy tu zawsze czeka na kilka slow od ciebie, szczegolnie ci ktorzy kibicuja zza granicy i nie maja lepszego zrodla zeby sie cos dowiedziec o Gieksie niz Ty. Pozdrawiam
Irishman
8 marca 2021 at 08:45
Cóż Shellu, wielka szkoda! Bo można się było z Tobą nie zgadzać tu czy tam ale fachowości i profesjonalizmu w tym co robiłeś nie można Ci było odmówić! Często Cię (tak samo jak całą Redakcję) podziwiałem, że potrafisz pogodzić życie rodzinne i zawodowe z działalnością dla Klubu! Niestety za to wszystko „w podzięce” otrzymywałeś wyłącznie rozczarowania i dlatego Cię rozumiem.
Co prawda myślę, że zbyt szybko skreślasz ten sezon ale takie Twoje prawo i nie zamierzam Cię przekonywać, że będzie inaczej. To piłkarze mają to zrobić na boisku.
I mam ogromną nadzieje, że jak odpoczniesz, wyluzujesz, ochłoniesz, a piłkarze odpłacą za Twój i całej Redakcji trud w końcu czymś odwrotnym niż wstyd i rozczarowanie to wrócisz. Oby jak najszybciej!
Pozdrawiam!
KaTe
8 marca 2021 at 10:42
Smutne, ale prawdziwe.
Końcówka poprzedniego sezonu, szpile z drużynami z Rzeszowa już dawały dużo do myślenia co do sposobu prowadzenia jej przez p. Góraka. W żaden sposób nie było widać by potrafił ją dodatkowo mobilizować, podnosić morale, a i sposób reagowania na wydarzenia boiskowe był mizerny (podobnie było z ostatnim jego meczem w Elanie). Obecna pasywność po kompromitacji też dobrze nie wróży. Można jeszcze wspomnieć o ciekawym relatywizmie moralnym w stosunku do zawodników: czterech po imprezie od razu wylatuje, a jeden po pijaństwie i rozróbie dostaje kolejną szansę. No i transfery. Trafiają do nas wyłącznie zawodnicy, których pan G. zna z przeszłości.
Takimi decyzjami Górak nie zbuduje sobie pomnika – zostanie na zawsze trenerem drugo-trzecio ligowym.
Roh
9 marca 2021 at 20:27
Zgdzzam sie z 100 procentach. Górak to słaby trener, powinien być zwolniony po zeszłym sezonie. On druzyny fizycznie nie umie przygotować do sezonu, taktycznym geniuszem też nie jest.
Lipa
8 marca 2021 at 19:23
Bardzo trafne spostrzeżenia w tekstach @Robson i @Kejta. Shellu na razie ochłoń. Nie uprzykrzając im (piłkarzynom i reszcie tego cyrku) już więcej życia dasz im do zrozumienia, że wygrali, że mogą się czuc swobodniej, a tak to zawsze byłeś gdzieś tym ziarenkiem piasku w oku i musieli się choć trochę liczyć z tym, że po hujowiznie zostaną obsmarowani. No i jest jak jest i szybko nie zanosi się na zmianę więc może się okazać, że już nic nigdy dla GieKSa.pl nie napiszesz… Każdy z nas po takim meczu dostaje w pysk, ale cytując żałosnego klasyka: „taki mamy klimat”. Tak samo po każdym takim meczu czekam na felieton od Ciebie żeby móc poczytać jak ciśniesz po tych łamagach, jak nie zostawiasz na nich suchej nitki i czuć, że nie tylko mnie huj strzela jak na to patrzę. Także Shellu! Nie daj się sprowokować! Szukaj powtórki meczu, sklej i opisz dosadnie tą żenadę. Czekamy na nowe felietony. Pozdro
jezyk
8 marca 2021 at 20:03
Ja rozumie kolegę Shella. To nie chodzi o to że przestanie kibicować GKS bo to pewnie będzie robił dalej tylko ze nie będzie angażował swojego prywatnego czasu na dotychczasowa robotę. Myślę że Shellu ma racje w tym co pisze i ja go w pełni rozumie. Ja już się wyleczyłem z GKS i ograniczam swoja aktywność do zobaczenia wyniku a czasami skrótu. I powiem wam jest o wiele lepiej. Nie ma sensu się angażować w cos co nie rokuje już od dawna na nic a wręcz jest coraz gorzej. Zawsze dziwiłem się, że kibice (z reguły konkretni ludzie) chcieli wspierać to dziadostwo. Upadek zaczął się już za cygana a potem to już równia pochyla. Kiepskie zarzadzanie kiepscy trenerzy (może poza Mandryszem) brak wyciągania jakichkolwiek konsekwencji i kupa kasy. Żyć nie umierać. Nie rozumie też kultu Góraka bo to bardzo kiepski trener skoro z takim składem nie umie awansować. Jeżeli ma być awans to należy zatrudnić kogoś z papierami bo ten wuefista nie da rady. Zamiast wzmocnić skład przed decydująca runda o awansie to Góralczyk przespał temat. Transfer figla wygląda na nieporozumienie bo chłop był najsłabszy na boisku. Pytanie na jakiej zasadzie go zakontraktowano. No i można tak długo tylko po co.
dar26ber
8 marca 2021 at 20:19
Shellu, dziękuję za każde słowo napisane i za każdą minutę poświęconą dla dobra GieKSy. Przykre ale Cię rozumiem.
Postawę drużyny przemilczę kto widział to wie że jest coś nie halo jak co sezon!!!
Irishman
9 marca 2021 at 03:26
No i widzisz Shellu, kolega @jezyk już Cię „rozumie” i sprawdza tylko wyniki, ewentualnie ogląda skróty (no szacun i za to! 😉 😉 😉 ).
A ja przypomnę tylko hasło, którym się kierowaliśmy kilka lat temu, po spadku do IV (wtedy) ligi – „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Dlatego, choćby kolejne pokolenie piłkarzynów pluły mi w ryj, to ja ciągle będę wierzył, że znajdzie się taka ekipa, która przywróci nas na takie miejsce, na które zasługujemy.I powiem więcej, że nie przekreślam jeszcze szansy na to, że będą to obecni nasi piłkarze. Tego ostatniego meczu też nie rozumiem ale mam ogromną nadzieje, że to był tylko jednorazowy wypadek przy pracy. Nie wiem dlaczego się on zdarzył ale co by to nie było to Panowie trenerzy i piłkarze – dla Was to być może „tylko” praca ale dla nas całe życie! Tak więc jak macie jakieś kwasy w szatni to tam je zostawcie. Na boisku macie być GKS Katowice!!! No chyba, że honor macie w dupie. Jak tak, to spadajcie!
Kato
9 marca 2021 at 07:08
Drużyna nie gra dla kibiców, to było ewidentnie widać w meczu.
Proszę pozostać jeszcze, przynajmniej do końca sezonu. Oliwa musi wypłynąć… musi
Kato
9 marca 2021 at 07:32
Prezes określił 2lata na awans do pierwszej.
Brak awansu dotknie nas wszystkich, tych co wierzyli i nie wierzyli. Tych co chodzą i już przestali. Bez wyjątku.
To jest nasz Klub, mamy go w sercach wszyscy.