Kibice Klub Piłka nożna
[WYWIAD] Michał Muzyczuk: To będzie ciekawa podróż
Zapraszamy Was do przeczytania naszego wywiadu z Michałem Muzyczukiem, reżyserem filmu „Dekada GieKSy”, którego premiera odbędzie się 27 lutego.
Jeżeli ciekawi Was tajemniczy winyl z hymnem GieKSy, jaką rolę odegrali w tworzeniu Ultrasi GieKSy, czym Henryk Górnik rozbawił Michała i dlaczego ten film spodoba się również kibicom, którzy tych czasów nie pamiętają, to zróbcie sobie dobrą herbatę i zajrzyjcie poniżej.
Opowiedz proszę, kiedy dostałeś propozycję stworzenia tego filmu, co wtedy czułeś i jak zareagowałeś.
Propozycja przyszła oczywiście w zeszłym roku, w okolicach wakacji. Temat znałem już wcześniej, ponieważ wiedziałem o prowadzonej przez klub zbiórce crowdfundingowej. Oczywiście kiedy klub skontaktował się ze mną byłem bardzo szczęśliwy. Zawsze się śmieję, że w kwestiach negocjacyjnych nie mogłem dać tego po sobie poznać, że taka propozycja to dla mnie spełnienie marzeń. Filmami zajmuję się już od jakiegoś czasu, natomiast z GieKSą jestem związany od dziecka, kiedy na mecze zabierał mnie dziadek, później tata i koledzy. Połączenie zainteresowań zawodowych i sympatii klubowych, to naprawdę dla mnie spełnienie marzeń. Wszystkie kwestie formalne dogadaliśmy bardzo szybko i z wielką radością zabrałem się do pracy.
W wielu rozmowach podkreślasz, że jesteś kibicem. Tym bardziej chyba spotkanie z legendami klubu było dla Ciebie nie lada przeżyciem?
Faktycznie dla mnie było to wielkie przeżycie, rozmowy z takimi zawodnikami jak Furtok, Jojko czy Piekarczyk. Tym bardziej, że przecież rozmawialiśmy o czasach, kiedy klub był potęgą, kiedy dominował i grał w europejskich pucharach. Wszyscy wiemy, że dziś tylu powodów do sukcesu nie ma, dlatego mam też nadzieję, że ten film podniesie na duchu wszystkich związanych z GieKSą. Były złote czasy i liczę, że takie jeszcze kiedyś powtórzymy.
Na razie bliżej nam do nakręcenia filmu o dekadzie GieKSy w pierwszej lidze.
O właśnie. Bardzo bym chciał, żeby ten obecny okres za kilka lat wspominany był jako ciężki, ale jednak przejściowy, najlepiej pomiędzy wielkimi sukcesami.
Czy będzie to film ciekawy dla kibiców, którzy tych czasów nie pamiętają?
Jestem przekonany o tym, że tak. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że będzie tak na 100 proc.. Starałem się opowiedzieć o najważniejszych punktach z tej dekady, natomiast gwoli ścisłości – ta „dekada GieKSy” to takie umowne stwierdzenie. Ten film nie opowiada o dokładnie dziesięciu latach. Oczywiście – wspominamy dziesięć lat grania w pucharach, natomiast zaczęliśmy dużo wcześniej. Zamysł był taki by opowiedzieć, jak ta wielka GieKSa powstawała.
Dlatego, z tego co mówiłeś, będzie również wspomnienie meczu przegranego.
Dokładnie, rok 1985 i pierwszy przegrany puchar Puchar Polski, ale zaraz po nim rok 1986 i fantastyczne zwycięstwo 4:1 z Górnikiem Zabrze na Stadionie Śląskim. Tak więc w filmie wyszliśmy troszkę poza tą dekadę, jednak myślę, że z korzyścią dla widzów i kibiców. Natomiast wracając jeszcze do poprzedniego pytania – oprócz tego co najważniejsze starałem się poruszyć takie kwestie które z perspektywy dzisiejszego kibica mogą wydawać się dziwne. Chociażby cała kwestia górniczych klubów sportowych i zatrudnianie zawodników na etatach w kopalniach. Wspominamy również o całej śląskiej piłce w tamtych latach, siedmiu drużynach w Ekstraklasie. Starałem się trochę odmalować tamte czasy, żeby one były ciekawe dla dzisiejszych nastolatków czy kibiców nieco starszych, ale również słabo pamiętających tamte czasy.
Jak wyglądała realizacja tego filmu od strony produkcyjnej?
Założenie było takie, by był to klasyczny format dokumentalny, czyli ok. 40/50 minut. Natomiast w trakcie zdjęć i doboru materiałów było już pewne, że będzie to pełen metraż, czyli ponad 80 minut. Będzie więc co oglądać. Od strony technicznej nie było żadnych problemów, dużą rolę odegrała współpraca z klubem. Na początek nagrywaliśmy rozmowy z piłkarzami i wtedy objawiła się taka specyfika pracy nad dokumentem. Oczywiście możesz mieć wcześniej zaplanowany scenariusz i swoje założenia, ale wszystko zależy od tego, co ci powiedzą rozmówcy. Nagrania wyszły świetnie i pod to dobieraliśmy kolejne sceny. Wielkie brawa należą się Tomkowi Węgrzyńskiemu i Piotrkowi Gburkowi za ciekawe i klimatyczne zdjęcia. Film nie powstałby też bez Mikołaja Nowsada, specjalisty od postprodukcji, dzięki któremu ostatecznie wszystko na ekranie wygląda tak jak powinno.
Kto pomagał odnaleźć się w tych wszystkich datach, meczach, wynikach, postaciach?
Nieoceniona była pomoc Tomka Pikula, autora monografii sekcji piłkarskiej GieKSy. Myślę że żaden klub w Polsce nie ma tak fajnie i tak dokładnie zrobionej monografii. Jego wskazówki były bardzo pomocne.
Co w produkcji tego filmu było najtrudniejsze?
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie chcę jeszcze do końca zdradzać tego co pojawi się w filmie, natomiast sporym wzywaniem była współpraca z ultrasami GieKSy. Do tego co razem robiliśmy trzeba było dograć czas kibiców, ekipy filmowej, pogodę itd. ale tak jak mówię – na konkrety trzeba zaczekać do premiery.
Ok, to może z drugiej strony – co z okresu powstawania filmu zapadnie Ci w pamięć do końca życia? Jakaś zabawna anegdota, coś śmiesznego?
Bardzo mi w pamięć zapadła chwila, chociaż nie jest to zbyt pedagogiczne, w której jedna z najbarwniejszych postaci tego filmum czyli Henryk Górnik opowiada o delikatnie mówiąc braku sportowego trybu życia, jaki wtedy trochę charakteryzował zawodników. Z perspektywy dzisiejszej, profesjonalnej piłki było to kompletnie odklejone od rzeczywistości. Ciężko mi to oddać w tej rozmowie, ale podczas zdjęć naprawdę była to taka perełka, opowiedziana w bardzo barwny sposób. Inną ciekawostką, która myślę może w przyszłości ”żyć swoim życiem” jest to, że w trakcie zdjęć dostałem informację, że ojciec mojej koleżanki, który notabene całe życie mieszka na Dębie, ma w posiadaniu winyl, na którym jest nagrany oryginalny hymn GieKSy z końca lat 60-tych. Winyl ten niestety uległ zniszczeniu, natomiast wcześniej mąż tej koleżanki przegrał jego zawartość. Okazało się, że hymn nagrany został przez reprezentacyjny zespół kopalni „Siemianowice”.
Świetna historia!
Hymn jest naprawdę bardzo ciekawy, dlatego cała ścieżka dźwiękowa jest oparta właśnie na nim. Mogę zdradzić, że na koniec filmu kibice będą mogli wysłuchać tego hymnu w całości. Wykonał ją zresztą ów zięć posiadacza winyla, Jarek Góra, który również jest kibicem GieKSy. Ogółem przy produkcji w wielu przypadkach współpracowałem z miłośnikami klubu, dzięki czemu każdy zostawił w tej produkcji wiele serca.
Powiedz proszę, czy masz jakieś informacje co z materiałami, które w filmie nie zostały użyte. Wiemy przecież, że pozyskane z TVP i od prywatnych osób archiwalia były potężne.
Faktycznie biorąc pod uwagę, o jakim okresie czasu mówimy, to archiwaliów było bardzo dużo. Ja niestety musiałem być mało sentymentalny w niektórych przypadkach i niektóre rzeczy z bólem serca okrajać. Materiałów nieużytych w filmie jest bardzo dużo. Nie mam pojęcia, co się z nimi będzie dalej działo, natomiast uważam, że jest bardzo duży potencjał na wykorzystanie ich, chociażby w formie jakiejś mini serii. Warto na pewno zrobić coś, by te materiały stopniowo wypływały.
Czy chciałbyś jakoś szczególnie zaprosić kibiców do obejrzenia tego filmu?
Oczywiście! Zawsze kiedy zaczyna się robić jakiś film dokumentalny, to trzeba sobie zadać pytanie dla kogo ten film jest robiony. W naszym przypadku jest podobnie. „Dekada GieKSy” to nie jest film stworzony dla ogółu publiczności. To jest film dla kibiców i pasjonatów piłki nożnej – oczywiście głównie dla kibiców GieKSy. Dlatego chciałbym wszystkich fanów zaprosić na film i zapewnić, że jest on zrobiony z wielkim sercem do tego klubu i wiarą, że taką dekadę można powtórzyć. Będzie to ciekawa podróż przez te ponad 10 lat.
Rozmawiał: Marcin Gruszczyński
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze