Piłka nożna
Zero z tyłu i przodu na grząskim boisku ząbkowskim
Po sześciu dniach od wysokiej wygranej w Rybniku przyszło GieKSie mierzyć się w trzecim z kolei pojedynku wyjazdowym. Tym razem rywalem w Ząbkach był miejscowy Dolcan, zespół który chce włączyć się do walki o awans, a ostatnio w Brzesku pokonał Okocimskiego aż 6:0.
W zespole katowiczan nastąpiło kilka zmian. Niespodziewanie miejsce Grzegorza Fonfary zajął jako defensywny pomocnik Radosław Sylwestrzak. Natomiast za Grzegorza Goncerza wskoczył Tomasz Wróbel, który grał w środku i w zależności od sytuacji albo on, albo Przemysław Pitry byli najbardziej wysuniętymi graczami. Na prawej stronie pomocy ponownie wystąpił Janusz Gancarczyk, na lewej – Bartłomiej Chwalibogowski.
Przed meczem rozpętała się nad Ząbkami ulewa, dlatego też boisko było grząskie i aż prosiło się, aby próbować uderzeń z dystansu.
Od początku meczu przewagę osiągnęli gospodarze. Bardzo aktywny na lewej stronie był Łukasz Sierpina, który raz po raz nękał naszych obrońców. Katowiczanie mieli spory problem z wyjściem z własnej połowy, głównie za sprawą niedokładnego rozgrywania piłki. Po upływie kwadransa, katowiczanie uspokoili grę. Po rzucie wolnym Tomasza Wróbla piłkę zgrał Mateusz Kamiński, a Pitry próbował ją trącić, ale… dostał żółtą kartkę. Najlepszą sytuację w całym meczu miał Gancarczyk w 20. minucie, kiedy to po znakomitym zwodzie wszedł w pole karne i z ostrego kąta uderzał na bramkę Macieja Humerskiego, ale ten bardzo dobrze obronił. Ząbkowianie już nie atakowali tak śmiało, próbowali natomiast katowiczanie. Raz świetnym crossem popisał się Pitry, piłka trafiła do Pietrzaka, ale nic dalej z tej akcji nie wyniknęło. GieKSa nie grała najgorzej w polu, ale rywale groźnie kontrowali, aktywny był Dariusz Zjawiński. Dość kuriozalna sytuacja miała miejsce w końcówce pierwszej połowy, gdy gospodarze przeprowadzili naprawdę groźną akcję z dośrodkowaniem – zablokowanym – po którym chcieli podjąć drugą próbę centry, ale… sędzia zakończył pierwszą połowę. Kto wie, czy nie uchronił GieKSy przed stratą gola, a zawodnicy Dolcanu ruszyli do arbitra z pretensjami.
Druga połowa rozpoczęła się od stuprocentowej sytuacji piłkarzy Roberta Podolińskiego. Dośrodkowanie z prawej strony i Łukasz Sierpina, który wyprzedził naszego obrońcę i huknął głową, ale tuż obok słupka bramki Łukasza Budziłka. W tej części gry bardzo aktywne było prawe skrzydło Dolcanu z Damianem Jakubikiem i Grzegorzem Piesio na czele, którzy raz po raz atakowali tą flanką. Zdarzało im się przedostać w pole karne czy celnie dośrodkować, próbowali też uderzeń z dystansu. To właśnie strzały z daleka były najgroźniejszą bronią Dolcanu – raz Piesio uderzył z daleka i trafił w poprzeczkę, Rafał Grzelak z niemal 40 metrów strzelił tak, że wszyscy widzieli piłkę w siatce, jednak ta poszybowała obok okienka, w końcu techniczny rogal Zjawińskiego i świetna interwencja Budziłka. GieKSa naprawdę dość często wyprowadzała akcje z własnej połowy i nieźle grała w polu, ale brakowało wykończenia, ostatniego podania czy strzału. Znów dobrą okazję miał Gancarczyk, który ponownie po zwodzie zdecydował się na strzał, ale huknął nad poprzeczką – zresztą odniósł po tej akcji kontuzję. Podpalił się Dominik Sadzawicki, który przeprowadził dobrą akcję prawym skrzydłem i zamiast dojrzeć wprowadzonego Michała Zielińskiego w polu karnym, również zdecydował się na dość nieprzygotowany strzał. Akcjom GieKSy brakowało tego czegoś – co mieli piłkarze Dolcanu, czyli zdecydowania. A w doliczonym czasie gry piłkę meczową mieli rywale – piłka spadła Sierpinie na piąty metr, ale ten uderzył obok słupka…
Mimo wszystko remis z Dolcanem wydaje się być sprawiedliwym wynikiem. GKS nie grał już tak słabo jak w na początku wiosny, jednak nie było widać tego pazura, co w Rybniku, brakowało determinacji w doprowadzeniu akcji ofensywnej do końca. Na plus pozostaje drugi mecz z rzędu na zero z tyłu.
Teraz katowiczan czeka powrót na swoje boisko w sobotę, a rywalem będzie Kolejarz Stróże. Kibice w końcu chcieliby zobaczyć zwycięstwo na Bukowej w tym roku.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Irishman
24 kwietnia 2014 at 00:51
Cóż, bardzo trudno wygrać (na wyjeździe) z tak wymagającym przeciwnikiem jeśli gra się przez godzinę bez napastnika. Można jedynie dość szczęśliwie zremisować. Nie wiem też po co nam było ściągać Ciku, skoro on jedynie wzmacnia rezerwy, a latem pewnie odejdzie? No ale to trener ustala skład, a on ma przecież 1964% poparcia kibiców… tych „kumatych”. Więc wszystko jest OK teraz i w przyszłości… bez względu na wyniki GieKSy.
Bart
24 kwietnia 2014 at 08:30
Irishman trener ma nie tylko poparcie tych jak to określiłeś „kumatych” ale również wielu kibiców i sympatyków , którzy nie są zaangażowani w codzienne życie klubu. A jeżeli piszesz po co było ściąganie Ciku to przypomnij sobie na jakich zasadach przyszedł do nas Jurkowski w zeszłym roku. A jesli nie pamiętasz to Ci przypomnę, że przyszedł po rozpadzie ŁKS i nie zagrał bodajże ani minuty na wiosnę a jakoś został i jest teraz pewnym punktem naszej drużyny.
łykomska pyżalska
24 kwietnia 2014 at 11:45
wezcie ktoś w koncu pierd olnijcie tego irisha w ten jego inteligencki łeb. wszyscy mają dosyć czytania twoich zgredo-mądrosci. Jesli na siłę chcesz być taki kontrowersyjny i wszedzie miec swoje-odmienne od ogółu zdanie to zarejesrtruj sie na forum feministek i tam prowadz te durne dywagacje i wypisuj swoje madrąsci. tutaj kazdy ma Cie dosyc i twojego zajeban ego mądrzenia !!!
Irishman
24 kwietnia 2014 at 11:50
Bart, a ja mam wrażenie, że to poparcie jest robione na zasadzie – albo myślisz tak jak „kumaci”, którzy przecież są NIEOMYLNI, albo sp…
Ja nie widzą powodów, aby bezkrytycznie popierać tego co robi trener, a wręcz przeciwnie – widzę jego błąd za błędem.
Co do Jurkowskiego to oczywiście, że nie zagrał na wiosnę ani minuty, bo o ile pamiętam było to niemożliwe ze względów formalnych. On był po prostu od początku szykowany na jesień. Natomiast Ciku może grać już teraz i zastanawiam się dlaczego tak nie jest? Jeśli i tak odejdzie to po co go było ściągać? Co my jesteśmy szkółką piłkarska? Jeśli natomiast miałby zostać, to wypadałoby go sprawdzić w boju przeciw poważnym, I-ligowym przeciwnikom co jest wart.
Irishman
24 kwietnia 2014 at 11:58
@łykomska pyżalska – nie masz argumentów to atakujesz personalnie tego, kto myśli inaczej NIŻ WOLNO?
Bart
24 kwietnia 2014 at 12:33
Irish no to może posłuchasz czasem tych, których nazywasz „kumatymi” bo np Jurkowski spokojnie mógł grać na wiosnę i nawet były takie plany ale trenerzy postanowili inaczej. Jeżeli nie mógłby grać to dlaczego wystepował w meczach rezerw GieKSy ???
http://www.gkskatowice.eu/index.php?mode=n&idNews=25011171
A jeśli chodzi o trenera to po pierwsze nikt go nie popiera bezkrytycznie a po drugie wydaje mi się że w tym przypadku lepiej zmienić szatnie ( tym bardziej że większości kończą się kontrakty ) i dać pracować temu sztabowi trenerskiemu. Czy to wina Moskala że Wróbel podaje do przeciwnika i ten zdobywa bramkę, albo że Fonfara nie potrafi podać piłki.
A jeśli chodzi o poparcie dla trenera to zapewniam cię że nie jest tka jak mówisz. Chcesz pokazywać swoje zdanie to proszę bardzo nikt Ci tego nie zabrania
łykomska pyżalska
24 kwietnia 2014 at 12:39
irish przestan smucic zarówno tu jak i na forum, ty ” niekumaty zgredzie”
bonzo
24 kwietnia 2014 at 13:04
Irishman – 1964% poparcia dla tego co piszesz.
Jeśli ma się inne zdanie niż linia programowa możnych forum czy SK, to od razu jest się uznanym za 'niekumatego’.
Swoją drogą na tej samej zasadzie te wszystkie kosy i sztamy między klubami. Śmiech na sali, że ktoś mi będzie mówił kogo lubić, a kogo nie.
Irishman
24 kwietnia 2014 at 13:16
Bart, też uważam, że trzeba będzie w dużej wymienić szatnię, tylko nie wiem czy powinien to robić Moskal, który nie daje argumentów przemawiających za tym, że sobie poradzi w przyszłym sezonie. Bo to co zrobił pozytywnego na jesień, na wiosnę w banalny sposób, błyskawicznie stracił i dla mnie jest już na minusie. Z drugiej strony przykłady Podbeskidzia i bodajże Piasta pokazały, ze czasem warto dać drugą szansę trenerowi, któremu początkowo nie poszło.
Co do Jurkowskiego, to zdaje się, że nie mógł występować wiosną w I-szej drużynie, bo występował już wcześniej na poziomie I lidze w ŁKS. Ale tu mogę się mylić.
a
25 kwietnia 2014 at 09:48
Irishman popieram cie w 1964% a Cicku powinien zagrac w pierwszym skladzie bo umiejetnosci ma wieksze niz niejeden kopacz pierwszego skladu ale mamy trenera który stawia na tych samych zawodnikow pomimo ze graja fatalnie