Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Wymowne tytuły w mediach po meczu Górnik Polkowice-GKS Katowice: Górnik-A. Błąd 0:2, Błąd za Błądem!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat meczu IV kolejki II ligi Górnik Polkowice – GKS Katowice. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:2 (0:2).

 

ksgornik.eu – Górnicze starcie dla Katowic

[…] Pojedynek od samego początku był bardzo wyrównany. W 21 min. piłka po uderzeniu głową Mariusza Szuszkiewicza trafiła w poprzeczkę przyjezdnych. Goście odpowiedzieli 6 minut później. Przytomnie w polu karnym zachował się Adrian Błąd, który wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Jeszcze przed przerwą ten sam zawodnik po stałym fragmencie gry, strzałem z „woleja” podwyższył na 2:0 dla Gieksy. W drugiej odsłonie polkowiczanie starali się odrobić starty bramkowe, ale dobrze zorganizowała defensywa rywala nie dopuszczała piłkarzy Górnika do strzału. W 74 min. przed szansą zdobycia gola kontaktowego stanął Filip Baranowski, ale z 5-ciu metrów strzelił nad poprzeczką. Ostatnie minuty to wymiana ciosów, akcja za akcję.

 

dziennikzachodni.pl – Górnik Polkowice – GKS Katowice 0:2. Ekipa Góraka nabiera tempa

[…] W poprzedniej kolejce pokonali rezerwy Lecha Poznań, ale wyjazdowe starcie z Górnikiem Polkowice miało dać odpowiedź, czy ekipa Rafał Góraka wraca na właściwe tory.

Odpowiedź padła twierdząca. Górnik atakował, ale GKS strzelił gola dającego mu prowadzenie. W 26. minucie Maciej Stefanowicz był faulowany w polu karnym, ale ułamek sekundy później Adrian Błąd trafił do siatki z 10 metrów. Polkowiczanie nerwowo próbowali odpowiedzieć, ale tuż przed przerwą Błąd uderzył z 20 metrów bez przyjęcia i było 2:0. W drugiej połowie katowiczanie skoncentrowali się na pilnowaniu wyniku i udało im się to bez większych przygód. Ich zwycięstwo było całkowicie zasłużenie.

 

e-legnickie.pl – Górnik-A. Błąd 0:2

[…] GieKSa na boisko wyszła taką samą jedenastką, co w zwycięskim starciu z Lechem II Poznań. Pierwszy fragment był dla obu ekip rozpoznaniem, bowiem groziła zarówno GieKSa, jak i Górnik, chociaż to gospodarze byli częściej przy piłce, grożąc zwłaszcza akcjami z lewej strony boiska. Jedno z dośrodkowań skończyło się poprzeczką Mariusza Szuszkiewicza, który próbował zaskoczyć Bartosza Mrozka precyzyjnym strzałem głową.

Katowiczanie czekali na okazję z kontrataku i doczekali się w 26. minucie, gdy sędzia puścił grę po faulu na Macieju Stefanowiczu w polu karnym i Adrian Błąd idealnie przymierzył dając nam prowadzenie. Podopieczni trenera Janusza Niedźwiedzia rzucili się do odrabiania strat. Obrona GieKSy pozostała jednak zdyscyplinowana. Konsekwencja po tej stronie boiska przyniosła kolejną okazję w 43. minucie spotkania. Błąd dostrzegł opadającą przed pole karne piłkę i bez zastanowienia przymierzył z pierwszej piłki. Jakub Szymański nie miał żadnych szans, trafienie stadiony świata. Na przerwę goście schodzili z dwubramkowym prowadzeniem.

Po przerwie Górnik wyszedł ambitnie, od początku szukając bramki kontaktowej. Trener Górak miał sporo pretensji do swoich zawodników za niektóre zachowania w defensywie. GKS się cofnął i znów czekał na błędy rywala w rozegraniu. W 70. minucie Michał Kołodziejski znalazł piłkę na 10 metrze po odegraniu kolegi. Doszedł do strzału, ale futbolówka przeleciała wysoko nad poprzeczką. Po zawodnikach gospodarzy widać było ogromne zmęczenie, ale GieKSa musiała zachować w obronie czujność. W końcówce katowiczanie całą jedenastką bronili na własnej połowie i doprowadzili mecz do końca nie tracąc żadnej bramki.

 

sportdziennik.com – Błąd za Błądem! GieKSa wygrywa w Polkowicach

[…] Na taki występ GieKSy jej kibice jakiś czas czekali. Kontrola boiskowych wydarzeń, objęcie prowadzenia, brak głupich błędów w obronie i finalnie wyjazdowe zwycięstwo z solidnym rywalem. Wyprawa do Polkowic miała być testem, na ile ubiegłotygodniowa wygrana z młodzieżą z Lecha II Poznań to zwiastun powrotu na właściwe tory, a na ile jedynie „wypadkiem przy pracy” po fatalnym początku sezonu i krakowskich porażkach z Garbarnią i Hutnikiem. Ten test został zaliczony przez podopiecznych Rafała Góraka bardzo dobrze.

Wielka w tym zasługa Adriana Błąda. 29-letni pomocnik, który odwiedził rodzinne strony (pochodzi z pobliskiego Lubina), zdobył obie bramki. Obie – przedniej urody. W 26. minucie strzałem pod poprzeczkę zwieńczył wymianę piłek, jaką w polu karnym urządzili sobie Filip Kozłowski i Maciej Stefanowicz. W 42. minucie zaś po wrzucie z autu innego „katowickiego lubinianina”, Arkadiusza Woźniaka, i przegłówkowaniu Arkadiusza Jędrycha, Błąd posłał zza pola karnego lewą nogą kapitalny wolej w róg polkowickiej bramki. W poprzednim sezonie podobnego gola w Toruniu strzelił Stefanowicz, ten sobotni Błąda urodą bynajmniej mu nie ustępował. Było na co popatrzeć, a 29-latkowi na pewno nie zaszkodziło to, że przed sezonem stracił kapitańską opaskę na rzecz Jędrycha.

Błąd był postacią pierwszoplanową, ale za cichego bohatera może uchodzić Kozłowski. Takiego napastnika GKS nie miał już dawno. Bierze grę na siebie, umiejętnie się zastawia, pracuje dla zespołu… Rafał Górak wiedział, kogo sprowadza z Torunia. Inny znany mu zawodnik ściągnięty na Bukową latem, Michał Kołodziejski, daje kibicom nadzieję na to, że zakończone zostały na jakiś czas poszukiwania partnera dla Jędrycha na środek obrony. O taką solidność chodzi. Mógł nawet wpisać się na listę strzelców, lecz w II połowie po kolejnym aucie Woźniaka uderzył nad bramką. Polkowiczanie, z którymi w poprzednim sezonie GieKSa miała mnóstwo problemów, najbardziej mogli z kolei żałować okazji jeszcze ze stanu 0:0, gdy w poprzeczkę po rzucie wolnym Kamila Wacławczyka główkował Mariusz Szuszkiewicz. Katowiczanie na wiele im nie pozwolili, w drugiej połowie zdrzemnęli się tylko raz, gdy Filip Baranowski spudłował po świetnym dograniu Piotra Azikiewicza.

GKS odniósł drugie z rzędu zwycięstwo i szybko doszlusował do szerokiej czołówki drugoligowej tabeli.

 

sportslaski.pl – Kryzys w „GieKSie” zażegnany? Błąd efektownie wypunktował Górnika

Dublet Adriana Błąda w pierwszej połowie pozwolił GKS-owi Katowice odnieść wyjazdowe zwycięstwo nad Górnikiem Polkowice. Tym samym podopieczni Rafała Góraka znacząco poprawili swoją sytuację w ligowej tabeli i wygrali drugi ligowy mecz z rzędu po raz pierwszy od grudnia zeszłego roku.

[…] Pierwszą stuprocentową okazję na otwarcie wyniku, mimo początkowego naporu zawodników trenera Góraka, stworzyli sobie jednak gospodarze. W 20. minucie dokładne dośrodkowanie z prawej strony boiska mógł wykorzystać Mariusz Szuszkiewicz, ale uderzenie głową nieupilnowanego pomocnika zatrzymało się tylko na poprzeczce.

Gdy już się wydawało, że polkowiczanie zaczynają łapać oddech i być może przejmą boiskową inicjatywę na dłużej, to GKS zdołał przełamać negatywną serię i w końcu zdołał wyjść na prowadzenie w drugoligowym spotkaniu jako pierwszy. Cała akcja bramkowa rozpoczęła się od świetnego zachowania w polu karnym Filipa Kozłowskiego, który umiejętnie zastawił się z piłką, a następnie zagrał ją piętą do wychodzącego na dogodną pozycję Macieja Stefanowicza. Środkowy pomocnik został niemal powalony w szesnastce przez obrońcę Macieja Kowalskiego-Haberka, ale sędzia Śliwa nie podyktował rzutu karnego, gdyż zawodnik „GieKSy” chwilę przed faulem odegrał futbolówkę do Adriana Błąd. Doświadczony piłkarz popisał się dokładnym uderzeniem wewnętrzną częścią stopy w stronę prawego okienka, dzięki czemu zapewnił swojej ekipie upragnione prowadzenie.

W kolejnych minutach na placu gry wciąż działo się sporo, ale jeżeli którąś z drużyn należałoby wyróżnić za nieco aktywniejsze poczynania oraz większą kulturę gry, byliby to zawodnicy Górnika z Polkowic. Za ich niezłymi poczynaniami nie szły jednak w parze kolejne sytuacje bramkowe, natomiast przyjezdni ze Śląska wciąż mogli pochwalić się zabójczą wręcz skutecznością. Potwierdzeniem tego stanu rzeczy była sytuacja z 42. minuty, gdy w roli głównej ponownie wystąpił Błąd. Pomocnik dopadł po krótko wybitej piłki przez jednego z defensorów i oddał potężny strzał z woleja z około 20 metra.

Doświadczony 29-latek nie dał tym samym szans wypożyczonemu z Górnika Zabrze Jakubowi Szymańskiemu na skuteczną interwencję i w bardzo efektowny sposób przypieczętował zdobycie przez siebie dubletu. Co ciekawe, Błąd ostatni raz świętował zdobycie dwóch goli w marcu 2019 roku, gdy jeszcze na boiskach I Ligi dwukrotnie zmusił do kapitulacji bramkarza GKS-u Jastrzębie. Po pierwszej połowie nastroje w obozie gości były zatem znakomite, nawet pomimo faktu, że katowiczanie w dużej mierze skupiali się na grze defensywnej, ale w odpowiednich momentach byli w stanie bezwzględnie wypunktować aktywnego przeciwnika

Po zmianie stron obraz gry specjalnie nie ulegał zmianie. Nie mogło to dziwić, gdyż Górnik musiał rzucić wszystkie siły do ofensywy, by odrobić choć część powstałych strat. Przyjezdni wykazywali się jednak odpowiednią czujnością w obronie, a za sprawą m.in. bardzo aktywnego Filipa Kozłowskiego  czy autora dwóch sobotnich bramek Adriana Błąda starali się od czasu do czasu przenosić ciężar gry również do ataku.

[…] Ostatecznie dobre i żywe spotkanie zakończyło się dwubramkowym zwycięstwem katowiczan, którzy tym samym zapisali na swoim koncie drugi komplet punktów z rzędu. Wygrana pozwoliła wyprzedzić podopiecznym Rafała Góraka swojego sobotniego rywala i awansować na szóste miejsce, mimo rozegrania do tej pory tylko trzech ligowych spotkań.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Kato

    20 września 2020 at 10:27

    Jeszcze wygrany hokej w niedziele i z uśmiechem w poniedziałek do pracy.
    Przynajmiej w tabelach poprawa na plus i ładne bramki.
    Abyśmy takie oglądali często na Bukowej i oczywiście w Satelicie.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga