Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: Grzegorz Słaby: Nie popadamy w huraoptymizm
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. W miniony weekend drużyny z poszczególnych sekcji GieKSy ze zmiennym szczęściem startowały w rozgrywkach ligowych.
Piłkarze wygrali z rezerwami Lecha Poznań 3:1 (1:1). Doniesienia mass mediów po tym meczu znajdziecie tutaj. Drużyna żeńska przegrała na wyjeździe z aktualnym mistrzem Polski, Górnikiem Łęczna 1:4 (1:2).
Siatkarze i hokeiści rozpoczęli rozgrywki ligowe. Siatkarze udanie zainaugurowali sezon: wygrali 3:0 w Suwałkach z Ślepskiem Malow. Hokeiści na rozpoczęcie rozgrywek rozegrali dwa spotkania, z różnym skutkiem. W piątek przegrali z KH Energ Toruń 2:3. W niedzielę z kolei wygrali w Sosnowcu, po dogrywce, z Zagłębiem 3:2.
PIŁKA NOŻNA
2×45.info – Chojniczanka z kompletem punktów, przełamanie GKS-u Katowice. Świetny come back Motoru
[…] Pierwsze zwycięstwo w sezonie zanotował GKS Katowice, który przed własną publicznością wygrał z rezerwami Lecha Poznań.
[…] Po dwóch porażkach (jednej pucharowej i jednej ligowej) przełamał się GKS Katowice. Śląska ekipa wygrała na własnym stadionie z rezerwami Lecha Poznań 3:1. Jako pierwsi prowadzenie objęli goście, gdy dobre dośrodkowanie wykorzystał Jakub Karbownik. Tuż przed przerwą do wyrównania doprowadził jednak Adrian Błąd. Kilka chwil po przerwie efektownym trafieniem popisał się były gracz „Kolejorza”, Krystian Sanocki, a w końcówce wynik ustalił Marcin Urynowicz.
tylkokobiecyfutbol.pl – Mistrz znów wygrywa. Już wszystko na właściwych torach
[…] Mistrzynie Polski pokonały w sobotę pewnie 4:1 katowicką GieKSę, odnosząc pierwsze domowe zwycięstwo w sezonie.
Przed kamerami TVP SPORT pokazać się znów chciały piłkarki gości i to one od pierwszych minut ruszyły do ataków. Szybko jednak dominację uzyskały Mistrzynie Polski. Już w pierwszych minutach do siatki Klimek trafiła Hmirova, lecz sędzia Sylwia Biernat dostrzegła spalonego. Gospodynie dalej atakowały i miały kolejne akcje bramkowe. Ewelina Kamczyk w dogodnej okazji przestrzeliła nad bramką Klimek. Chwilę potem idealną okazję do objęcia prowadzenia miały przyjezdne, lecz Nadia Stanović ostemplowała poprzeczkę Palińskiej.
W 27. minucie z powodu kontuzji boisko musiała opuścić Lefeld, zastąpiła ją Ratajczyk. Dziesięć minut później gospodynie otworzyły wynik spotkania. Świetnym strzałem z dystansu popisała się Hmirova. Chwilę potem asystowała przy golu Kamczyk na 2:0. Bardzo gorąco zrobiło się w Łęcznej, bo trzy minuty później GieKSa za sprawą Kozak zdobyła kontaktowego gola.
Górnik jednak już jest sobą. Tuż po zmianie stron znów asystowała Hmirova, a Karczewska trafiła na 3:1. Mistrz już dominował i kontrolował spotkanie do ostatnich minut. Swoje okazje miały jeszcze Zdunek, czy Hmirova. W samej końcówce wynik na 4:1 ustaliła ustrzelając dublet Nikola Karczewska.
sport.tvp.pl – Ekstraliga: Górnik Łęczna wrócił na dobre tory. Pokonał GKS Katowice
[…] W ubiegłym tygodniu piłkarki Górnika Łęczna wreszcie zdołały się przełamać. Wygrywając z AP Lotos Gdańsk zakończyły serię trzech spotkań bez zwycięstwa. Awansowały na piąte miejsce w tabeli. Przed meczem z GKS Katowice miały tyle samo punktów co rywalki. Te grały w kratkę. Udowodniły jednak, że potrafią sprawiać niespodzianki. Zdołały „urwać” punkty m.in. Medykowi Konin.
Jak padły bramki:
38′ (1:0) – przewaga Górnika nie była oczywista. Rywalki długo potrafiły utrzymywać wyrównaną grę. Aż do momentu, w którym Patricia Hmirova otworzyła wynik. Słowaczka zabrała się z piłką i kapitalnie przymierzyła z dystansu. Strzeliła jednego z najpiękniejszych goli w tym sezonie.
40′ (2:0) – zdobyta bramka dodała Górnikowi skrzydeł. Gospodynie natychmiast ponownie ruszyły do przodu. Okazję wykorzystała Ewelina Kamczyk. Tym razem to ona skierowała piłkę do bramki.
42′ (2:1) – piłkarki GKS Katowice zdołały szybko się podnieść i skutecznie odpowiedzieć. Po długim podaniu piłka trafiła do Kingi Kozak. Ta spojrzała tylko przed siebie i oddała strzał bez przyjęcia.
47′ (3:1) – akcję rozkręciła Emilia Zdunek. Mogła właściwie sama kończyć, ale w ostatniej chwili zdecydowała się na podanie do Nikoli Karczewskiej. Ta nie miała problemów, żeby strzelić celnie.
93′ (4:1) – ostatni cios piłkarki Górnika wyprowadziły już w doliczonym czasie gry. Z głębi pola piłka trafiła do Karczewskiej, a ta pokonała bramkarkę.
SIATKÓWKA
polsatsport.pl – PlusLiga: GKS Katowice wygrał z Ślepskiem Malow Suwałki
[…] Przyjezdni zainaugurowali sezon w bardzo dobrym stylu i po emocjonującej końcówce w trzeciej partii wygrali 3:0.
W pierwszej odsłonie spotkania obie ekipy miały problem wyprowadzeniem pierwszej akcji, za to świetnie spisywały się w defensywie i zagrywce. Zarówno Ślepsk, jak i GKS prezentowali podobny poziom, dzięki czemu inaugurujący set był bardzo zacięty i wyrównany. Po świetnym rozegraniu akcji przez Jana Firleja, a następnie serii odrzucających od siatki zagrywek Jakuba Jarosza przyjezdni zdobyli cztery punkty z rzędu (16:21). Podopieczni Grzegorza Słabego złapali wiatr w żagle i doprowadzili mocną przewagę do końca seta (18:25).
Niemoc, która pojawiła się w drugiej połowie pierwszej partii pozostała w Ślepsku do początku drugiej (2:6). Jednak uśpiona ekipa Andrzeja Kowala szybko się wybudziła i po dobrej grze w ofensywie doprowadziła do remisu (9:9). Po jednostronnym początku dalszy przebieg seta był niezwykle zacięty (15:16, 16:17, 17:18). Skuteczne ataki Kamila Kwasowskiego i Jarosza dały przyjezdnym przewagę (20:23). Przyjezdni na fali zakończyli partię 22:25.
Set numer trzy rozpoczął się od mocnego uderzenia Ślepska. Najpierw Bartłomiej Bołądź wbił się atakiem w trzeci metr po skosie, a następnie Łukasz Rudziewicz zablokował atak Kwasowskiego (2:0). W zespole gospodarzy brylował Tomas Rousseaux. Do tego Kacper Gonciarz uruchomił środek i tak zespół Kowala utrzymywał dwupunktową przewagę. Przyczajona GieKsa nie dała zbić się z tropu i doprowadziła do remisu. Dzięki temu obie ekipy sprawiły kibicom w hali i przed telewizorami emocjonującą końcówkę (19:19, 20:20, 21:21, 22:22, 23:23, 24:24, 25:25). Ostatecznie przy stanie 25:26 Jarosz zaatakował z prawego skrzydła i ustalił wynik 25:27.
MVP: Miłosz Zniszczoł.
Ślepsk Malow Suwałki – GKS Katowice 0:3 (18:25, 22:25, 25:27)
siatka.org – PL: Komplet punktów GKS-u w Suwałkach
Trapiony przez kontuzje Ślepsk Malow Suwałki nie zdołał skutecznie przeciwstawić się GKS-owi Katowice. Dłuższymi fragmentami toczyła się wyrównana walka, ale końcówki poszczególnych setów należały do podopiecznych trenera Słabego. Tym samym katowiczanie zainaugurowali sezon w PlusLidze triumfem 3:0, a nagrodę MVP odebrał środkowy Miłosz Zniszczoł.
Grzegorz Słaby: Nie popadamy w huraoptymizm
[…] W swoim pierwszym meczu podopieczni Grzegorza Słabego bez straty seta pokonali Ślepsk Malow Suwałki. Jak przyznał szkoleniowiec, który po ostatnim sezonie objął posadę pierwszego trenera, po tym spotkaniu można wskazać sporo plusów. Grzegorz Słaby przyznał jednak, że mimo pewnie wygranej do kolejnych meczów należy podejść spokojnie.
– Przed nami jeszcze duża liczba spotkań do rozegrania. Cieszę się bardzo z debiutu i tego, jak drużyna zaprezentowała się w tym meczu. Bardzo mi się podobało to, jak graliśmy w bloku i obronie, bo kreowaliśmy dużo kontrataków. Dodatkowo wywieraliśmy taktycznie dobrze presję zagrywką, co przełożyło się na zwycięstwo 3:0. Natomiast nie popadamy w huraoptymizm, bo wiemy, jak wygląda ta liga i przed nami kolejne spotkanie, a meczów do rozegrania mamy sporo – podkreślił szkoleniowiec.
Wbrew temu na co wskazywałby końcowy wynik, nie było to łatwe spotkanie również dla ekipy z Katowic, co potwierdza chociażby przebieg trzeciego seta, wygranego przez ekipę ze Śląska na przewagi 27:25. – Dla nas był to trudny mecz, ale jak pokazaliśmy od samego początku czujemy się razem dobrze. Mieliśmy trudne momenty, szczególnie w połowie drugiego seta czy końcówce trzeciego, ale graliśmy swoje i udało się – przyznał wybrany MVP spotkania Miłosz Zniszczoł.
HOKEJ NA LODZIE
sportdziennik.com – Poniewierka GieKSy
Kiedy katowicki zespół powróci do „Satelity” tego nie wie nikt.
Hokeiści GKS-u Katowice od wielu lat w okresie przygotowawczym prowadzą tułacze życie i trenują na „Jantorze”. To dyskomfortowa sytuacja, bo zajęcia w siłowni są prowadzone w centrum miasta, a potem samochodami przenoszą się na do Janowa. Z „Satelity” nie można korzystać, bo nie ma… lodu.
[…] Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości zawiadujące „Spodkiem”, lodowiskiem i MCK-iem w ostatnich dwóch latach wynajmowało sprężarki niezbędne do mrożenia tafli. W czasie pandemii poniosło jednak dotkliwe straty i teraz zwyczajnie go nie stać na wynajmowanie sprzętu.
Stare sprężarki były w gestii miasta i jedna z nich została wyremontowana. Jedna sprawna, ale niezbyt efektywna nie jest jednak w stanie stworzyć lodowej tafli i stąd toczą się rozmowy, jak ten problem rozwiązać. Najprościej byłoby kupić nowy sprzęt i kłopot byłby z głowy na lata. Sęk w tym, że w tych trudnych czasach mało kogo stać na taki wydatek. Trzeba więc reanimować stare sprężarki, przez co czas się wydłuża, a reanimacja nie gwarantuje odpowiedniej jakości.
[…] Trener Piotr Sarnik zachowuje stoicki spokój – tak przynajmniej prezentuje się na zewnątrz – aczkolwiek ma prawo się irytować. To i tak dobrze, że zespół może korzystać z „Jantoru”…
– Na temat „Satelity” nie zamierzam się rozwodzić, bo nie jestem kompetentny – mocno akcentuje szkoleniowiec. – Na pewno mamy pewien dyskomfort, bo przecież zawodnicy wynajęli mieszkania w pobliżu lodowiska, by swobodnie się na nie przemieszczać, a tymczasem muszą dojeżdżać do Janowa. Na „Jantorze” mamy do dyspozycji dwie małe szatnie, a w swoim zwyczaju – przed czy po treningu – przeprowadzaliśmy wideoanalizy. Teraz mamy kłopot zebrać się razem, ale trzeba sobie jakoś radzić…
hokej.net – Tercet Finów dał zwycięstwo Enerdze!
KH Energa Toruń wygrała z GKS-em Katowice 3:2 w inauguracyjnym meczu Polskiej Hokej Ligi. Wszystkie trzy bramki dla gospodarzy zdobyli fińscy napastnicy. Okrasą meczu było trafienie Villego Saloranty.
[…] Worek z bramkami w 8. minucie strzałem pod poprzeczkę rozwiązał Konsta Jaakola. Przyjezdni dążyli do wyrównania, ale ich strzały najczęściej mijały bramkę strzeżoną przez Antona Svenssona. Torunianie swoich okazji szukali w kontrach i po jednej z nich bliski podwyższenia wyniku był Jarosław Dołęga, ale w doskonałej okazji krążek odskoczył doświadczonemu napastnikowi z łopatki kija.
Drugą odsłonę od mocnego forecheckingu zaczęli podopieczni Piotra Sarnika. Na nic jednak zdały się ich wysiłki, bo kiedy na ławce kar przebywał Oskar Krawczyk to torunianie ponownie znaleźli sposób na pokonanie Miarki. Jarosław Dołęga podał zza bramki do Alexa Olkinuory, a ten uderzył „z pierwszego” i było 2:0. Trzy minuty później kontaktową bramkę dla „GieKSy” zdobył Patryk Krężołek, który wykorzystał znakomite podanie od Grzegorza Pasiuta. Jeszcze przed przerwą doskonałe okazje do zmiany rezultatu mieli Jegor Fieofanow i Jaakola. Ten pierwszy nie trafił do odsłoniętej bramki, a drugi w sytuacji sam na sam ostemplował słupek bramki strzeżonej przez Miarkę.
Trzecia tercja zapowiadała się pasjonująco. Już na jej początku do wyrównania doprowadzić powinien Mikołaj Łopuski, ale doświadczony skrzydłowy nie trafił do całkowicie odsłoniętej bramki. Napór gości rósł, ale niczym mur postawiony w bramce był Anton Svensson. Niewykorzystane sytuacje się zemściły i bramkę wieczoru zdobył Ville Saloranta. Fin uderzył „z pierwszego” i krążek powędrował w samo okienko, tuż nad barkiem Macieja Miarki.
Końcówka meczu była nieco nerwowa i z obu stron zawodnicy łapali niepotrzebne wykluczenia. Zarówno torunianie, jak i przyjezdni nie zdołali jednak wykorzystać okazji gry w liczebnej przewadze. Nadzieję w serca „GieKSy” wlał jeszcze w 54. minucie Filip Starzyński, ale to było wszystko na co było stać katowiczan i trzy punkty zostały w Toruniu.
KH Energa Toruń – GKS Katowice 3:2 (1:0, 1:1, 1:1)
Pierwsze punkty zainkasowane
Gracze katowickiej GieKSy natomiast za wszelką cenę chcieli zatrzeć plamę po falstarcie w Toruniu, gdzie ulegli miejscowym 2:3, wprawiając w zaskoczenie niejednego kibica.
Pierwsze minuty przyniosły spokojną, wręcz asekuracyjną grę ze strony obydwu zespołów, ale ten stan trwał tylko do momentu wręczenia pierwszej kary. W krótkim odstępie czasu na ławkę powędrowali Andrzej Stojek i Dominik Nahunko, a podwójną przewagę mocnym strzałem zwieńczył Miika Franssila. Niedługo potem rozgorzała bójka pomiędzy Mikołajem Łopuskim a Magnussem Jākobsonsem, lecz tylko napastnik Katowic musiał przymusowo udać się do szatni. Adam Domogała, a więc wychowanek GieKSy, skarcił swój macierzysty klub ładnym strzałem, doprowadzając do wyrównania. Nie oglądaliśmy już jednak więcej bramek w tej tercji.
W drugiej odsłonie meczu zapachniało sensacją, gdy Dominik Nahunko wyprowadził Zagłębie na prowadzenie po dobrym strzale z nadgarstka w liczebnej przewadze. Chwilę później mógł wpisać się na listę strzelców po raz drugi, lecz jego strzał zakończył swoją podróż ledwie na słupku. Z każdą kolejną minutą powiększała się dominacja katowickiej GieKSy, lecz ich próby doprowadzenia do remisu okazały się być próżne. Najbliżej tego był Jesse Rohtla, ale trafił zaledwie w poprzeczkę bramki strzeżonej przez Czernika.
Trzecia tercja upłynęła pod znakiem dalszej pogoni katowiczan, a także masy gwizdków i minut karnych. GieKSa w końcu dopięła swego, kiedy to do remisu po dwójkowej akcji doprowadzili Filip Stoklasa i Matej Cunik, a więc dwójka „ex-Zagłębiaków”. Po sześćdziesięciu minutach na tablicy świetlnej wciąż widniał jednak remis, a do wyłonienia zwycięzcy okazała się być dogrywka.
Zarówno gospodarze, jak i goście mieli w dodatkowym czasie gry swoje okazje w liczebnych przewagach, ale żadna ekipa nie potrafiła zamienić jej na gola. Na 23 sekundy przed końcową syreną do odbitego od bandy krążka dopadł Patryk Krężołek i dopisał na konto swej drużyny bonusowy punkt w tabeli.
Zagłębie Sosnowiec – GKS Katowice 2:3 pd. (1:1, 1:0, 0:1, 0:1 d.)
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
Brzmi jak marzenie
Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.
Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.
Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.
Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.
Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.
Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.
No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.
Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.
Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.
Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.
Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.


Najnowsze komentarze